niedziela, 28 października 2012

Hiszpania. Galicja - nasz ostatni region w Hiszpanii.


Wjechaliśmy do Galisiji. Na najbardziej północno-zachodni skrawek Hiszpanii. I wiem już, że nie ma on nic wspólnego z naszą Galicją. Ta hiszpańska wymawia się (z grubsza) „galiszija”. Mieszkańcy są potomkami Celtów. Język galisjański jest oficjalnym językiem w tym rejonie. Jest bardziej podobny do portugalskiego niż do hiszpańskiego.
 
Do stanu miejscowych dróg nie można mieć zastrzeżeń. Czasami architektura drogowa nas zaskakuje, tak jak tu, widocznym mostem, a raczej jego pochylonymi przęsłami. Przy okazji odkryliśmy jedną prawidłowość. Otóż wiadomo, że autostrady w Hiszpanii są płatne i kampery raczej je unikają. Ale nie wszystkie autostrady! Płatne są tylko odcinki oznaczone na mapie drogowej dodatkową literką P. Na przykład odcinek AP8 jest płatny, ale A8 – nawet 100 km może być bezpłatny. Tymczasem od kilku dni psioczyliśmy na nasze nawigacje GPS, które czasami uparcie wysyłały nas na – naszym zdaniem – płatną autostradę.
 
Przejechaliśmy swój „dzienny limit” kilometrów i na noc stajemy w Ribadeo, a właściwie kilka kilometrów dalej, na parkingu „Plaży z Katedrami”. Po południu można jeszcze po niej spokojnie spacerować. Jest odpływ. Wchodzimy do różnych korytarzy, komór. Trzeba mieć jednak świadomość, o czym ostrzegają napisy przed wejściem na plażę, że w czasie przypływu, poziom wody podnosi się nawet o 4 metry ! Tymczasem spacerujemy tam, gdzie już nie długo pływać będą ryby lub inne stworzenia.

Na plaży jest wiele podobnych formacji skalnych. Najwyższe „katedry” mają do 30 metrów wysokości, a cały odcinek wybrzeża z plażami, o podobnym charakterze, liczy ponad 16 km długości. Wzdłuż plaż, na klifie biegnie szlak turystyczny, na przejście którego potrzeba prawie cały dzień czasu. W tym też miejscu zapadła decyzja, że ze względu na brak czasu, którego nam zaczyna brakować (!!!), musimy zrezygnować ze zwiedzenia dzikiego wybrzeża Costa da Morte. Tak, tak. I my mamy czas ograniczony. W maju musimy być przecież w Krakowie, aby wakacje spędzić z dziećmi.
 
Skręcamy więc w kierunku Lugo, otoczonego rzymskim murem, nad którym góruje ciekawa romańska katedra z XII wieku. Wzorowana jest ona na katedrze w Santiago, więc posiada w sobie kilka kaplic.
 
Jedna z nich jest szczególnie ciekawa. Wybudowana w roku 1726, posiada alabastrową figurę Nuestra Senora de los Ojos Grandes (Madonna o Wielkich Oczach). Potem już tylko nocny spacer po deptaku ………….. na rzymskich murach obronnych.
 
Kolejnego dnia jesteśmy w Santiago de Compostela. Trzecim co do ważności (po Jerozolimie i Rzymie) miejscem pielgrzymkowym chrześcijan. Niestety deszcz pada cały dzień, więc specjalnego uroku tego miejsca nie oddadzą te zdjęcia. Tutaj widzimy katedrę, cel wszystkich pielgrzymów. Rozmawialiśmy tu z Czechami (300 km piechotą), Rosjanami z USA (samolotem), Polakami (autokarem).
 
Trudno, deszcz nie deszcz. Sprawa „naszych Maurów” (w końcu jedziemy ich śladami) i tego miejsca dotyczy. Przed katedrą stała tutaj bazylika, która została zburzona przez Maurów. Przewodniki nie zgłębiają tego tematu, a my dopiero poznajemy związki Maurów i Półwyspu Iberyjskiego.
 
Tymczasem wewnątrz katedry zainteresowała mnie Botafumeiro, czyli wielka kadzielnica, „odpalana” w czasie ważnych mszy. Do jej obsługi i właściwego rozkołysania potrzeba aż 8 mężczyzn!
 
I jeszcze jedna atrakcja turystyczna. Drzwi do niebios. Niestety nic więcej nie wiemy na ich temat. Co znajduje się za nimi? Może ktoś nam podpowie?
 
W Santiago jest kilka znakomitych obiektów, które trzeba koniecznie zobaczyć. Położone są bardzo blisko siebie. Tu przykładowo kościół opactwa benedyktynów z XVI wieku.
 
Tymczasem do granicy portugalskiej zostało już tak niewiele. Kierujemy się na południe i zatrzymujemy w mieście Ourense. Najpierw zdziwienie. Skąd tu tyle kamperów? Dopiero po chwili dowiadujemy się, że są tu kąpieliska termalne, za free i do woli. Jeden dzień poświęcamy więc na wodolecznictwo.


 Drugi natomiast na zwiedzanie zabytków tego miasta. Katedry San Martin, która istniała już w tym miejscu w VI wieku. Potem zapewne Maurowie, a obecna budowla pochodzi z wieku XIII.

Potem most stary, to znaczy Puente Romano. Most zbudowany w 1230 roku, na fundamentach  (UWAGA !!!) mostu rzymskiego z II wieku. I wszystko to stoi, trzyma się i jest nadal eksploatowane ! Bez komentarza.
 
Potem idziemy na pobliski most Milenijny. Prawie nówka, z przed 20 lat. Ale ……… można go pokonać pieszo na dwa sposoby: klasycznie chodnikiem płaskim albo ścieżką po przęsłach. Kapitalne wrażenie.
 
I ostatnie hiszpańskie miasteczko, Verin. Właściwie to jego przedmieście Monterrei i średniowieczna twierdza, do której wjechaliśmy kamperem i w cieniu jej murów spędziliśmy dwa dni.
 
Z wielkiego piętnastowiecznego donżonu był wspaniały widok na okolicę.
 
Natomiast mnie zainteresował XIII wieczny kościół, z misternie rzeźbionym portalem i autentycznymi (!) elementami płaskorzeźb ściennych. Wszystkie wykonane przed 750 laty. Niesamowite odczucie w czasie zwiedzania takiego oryginalnego zabytku. 
Jutro wjeżdżamy do Portugalii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu