piątek, 12 października 2012

Jeszcze trochę Francji


Pewnego dnia, wspólnie z załogą „papamila”, pojechaliśmy serwisować swoje kampery. Dla niewtajemniczonych – co kilka dni kampera trzeba napełnić czystą wodą, a ścieki zrzucić w specjalnie wyznaczonych miejscach. Tak, specjalnie wyznaczonych we Francji, bo w Polsce to …….. ? Wróćmy jednak do właściwego wątku. We Francji co kilkanaście kilometrów można spotkać specjalny znak, informujący o takiej strefie serwisowej dla kamperów. Oporządziliśmy swoje kampery w małej miejscowości Locmine. Potem pokręciliśmy się trochę po tym uroczym miasteczku.

 
 I tu mała niespodzianka. W centrum spotkaliśmy ruiny kościoła, a właściwie samą fasadę, do której dobudowano nowoczesny kościół. I wszystko to udało się połączyć w interesujący obiekt sakralny. Fajne wrażenie.
 
 
 Na czas weekendu, nasi uroczy bretońscy gospodarze, zabrali nas da swoją ulubiona plażę Plouharnel nad Atlantykiem. Oczywiście wieczory spędzaliśmy tak, jak tradycja karawaningowa nakazuje – przy butelce (…kach) francuskiego wina.

 
 Tymczasem o poranku obudził nas donośny głos Jacka, który zakomunikował, że „morze odeszło” i czas ruszyć na zbiory owoców . Fajne to wrażenie, gdy spaceruje się po dnie czegoś, co jeszcze kilka godzin wcześniej było zalane, do wysokości kilku metrów, wodą ! Wokół widać było wielu innych poszukiwaczy morskich żyjątek.

 
 Grupa pozostała kilkaset metrów od brzegu i po odpowiednim szkoleniu, zaczęli szukać owoców morza. Głupio tak kupować w sklepie rzeczy, którymi obdarowuje nas natura ! Mogę zapewnić, że kolacja tego dnia była wyśmienita.

 
 Choć osobiście nie poddałem się pierwotnemu instynktowi zbieractwa. Ruszyłem ze swoim HS 30 EXR, „na ptaszki”. Jak na razie wydaje mi się, że ten model aparatu Fuji, jest idealny do wykorzystywania w czasie podróży. Aby spotkać morskie ptaki, trzeba było jeszcze z kilometr iść w głąb oceanui.

 
 W ostatni dzień pobytu w Bretanii popedałowałem trochę po okolicy miasteczka Quiberon. To tutejsze okolicę noszą nazwę „dzikiego wybrzeża”. W większości wygląda ono rzeczywiście nieprzystępnie. Za to miejsc spacerowych, ścieżek rowerowych, czy też plenerów fotograficznych, jest tu w nadmiarze.

 
 I nadszedł czas aby ruszyć dalej. Dziękujemy Murielle i Jackowi, za serdeczne przyjęcie na bretońskiej ziemi. Za pokazanie kawałka Francji, jakiej nie pokazują żadne przewodniki. Myślę, że niedługo zobaczymy się gdzieś „na szlaku”, bo dusza w Was pokrewna – mało gawędzenia o karawaningu, a dużo podróżowania.

 
 Tymczasem kolejną noc spędziliśmy w portowym mieście La Rochelle. To jeden z najważniejszych ośrodków żeglarskich we Francji. Wieczorem udało mi się jeszcze „ustrzelić” wejście do portu.


 Rano, w ramach zaprawy porannej, pobiegłem zobaczyć baseny portowe. Wszystkie pełne jachtów. Z zazdrością patrzyłem na żeglarzy, którzy jeszcze senni, kręcili się po swoich jachtach pełnomorskich. Dla niektórych, był to chyba jedyny dom. Nawet rowery mieli na pokładzie.

 
Kolejny dzień kończymy u stóp Pirenejów, w Lourdes. Za namową „papamila”, zboczyliśmy trochę ze swojej zaplanowanej trasy. Co tam ? Karawaningowe plany można korygować na bieżąco. W Lourdes przyglądamy się nocnej procesji ze świecami. Słychać dookoła polską mowę. To najczęściej autokarowi pielgrzymi. O poranku jeszcze spacer po sanktuarium i kierunek Hiszpania. Papamila popędził już wcześniej na południe. Ma ograniczony budżet – czasowy.

1 komentarz:

Szukaj na blogu