czwartek, 1 listopada 2012

Portugalia – region Trias os Montes.


Swoją przygodę z Portugalią zaczynamy od północnych rejonów, a konkretnie  od Trias os Montes. To wiejska część tego kraju, o trudnych warunkach życia, obszar dziki, gdzie kamperowcy rzadko się zapuszczają. Nie mamy jeszcze zaplanowanej trasy podróży. W ciągu dwóch miesięcy chcemy jak najlepiej poznać Portugalię i jej związki z Maurami – przybyszami z Afryki, którzy byli obecni (podbili go) na tym terenie przez blisko 500 lat. 

Jakoś tak wyszło, że pierwszy popas robimy w mieście Chaves, kilkanaście kilometrów od granicy hiszpańskiej. Miasto słynie z wód termalnych – niestety obecnie dostępnych tylko w formie komercyjnej. W przeszłości bywali tu, w kolejności historycznej: Rzymianie, barbarzyńcy z północy, Maurowie z południa. Ślady są tylko po imperium rzymskim.   
 
Dwa dni nad uroczą rzeką.

Rzymski most „Ponte Romano” z I wieku. Używany do chwili obecnej.


Spacer po ogrodzie zamkowym.
       Pozostałe zabytki skupione są wokół starego centrum. Tu wieża obronna (inne źródła podają więzienna), jaka pozostała z XIV wiecznego zamku.

 
Na fasadzie widać już wpływy manuelińskie.
Kościół Misericordia z XVII wieku, ozdobiony starymi azulejos. Jednak nie było nam dane ich zobaczyć, gdyż kościół był stale zamknięty.
 
Zdjęcie rysunku muzealnego.
Mnie szczególnie zainteresowała jedna informacja z miejscowego muzeum regionalnego. Jest tam rysunek opończy wykonanej ze słomy, która była wykorzystywana do ochrony przed deszczem, przez miejscowych pasterzy.
 
Uliczka Chaves.
 Uliczka starego miasta. Na parterach sklepy. W jednym staram się zakupić kartę z dostępem do Internetu. Pani bezskutecznie próbowała dwóch na moim tabie. W końcu stwierdziła, że europejskie telefony nie pasują do portugalskich kart SIM i koniec. W innym sklepie pani przekonała mnie (po angielsku), że to co mi sprzedaje to karta „pre paid” na 1 GB Internetu. Po trzech dniach otrzymałem od operatora informacja, abym podał swoje dane personalne (w tym różne nipy i piny), celem podpisania umowy abonamentowej – tymczasem, internetu nie będzie. Koniec eksperymentów! Najpierw ja się nauczę portugalskiego albo będę pewien, że moi rozmówcy dobrze rozumieją moje intencje.
 
Pęknięte 100 ton żywej wagi.
 Kilkanaście kilometrów na wschód znaleźliśmy pewną ciekawostkę. Koło wioski Bolideria jest pęknięty kamień, którego jedną połowę można bez specjalnego wysiłku poruszać o kilka centymetrów.
 
Zabytki wiejskiej architektury Portugalii.
 Kolejny etap to mała, górska wioska Carvalhelhos. Miały tutaj być oryginalne, bo słodkie wody mineralne. Może i były, ale w rozlewni wód mineralnych. Tymczasem więc idziemy na spacer po wiosce. Starej wiosce. Najpierw wypatruję espigueiros. Są to spotykane tylko w Portugalii i hiszpańskiej Galicji stodoły (magazyny?) do przechowywania kukurydzy lub zboża. Są w złym stanie, ale można zobaczyć, to co najważniejsze – specjalną konstrukcję czterech, kamiennych nóg, na jakim stoi konstrukcja. Widać wyraźnie, że żaden gryzoń nie ma szans wejść po nich do środka espigueiros’a.
 
Sami przez kilkadziesiąt kilometrów.
 Potem ruszamy, bocznymi drogami, w kierunku wioski Vilarinho Seco. Nie ma o tej wiosce nic w przewodnikach. Została nam polecona w informacji turystycznej.

 

Droga przez przysłowiowe odludzie.
         Jedziemy, a raczej wspinamy się wąskimi drogami. Ponad 1000 metrów npm. Drogi są w dobrym stanie. Jednak krajobraz staje się coraz bardziej księżycowy. Parkujemy na skraju wioski, wchodzimy w wąski i uliczki i ........... szczęki nam opadają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu