poniedziałek, 17 grudnia 2012

Portugalia. Hiszpania południowa.

Czyli od Lizbony do promu, opis naszej drogi.

         Lizbona. Coś nam wcześniej mówiło, że niemożliwym jest, aby miasto, które w 1755 roku legło w gruzach (wielkie trzęsienie ziemi), miało coś ciekawego do zaoferowania. Jednak to trzeba osobiście doświadczyć. Oczywiście nie trzęsienie, ale miasto zobaczyć!
W nocy lądujemy, zgodnie ze wskazówkami innych kamperowców - na spokojnym placu postojowym, nad brzegiem Tagu. Taka giełda miejsc postojowych, to rzecz normalna wśród karawaniarskiej braci. Tej "normalnej", nie kempingowej. Rano ruszamy "w miasto".


         Torre de Belem. Najpierw ją zobaczyliśmy. Wieżę, która z całą pewnością jest najwspanialszą budowlą militarną w Portugalii. Potwierdzamy. Warta zwiedzenia. To z tego miejsca, przed setkami lat, wyruszały okręty na "wielkie odkrycia geograficzne".


                     Potem pozujemy do zdjęć, obok pomnika Odkryć Geograficznych. W tle widoczny jest Mosteiro dos Jeronimos. Stary XVI wieczny klasztor. No właśnie. Skąd stary klasztor, w zrujnowanej trzęsieniem ziemi Lizbonie? Już odpowiadam. Dzielnica, w której się znajdujemy, czyli przedmieścia Lizbony, została ominięta przez kataklizm z 1755 roku. I tu pierwsza sugestia. Jeśli zwiedzamy Lizbonę, to zacznijmy od dzielnicy Belem. Tutaj jest historia.


                  Oto sam pomnik słynnych odkrywców. Na czele, ten po prawej to Henryk Żeglarz, trzeci to Vasco da Gama itd itd.


                Potem idziemy na drugą stronę ruchliwej ulicy, do klasztoru Hieronimitów. Okazuje się, że w klasztornym kompleksie jest kilka muzeów. Morskie, archeologiczne i inne. Zwiedzanie zaczynamy od kościoła klasztornego Santa Maria. Podziwiamy wysmukłe filary.


         Przy wejściu do kościoła, po lewej stronie zobaczyłem grobowiec Vasco da Gama, a przy nim wycieczkę maluszków. Przewodniczka musiała opowiadać o podróżniku ciekawe rzeczy, gdyż wszystkie dzieciaki słuchały z zainteresowaniem.


           Kolejny kierunek obieramy do centrum stolicy. Po drodze wpadam "na godzinkę" do Museu Nacional dos Coches. Krótko mówiąc, to najbardziej imponujące w Europie muzeum powozów. Od tych najprostszych, jak lizbońskie dorożki, a kończąc na kilkutonowych barokowych karocach.

 
          W centrum miasta włóczymy się trochę po głównym placu i spoglądamy na łuk triumfalny. Wszystkie okoliczne budowle są już "potrzęsieniowe" czyli z XVIII/XIX wieku.


                  Kolej jeszcze na Alfamę, czyli dzielnice z czasów Maurów. Powstała ona wokół zamku, ale do obecnych czasów pozostał z okresu arabskiego tylko układ architektoniczny. Zabudowa została znacznie odnowiona. Widoki z okolicznych tarasów choć ciekawe, to jednak umiar w zachwycie jest wskazany. Naszej opinii o Lizbonie nie zmienia wizyta na wzgórzu zamkowym i katedrze Se.
                       Jaka to opinia? Jak na razie, bez szkody można opuścić zwiedzanie zarówno Sintry jak i Lizbony. Na turystycznej mapie Portugalii jest wiele ciekawszych miejsc, które na długo pozostaną w naszej pamięci i pozwolą lepiej zrozumieć ten kraj.

Lizbonę opuszczamy późnym popołudniem, aby po trzygodzinnej jeździe zatrzymać się w ciszy i spokoju - w miasteczku Montemor-o-Novo. Następnego dnia kolejne zaskoczenie. Miła obsługa informacji turystycznej zaopatrzyła nas w szereg materiałów o mieście i okolicy (w Lizbonie dostaliśmy lichą mapkę i ........ następny proszę!). Ruszamy więc na długi spacer, po ciekawym śródmieściu, aby miejskim szlakiem turystycznym dojść do zamku.


           Zamek, a właściwie jego ruiny, to pozostałość po Maurach. Te ruiny mają jednak jakiś swój klimat.

 
            W drodze powrotnej do kampera, za sprawą otrzymanych materiałów informacyjnych dowiadujemy się, że jedno z okien budynku zapisane jest do katalogu portugalskich zabytków. Okno ozdobione jest w stylu manuelińskim. Można tylko współczuć jego posiadaczowi, gdyż wiadomo - z zabytkiem za dużo nie podziałasz, nie pozmieniasz, a tu ciągle ktoś Ci w okno spogląda!


                Kolejny nasz etap w podróży śladami Maurów to miasto Evora. Położone prawie w środku Portugalii, na równinie Alentejo, pamięta czasy rzymskie, mauretańskie i późniejsze. Wpisane jest na listę UNESCO. Tych mauretańskich śladów jest najmniej. Wiem już, że Portugalczycy niechętnie wracają do czasów, gdy półwyspem "arabowie" władali.

 
              W Evorze, prawie cudem ocalały pozostałości rzymskiej świątyni z III wieku. Może dlatego, że była tu i zbrojownia i teatr, a do 1870 roku ........ rzeźnia. Dopiero wtedy, jakiś umysł doszedł do wniosku, że głupio tak wykorzystywać zabytek z przed 1800 lat !! Dobre i to. Trochę mało czasu mieliśmy na posmakowanie atmosfery tego miasta. Dwa dni, to trochę za krótko.
        Jedziemy na południe, do Beja. Czas teraz na krótki kurs języka portugalskiego, aby choć trochę ten blog miał charakter edukacyjny :-) Pisane "j" czytamy zawsze jak polskie "ż". Mamy więc miasto Beża, a wielka nizina to Alenteżo.


              Jest więc wieczór. Z marszu znajdujemy spokojne miejsce pod murami starego zamczyska. Zamczysko, jako że pamięta czasy ........ Maurów - ale który zamek w Portugalii nie pamięta okresu muzułmańskiego, posiada swoją arabską księżniczkę, snującą się po murach. Gdy pobiegłem po aparat, to zjawa ...... znikła.

 
        Za dnia okazało się, że stoimy obok Torre de Menagem (donżon zamkowy) z końca XIII wieku. Jest poniedziałek, muzeum (ciekawe!) jest nieczynne. Więc po południu przemieszczamy się do Serpa.

 
           Tutaj nie sposób przejść obojętnie obok Porta de Beja, starej mauretańskiej bramy.

 
        Niedaleko natykamy się, już po raz kolejny w Portugalii, na pewną …… sam nie wiem jak to nazwać, ciekawostkę? Folklor? Przejaw zdrowej tolerancji? Jest to siedziba Komunistycznej Partii Portugalii. U nas rzecz nie do pomyślenia! Tutaj, a szczególnie w południowej części Portugalii, komuniści to licząca się siła polityczna. Nieźle namieszali z reformą rolną w latach siedemdziesiątych XX wieku.

          I docieramy w końcu do Algarve. Południa Portugalii, z malowniczym wybrzeżem i łagodnym klimatem, przez cały rok. Można tu spotkać setki kamperów, które tutaj zimują. Większość ciekawie zlokalizowanych miejsc postojowych jest już mocno obstawionych. Na campingach też widać sporo zmotoryzowanych turystów: Niemcy, Francuzi, trochę Holendrów. Polaków, albo mówiąc szerzej – przedstawicieli byłych krajów demokracji ludowej ZERO. Nie spotkaliśmy żadnego. Widać, że tego rodzaj karawaningu, Słowianie nie mają jeszcze we krwi. Mogę to powiedzieć na podstawie naszej podróży.
              W Polsce informacja o naszych planach wyjazdowych spotkała się z bardzo umiarkowanym zainteresowaniem. Tymczasem tutaj spotykamy się, ze strony innych kamperowców, z ciągłymi pytaniami: skąd, gdzie, jak, kiedy itp. Zawarliśmy już sporo znajomości, utrzymujemy kontakty internetowe, wymieniamy informacje z drogi.
Aż przyjemnie się jedzie.
W Portugalii poznaliśmy ciekawego Polaka. Pozdrawiamy Klaudio !!! Powiedział nam wiele ciekawych rzeczy o tym kraju, pozwolił zrozumieć szereg niezrozumiałych dla nas rzeczy. No i wskazał nam kolejne, warte zwiedzenia miasto.

 
       Mertola. To jedno wielkie muzeum. Pięknie położone, a jego dzieje zaczynają się już w czasach fenickich. To wszystko ładnie „podane” informacjami turystycznymi, a wszystko zwiedzamy po przystępnych cenach.

 
                  Potem zaszywamy się, na dwa dni, na stellplatzu przy samej plaży. Zajmujemy się relaksowaniem. Zbieramy okazy muszli, ja wjeżdżam (przez przypadek!) rowerem w kaktusy.

 
         Rozwijam się też ornitologicznie (Wojtku, pozdrawiamy!)

      Jednak czas nas nagli, Trochę go zabrakło, na poznanie wschodniej części Portugalii. Wbrew pozorom, jesteśmy uzależnieni czasowo od wielu elementów: okres świąteczny, okresy pogodowe (uciec przed latem z Afryki), okresy wizowania do krajów Afryki Zachodniej itd.

     To wszystko sprawia, że w pierwszych dniach grudnia żegnamy się z Portugalią, aby choć trochę popatrzeć na południową Hiszpanię – czyli Andaluzję. Tutaj plan udało nam się wykonać dokładnie w 50%. Rejon Huelva, skąd wyruszały wielkie wyprawy żeglarskie (Krzysiek Kolumb) niedostępny (w poniedziałek). Za to ciekawe miasteczko Niebla zaliczone.

                   Sewilla. Ma u nas pełną piątkę. Nawet za czarną obsługę placu postojowego, z którą się zaprzyjaźniłem i „żółwiki” wymieniłem. Byliśmy w Sewilli dwa dni. Na pewno za mało na poznanie tego ciekawego miasta. Oceniam je na tygodniowy pobyt.

 
                   Symbolem Sewilli jest Torre del Oro z 1220 roku, w wieży małe marynistyczne muzeum i ciekawe widoki na miasto.

 
              Tuż obok mieści się Plaza de Toros. To prawi świątynia hiszpańska. Arena korridy. Najstarsza i najpiękniejsza w Hiszpanii. Niestety, walki odbywają się tylko do października.

 
      Kolejna rzecz to Katedra i La Giralda, czyli jej dzwonnica. Jednak wszystkie sewilskie zabytki maja jedną sporą jak dla nas wadę. Co najmniej dziesięć z nich warte jest zwiedzenia. Tymczasem ceny biletów sięgają 10 EUR od osoby. Więc trzeba dokonywać wyboru ekonomiczno-czasowego.

Kolejnym etapem miał (był) być Kadyks. Prawdopodobnie najstarsze miasto w Europie. Przejechaliśmy je całe. Koszmar. Nie ma szans na zatrzymanie, o noclegu nie wspomnę. Przynajmniej my nie znaleźliśmy na to patentu i wieczorem ruszyliśmy dalej.

            Do Tarify. Miasta, nie wiem dlaczego, nie wymienianego w przewodniku? W końcu jest to najbardziej na południe wysunięta część kontynentalnej Europy, ciekawa medyna, zamek broniący przejścia przez cieśninę gibraltarską i ma jeszcze kilka innych miejsc do zwiedzenia.
Nie wspomnę już, że Tarifa to mekka europejskiego sky surfingu. Tu ciągle wieje! Jak ktoś chcę, to może odpłynąć stąd do Maroka. Z tym, że bilety są sporo droższe (szybkie promy).        
                Więc kolejnego dnia, malowniczą droga, jedziemy do Algeciras. Portowego miasta koło Gibraltaru. Najpierw ostatnie zakupy europejskie w Lidlu. W towarzystwie kilku innych kamperów. Potem kupowanie biletu na prom, co dzięki uzyskanym informacjom (dzięki Uriuk!) jest pewnego rodzaju misterium i grą. I tego samego dnia, 8 grudnia wieczorem, wjeżdżamy jako jedyny kamper na pokład, a właściwie to do ładowni, marokańskiego prom, aby po blisko dwóch godzinach, zjechać na nabrzeże portu Tanger Mediterranee.

             Teraz tu, w Afryce, szukać będziemy odpowiedzi na pytanie, co się stało z tymi Maurami, którzy przed wiekami zajmowali znaczną cześć Europy, krzewili na najwyższym poziomie sztukę, naukę i kulturę. Czy teraz znajdziemy ich w Mauretanii? Jednym z najbiedniejszych krajów afrykańskich?
Ale najpierw Królestwo Maroka.

4 komentarze:

  1. ech, jak sié dobrze Waszá relacjé czyta! szerokich dróg w Afryce!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystkiego dobrego w nowym roku! Czekamy na dalsze relacje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna relacja, trafiła do ulubionych;)

    OdpowiedzUsuń

Szukaj na blogu