wtorek, 5 lutego 2013

Maroko. Wzdłuż wybrzeża, na południe.

         Dni świąteczne w Kenitra. Wspaniałe dni. Wydaje mi się, że w Polsce zatraciliśmy wiele ze świętowania. Zakupy, prezenty, promocje, reklamy, kredyty, bieganie za i przeciw – gdzie czas na Święto? Proponujemy – choć raz w życiu wyjedźmy na okres Świąt i Nowego Roku gdzieś bardzo, bardzo daleko! Naprawdę warto.


      Skoro jesteśmy gdzieś w ciekawym kraju, to oprócz świętowania, kukamy również tu i ówdzie. Kilka kilometrów za miastem jest ciekawy z wyglądu, choć nie przeznaczony do zwiedzania, zamek Mulai Ismaila – budowniczego Meknes.


            Inna ciekawostka, która nas zaskoczyła, to kościół katolicki. Na jego wieży bociany założyły sobie gniazda. Trzeba pamiętać, że (między innymi) tutaj, ptaki te spędzają zimę. No i moim zdaniem, jednego z nich widziałem w lecie, gdzieś w rejonie Łomży. Miał taki sam czerwony dziób i biały łebek. Ale nie o bociana chciałem. Otóż w takim islamskim kraju jakim jest Maroko, szanuje się kościoły innych wyznań. Nie są burzone, a raczej chronione, jako własność państwa Watykan. Czy ktoś pamięta co się działo w Warszawie, gdy wyznawcy islamu chcieli wybudować sobie meczet? Bez komentarza.

      Na powitanie Nowego Roku jedziemy do Rabatu. To była jedna z większych naszych porażek. Daliśmy się namówić na Sylwestra w mieście. Był to samotny Sylwester, w kilkumilionowym mieście, wśród nocnych śmieci i kloszardów. Ktoś zapomniał, że muzułmanie witają nowy rok gdzieś w listopadzie, a Rabat to ……. nie Paryż.
No ale potem dwa dni mamy w końcu dla siebie.
Więc rowerem w miasto!


         Jadę pod pałac Króla. Tego prawdziwego, aktualnego Króla Maroka! Pałac zlokalizowany jest w takim mieście w mieście. Czyli część Rabatu oddzielona jest murami od pozostałej części stolicy i tam właśnie jest pałac, siedziba premiera rządu itp. Oczywiście kontrola dokumentów obowiązkowa.


                Innym ciekawym zabytkiem Rabatu jest cytadela, mieszcząca się niedaleko od królewskiej siedziby.


                            Jednak koniecznym zobaczenia w tym mieście jest kazba Al-Udaja i wieża Hasana z Mauzoleum Muhammada V (na zdjęciu).



               Wejścia do mauzoleum ojca marokańskiej demokracji strzeże straż konna, a przed każdym z czterech wejść do mauzoleum, stoi wartownik w historycznym stroju. Super oprawa tego ważnego dla Marokańczyków miejsca.

        W międzyczasie, w ciągu dwóch dni, w Ambasadzie Mauretanii w Rabacie załatwiliśmy wizy wjazdowe do Islamskiej Republiki Mauretanii. To pełna, oficjalna nazwa. Nie będę opisywał jak to wyglądało. Pełen folklor. Załatwienie w Warszawie wizy do Ameryki, to mały pikuś.

 
         Kolejny nasz etap to miasto Casablanca. Wszyscy już chyba wiedzą, że miasto to nie ma nic wspólnego ze znanym melodramatem „Casablanca” i ani jedna scena filmu nie była kręcona w tym mieście. Nas zaciekawiły dwie rzeczy.



         Drugi pod względem wielkości (po meczecie w Mekka) meczet na świecie – Meczet Hasana II. Możliwość zwiedzania poza okresami modlitwy wiernych.



           Katedra, to znaczy jej budynek. Wnętrze puste, choć pozbawione śladów wandalizmu.


        Możliwość wejścia na wieże i dach, skąd mamy wspaniałe widoki na miasto. Sama katedra była czynna w czasie okupacji francuskiej. Poza tym unikajmy spacerów po suku, starym mieście i uwaga na złodziei! Nas też próbowali pozbawić tableta metodą „na wyrwę”, z jadącego motoroweru. Znajomy stracił tu swoją komórkę, i to w czasie rozmowy telefonicznej!

          Z Casablaki niedaleko już do kolejnego, ciekawego miasta – Azemmour. Miasta starożytnego, ale znanego głównie za sprawą Portugalczyków.



                                             To oni zbudowali tu w XVI wieku fort.



                  Został on przekształcony w ciekawą, godną dłuższego spaceru, kazbę.

Jedziemy dalej na południe. Do Al-Dżadida. To kolejna pamiątka po imperialnej Portugalii.



                                                               Port rybacki.



              Jednak turyści (również z Polski) przybywają tu w ramach „wycieczek fakultatywnych”, za sprawą „portugalskiej cysterny”. W XVI wieku Portugalczycy wybudowali w medinie podziemny zbiornik na wodę – cysternę. Została ona przypadkowo odkryta w XX wieku, przez kupca, chcącego powiększyć swój sklepik. Cysterna znana jest głównie z nastrojowej gry promieni słonecznych, padających przez otwór w sklepieniu.

       Skąd wiemy o polskich turystach? Od jednego ze sprzedawców pamiątek, który nieźle mówi po polsku i sprzedaje olej arganowy z 10 krotnym przebiciem ceny.

       Teraz opuszczamy „nadmorski szlak karawaningowy” i jedziemy w środek Maroka. W kierunku Marrakeszu. Muszę tu dodać, że zostaliśmy już uświadomieni przez tubylców, czego po tym Marrakeszu możemy się spodziewać, a raczej czego oczekiwać nie powinniśmy. Mamy też swoje, kilkutygodniowe obserwacje ze zwiedzania Maroka. No, aby nikt nigdy nie powiedział nam: nie byliście, a gadacie – wybieramy kierunek wschód.


                   Po drodze czynimy „badania naukowe” – skąd i jak kamperowiec może tankować wodę? Rzecz staje się coraz bardziej istotna. Zjeżdżamy coraz niżej. Nie korzystamy jednak, wzorem Francuzów z kampingów, nie trudnimy się, wzorem tej samej narodowości, rozdawaniem pieniędzy „za nic”.


              Wiemy już gdzie zlokalizowane są ogólnodostępne studnie. Jak zachować się w czasie tankowania kampera.

   Skoro wspomnieliśmy o Francuzach, to zapewne już niedługo, przejedziemy się po kamperowcach z tego kraju, jak po rudej ………. Oj nasłuchał się człowiek, nasłuchał, a sam to i owo też już widzi J.

            Generalnie Marrakesz porównywany jest do Casablanki. Drogo, tłoczno, niebezpiecznie, a do tego ciekawych miejsc nie za wiele.
            Spędziliśmy tu dwa dni. Za miejsce postojowe zapłaciliśmy najwyższą, jak do tej pory, cenę.


           Znaleźliśmy jednak dla siebie, coś ciekawego do zobaczenia. Zawija Sidi Bu-l-Abbas to sanktuarium świętego, który żyjąc w XII wieku, poświęcił się opiece nad ślepymi.


                 Wieczorem przeszliśmy przez plac Jemaa el-Fna, aby jak to często opisują przewodniki turystyczne: „zanurzyć się w świat prawdziwego Maroka”. Zaiste, zagadkowe to stwierdzenie. Bardziej chyba marketingowe, niż mające coś wspólnego z rzeczywistością. To jest opinia rodowitych Marokańczyków! Co my zauważyliśmy? Okoliczne dachy przerobione na punkty widokowe dla turystów, którzy wiszący na balustradach niczym winorośla, strzelają z odległości kilkudziesięciu metrów lampami błyskowymi. Ceny towarów wyższe, niż w okolicznych uliczkach suku. Zaczepiają Cię co krok przebierańcy, proponują wspólne zdjęcie za opłatą. Faceci zakładający znienacka  ledwo żywe węże, na ramiona przechodzących kobiet i wyciągający ręce po zapłatę za swój czyn. Sławetny sok z pomarańczy za 4 dirhamy, gatunkowo troszkę gorszy od soku z Biedronki. Oto jak my widzieliśmy plac Jemaa el-Fna w Marrakeszu.

       Z Marrakeszu wyjeżdżamy wcześnie rano. Najpierw tankowanie gazu do butli i muszę przyznać, że choć wykonujemy już drugi raz tą czynność w Maroku, to do tej pory nie wiem, co oni nam do tej butli tankują. Jedni twierdzą, że to butan, a inni, że propan. I oczywiście każdy twierdzi, że ma rację, a tankując inny gaz, zniszczymy sobie instalację gazową w kamperze. To będzie chyba jedna z nierozwiązanych zagadek marokańskich. Jednak najważniejsze, że wszystkie nasze odbiorniki gazowe działają (odpukać!) jak na razie ok.


                       Potem pokonujemy trzecie, duże pasmo górskie w Maroko – Antyatlas.
Dalej już zaczyna się Sahara.

            Pokukaliśmy przez moment na miasto Agadir. Nie będziemy o nim pisać. Już chyba wszyscy nasi znajomi w nim byli.


                               Za Agadirem był Guelmim. Miasto z sukiem wielbłądów.


                 Kilkadziesiąt kilometrów dalej, na Plage Blanche, zatrzymujemy się na trzy dni. Jesteśmy w towarzystwie zaprzyjaźnionych kamperowców z Niemiec – Wiesi i Erwina. Poznajemy tu Guntera, który jedenasty już raz jest kamperem w Maroku. Ma za sobą zwiedzenie sporej części Afryki, a nawet wyprawy do Chin, z dwoma innymi kamperami. Chętnie dzieli się posiadanymi informacjami.

             Po tym krótkim relaksie, połączonym z pierwszym pedałowaniem po okolicznych pistach (ubite, saharyjskie drogi gruntowe), ruszamy w kierunku Sahary Zachodniej. Przed nami ponad 1000 kilometrów, a za dni kilka zaczyna się ważność naszej wizy do Maury.

Teraz też, zaczyna się ta naprawdę afrykańska część naszego wyjazdu.

3 komentarze:

  1. Bardzo ciekawy felieton, mimo, iż znam Maroko. Pozdrawiam i czekam na dalszy rozwój wyjazdu!

    OdpowiedzUsuń
  2. Powodzenia! Czekamy z niecierpliwością na kolejne relacje :)

    OdpowiedzUsuń

Szukaj na blogu