niedziela, 17 lutego 2013

Mauretania. Azougi i Chinguetti.


         Jednak nie zamieszkaliśmy na kempingu, który jak się okazało prowadzi tu jakiś Francuz. Już wcześniej słyszeliśmy i widzieliśmy, jak organizatorzy turystyki, już nawet na terenie Maroka,  straszą swoich ziomków możliwością: porwania, grabieży, kradzieży itp.
 
 
    Potem wygląda to jak na foto. Kampery zamknięte za murem, pod ochroną, wyjścia w grupach, pod opieką. Wszystko to za sowitą opłatą. I pomyśleć, że kiedyś ludzie uciekali z getta, a teraz za swoje pieniądze dają się zamknąć. Komedia.

 
          My wybraliśmy sobie miejsce postojowe obok dobrze wyglądających zabudowań mieszkalnych. Pytamy oczywiście, czy możemy stanąć na dni kilka. Na szczęście dorosły wnuk właścicielki terenu rozmawiał trochę po angielsku, co we francuskojęzycznej Mauretanii jest rzeczą niezmiernie rzadką.

 
           Alioune, bo tak ma na imię młody Mauretańczyk, sam proponuje oprowadzenie po Azougui. Pokazuje różne rodzaje budynków, większość budowanych z glinianych cegieł. Z nich buduje się domy o nazwie szamber. Wytwórnia takich cegieł wciąż jest czynna w tej miejscowości.

 
                Widzimy kolejną ciekawostkę, źródło wody i staw na piasku. To dzięki niemu rosną wokół dorodne palmy daktylowe.


      Potem oglądamy fragment jednej ze ścian jaskini, która rozpadła się przed kilkudziesięcioma laty. Są na niej rysunki z przed kilku tysięcy lat. Głównie zwierząt i dziwnych figur.

 
          Niestety skała jest częściowo zniszczona przez współczesnych „artystów”. Według naszego przewodnika, podejrzani są francuscy goście, zamkniętego już przez policję kempingu, na którym handlowano alkoholem (w Mauretanii alkohol jest zakazany na równi z narkotykami !!). Francuzi podejrzewani są również przez mieszkańców Azougui, o nielegalne wykopaliska na terenie ruin starego miasta.

 
     Na koniec dnia, oglądam z pewnej odległości grób imama El-Hadrami, przywódcy duchowego i mędrca, celu pielgrzymek wielu muzułmanów. To dzięki niemu Azougui nazywane jest „świętym miastem”.

                 Ale najwięcej frajdy sprawiało nam wspólne spędzanie wieczorów, z naszymi miłymi sąsiadami. Codzienne picie herbaty, którą po mistrzowsku przygotowywał cioteczny brat Aliuna. Długie wieczorne godziny, spędza na tradycyjnej grze nomadów mauretańskich, czyli siki. Tutaj mistrzynią była babcia. Do gry potrzebne jest kilka patyków, kilka kamieni i mała górka ………….. no oczywiście piasku.
         Babcia przygotowywała też najlepszy zrik, czyli słodki napój mleczny. Bardzo miłe było też wzajemne i niezobowiązujące obdarowywanie się drobnymi upominkami, rozmowy o niewolnictwie we współczesnej Mauretanii, obserwowanie codziennego życia wielopokoleniowej rodziny Maurów oraz zasad jakimi kierują się w życiu.
                 Często Alioune był swego rodzaju buforem, gdy na przykład chciałem jednej z kobiet pogratulować zwycięstwa w grze i instynktownie wyciągnąłem rękę. W ferworze walki w siki zapomniałem, że muzułmanka nie może dotknąć obcego mężczyzny. Zgodnie z tymi zasadami musi mieć również zasłonięte włosy i częściowo twarz, jako części ciała najbardziej erotyczne. Natomiast zasady islamu wcale nie przeszkadzają jej siedzieć obok obcego mężczyzny, z obnażonymi obiema piersiami, które są w każdej chwili gotowe do karmienia, raczkującego gdzieś po namiocie niemowlaka.

Proszę wybaczyć, ale z szacunku do rodziny, z którą spędziliśmy kilka miłych i pouczających dni – nie będzie w tym miejscu rodzinnych zdjęć.

      Ale za to będą zdjęcia, z naszego wyjazdu, do odległego o ponad 100 kilometrów, kultowego wśród saharyjskich turystów, miasta Chinguetti.


     Miasto założone w XIII wieku, jest numerem 7 w klasyfikacji najważniejszych miast islamu. Obecnie stopniowo zasypywane przez piaski Sahary, porównać można jedynie do Timbuktu, gdzie obecnie prowadzone są chyba……. jakieś działania wojenne?
 

           Część domów w mieście jest już opuszczonych. Brak turystów, których odstrasza bliskość granicy Mali. Na ulicach tylko piasek. Dookoła miasta tylko piasek. Coraz bardziej dokucza nam wszędobylski pył, gnany wiejącym non stop ze wschodu wiatrem.

 
            Najpierw namierzają nas kobiety sprzedające pamiątki, wchodzimy do jakiegoś namiotu-sklepu. Nie mamy ochoty na zakupy rzeczy robionych pod turystów. W swoim poczuciu humoru zwracam jednej z kobiet uwagę, że mały tam-tam, który chce mi sprzedać, jest wyprodukowany w Chinach. Kobieta szczerze ripostuje, że tylko szkielet bębenka jest chiński. Reszta wykonana jest na miejscu. Rozbrajająca szczerość!

 
    Jednak największą atrakcją Chinguetti są jej biblioteki. Obecnie są to mini muzea, które należą do rodzin, których przodkowie zajmowali się nauką. Kupowali, studiowali, czy też sami pisali księgi. Takich miejsc jest w mieście kilka.

 

      Zbiory liczą nawet po kilkadziesiąt ksiąg, pochodzących nawet z XV wieku. Gdy właściciel jednej z bibliotek dowiedział się, że przyjechaliśmy z Polski – zaskoczył nas. Pokazał stara księgę, oprawioną w skórę antylopy, otworzył na stronie traktującej o astronomii i wskazując na rysunek układu słonecznego stwierdził, że to nie Kopernik, czy Galileusz byli twórcami teorii helicentrycznej, ale długo przed nimi pisali o tym uczeni arabscy. Nie mogłem ripostować, bo moja wiedza w tym zakresie jest za mała. Mógł bym co najwyżej, za sprawą pewnego filmu zapytać, czy Kopernik też była kobietą? J

 
          Jeszcze jedna ciekawostka, właściciele bibliotek z dużym pietyzmem traktują drewniane drzwi prowadzące do ich wnętrz. Było to niezrozumiałe. Dopiero później dowiedziałem się, że takie drewniane drzwi były oznaką dużego bogactwa. Te trochę drewna trzeba było bowiem, na grzbiecie wielbłąda, przywieźć z nad odległej o 1000 kilometrów rzeki Senegal. Niesamowite.

 
       Pod koniec dnia idziemy do znajomego, znajomego na tradycyjną herbatkę. Znajomy nie jest jeszcze tak biegły w jej przygotowaniu. Mistrzowie nalewają ją z wysokości około metra. Tu widzimy zaledwie połowę z tego.

Tak w dwóch słowach o mauretańskiej herbacie. Jest to herbata chińska. Zagotowywana na małym ogniu, o mocy i kolorze kawy, słodka, wielokrotnie przelewana do małych szklaneczek i czajnika, aby cukier się rozpuścił, a na wierzchu była gęsta piana.

Należy ją pić małymi łykami. Trzy razy proces parzenia jest powtarzany, z tym że za drugim i trzecim razem otrzymamy zapewne szklanki swoich sąsiadów.

 
     Po herbacie podano do sto ….. przepraszam, na matę podłogową, misę z mawo.

Tu małe wyjaśnienie. W Mauretanii nie uznaje się łyżek, czy też sztućców lub talerzy. Jedyne łyżki, to drewniane łyżki do gotowania potraw.

Tak więc zasiedliśmy wokół dużej miski. Prawą ręką nabieramy ryżu, do tego trochę mięsa koziego czy też wielbłądziego, które leży na wierzchu i ugniatamy z tego kulkę. Kulkę wkładamy do buzi. Proste ?

Dla Maurów proste i naturalne. Dla nas początki spożywania mawo, która często robiona jest też z kuskusa, nie były takie naturalne. Pewna część potrawy pozostawał nam na ręce, między palcami, na brodzie, czy też na macie podłogowej.

 
        Wieczorem wracamy rozklekotanym, 30 letnim mercedesem, w dobrym stanie do Azougui. Powrót polega na „zjechaniu o jeden stopień niżej”. Znaczy to, że najpierw gnamy (100 km/godz) przez kilkadziesiąt kilometrów, po płaskiej jak stół i pofalowanej jak tarka, gruntowej drodze (pista). Potem ostro w dół i dalej płasko do domu.

Dowcip polega na budowie geologicznej Sahary, która w dużym uproszczeniu wygląda tak: 100 kilometrów płasko, potem 200-500 metrów próg, gdzie droga wije się zakosami, znowu kilkaset kilometrów płasko, znowu uskok w dół lub kolejny w górę itd., aż do Morza Śródziemnego – czyli ze 2 – 3 tysiące kilometrów.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Tym razem muzyczna. Coś tam posłuchałem i coś tam pokazano mi z tradycyjnej muzyki Maurów. Prawie same rytmy, bez linii melodycznej. Jakież było nasze zdziwienie, gdy pewnego razu, w obecności rodowitego nomada, włączyłem naszą ulubioną płytę polskiego bluesmena Kajetana Drozda, arabski znajomy zaczął bardzo żywiołowo reagować. Wykonywał taneczne ruchy całym ciałem. Czyżby to był jego pierwszy blues w życiu? Albo muzyka Kajetana przekracza granice kontynentów?

Czas nieubłaganie biegnie do przodu. Potrzebna szybka decyzja – co dalej? Za 10 dni kończy się wiza. Jest też kilka problemów.

Miały być bankomaty – zadziałał tylko jeden, na początku naszego pobytu, w Nouadhibou.

Nie miało być problemu z zakupami żywności. Tymczasem trzeba mieć mocną psychę by kupować coś, poza pieczywem czy owocami, na miejscowych targach. 
 

      No i wieje od dni kilku, a to oznacza problemy z oddychaniem, kaszel i ciągłe podejmowanie decyzji – czy wyciągać w ten pył sprzęt foto lub wideo?

Ostatecznie decydujemy, że nie ma sensu jechać jeszcze kilkaset kilometrów w stronę Senegalu, bo korzyści z tego będą wątpliwe, a wyrzeczenia spore.

Więc wracamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu