piątek, 22 lutego 2013

Maroko. Sahara Zachodnia, tym razem od dołu do góry jechana.


       Na pierwszą noc zatrzymujemy się koło przygranicznego motelu. Ale radość. Jest WiFi, jakiś sklep, nawet pizze można było zjeść.

 
        Mamy też czas na pospacerowanie wśród ciekawych formacji skalnych z piaskowca. Jadąc na południe, tylko zaznaczyliśmy to miejsce koordynatami GPS.

 
          Na kolejny nocleg skręcamy do wioski rybackiej Lamhiriz. Wioski? Widać na zdjęciu jak wyglądają zabudowania. W jakich warunkach mieszkają rybacy. Ciekawe jest to, że 200 metrów od slumsów, stoją puste domy! Są dwie wersje odpowiedzi, dlaczego tak jest? Nie wiemy, która jest prawdziwa, że: rybacy nie chcą przeprowadzić się do nowych, murowanych domów, które postawili Marokańczycy, czy też są to mieszkania dla żołnierzy nowopowstałej jednostki wojskowej.

 
     Tymczasem obserwujemy pracę rybaków. Nie ma tu portu. Łodzie trzeba wnosić na ramionach na plażę. Kupujemy kilka rybek.

 
       Miejsce postojowe znajdujemy koło kilku francuskich kamperów. Muszę wysłuchać głupawej, moim zdaniem, wypowiedzi Francuza: „Maroko jest dla Francji jak ogród, podobnie jak Meksyk dla Amerykanów”. Ręce opadają. Żenada.

 
             W drugim dniu jazdy na północ, późnym wieczorem, przekraczamy powtórnie zwrotnik raka. Oznacza to, że wróciliśmy ze strefy tropikalnej. Chyba trochę szkoda. Napewno szkoda.

 
           Po dwóch dniach jesteśmy już w mieście Dakhla. Spotykamy znajomych z Niemiec. Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie stoi już 100 kamperów. To te małe punkciki przed wzgórzem. Dziewięćdziesiąt z Francji, kilka niemieckich, jacyś Włosi.

 
     Niektórzy koczują tu całą zimę. Dla nas to porażka. Kilka miesięcy w jednym miejscu? Prawie codziennie wieje z północnego-wschodu, tak na oko 40-60 km/godzinę. Jak wieje, to i piaskiem sypie nieźle. Do miasta jeszcze ponad 20 kilometrów. Spacer po pustyni? Nie, my odpadamy. Tu trzeba lubić „nicnierobić” przez kilka miesięcy.

 
         My zaczynamy od wielkich zakupów. Doładowujemy telefon i internet. Idziemy na obiad do arabskiego lokalu. Mówiąc krótko – jedną noga jesteśmy na starym kontynencie.

 
           Dakhla, to jedno z piękniej położonych nadmorskich miast w Maroku. Na końcu trzydziestokilometrowego, wąskiego cypla. Miasto-garnizon, gdzie prawie każdy mężczyzna to: żołnierz, policjant lub ochraniarz. No cóż, roszczenie prawa do Sahary Zachodniej wymaga ofiar. To miasto, gdzie zarabia się dwa razy więcej, niż pracując na takim samym stanowisku w Maroku. Gdzie wszystko powinno być tańsze, niż w Maroku, gdyż nie ma tutaj podatków od towarów i usług.

   Ceny niestety są porównywalne lub wyższe od tych na północy. Wszystko tutaj trzeba dowozić samochodami z odległości nawet 2000 kilometrów.

 
         Jedyny ciekawy element Dakhli, to meczet.

 
                Samo miasto sprawia miłe wrażenie. Stosunkowo czysto, przynajmniej centrum. Nawet biedne domy schowano za nowymi murami. Dużo małych hoteli. Szkół i ośrodków kitesurfingu. Na przedmieściach wygląda to już o wiele gorzej. Czyli normalnie.

              Po tygodniu odpoczynku, przegrupowaniu sił i środków (czyli np.pranie, odgruzowanie kampera po Maurze itp.), ruszamy dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu