wtorek, 19 lutego 2013

Mauretania. Droga powrotna do Maroka.


W tumanach piasku. Słońca nie widzimy od dawna. Pamiętamy o możliwości zawiania drogi i przymusowym postoju.

 
           Nie dziwią nas już dziesiątki wraków samochodów porzuconych przy drodze. Tylko pytanie, jakim cudem Ci ludzie się rozbijają, gdy drogi w dobrym stanie, ruch na nich minimalny, a od zakrętu do zakrętu i kilkanaście kilometrów trzeba przejechać?

 
     Tak wyglądał jeden napotkany samochód po szybkiej jeździe w czasie burzy piaskowej.

 
     Tu jeszcze jedna ciekawostka, o której zapomniałem wcześniej napisać, a która leży przed wielbłądami. To zbiornik na wodę, o pojemności co najmniej 1000 litrów. Leżą takie przed większością mauretańskich gospodarstw domowych. Woda dowożona jest cysternami. No cóż, brakuje jej nawet w stolicy kraju.


        Na dwa dni zatrzymujemy się w rybackiej wiosce Tanit. Choć widać, że nie jest to wioska w naszym pojęciu. Dziesiątki namiotów, bud lub innych zadaszeń postawionych na morskiej plaży. Mieszkańcy, to prawie sami czarnoskórzy Senegalczycy. Za to mają bajecznie kolorowe łodzie i prawdopodobnie są świetnymi rybakami.

 
     Podglądamy ich pracę na morzu.

 
        Patrzymy jak dobijają z rozpędu łodziami do plaży, a potem szybko, przy pomocy kilkunastu osób trzeba przepchać je, po belkach, poza zasięg fal.

 
          Potem chcemy zatrzymać się w kolejnej wiosce rybackiej. Niestety, po kilku kilometrach zawracamy. Drogę przegradza zaspa. Z piasku oczywiście.

 
           Więc jeszcze jeden nocleg przy drogowym punkcie kontrolnym żandarmerii i w południe meldujemy się na przejściu granicznym, którym blisko 3 tygodnie wcześniej wjeżdżaliśmy do Mauretanii.
Jest to jedyne przejście pomiędzy tymi krajami i jedyne aby wjechać z Europy do Afryki Zachodniej, czy Środkowej.

Tak to się przez tą politykę i wojenki różne porobiło.

      Przekraczanie granicy podobne jak poprzednio. Choć po mauretańskiej stronie większy luz – wiemy już co i jak. Spotykamy tu młodego bosonogiego i długowłosego Polaka, z kategorii hippi, który po czterech latach bytowania w południowej Hiszpanii wybiera się do Afryki. Opowiadamy mu o kadu w Mauretanii i w tym momencie widzimy dwa polskie samochody terenowe, które wjechały na przejście. Jak na komendę mówimy, że sprawdzimy w praktyce tajemnicze słowo kadu. Podchodzimy do pierwszego kierowcy (jest to kobieta), ja owinięty w czerwe (ciągle wieje i pyli) i mówimy „kadu, kadu”. Po sekundzie mamy w rękach dwa długopisy.

          Wybuchamy śmiechem. Jak widać, można latami apelować do turystów, aby nie trudnili się w Afryce rozdawiennictwem.  O to proszą przecież co bardziej światli Afrykanie!

Ręce opadają.

Polskie samochody to jedne z ponad 200 załóg turystycznego rajdu Budapeszt-Dakar. Miało być Budapeszt-Bamako, no ale ……. wojenka.

Celnicy mauretańscy widzą, że dość luźno się czujemy na przejściu i proszą aby jechać dalej.

Czyli znowu karkołomny, czterokilometrowy pas ziemi niczyjej i wjeżdżamy do Maroka.

To znacz wjeżdżamy, po zrealizowaniu 10 punktów, które trzeba zaliczyć. Te same co przy wyjeździe, plus pamiątkowe zdjęcie z celnikami (do kolekcji brakowało mu jeszcze zdjęcia z Polakami) oraz wielka hala z tak zwanym skanerem. Czyli prześwietlanie samochodu, pod kątem materiałów wybuchowych i promieniotwórczych.

          Jesteśmy znowu w Maroku. Tym razem mamy więcej czasu i postaramy się lepiej przyjrzeć Saharze Zachodniej. Potem skierujemy się do wschodniej części tego kraju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu