sobota, 9 marca 2013

Maroko. Pożegnanie z oceanem.

             Tymczasem wjeżdżamy do Guelmim. Już tutaj byliśmy w drodze do Mauretanii. Teraz traktujemy to miasto tranzytowo. Szybka wizyta na myjce, gdzie zafundowaliśmy kamperowi solidne pranie, po piaskach Sahary. Zatankowanie wody i jedziemy kilkanaście kilometrów dalej, do małej wioski Abeino.

 
       Przewodniki zachęcają do odwiedzenia miejscowych kąpielisk termalnych. Jednak my rezygnujemy. Pod względem estetycznym, niezbyt te baseny nam się widzą.

 
               Poza tym czeka na nas Pan Uriuk.
    
       To stary znajomy, jeszcze z czasów, gdy uprawialiśmy loty na paralotniach. Potem nasze drogi się rozjechały, my ruszliśmy kamperem w świat, a Pan Uriuk pokazuje Maroko polskim pilotom
i wydaje się, że robi to naprawdę dobrze.

 
             Zatrzymaliśmy się dni kilka w jego bazie, nieopodal Tiznitu.

 
        To dobre miejsce do uprawiania paralotniarstwa. Kilka kilometrów dwustumetrowego klifu pozwala odbywać nawet kilkugodzinne loty. Jednak nasza paralotnia pozostała w Krakowie, więc czym nas zaskocz Pan Uriuk?

 
        Zapakował nas do swojego mini i ruszyliśmy w miejsca, o których przewodnikowi turyści mogą tylko pomarzyć. Najpierw pojechaliśmy do Parku Narodowego Sous-Massa. Wspominałem już, że parki narodowe w Maroku kierują się innymi prawami niż parki europejskie. Można tu prawie wszystko. Sam park został ustanowiony głównie do ochrony ibisa grzywiastego. Żyje tu połowę światowej populacji tego zagrożonego gatunku. My jednak nie do ibisa.

 
     Najpierw odwiedziliśmy hotel dla koneserów. Mieści się w morskim klifie, a pokoje gościnne zostały wykute w skale.

 
     Dalej ruszamy pieszo, nieoznakowaną ścieżką, wzdłuż morskiego brzegu. Z początku jest lajtowo.

 
     Potem trzeba pokonać jakieś progi, nie większe jak 10 metrów każdy. Na szczęście są rozwieszone liny. Każda z lin ma już okres świetności za sobą, ale wiadomo ….. inschallah.

 
        Po kilkuset metrach obserwujemy kilkunastometrowe rozbryzgi fal. Zabawa porównywalna z rosyjską ruletką. Tu jednak zasada jest nieco inna. Nie można odwracać się tyłem do oceanu. Wiele było przypadków poważnych okaleczeń, nawet wśród polskich turystów. Wystarczy moment nieuwagi, większa fala przewraca ryzykanta, a skały tutaj są ostre jak nóż. Ostatni przypadek, to prawie odcięta noga.

 
      Nieco dalej znajdujemy wejście do podziemnych korytarzy, może nie szokującej długości, ale przez te kilkadziesiąt metrów można poczuć się speologiem.

 
     Pod koniec trzykilometrowej wycieczki, sprawdzian z poczucia równowagi. Trzeba trawersować półki skalne, gdzie kilka metrów poniżej przewalają się fale.

 
     Na koniec zasłużony odpoczynek w zacisznej zatoczce.

         Kilkudniowy relaks szybko mija. Opuszczamy Pana Uriuka (dzięki za pokazanie innego Maroka) i ruszamy dalej. W kierunku miasta Sidi Ifni.

 
 
     Pamiętając, że to nasze ostatnie dni z Oceanem Atlantyckim, odnajduje na plaży swój kolejny wrak. Tym razem to chyba bardzo wiekowy, bo ledwo go widać z piasku.

 
             Natomiast, same miasto Sidi Ifni to była hiszpańska enklawa.

 
     W centrum zachowało się kilka budynków w stylu kolonialnym. Nas jednak zaciekawiła autentyczna akcja protestacyjna, która miała tu miejsce. Był namiot z kilkoma młodymi Marokańczykami, były transparenty z hasłami. Tylko nie wiemy przeciw czemu protestowano? Może „precz z piaskiem na Saharze”?
           Tak na serio, to spodobało nam się, że w tym Maroku nie ma znowu tak  wielkiego "zamordyzmu"

 
      Za to, na trzech miejscowych kempingach wielki nalot Francuzów. Ze dwie setki kamperów w jednym, małym miasteczku. Toż to nowa era kolonialna nastała. Maroko – do boju !!! J
 
     Kilka kilometrów za Sidi Ifni jest mała plaża Legzira. Trudno tu dojechać, trudno trafić.
 
 
     Na brzegu kilka hotelików i restauracji. Niby nic nadzwyczajnego, ale ……………

 
     Znajduje się tu, jeden z bardziej znanych wizerunków turystycznego Maroka. Olbrzymi łuk skalny, znany z wielu folderów i widokówek. Będąc w pobliżu, warto wybrać się tu na spacer. Miejsce najlepiej odwiedzić w czasie odpływu.

          Teraz jeszcze pożegnanie z Oceanem Atlantyckim. Towarzyszył nam od początku naszej podróży: Bretania, wybrzeże Basków, północna Hiszpania, cała Portugalia, potem Maroko
i Mauretania. Będzie nam brakowało jego pomruków.

          Czeka na nas teraz górska, a potem wschodnia część Maroka – czyli ruszamy do krainy Berberów.

1 komentarz:

  1. Cudowna podróż! Bardzo inspirująca. Przekonałam się naocznie, że to podróż kamperem i że to możliwe.
    Pozdrawiam - Zofia

    OdpowiedzUsuń

Szukaj na blogu