środa, 13 marca 2013

Maroko. Ruszamy w Antyatlas.


        Nasza trasa biegnie teraz w kierunku Antyatlasu. Najbardziej na południe wysuniętego pasma górskiego. Dalej to już tylko Sahara.

      Wybraliśmy Antyatlas, opisywany jako najmniej turystyczny region, a jednocześnie region szalenie zróżnicowany. To tutaj są rejony upraw i produkcji: olejku arganowego, szafranu, daktyli, migdałów i róży, a właściwie ich płatków.

Zacznijmy jednak od początku.

Zrobiliśmy duże zakupy w Agadirze (najdalej na południe wysunięty supermarket sieci Marjane) i ruszyliśmy na południowy-wschód, w kierunku miasta Tafraoute.

 
        Zaraz po wjechaniu w górzystą część naszej trasy, zobaczyliśmy dookoła drzewa arganowe. Oto gałązka i owoce tego drzewa.
Dodam jeszcze kilka słów o tym dziwnym gatunku. Gatunku, dzięki któremu mamy olej arganowy,używany do celów kosmetycznych, spożywczych lub medycznych.
             Drzewa arganowe rosną tylko w tym rejonie Maroka. Żaden inny kraj, lub kontynent im nie   odpowiada. Próba przeniesienia ich uprawy do Meksyku skończył się tym, że drzewa sobie rosną ale nie owocują. Owoce drzewa arganowego przypominają nieco małe śliwki. Jednak ich najważniejsza i użyteczna dla człowieka część znajduje się wewnątrz pestki. Czyli trzeba albo ręcznie wyłuskiwać z owocu każdą pestkę, albo ………..

albo pogodzimy się z tym, że olejek arganowy, nazywany jest czasami „kosmetykiem z koziej dupy”. To wszystko za sprawą kóz, które nałogowo uwielbiają owoce drzewa arganowego.

 
     Potrafią się wspinać na kilkumetrowe drzewo (drzewo arganowe jest bardzo twarde i rośnie do 6 metrów) aby tylko najeść się, a potem …….. wypróżnić. Tu człowiek wykorzystuje fakt, że kozi żołądek nie trawi pestek. Czyli wystarczy pozbierać kozie odchody, wyłuskać z nich pestki i przystąpić do dalszej produkcji. Dzięki temu jeden etap obierania mamy za sobą. Czysta ekonomia produkcji! J

 
       Czasami konkurentem dla kozy jest wielbłąd, ale na szczęście one nie wchodzą na drzewa (przynajmniej nic nam na ten temat nie jest wiadome), ale z dołu się objadają.

 
        Kiedy po dwóch dniach, skończyliśmy chwilowo przygodę z arganem, zobaczyliśmy obronną wioskę Berberów – wioskę Tioulit. Wioska położona na wzgórzu, dawała schronienie przed wojowniczymi plemionami, które najeżdżały te tereny z rejonów Sahary. Obecnie jest to, albo raczej będzie kompleks hotelowy.

 
        Kilka kilometrów dalej napotkaliśmy dziwną budowlę, Tablica tylko w języku arabskim. Dopiero przyjaciel przetłumaczył nam, że jest to zbiorowy grób 44 osób, które zginęły w 1931 roku, w czasie nalotu samolotu francuskiego, na miejscowy suk.


         Potem dojeżdżamy do miasteczka Tafraoute. To jeden z ważniejszych celów naszej wędrówki po Maroku. Najpierw znajdujemy miejsce postojowe. Nie jest to trudne. Są trzy kempingi (dla wystraszonych) i dużo terenu wokół miasta, w palmowych gajach. Stoi tam, tak „na oko” około 200 kamperów. Nie muszę chyba dodawać, że 95% z nich to Francuzi.


         Samo miasto Tafraoute położone jest w granitowym kotle, pomiędzy wysokimi, na ponad 2000 metrów górami. Otoczenie miasteczka potrafi zmieniać kolory, w zależności od oświetlenia słonecznego. Cała kotlina słynie z drzew migdałowych i palm rodzących smaczne daktyle.

 
      Kolejne dwa dni spędzam na rowerze. Rejon ten wyjątkowo nadaje się do turystyki, zarówno na rowerze górskim jak i trekingowym. Udaje mi się spotkać człowieka, który skierował mnie w najciekawsze rejony, dostępne na rowerze. Trzeba przyznać, że Maroko to wielka pustynia wydawnictw turystycznych.

 
       Trudno mi było wyjechać z miasta. Tak dużo plenerów fotograficznych, jeszcze w życiu nie widziałem. Skacze człowiek po kamieniach i pstryka.

 
          Za miastem nie jest lepiej, co kilkadziesiąt metrów coś godnego uwieńczenia na kliszy …., to znaczy na karcie pamięci oczywiście. Większość głazów, obok których przejeżdżam, ma jakieś swoje nazwy. A to kapelusz Napoleona, a to żółw, czy też inna pantera.

 
             W czasie rowerowej jazdy spotkałem też mały, przydomowy sklepik z wyrobami arganowymi. Oryginały? No cóż, trzeba pamiętać, że większość oferowanego turystom oleju arganowego, to podróbki! Czy tu również?

 
            W końcu osiągam cel, przełęcz na ponad 1700 metrów wysokości. Szukam jakichś ciekawych minerałów. Sięgają tu zabudowania wioski Taleust.

 
         Nagle z jednego z berberyjskich domów wychodzi dziewczyna i pokazuje mi kilka przedmiotów, które chce sprzedać. Jakieś pojedyncze talerzyki, metalowe pudełko po herbacie itp. Mówi jakimś zupełnie niezrozumiałym dla mnie językiem. Po prawie trzech miesiącach pobytu w Maroku, już w miarę rozpoznaje język arabski. Tej dziewczyny zrozumieć nie mogę. Dopiero gdy pokazuje zakładanie obrączki na palec, potem pociera dwa palce i to samo robi pokazując na swoją siostrę (?), która wyszła z domu – domyślam się, że panienki szukają męża.

            Konsultacja z Marokańczykiem potwierdza moje przypuszczenia. Kobiety z odległych, górskich wiosek, wyjdą nawet za przysłowiowego diabła byle by wyjechać do Europy. Wielożeństwo, czyli 2, a czasami 3 żony – to norma wśród Berberów. Tolerowana jest to przez władze marokańskie.

 
          Rejon miasteczka Tafraoute, to również centrum produkcji butów zwanych babusze. Buty mają kolor najczęściej żółty, są skórzane i przeznaczone dla mężczyzn. Grzechem było by nie nabyć, za 30-40 złotych para!

 
       Cztery dni szybko mijają i czas ruszyć dalej. Najpierw jedziemy kilka kilometrów za miasto, obejrzeć malowane skały. W roku 1984, belgijski artysta, pomalował na trzy kolory wiele okolicznych skał. Choć w ten sposób przeszedł do historii – ale raczej nie historii sztuki.

 
         Z drugiej strony trzeba przyznać, że oglądane z pewnej odległości (np. kilku kilometrów), skały robią surrealistyczne wrażenie.

Po godzinie wjeżdżamy w inny, dziki krajobraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu