piątek, 22 marca 2013

Maroko. Trochę tego i owego.


             To będą nowe doświadczenia w podróżowaniu po Maroku. Zostawiamy za sobą setki francuskich kamperów w Tafraoute. Oni zapewne niedługo wrócą na zachód,  na  „atlantycki szlak kamperowy” (autostrady, kempingi, szerokie plaże i dobre sklepy). My natomiast zaplanowaliśmy sobie na najbliższe dwa dni, całkiem boczną drogę na wschód, przez góry Atlas (dokładnie pasmo Antyatlasu). Mamy nadzieję odpocząć trochę od masowej turystyki, nachalnych dzieci, wyśrubowanych cen.

 
         Na razie przypuszczenia nas nie zawodzą. Widzimy opuszczone wioski berberyjskie. Samochodów jak na lekarstwo. Kamperów prawie wcale.

                    Jeśli już jakieś spotykamy, to jadą bez rulonu. Co to jest rulon?
Otóż jest to zwinięta i umocowany najczęściej na stojaku rowerowym, na tylniej ścianie kampera, wykładzina podłogowa, która jest rozkładana przed kamperem, na kolejnym kempingu.
      Wielkość i kolorystyka wykładziny świadczy o zamożności jej właściciela.
               Natomiast jazda bez rulonu świadczy, że kamper często zmienia miejsca postoju,  zwiedza, zatrzymuje się w dziwnych miejscach czyli po prostu uprawia ……. karawaning.

 
       Wieczorem krajobraz zmienia się jeszcze bardziej. Nie widzimy już wiosek, ludzi, słupów energetycznych. Od czasu podróży po Kaukazie, nie spotkaliśmy do tej pory takich klimatów. I chyba nie spotkamy ich w Europie (może Skandynawia).
 

               Zmienia się też stosunek napotkanych ludzi, głównie tych młodych. Dziewczęta, jak to u Berberów bywa, są bardzo zalotne, wesołe, pozują chętnie do zdjęcia.

 
       Tymczasem nadchodzi wieczór. Zatrzymujemy się na nocleg w górskim miasteczku Igherm. Nie ma tu zaplecza turystycznego, a więc i masowej turystyki. Stajemy, swoim zwyczajem, koło budynku królewskiej żandarmerii.
Miasteczko jest stolicą berberyjskiego plemienia Ida Oukensous, które słynie z wyrobu sztyletów i broni palnej. O militariach nic więcej nie wiemy. Natomiast zaciekawił nas budynek „ichniejszego” urzędu miasta. To ten po prawej na zdjęciu.

 
           W środku europejski standard. W biurach komputery i ……….. zdziwione miny urzędników, gdy nas w drzwiach widzieli.
         

       Jeszcze krótki spacer i ruszamy dalej. Raz jedziemy z górki. Raz pod górkę. Jak to w górach bywa.

 
      W końcu opuszczamy Antyatlas i zjeżdżamy na nizinę oddzielającą go od Atlasu Wysokiego. Szybko opuszczamy miasteczko Aliouine. Robi zaściankowe wrażenie.
Zatrzymujemy się na moment koło ciekawej kasby, gdzie na ścianie widzimy ręcznie narysowaną mapę okolicznych atrakcji turystycznych. Strzał w „10” !
 
       Dodam tylko, że Królestwo Maroka ma samodzielne Ministerstwo Turystki. To Ministerstwo ma swoje regionalne biura, z rzeszą poważnych urzędników. W biurach tych rozdawane są nikomu niepotrzebne foldery, zachęcające do odwiedzenia Maroka lub jego królewskich miast.
Brakuje natomiast turystycznych map dla poszczególnych regionów.
Oto przykład.


          Z mapy ściennej dowiedzieliśmy się, że niedaleko jest wioska Ifri, gdzie jeszcze niedawno, mieszkańcy mieszkali w wykutych w skale jaskiniach. Wioskę znajdujemy, nie bez pewnego trudu. Nazwa Ifri, to nazewnictwo oficjalne i nikt z kilku napotkanych osób nie wiedział o co pytamy. Berberyjska i używana nazwa wioski to Tagadir.

 
        Za 10 dirham „klucznik” otwiera wejście i oprowadza po wiosce. Jednak w dużej części jest ona niedostępna, ze względu na stan techniczny drabin, stropów i ścian kamiennych. Ponadto, ja jako człowiek niefrancuskojęzyczny – nie mogłem się dowiedzieć od i do kiedy wioska była zamieszkała.

 
       Potem krótka wizyta w wiosce położonej u podnóża skały. Widać, że mieszkańcom pozostała tradycja bliskiego kontaktu ze skałami. Swoje nowe, murowane domy, postawili bowiem na litej skale! Ma to swoje plusy i minusy. Plusem jest czystość. Nie ma ziemi, nie ma błota pomiędzy domami, na chodnikach, czy podwórkach. Minusem jest chyba to, że jak małe dziecko się wywróci, to ma bardzo pokaleczone kolanka?

        Co by jednak nie powiedział, to spacerując po wiosce, odnosi się dość surrealistyczne wrażenie. Jednak ziemia, to ziemia. Na wsi być musi.

       Po południu opuszczamy ciekawą okolicę, choć można by tu jeszcze dni kilka pomyszkować. No cóż, mamy ograniczony czas naszego wyjazdu i musimy ciągle dokonywać wyboru. Ruszamy więc w stronę Warzazat.


          Po drodze mamy kilka górskich przełęczy, a na nich stoiska z minerałami i skamieniałościami. To znak, że wkraczamy w rejon Maroka, który jest rajem dla geologów. Jako totalni laicy w tej dziedzinie, zatrzymujemy się tu i ówdzie i próbujemy dowiedzieć się gdzie, co, za ile. W dalszej podróży takie informacje będą nam procentować, a do Europy nie zabierzemy ze sobą malowanego gruzu.

 
       I znowu robi się późne popołudnie. Jedziemy jakimś olbrzymim płaskowyżem. Daleko na horyzoncie po lewej i prawej, pasma górskie.

 
            Zatrzymujemy się w miasteczku Tazenakht. To siedziba kolejnego berberyjskiego plemienia o nazwie Ouaouzguite.

 
          To plemię specjalizuje się w tkaniu dywanów o pomarańczowym wątku. Same proste, geometryczne wzory, są typowe dla wszystkich dywanów berberyjskich.

 
            Samo miasteczko ma też dziwną zabudowę. Wszystkie boczne uliczki są bardzo szerokie, a wszystkie domy posiadają podcienia, z pomieszczeniami, gdzie prowadzi się działalność rzemieślniczą lub handel.

             Wieczorem jesteśmy świadkami i dokumentujemy zachowanie francuskich turystów. Zatrzymują się, podbiega do nich gromadka dzieci. Pan "delegat" wychodzi z kampera, wręcza każdemu dziecku po długopisie i robi minę zadowolonego z siebie. Bez komentarza.

 
       W kolejnym dniu podróży zatrzymujemy się przy straganach, przed miejscowością Ajt Bin Haddu. Gdy fotografowałem miejscowe wyroby rzemieślnicze, nagle naszym oczom ukazał się ……….. nie, nie. Nie las krzyży.

 
                Ale coś równie znanego miłośnikom kinematografii. Miejsce, gdzie nakręcono ponad 30 filmów. Od Lawrenca w Arabii, poprzez Klejnot Nilu, Gladiatora, czy Aleksandra.


        Ta pierwsza liga kinematografii światowej zjawiła się w tym miejscu, za sprawą ksaru, berberyjskiej wioski obronnej, która:
a)      wpisana na listę dziedzictwa UNESCO,
b)      wyremontowana z pieniędzy UE,
c)      jest obecnie najlepiej zachowanym ksarem w Maroku.

 
           Ksar jest jeszcze częściowo zamieszkały. Ale spora część obiektów jest otwarta i udostępniona do zwiedzania. Czasami za kilku dirham jesteśmy wpuszczeni do domu, gdzie kręcono takie czy inne sceny filmowe. Jeden z mieszkańców pokazuje mi grotę, która „grała” w 4 produkcjach. Sam właściciel pokazuje z dumą swoje identyfikatory statysty filmowego, zdjęcia z planu. Na moje pytanie, kto najlepiej zapłacił za udostępnienie groty, odpowiedział z wyraźnym sentymentem – film Gladiator. Przez kilka dni wszyscy musieliśmy opuścić swój dom, gdy zajęli go filmowcy, ale warto było.

 
     Jeśli jest obiekt turystyczny, to nie może zabraknąć i oferentów sztuki wszelakiej. Można tu nabyć obrazki malowane ………. herbatą z szafranem. Ich wykonywanie trwa 3-4 minuty i przypomina pisanie informacji szpiegowskie – nie widać co się rysuje. Dopiero podgrzanie spodniej strony kartki uwidacznia „małe dzieła sztuki”,  po 50 dirham sztuka.

         Na drugi dzień mamy już wszystko "zwiedzone". Sklepy pamiątkowe "obchodzone". Materiał video nakręcony.
Może więc wyskoczyć rowerem, na dzień w wysokie góry?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu