środa, 3 kwietnia 2013

Maroko. Ostatnie piaski i ksary.


      Oto wjeżdżamy do Rissani, kiedyś ostatniego miasta, leżącego na skraju Sahary, do którego prowadziły utwardzone drogi. Teraz wszystko się pomieszało. Niby to miasto jest ostatnie, ale jeszcze dalej, dojedziemy drogą asfaltową do kolejnych wiosek. Kiedy wydaje nam się, że za tymi wioskami czaka nas tysiące kilometrów piasku, to nagle zaskoczy nas tablica reklamowa, która informuje, że 60 kilometrów w bok jest: oaza, a w niej oryginalne osiedle z namiotami nomadów, klimatyzacją, basenem, WiFi i kortem tenisowym.

No i taka właśnie jest ta dzisiejsza Sahara. Z drugiej strony trzeba jednak pamiętać, że pustynia, to pustynia. Na przykład na wschód od Rissani zaczyna się pustynia Kir (El Gir). Pamiętajmy, że Sahara to nazwa raczej regionu, albo zbiorowiska wielu pustyń. Wymieniona pustynia Kir znana jest z gwałtownych wiatrów i burz piaskowych.
Doznajemy tego od kilku dni, wieje, a słońca niczym zza chmur świeci.

 
      Wracajmy do miasta. Na miejscowym suku znajduje warsztat rowerowy. Mój bicykl wymaga drobnej naprawy. Jednak jak zobaczyłem mechanika i jego warsztat pracy, to jakoś odeszła mnie ochota, na zostanie jego klientem.
 

       Co więcej o suku w Rissani? Jest on jednym z najważniejszych targów w tym regionie. Widzimy tu przykładowo, całe worki, albo sterty wysypanych daktyli, które oferują mieszkańcy okolicznych wiosek.
 

      Tutaj też zobaczyliśmy, jak wygląda praca w piekarni i wypiek chleba, który za chwilę kupiliśmy. Oj, sanepid miał by tam co robić!
 

                Kolejną atrakcją, a raczej świętością Rissani, jest grób-mauzoleum Mulaj Ali Szarifa – założyciela dynastii Alawitów.  Dla lepszego zrozumienia zagadnienia powiem, że jest to prapraprapra…….. dziadek obecnego Króla Maroka.
   Przed wejściem do mauzoleum, stoję ze znajomym, dzięki któremu udało nam się wejść w miejsca, gdzie niemuzułmanin wstępu nie ma. Oj, dostało mu się za to, od ochrony!

 
       Stoimy sobie w tym Rissani, już dzień drugi. Dzieci nabrały takiej śmiałości, że nawet obiektyw aparatu fotograficznego, specjalnie ich nie peszy. No to sobie pstrykam.
 

       Jednak dla mnie, największą rewelacją okolic Rissani, są rozrzucone dookoła, ciągle zamieszkałe ksary. Pomimo, że w przewodnikach, na ich temat, jest jakaś jednozdaniowa wzmianka, którego dnia ruszyłem rowerem na ich objazd. Niedaleko miasta położony jest ksar Manouga. Obowiązkowe muzy obronne, ozdobna brama. Wszystko oczywiście z „glinianego budulca”.
 

          Wewnątrz można poruszać się tylko pieszo, lub co najwyżej na osiołku. Większa część uliczek jest zakryta od góry.
 

      Spotykam tylko dzieci, które zaciekawione kto to idzie, równie szybko znikają w swoich domach.
 

       Kilka kilometrów dalej wchodzę do ksaru Aulad Abd al-Halim. To jeden z niewielu, o którym cokolwiek wiem. Wybudowany w 1900 roku dla brata miejscowego sułtana. Zachowały się w nim dekoracje sufitów w dwóch pomieszczeniach.

 
          Trochę więcej opowiem o ksarze Asarghin. Dla mnie to było totalne zaskoczenie. Najpierw zdobiona brama, starcy siedzący dookoła. Tutaj spotykają mnie „frojndy” i prowadzą dalej.
 

             Zaraz za bramą stosunkowo rozległy plac. Miejsce zebrań? Grecka agora ?
 

        Na końcu placu mały sklepik spożywczy. Oczywiście wszystko w glinie zrobione.

 
         Potem wchodzimy w uliczki ksaru. Uliczki? Raczej tunele. Światło słoneczne przenika co kilkadziesiąt metrów. Na skrzyżowaniach. Po bokach widzimy chodniki, środkiem zagłębienie – odprowadza wodę lub ścieki? Nie mniej, jedna rzecz zaskoczyła mnie totalnie.
               Brak jakiegokolwiek brzydkiego zapachu (mówiąc wprost – nic tam nie capi)!
Na teoretycznie przewiewnych uliczkach suków, miejscami smród zwala z nóg. Tutaj nic!

 
        „Przyjaciele” doprowadzają mnie do ozdobnych drzwi. Mówią, że to meczet (mosqu). Minaretu nie widać, widocznie wystaje ponad zadaszenie uliczek.
 

          Dwie uliczki dalej wchodzimy do wnęki, a tam ….. studnia. Woda wyciągana jest z głębokości około 10 metrów.
 

              Na koniec „przyjaciele” zapraszają mnie do swojego domu. Na środku typowy dziedziniec. Z miejscem do przyjmowania gości. Tutaj toczy się głównie domowe życie. Pomieszczenia wokół to sypialnie, kuchnia, jakiś magazynek.
Rezygnuję z dalszego oprowadzania, trochę tu zamarudziłem, a jeszcze ze 30 km drogi przede mną.
Pozostałych kilka ksarów potraktowałem z marszu. Fotka bramy i dalej.

 
                Kolejnego dnia znowu rower poszedł w ruch. Pojechałem do dość kultowego miejsca na turystycznej mapi Maroka. Małej osady Marzuka. Miejsce to znane jest z Irku Szabbi -  wydm o wysokości ponad 200 metrów. To chyba jedyne takie miejsce w Maroku, gdzie można „otrzeć się” o namiastkę pustyni z folderów. Dlatego i ruch tu spory. I różne 4x4 zakopują się w piachu i na wielbłądzie można pojechać za trzecią wydmę i tam spędzić niezapomniana noc w namiocie nomadów. Dla mnie to była jazda nudna i męcząca. Prawie 50 kilometrów w jedną stronę, płasko, i tylko z czterema zakrętami po drodze. No i jeden pedał coraz bardziej nie chcę pedałować!

Następnego dnia jedziemy dalej. Teraz już tylko na północ! Ku Europie.
Może w końcu ta zima, na starym kontynencie odpuści ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu