piątek, 26 kwietnia 2013

Maroko. Wspomnienia z Tangeru.


        Zgodnie z obietnicą, po wywołaniu zdjęć z Tangeru, postaramy się przedstawić dowody na tezę, że ........ miasto to, można "bez bólu", pozostawić poza swoją planowaną trasą turystyczną.

    O grocie Herkulesa wspomniałem na fejsie. Można o niej powiedzieć tyle, że wewnątrz jest więcej sprzedających pamiątki, niż zwiedzających grotę. Nawet legenda o Herkulesie, który spędził w grocie noc, nie uratuje jej reputacji.

 
       Natomiast jako ciekawostkę można potraktować wizytę na przylądku Iszbartal (Spartel). Stoi tu latarnia morska z 1865 roku i to w tym miejscu spotykają się wody Atlantyku z wodami Morza Śródziemnego. Co z takiego spotkania wynika, to wiedzą tylko żeglarze. Widać z tego miejsca spory odcinek wybrzeża hiszpańskiego.

        Wracajmy do Tangery. „Zrobilśmy” go z przewodnikiem w rękach. Więc powinno być ok.
 
         Zaczynamy od Muzeum Sztuki Marokańskiej. Mieści się ono w XVII wiecznym sułtańskim pałacu Dar al-Machzen.  


      Dochodzimy do sali, gdzie eksponowane są przedmioty z ruin miasta Cotta. Miasto było ważnym ośrodkiem gospodarczym w okresie mauretańskim, to znaczy od I wieku przed do III wieku naszej ery. Ale zaraz, nie o tym chciałem napisać! Gdzie to miasto było położone?
             Nieopodal Tangeru, kilkaset metrów od „groty Herkulesa”. Kilka dni wcześniej chciałem obejrzeć te ruiny. Teren ogrodzony wysokim murem, przy bramach różnokolorowe formacje wojskowe trzymają straż. Za murem trwa jakaś budowa. To może oznaczać tylko jedno – kolejny pałac dla Króla lub kogoś z jego saudyjskich krewnych. Wszystko ok., tylko dlaczego na terenie ruin (o ile jeszcze istnieją?) ważnego, dla historii tego terenu, ośrodka miejskiego? Ja rozumiem, że Król wszystko może, ale troszkę nieładnie tak manipulować historią swojego kraju !!!

 
       Potem spacer po kasbie. Utkwiła nam w pamięci Brama bastonady. Jest tu fontanna z ciekawą mozaiką. Natomiast sama bastonada, to bicie w pięty, na które skazywano kiedyś przestępców, a samą karę wykonywano w tym miejscu.
 

                     Jesteśmy teraz na legendarnym placu Petit Socco. Kiedyś, było tutaj centrum mediny. Tu załatwiano wielkie interesy. W kabaretach, kasynach czy kawiarniach – widywano bankierów, dyplomatów, wielkich kupców – z początku XX wieku. Obecnie nie pozostało NIC z ducha ówczesnych czasów. Zwykły placyk z knajpkami, bez wyrazu.  


         Szukamy dalej. Już wiem! Może w Cafe Hafa ? Kawiarnia istnieje nieprzerwanie od 1921 roku. Według przewodnika, nie wymieniono w niej nawet mebli z tamtego okresu! Jakaś bzdura, plastikowe krzesła ogrodowe z 1921 roku? Żart. No ale duch słynnych pisarzy, czy też zespołów? Bywali tu i Paul Bowles i The Rolling Stones, a nawet członkowie The Beatles. Obecnie kawiarnia okupowana jest przez miejscowych ćpunów, a zapach kifu i marihuany roznosi się dookoła. Jeszcze szybciej wyszliśmy niż weszliśmy do tego miejsca.

 
     Kilkaset metrów obok kawiarni Hafa, miejsce ciekawe. Punkt widokowy, z którego widać Europę. Spotkaliśmy tu wiele osób, również całe rodziny, z nostalgią spoglądające na skrawek „ziemi obiecanej”. Podobnie jak klientela „sławetnej” kawiarni. Dziesiątki osób wpatrzonych na drugą stronę cieśniny Gibraltarskiej.
 

           Ciekawe, czy ci mieszkańcy Tangeru – tu na fotografii z początku XX wieku – byli bardziej szczęśliwymi ludźmi?
            Dajemy sobie, albo raczej przewodnikom turystycznym, jeszcze jedną szansę. Cafe de Paris. Jacy tu ludzie nie przebywali? Jacy dyplomaci, pisarze, artyści? Daruje sobie przepisywanie ich nazwisk. No tak, od otwarcia kawiarni w 1920 roku, minęło trochę czasu.


          Jednak, ani kawiarnia nie mieści się już w swoim pierwotnym miejscu, ani jej otoczenie nie przypomina niczego, z nostalgii minionych lat. Więc znowu pudło.

 
      Oczywiście mieszkańcy Tangeru, mowa o płci męskiej, przesiadują jak przed laty w kawiarniach, przy szklaneczce herbaty. Ale czynią tak (od wieków), wszyscy Arabowie, czy też Turcy.

       Sam Tanger, to jednocześnie nowoczesna metropolia. Duże firmy, banki, szerokie ulice pełne samochodów. Jednak moim zdaniem, to za mało aby zaciekawić turystę.

                  Z drugiej strony patrząc, to współczesny turysta (nawet organizator turystyki) często nie wie, czy jego prom pasażerski przybije do portu w Tangerze (tu przybijają tylko (!) szybkie promy z Tarify), czy też do odległego o 50 kilometrów, nowego portu w Tanger Med (tu przybijają wszystkie inne promy do Maroka). Wiadomo bowiem, że z tego miejsca szybko się odjeżdża. W Maroko.
          Więc może przestańmy pisać o „niezwykłej atmosferze, mieście romantycznym, zmysłowej egzotyce”. Ktoś, kiedyś, o czymś napisał: to se ne wrati.

Czy nie było to czasami o Tangerze ?
 
           Po 3 dniach jedziemy do Tanger Med. Spotykamy tu silną ekipę z CamperTeamu, która właśnie rusza na podbój Maroka. Nieoceniony Krzysiu (eMKa) dostarczył nam – tak na wszelki wypadek – nową chłodnicę do kampera.
Wymieniamy kilka zdań o swoich planach. Każdy rusza w swoją stronę.

 
     Wieczorem jesteśmy już zaokrętowani na swoim promie do Hiszpanii.
 

        O zachodzie słońca, z opóźnieniem typowym chyba dla wszystkich  promów, odbijamy od afrykańskiej ziemi, na której spędziliśmy trochę ponad 4 miesiące czasu. W Maroku, na terenie Sahary Zachodniej i Mauretanii. Świadomie zrezygnowaliśmy z jazdy do Senegalu i Gambii. Było o tym na naszym blogu.
         Jesteśmy teraz mądrzejsi o doświadczenia, jak należy przygotować siebie i kampera do podróży po Afryce Zachodniej.
          Nie wiemy tylko, jak zachować się wobec różnych „internetowych doradców”, opisujących w necie swoje afrykańskie podróże? Przez kilka bzdurnych sieciowych wpisów, mieliśmy trochę  różnorakich problemów. Więc prostować czy pozostawić internet swojemu biegowi? W końcu każdy może tu pisać, co mu się podoba !!! Mniejsze lub większe dyrdymały. Byle zaistnieć.

 
      Tymczasem z pokładu, po raz ostatni spoglądamy na Góry Rif.
 

           Mnie trafia się jeszcze okazja „ustrzelenia” dłoni marokańskiej pasażerki. Dłoni ozdobionej, zgodnie z berberyjską tradycją, tatuażem z henny.

 

                Godzinę później, mijamy skrawek zamorskiego terytorium Wielkiej Brytanii i wyładowujemy się w hiszpańskim Algeciras. Następnego dnia spokojnie ruszamy do dalszego „smakowania” Andaluzji. Tym razem jej wschodniej części.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu