poniedziałek, 3 czerwca 2013

Hiszpania cz.2. Droga powrotna.



       Chciał bym się zatrzymać jeszcze na moment w Grenadzie. Zauroczyło nas to miasto. Ale z tym zatrzymaniem to nie było już tak łatwo. Piękny parking, przeznaczony tylko dla karawaningowców, kosztuje prawie 20 EUR za dobę ! Trochę to dużo. Na szczęście, w tak dużym mieście, są zawsze miejsca alternatywne do zatrzymania się. I na takowych miejscach stoimy.
       W czasie swojej dotychczasowej podróży tylko jeden raz, w okresie Świąt Bożego Narodzenia, korzystaliśmy z kempingu. Od wielu lat bowiem, preferujemy postoje wśród miejscowej ludności, co pozwala nam lepiej poznać miejsca, regiony, czy też kraje.
          Wracajmy do Grenady. Grenada, to nie tylko wspaniała Alhambra. To również Albaicin, dzielnica mieszkaniowa położona u podnóża pałaców. Założona przez arabskich uchodźców w XIII wieku.
Przed wiekami było tutaj kilkadziesiąt meczetów, które zastąpiono ...... kościołami.
Oto kilka z nich, które spotkałem w czasie kilkugodzinnej jazdy rowerem po starych uliczkach.

Gotycka katedra z wieku XVI. Wciśnięta między inne zabudowania. Nawet dobre zdjęcie trudno jej wykonać.

Wspaniały portal (czyli obramowanie drzwi wejściowych) kościoła Santa Ana. Kościół oczywiście z wieku ..... XVI.

I jeszcze jeden ciekawy kościół. Iglesja del Salvador. Utrzymano w nim kilka elementów z meczetu, który stał w tym miejscu.
     Po trzech dniach opuszczamy Grenadę. Na naszej prywatnej liście rankingowej dajemy jej numer "jeden" - w kategorii dużych miast hiszpańskich. Tych które widzieliśmy, a widzieliśmy tak niewiele.
Ruszamy dalej. Do Guadix.

     Oto Guadix w trzech planach. Na planie pierwszym fragment największego placu postojowego dla kamperów. Oceniam go na tysiąc pojazdów turystycznych! Plan drugi to katedra, którą budowano ponad 200 lat. No i plan trzeci, na którym widzimy ośnieżone szczyty gór Sierra Nevada.

      Ale Guadix to nie tylko zabytki. Jest tutaj cała dzielnica troglodytów, czyli zamieszkałych jaskiń. Jest ich w sumie około 2000. Na zdjęciu widać kominy, a jednocześnie systemy wentylacyjne tych nietypowych domów.

     Pierwsza myśl, to zdziwienie. XXI wiek i ludzie w jaskiniach mieszkają? W Europie?

      Dopiero jak troche pozwiedzaliśmy, posłuchaliśmy, poczytaliśmy - to pomysł jest przedni, ze wszech miar. Względy ekonomiczne? Zapewne. W miękkiej skale można sobie samemu "wydłubać" niezły dom. Trwałe to zapewne, a przede wszystkim ........... wygodne. Wygodne w znaczeniu "termicznym". Pamiętajmy, że to południe Hiszpanii. W lecie temperatura ponad 30 stopni, to norma. Tymczasem w tych domach jest stale 18-20 stopni ! Bez klimatyzacji.

        Tymczasem, dzięki miłym paniom z informacji turystycznej, jedziemy do małej wioski Gorafe.
Trochę to nie po drodze, ale prawdopodobnie warto. Tak, oaza ciszy i spokoju. Mało turystów tu jeszcze dociera.

      Tymczasem Gorafe pretenduje do europejskiego centrum megalitów. I nie bez racji. Są tutaj dziesiątki budowli z olbrzymich kamieni, które służyły jako grobowce. Grobowce liczące kilka tysięcy lat! Jest tutaj również centrum informacji o megalitach, pokazy w 3D i wiele innych.
Jeśli ktoś jest zainteresowany nie tylko lansowaniem się na hiszpańskiej plaży, to warto tutaj zaglądnąć.

         Opuszczamy Andaluzję i po wykonaniu dużego skoku jesteśmy w Walencji. Dokładniej, to wybraliśmy miasto Alcoi. Wybraliśmy je, gdyż była okazja zobaczyć, znaną w Hiszpanii fiestę o nazwie Moros y Cristianos. Chodzi o inscenizację bitwy pomiędzy maurami i chrześcijanami. Całe miasto tym żyje. Wszystkie balkony udekorowane chrześcijańskimi symbolami, a święto dedykowane jest świętemu Jerzemu, który w chwili zwątpienia rycerstwa chrześcijańskiego, ukazał się na murach i poprowadził siły rekonkwisty na arabów.

     Niestety, niedoszacowaliśmy rozmachu Moros y Cristianos. Bilety dawno wyprzedane, wszystkie pojazdy "wyprowadzone" za miasto, tłumy na ulicach pomimo, że kilkudniowa fiest zaczyna się dopiro nazajutrz.  Pozostało nam tylko zobaczenie przygotowań i odwiedzenie muzeum fiesty. Tutaj dowiadujemy się, że na przywódców walczących wojsk, wybierani są bogaci mieszkańcy, którzy fundują sobie przebogate stroje z epoki. Stroje te przekazywane są od dziesiątków lat do tego muzeum.

     Kolejny etap wyznaczyliśmy sobie na hiszpańskim wybrzeżu Costa coś tam, coś tam. Mówiąc dokładnie, to w miasteczku Peniscola. Naczytaliśmy się w polskiej prasie i na forach, że hiszpańskie wybrzeże to rozboje, kradzieże, tłumy i drożyzna. I prawie wszystko się zgadza. Widoczny na zdjęciu pomnik, to papież Benedykt XIII, który urzędował w miejscowym zamku, podczas schizmy zachodniej. Zamek jest totalnie "byle jaki". Ceny + 50% od tych, z głębi kraju.
Wprawdzie nikt na nas nie napadł, ale za to po powrocie do kampera spotkaliśmy za wycieraczką informację straży miejskiej, aby nawet nie myśleć o nocowaniu w tym miejscu. Jak nie, to nie. Pojechaliśmy dalej.

     Do Katalonii, do fajnego miasteczka Montblanc. Trafiliśmy tu na jakiś festyn poświęcony oczywiście walce z Maurami.

     Mieliśmy więc okazję poprbować miejscowych potraw, wina z kieliszków zawieszonych na swojej szyi, posłuchać muzyki katalońskiej i zobaczyć uliczne przedstawienia. Tutaj chyba wszyscy mieszkańcy byli przebrani "na ludzi z epoki", dlatego turystę łatwo było rozpoznać.

       I to było by na tyle naszej Hiszpanii. Zostawiamy na boku jakieś miasteczka, położone u stóp Pirenejów. Chciało by się jeszcze tyle zobaczyć, a tu czas nagli.
      Na wszelki wypadek nie fundujemy sobie flagi Hiszpanii (podobnie jak francuskiej), gdyż taka flaga jest dla nas oznaką, że dany kraj "zwiedzony i poznany" został, przez naszą załogę na kółkach.
Mówiąc krótko - trzeba tu jeszcze wrócić.

     Tymczasem teraz mamy w planie etap ostatni. Skok przez Pireneje i Prowansję, a przynajmniej jakąś część tego pięknego regionu Francji.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu