poniedziałek, 5 maja 2014

Kamperem za kołem polarnym 2014. Część 1 Litwa.



        Będzie mała zmiana w sposobie naszego blogowania. Nasz „blogspot” robi nam różne figle, w czasie dokonywania wpisów. Teoretycznie wszystko jest ok., jednak w czasie podglądu treści okazuje się, że formatuje układ po swojemu, zdjęcia są w różnych miejscach dodawane, czasami kolor czcionki zmieni itp.

W czasie podróży ciężko jest nam poświęcać ¾ czasu dostępu do internetu na „walkę” z blogspotem. Dlatego decydujemy się na mniej komercyjny układ – najpierw treść, potem zdjęcia do danego wpisu.
================================================================

          No to zaczynamy. Trochę długo zbieraliśmy się do blogowania, ale po opuszczeniu Polski, przez bite 2 tygodnie, pogoda była wyśmienita. Więc nie chcąc tracić ani godziny, biegaliśmy po Pribałtykach od rana do wieczora. Trzaskał aparat, terkotała kamera. Ale zacznijmy od startu. Dnia 13 kwietnia, zgodnie z planem, późnym popołudniem. Potem kierunek północ. Po drodze Koprzywnica (Rodzina), Suwałki i po 4 dniach jazdy jesteśmy na Litwie. Szybko. Jak na nasze tempo, to naprawdę szybko. Deszcz zostawiamy za sobą. Od tej pory już tylko słońce!

Pierwsze miasteczko to Mariampol. Wystarczy się tu zatrzymać na długość kawy. Wszystko, na czym można "zawiesić oko" jest blisko siebie. Wszystko, to znaczy dwa kościoły, jakieś małe muzeum krajoznawcze, synagoga. Po kawie i sprawdzeniu litewskich cen w supermarkecie, jedziemy dalej. Na liczniku 66 km/h. Nic nie jest w stanie nas zatrzymać! Kierunek Kowno. Jeszcze gwoli wyjaśnienia. Jest to już nasz drugi pobyt na Litwie. Ten pierwszy, przed kilkunastoma laty, wykorzystaliśmy do zwiedzenia Wilna, Trok, Góry Krzyży itp. Teraz jedziemy drugą ligą litewskich atrakcji. 

          Mamy cynk z niemieckiego forum, że w Kownie można się zatrzymać free tuż koło zamku. To prawda, choć akurat tego wieczoru, trochę gęstawo na tym parkingu. Ale wiadomo - nasz kamper naszym domem. Po zasłonięciu okien, zajmujemy się swoimi sprawami.

      Jednak wieczorem zabieram swojego E-P5 z obiektywem 14-50 i ruszam w miasto. To znaczy wyczyn to żaden, bo do Rynku mam z 300 metrów. Jeszcze tylko rozstawienie statywu i uczę się nocnej fotografii. Kolejna ulica i pstryk, pstryk, pstryk. 100 metrów dalej i pstryk, pstryk. Tej nocy odkryłem w sobie ducha nocnego artysty. Fajna zabawa, jeśli po zrobieniu zdjęcia nie musisz oglądać ziarna na ekranie. Muszę przyznać, że Kowno żyje nocą, masa otwartych knajpek, ludzie na ulicach i jeden plus, który anuluje jeden minus. Plus, to brak widocznych nietrzeźwych, zaczepek, okrzyków, a minus? Moim zdaniem minusem jest niezdrowa fascynacja motoryzacją. Taką trochę na miarę swojego małego kraju. Mały kraj i wielkie samochody. Wielkie, paliwożerne, wieloletnie już pojazdy. I nocne popisy ich możliwości.

W dzień idziemy już w miasto, z przewodnikiem w dłoni. Zamek - można sobie odpuścić, bo co to za zabytek, który nie wiadomo nawet, kto zbudował (albo Litwini, albo Krzyżacy) i kto go kilkadziesiąt latach później zdobył (albo Litwini, albo Krzyżacy).

Byliśmy w nim i wiemy, co piszemy! Zostawiając historykom te dysputy obchodzimy Stare Miasto, Plac Ratuszowy, Aleje Wolności i zatrzymujemy się dłużej przy i w Bazylice Archikatedralnej, której budowa trwała 200 lat.

            Późnym popołudniem przemieszczamy się na znaczną odległość, to znaczy z centrum, na przedmieścia Kowna. Na tak zwane Pożajście. Mieszczący się tutaj klasztor kamedułów, to jeden z najwybitniejszych zabytków architektury na Litwie. Mamy jednak pecha. Jest Wielki Piątek i klasztor zamknięty. Czas na wielkanocne wyciszenie zakonników. Dopiero w sobotę wieczorem będzie dostępny. Jednak to, co widzimy zza klasztornych murów przekonuje nas, że warto poczekać, gdyby ……..

        No właśnie, gdyby nie wieczór. A było to tak. Stoimy na wielkim parkingu. Czasami w towarzystwie kilku samochodów. Czyli po tym gwarnym Kownie jest dobrze. Jednak po zmroku zaczyna się zlot. Parking zapełnia się 50-70 samochodami z młodymi ludźmi. Na dach prawie każdego pojawia się szisza (fajka wodna), a stojące dookoła samochodów załogi zaczynają palić jakieś zielska. Z pojazdów dobiega głośna muzyka, a wokół roznosi się słodki zapach i dym, który w skąpym oświetleniu klasztornej wieży, wygląda niczym poranna mgła. Stoimy w środku tego zlotu. Nie mam odwagi na zrobienie fajnej fotki, ale za to po kilku wyjściach z kampera, zaczyna mi się robić jakoś tak miło. Zasypiamy późno w nocy i aby mimo woli nie zostać początkującymi narkomanami, decydujemy się opuścić klasztor i kolejnego dnia jechać dalej.

Po 20 kilometrach stajemy w Rumszyszkach. To tu jest wielki litewski skansen i jest również Wielkanoc. Teresa szybko uwija się z przygotowaniami jadła na świąteczny stół. Mamy już doświadczenie w świętowaniu poza domem. Przygotowania trwały jedno popołudnie, a wielkanocne śniadanie było syte i dostojne. Przyznać jednak trzeba, że na Litwie wcale nie widać świątecznego nastroju. Raczej jak dzień wolny od pracy, spacer z rodziną itp. Jak wygląda skansen? Pokazujemy na zdjęciach.

Teraz czas na Kiejdany. Spędziliśmy tu kilka godzin. Miasto było przed wiekami niczym obecne Sarajewo (to nasze odczucie). Dzięki swojemu właścicielowi – Januszowi Radziwiłłowi – była tu rzadko spotykana tolerancja religijna. Zbory luterańskie i kalwińskie, kościoły, klasztory, synagogi, cerkwie i minaret, w tym jednym małym miasteczku do dzisiaj stoją! Dlatego nie zdziwił nas pomnik Radziwiłłów na Rynku postawiony. Warto oddać cześć takiemu człowiekowi. Po spacerze po mieście jedziemy do miejsca, gdzie urodził się Czesław Miłosz. Nobel, pokręcone życie prywatne i zawodowe, to scenariusz na niezły film.

Zaledwie kilka biednych domów, to wioska Szetejnie. Pomimo obaw wyczytanych w przewodnikach, dojazd jest dobrze oznakowany. Teren „posiadłości” Miłosza jest za szlabanem. Odszukujemy miłą kobietę (trzeci dom w wiosce), która opiekuje się terenem fundacji twórczości im. Miłosza. Bo nie ma tu muzeum. Jest fundacja. Ale miejsce jest zaiste magiczne. Stary dworski park. Po dworze nie ma już śladu, ale poustawiane w parku „książki” opisują, co i jak. Jest więc i staw, gdzie w nocy pojawiała się wielka, czarna świnia. Tak zapamiętał tą historię Miłosz i tak opisał ją w „Dolina Issy”. Jest tu rzeźba Magdaleny, bohaterki „Doliny Issy”, której wzorem była dziewczyna posługująca na plebanii. Zakochawszy się w księdzu, popełniła samobójstwo, a potem straszyła okolicznych mieszkańców. Więc w roku 1922 lub 1923 odkopano jej grób i łamano ją kołem. Tak zapamiętał tą autentyczną historię Czesław Miłosz. To tutaj w koło są te wspaniałe pachnące łąki, a kilkadziesiąt metrów poniżej płynie rzeka Niewiaża, która w powieści została nazwana Issy. I w tym magicznym miejscu dane nam było nocować, w tej atmosferze pełnej tajemnic z przed blisko 100 lat.

Obiecujemy sobie, że po powrocie do Krakowa, bliżej poznamy twórczość Miłosza. Podobnie jak po powrocie z Krety i zauroczeniu postawami życiowymi Kreteńczyków, przeczytaliśmy wszystkie wydane po polsku książki Kazantzakisa. Oto jeden z „efektów ubocznych” naszych podróży.

Tymczasem udajemy się do ostatniego już na Litwie miasteczka. Rakiszki. Ma ono ciekawy układ, w kształcie litery T. Jedna długa ulica, a na jej końcu, prostopadle położony rynek najdłuższy, jaki w swoim życiu spotkaliśmy. Ma prawie kilometr długości! Po jednej stronie rynku stoi neogotycki kościół św.Mateusza Apostoła (1885), na którego budowę grosza nie poskąpili, właściciele położonego na drugim końcu Rynku, pałacu Tyzenhauzów. W pałacu jest umiarkowanie ciekawe muzeum, którego perełkami są 2-3 sale. Jedna z nich to oryginalnie zachowana jadalnia z wyposażeniem. Przy okazji zwiedzania muzeum pokazano nam jeszcze 3 ciekawe ekspozycje (rzeźby samouka Longinasa Sepka, zbiór szopek z różnych krajów i mały skansen zlokalizowany w pałacowym parku. Ale ponieważ dzień miał się ku końcowi, więc za zgodą najważniejszego pracownika administracji pałacowej, czyli Pana Stróża, zajechaliśmy kamperem do parku i udaliśmy się na spoczynek w cieniu pałacowych zabudowań, w towarzystwie dzięciołów, które opanowały stare, parkowe drzewa.
        Rano ustalamy kierunek -> Łotwa, bo inaczej to dojedziemy na ten nasz biegun zimna dopiero zimą. Po drodze wpadamy na krótki spacer do przygranicznego miasteczka Birże. Dobrze zaopatrzona informacja turystyczna nie przekona chyba turystów, do zatrzymania się tu na dłużej. Stary zamek Radziwiłłów został odbudowany w stylu …. lat trzydziestych XX wieku. Dwór w Ostrowie (ciekawy spacer wzdłuż jeziora), a raczej willa w stylu włoskim Tyszkiewiczów, jest w rękach prywatnych i wymaga remontu. Choć nadaje się na fajną sesję foto z udziałem kampera. Jednak późna godzina i liche światło nie dają właściwego efektu. Jest tu jeszcze empirowy kościół Jana Chrzciciela. I to wszystko. Zapada zmierzch, a my chcemy zrealizować dzisiejszy cel, czyli przebyć jeszcze te kilkadziesiąt kilometrów i zanocować na Łotwie. Uda się?




Kraków, godzina N-5 minut
Mariampol. Katedra z 1824 roku.









Kowno. Dom Perkuna z XV w. 
Kowno. Parking obok zamku.





Kowno. Wnętrze Bazyliki.
Kowno. Bazylika.














Pożajście. Narkotykowy parking.
Pożajście. Klasztor kamedułów.












Rumszyszki. Wielkanoc.
Rumszyszki. Wioska Dzukija.







                 


Rumszyszki. Wioska Aukstatija.
Rumszyszki. Skansen. Miestelis.





                                       
                       



Rumszyszki. Wiatrak z Zematija.
Rumszyszki. Muzykantka.



Kiejdany. Zbór kalwiński z XVII w.
Kiejdany. Pomnik Radziwiłła.











Kiejdany. Fragment pomnika.
Kiejdany. Kościół św.Józefa.



Kiejdany. Barokowa synagoga.
Szetejnie. W parku dworskim.











Szetejnie. Rzeźba Magdaleny.
Szetejnie. Dolina Niewiaży (Issy).










Rakiszki. Fragment ogromnego Rynku.
Rakiszki. Pałac Tyzenhauzów.











Rakiszki. Jadalnia Jaśnie Państwa.
Rakiszki. Wystawa Krzyży.









Rakiszki. Wystawa Longinasa Sepka.
Rakiszki. Wystawa Longinasa Sepka.


 
Rakiszki. Park pałacowy i dzięcioły.
Rakiszki. Kościół św.Mateusza.

 
Birże. Przed willą Tyszkiewiczów.
Birże. Kościół św.Jana Chrzciciela.























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu