środa, 14 października 2015

Kamperem - kierunek Sycylia ..... cz.2 porady raczej praktyczne tu zapodamy

        Po kilku dniach kręcenia się po Polsce, opuszczamy jej granicę. Celujemy z Kotliny Kłodzkiej, w kierunku Wiednia.

          Bez sensu było kupowanie winietki za przejazd przez ten kraj. 310 koron, to coś koło 50 złotych, choć przy granicy, ale jeszcze po polskiej stronie, krzyczeli sobie kantorowcy po 65 naszej waluty. W zamian doznaliśmy przyjemności podróżowania jedynym płatnym odcinkiem - z Brna do granicy austriackiej. Do tego odcinkiem w remoncie. Dziękujemy, w drodze powrotnej już nie skorzystamy.

        Tuż przed granicą CS-AUT spotykamy miłych karawaningowców, którzy wracali do Polski. Powiedzieli nam, że 300 km przed Wiedniem byli ważeni przez Austriaków. Dwóch znajomych, którzy od lat mieszkają w Austrii, nie chciało w to uwierzyć. Ważyć kampery? Ale jednak coś w tym jest. Dokładnego punktu GPS nie zaznaczyłem (N 47.08983  E 15.85049 ??? może ktoś potwierdzi), po obu stronach autostrady A2, około 30 km przed Grazem, zorganizowany jest obowiązkowy kierunek jazdy, dla pojazdów ponad 2.8 tony, przez "parking" na którym stoi radiowóz i zamontowane są wagi do ważenie pojazdów. Nas też (początek października!) skierowało w ten punkt.  Było trochę szczęścia, bo padał spory deszcz i nikomu nie chciało się obsługiwać wagi, więc wolniutko, 30 km/h przejechaliśmy w kolumnie ciężarówek, jak na defiladzie i odetchnęliśmy z ulgą. Wybiegnę w przyszłość i dodam jeszcze, że wyjeżdżając z Austrii, a dokładnie z Lienzu do Włoch, też za miastem spotkaliśmy taki STACJONARNY punkt ważenia, ale w tym wypadku skierowany na pojazdy wjeżdżające do Austrii.

        Na kolejne dwa dni wpadamy z zapowiedzianą wizytą do Joli i Jano, karawaningowców w drugim pokoleniu, którzy osiadli gdzieś w rejonie Grossglocknera. Piszę w drugim pokoleniu, bo kiedyś aktywnie podróżowali kamperem, potem go spieniężyli, a po latach zakupili kolejnego. Więc znowu witamy w Rodzinie! Przy okazji przypomnę, ze w Austrii obowiązuje prawo, do noclegu w kamperze, w każdym miejscu, gdzie nie jest to wyraźnie zabronione, w celu tak znanego "przywrócenia zdolności do dalszej jazdy".

        Noc, a nawet dłużej, możemy się zatrzymać na początku szlaku prowadzącego na najwyższą górę w Austrii. Znawcy wiedzą o co chodzi, a cepry i tak z tego nie skorzystają :-) N 47.02297  E 12 68988. Obok jest ścianka wspinaczkowa i schronisko Lucknerhaus.

        My wybraliśmy inną miejscówkę. N 46.99090  E 12.63943. W rejonie przysiółka Lana. Nad górską rzeką, metr od wody źródlanej, ławeczka, w nocy cisza. Podobnych miejsc w okolicy można spotkać kilka.

        No, ale w końcu trzeba do tej Italii wjechać. Tuż przy granicy z AUT ceny miejsc postojowych chore. To znaczy w granicach 20 EUR, trochę się zapętliliśmy, zapadł zmierzch, zaczęło padać i trzeba było coś szybko namierzyć. Więc padło na SP w Weidbruck N 46.58750  E 11.52417. Cena oficjalna to 12 EUR za stanie, zrzucenie szarej wody i podłączenie się do prądu. Jednak uwaga na diablo stromy wjazd! Widzieliśmy jak samochód wyjeżdżał tam tyłem. Generalnie, w tej cenie nie polecamy.

        Lepiej już dojechać do Bolzano i rezygnując z różnych oficjalnych SP, zatrzymać się w rejonie ścianek wspinaczkowych, gdzie i kampery włoskie zatrzymują się na nocleg, a nawet na dłużej. Za free N 46.46921  E 11.31711 Zmieści się tu kilkadziesiąt kamperów. Choć wody nie nabierzemy do zbiorników.

         Potem, za namową kilku osób postanowiliśmy zobaczyć sławetne jezioro Garda. No jeden raz można zobaczyć. Dla nas wystarcza, widzieliśmy piękniejsze. Ponadto droga tu wąskawa i kręta. W weekendy sporo kolarzy. Zatrzymać możemy się, ale oczywiście nie biwakować, na wyznaczonych miejscach. Za 1.20 EUR przez godzinę. Kempingów tu sporo, większość przylega do ruchliwej drogi.


        Werona. Jeszcze nie udało nam się rozszyfrować kamperowych miejsc postojowych we Włoszech. Mamy ich ponad 3 tysiące, ale w większości są zupełnie nijakie!. W samej Weronie jest ich kilka. Przymierzamy się do jednego, drugiego. Same miny. Dopiero na kolejnym widzimy kilka włoskich kamperów. Wjeżdżamy w ostatniej chwili i zajmujemy jedno z ostatnich miejsc. (foto wykonałem już następnego ranka). Więc stajemy na darmowym SP N 45.43613  E 10.97885, obok bramy zwanej Porta Palio. W ciągu dnia miejsca wszystkie są zajęte. Jak ktoś potrzebuje, to i wodę tu znajdzie (ma wałach). Atutem jest bliskość zabytkowego centrum miasta.

        Bo zwiedzać w Weronie jest co! Biegaliśmy przez dwa dni, to taki optymalny czas, naszym zdaniem. Co najmniej trzy historyczne place, rzymski amfiteatr, kilka ważnych kościołów, w tym jeden "odkościelniony", Jest jakieś słowo fachowe, że się odświęca kościół?

        Ale najważniejsze to - Romeo i Julia. Największa bujda. Niczym obietnice wyborcze polskich polityków. Najważniejsze, że ludziska łykają wszystko i tu i tam, niczym pelikany gorące kartofle. Dokładnie mówiąc, to: w Weronie mieszkały sobie przed laty dwa rody Kapuletich i Montekich. I na tym koniec. Postacie Romea i Julii zostały już wymyślone. Dom nazywany "Domem Julii" to stara ...... karczma. Mało tego. Ludziska tak szukali balkonu, na którym Julia .............., że władze miasta, w latach trzydziestych ubiegłego wieku, taki balkon dobudowały (foto) - wstęp 6 EUR. To turystom wystarcza. Teraz piszą po ścianach swoje imiona, wciskają w szpary karteczki, wieszają kłódki, a dwóch posterunkowych nawet nie próbuje opanować tego pędu do wielkiej miłości.

        Jak komuś mało, to jeszcze obowiązkowe zdjęcie z pomnikiem Julii. Bez względu na kolor skóry, wszyscy miłości szukają. Tylko dlaczego pewne części pomnika są szczególnie często dotykane w czasie pozowania do zdjęcia?

          W czasie wałęsania się po Weronie dowiedziałem się, że camper, to niekoniecznie camper. To również marka włoskich butów. Więc teraz częściej będę kupował campery.

        Duże wrażenie robi wnętrze kościoła Sant Anastasia. Dwie świetne kropielnice i kilka ołtarzy, z których każdy mógł by być samodzielnym dziełem sztuki. Ot, włoski gotyk! Na zdjęciu wrzucam ołtarz Fregosa. Garbusów na fejsie umieściłem.

         Po Weronie jedziemy do Mantua. To o 30 kilometrów przybliża nas do Rzymu, który ma być punktem wyjściowym, w naszej podróży na południe. Stajemy na SP N 45.14657  E 10.79021. Obok takie niemieckiego maleństwa. Wygód nie ma, ale jest free.

 Kilka godzin spacerowania po etruskich miejscach, po uliczkach, których chodził Wergiliusz, no i gdzie przez kilkaset lat miał swoją siedzibę, jeden z najważniejszych rodów europejskich - Gonzagów.
 


        Jak już jesteśmy w Mantua, to nie sposób jeszcze wpaść do miasteczka Sabbioneta. W końcu oba te miasta zostały niedawno wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z sugestią miejscowego mieszkańca zatrzymujemy się tuż przy murach miasta. N 44.99732  E 10.48839





        Inny dogodny SP to oddalony o kilkaset metrów N 45.00042  E 10.48966. Oba SP bez mediów, choć wody możemy nabrać z pobliskich ujęć miejskich.








     
         Trzecie miejsce postojowe wyposażone jest i w miejsce zrzuta kasety, szarej wody i możliwość zatankowania wody czystej. Niestety w czasie naszego pobytu było zajęte w całości, przez organizatorów święta miasta, które przypadało za dni kilka. N 44.99453  E 10.48867

       Samo miasto zowie się "Miastem Idealnym" albo Małymi Atenami. To za sprawą rozmieszczenia ulic, wysokości budynków, generalnie układu urbanistycznego. Po noclegu, wyjeżdżamy bramą Porta Imperiale.


 
             Jeszcze jeden temat do poruszenia. Jeżdżąc po Italii, uważajmy na tablicę - jak obok. To oznacza kontrolę szybkości. Zaraz za tablicą możemy spotkać coś takiego pomarańczowego. Skrzynkę z oczkami, przez które patrzy na nas fotoradar. Jak nas wypatrzy, to za kilka miesięcy otrzymamy na swój domowy adres list z zaproszeniem do zapłaty. I wtedy nie ma, że boli!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu