wtorek, 22 grudnia 2015

Kamperem - kierunek Sycylia ..... cz.8 samo południe

     Turystyczna harówka za nami. Największe atrakcje turystyczne zostawiamy z tyłu i jedziemy na południe włoskiego buta. Może teraz czas na coś "dla oka"? Coś co natura stworzyła?

        Niedaleko za Pompejami znajduje się rozreklamowane Wybrzeże Amalfi (amalfitańskie). Cud natury. Na zdjęciu po lewej - tak wyglądało przed laty. Wybieramy "lżejszy" dojazd, bo z mapy droga wygląda dość pokręcona. Czyli wjeżdżamy od strony Salerno. Nie jest źle, ale trzeba być spiętym za kierownicą. Zasada - przed ostrymi zakrętami nie musimy się wstydzić użycia sygnału dźwiękowego. Poza tym trochę rozsądku i na pewno dojedziemy "do środka" wybrzeża, czyli do miejscowości Amalfi. W końcu i autokary turystyczne i rejsowe też tu dojeżdżają.

        I my, z naszymi troszkę ponad 7 metrami długości też spokojnie dotarliśmy. Na miejscu małe, a raczej duże zaskoczenie! Nie ma gdzie się zatrzymać. Pomimo, że dawno już po sezonie, to jest sporo samochodów osobowych, kilka autokarów, trochę busów turystycznych i parking prawie pełen. Jakiś parkingowy mówi, że nie ma szans. Na miejscu dla autokarów nie wolno. Najlepiej wracaj skąd przyjechałeś. Chwilę stoimy na poboczu i wszystko jasne. TO NIE JEST MIEJSCE DLA KAMPERÓW. Jest w tym sporo logiki. Weźmy na ten przykład taki autokar. Wypluje z siebie z 50 turystów, którzy rozbiegną się po miasteczku. Część do knajp, część po pamiątki. I interes się kręci. Samochody osobowe też nie są złe. Coś kupią, a może i w hotelu zanocują? A taki kamper. Zaraza jedna! Miejsca zajmuje jak bus.Jak już stanie to chętnie by postał trochę. Do knajpy nie pójdą, bo szamanko swoje mają. W podróży są już długo, więc pamiątek"made in china" nie kolekcjonują. To po jaką cholerę tu się pchają?

        Zrozumieliśmy zasadę w kilka minut. Masowa turystyka górą i bez emocji, więc późnym popołudniem wracamy drogą, którą przyjechaliśmy. Do Salerno. Wieczorem spory tu ruch. Jest plac dla kamperów. Stoi tam nawet jeden Włoch. Cena 15 EUR, bez jakichkolwiek udogodnień. Życzymy miłej nocy i na granicy miasta znajdujemy duży stadion z jeszcze większymi parkingami. Wszystko oświetlone, bezpłatne. Czyli zasada, że w pobliżu obiektów sportowych, kamper znajdzie coś dla siebie, potwierdziła się. Ale uwaga! Jak sięgnę pamięcią, to dokładnie odwrotnie jest na terenie Albanii. Pamiętam tam kilka stadionów sportowych, wokół których są tylko ulice, bez parkingów.

        Wygląda to obłędnie, ale pamiętajmy, że jeszcze nie tak dawno, za rządów Envera Hodża, nikt w tym kraju nie miał prywatnego samochodu. Więc po co było budować parkingi? Ten nasz w Salerno ma koordynaty N 40.646913° E 14.822538°.
        Muszę jeszcze dodać, że na parkingach wokół stadionu, bo jest ich kilka, zmieści się swobodnie kilkaset kamperów. Nie mniej Salerno potraktowaliśmy tranzytowo i kolejnego dnia ruszamy dalej.

        Do Castellabate. To taka spokojna, nadmorska miejscowość, gdzie chcieliśmy kilka dni odreagować po intensywnym zwiedzaniu Napoli i okolicy. Ze znalezieniem miejsca postojowego po sezonie nie ma tu problemu. N 40.300163°  E 14.948796°. Ot, typowa nadmorska miejscowość południowych Włoch. W czasie wakacji zapchana do granic możliwości.
     
        O tej porze roku kompletny luz. Wyciągamy, więc nogi (kampera), ustawiamy antenę TV i rower idzie w ruch. Bo wokół jest kilka ciekawych miejsc do zobaczenia. Przy okazji można wypatrzeć inne kamperowe miejsca. Przykładowo w oddalonej o kilka kilometrów Santa Maria jest specjalnie wyznaczone miejsce dla naszych domów na kółkach. N 40.291800°  E 14.949298°. Jest miejsca na kilkanaście kamperów, a do plaży jest kilkaset metrów.

        Podobnie w San Marco jest darmowy parking. N 40.267458°  14.939618°. Czasami pod znakiem oznaczającym parking (P) jest tabliczka, która informuje, że w jakimś dniu tygodnia, najczęściej w godzinach 6-14 jest zakaz postoju. Oznacza to, że w tym terminie, na tym miejscu, odbywa się cotygodniowy targ. No cóż, kilka podstawowych słów po włosku wypada sobie przyswoić. Dni tygodnia, czy też liczebniki. Jeśli ktoś chce być bardziej komunikatywny, a ma telefon – smartfonem obecnie zwany, a do tego system android w nim zawarty, to warto zastanowić się nad zainstalowaniem bezpłatnej aplikacji „Tłumacz”. Warto to zrobić jeszcze przed wyruszeniem w drogę, gdyż urok tej aplikacji polega na tłumaczeniu z i na język polski, kilkudziesięciu innych języków offline, czyli bez podłączenia do internetu. Ale do tego trzeba pobrać wcześniej z sieci pakiety danego języka, a te mają po 200-300 MB wielkości. Szkoda je „zasysać” za granicą.

        Kręcąc się to tu, to tam na swoich dwóch kółkach, znalazłem przecudnej urody miejscówkę. Nazywa się Licosa. N 40.253648°  E 14.906273°. Foto po prawej. Dojazd trochę ukryty. Trzeba wjechać przez Ogliastro Marina i prosto asfaltem, przez bramę z napisem droga prywatna. Napis nieaktualny. Samo miejsce, to marzenie. Malutki port rybacki, stary kościół, zero ludzi i my.


        No i nie zapominamy o kąpielach morskich. Temperatura wody prawie 20 stopni!.. więc ćwiczę podwodne zdjęcia. Daleko im do tych, które oglądamy w kolorowych pismach. Myślę, że oprócz słabości sprzętu i miernych umiejętności nurka, to jeszcze trzeba pamiętać, że Morze Tyreńskie to nie Czerwone albo inna rafa koralowa.
Trzy dni minęły szybko, pogoda dopisuje wybornie, więc dalej na południe czas.
     
        Po drodze zupełnie przez przypadek zatrzymujemy się w Elea Velia. Dużo miejsca, nawet na nocleg N 40.158432°  E 15.155460°. Jest to małe miasteczko z widoczną z oddali wieżą na wzgórzu. Okazuje się, że to ruiny greckiego miasta, z którego budulca rzymianie wybudowali swoje miasto. Ono też w ruinę popadło. Muszę tu dodać, że wjeżdżamy do rejonu Włoch, gdzie przed ponad dwoma tysiącami lat była kolonia grecka. To i greckich zabytków nie będzie nam tu brakowało, pod warunkiem, że wcześniej rzymianie ich nie unicestwili. No tak, miało nie być na tym blogu „przewodnikowo”, ale tylko czasami coś wtrącę.

        Zwiedzanie Elea Velia skutkowało tym, że w dalszą drogę ruszyliśmy już późnym popołudniem. I do celu nie dotarliśmy. Zrobiło się ciemno. Zatrzymujemy się w maleńkiej mieścinie Ceraso. Dwie uliczki, cztery lokale. Zapytany mieszkaniec, wskazał nam mały plac, w sam raz na kampera. N 40.193877°  E 15.255801°. Idziemy na mały spacer i na pyszną pizze. W małej wiejskiej pizzerii. Jesteśmy tu obcy. Wszyscy się znają. Dyskretnie nas obserwują. Ale jest miło i spokojnie.

        Kolejnego dnia wracamy na szlak. Jedziemy wybrzeżem Cilento. Super widoki. To kolejne po Amalfitanie wybrzeże regionu Kampanii, które jest urokliwe, a przy tym bardziej dostępne niż Amalfa.

        Potem na mapie zobaczyłem jakieś ruiny. Miejscowość Cirella. W przewodnikach ani słowa. Do czego jednak jest internet. Łoł, to urokliwe ruiny miasta, które zostało opuszczone przez wszystkich mieszkańców. Tego nam było trzeba. Stajemy na jedną noc nad morzem. Rowerem po okolicy, a potem na wzgórzu, obok opuszczonego miasta. Wiecie, jakie odgłosy dobiegają w ciemnościach z takich ruin? Normalnie – Hitchcock!


        Cirella  N 39.715820°  E 15.823083°

        Cirella  N 39.706711°  E 15.810882°










          Kilka kilometrów za Cirellą leży miasteczko Diamante. Warto zatrzymać się tu na mały spacer, bo warto zobaczyć "murales". Jest ich tu kilkadziesiąt. Murales to takie małe dzieła sztuki wykonane na murach. Dla nas były ok. Aby je zobaczyć, można zatrzymać się na parkingu N 39.679036°  E 15.816987°
  

        W Amantea zatrzymaliśmy się, aby zrobić zakupy w jakimś większym supermercati. To znaczy Teresa robiła, a ja coś tam wypatrzyłem nad miastem. Sam nie wiem, co to? Ale ładnie w promieniach zachodzącego słońca wyglądało. Foto po lewej.
       

       Kąpielisko Nocera. Nocujemy tu „tranzytem”. Miejsca jest sporo, szumi morze, wszystko oświetlone. N 39.013818°  E 16.115298°. Obowiązkowe tankowanie wody. 
        A propos wody do kampera. W Włoszech jej nie brakuje. Można ją tankować na większych stacjach benzynowych. W małych miejscowościach są różne studzienki . Bardziej zapobiegliwi mogą sobie zainstalować w smartfonie bezpłatną aplikację „Fountains in Italy”, czyli ujęcia wody pitnej na terenie Włoch. Woda wodą, trzeba ją jednak jakoś zatankować do kampera.

        W garażu wozimy za sobą konewkę o pojemności 12 litrów (najczęściej używana), odcinek 3 m węża ogrodowego, gdy można podjechać blisko kranu i drugi 15 metrów, który używamy sporadycznie. Do tego potrzebujemy różne końcówki do wkręcenia na kran, mamy o trzech średnicach. Takie spotykaliśmy w krajach przez nas do tej pory odwiedzanych.

   
     
        Kolejnym miastem jest Tropea. Mieliśmy tu tylko zanocować, ale było miło i wyszły dwa noclegi. N 38.679745°  E 15.895280°. Super plaże, fajne spacery, interesujące motywy fotograficzne. Byliśmy tu kilkakrotnie nagabywani na odbycie rejsu w kierunku wysp liparyjskich. To takie jeszcze nie zupełnie wygaszone wulkany położone około 100 km od wybrzeża Kalabrii. Niewątpliwa atrakcja turystyczna. O cenę takiego rejsu nawet nie zapytaliśmy. Za to kąpiele i nurkowanie było codziennie.
        Potem było tak, jak to często w naszych podróżach bywa. Pijemy poranną kawę i ktoś pyta – to kiedy przeprawiamy się na Sycylię. Może być dzisiaj? No to jedziemy! Do miejscowości Villa San Giovanni, skąd odpływają promy na Sycylię. Do portu skierują nas odpowiednie znaki. Dodam jeszcze, że ostatni odcinek drogi po Kalabrii pokonywaliśmy już autostradą. Jest bezpłatna, a jej „bezpłatność” obowiązuje prawdopodobnie już od Neapolu (?).
       

        W samej Villa San Giovanni, a dokładnie to tuż przed portem, będziemy mieli dwie różne propozycje kierunku jazdy. Oba na prom. Jeden dla linii Caronte & Tourist i tu należy się kierować. Ta druga linia, Bluferries trochę rzadziej pływa. Czyli jedziemy sobie pasem z oznakowaniem C & T i gdzieś w punkcie N 38.221163°  E 15.633267° zobaczymy małą kasę biletową. Z marszu możemy podejść do okienka i poprosić o bilet. Są w jedną strone, albo tam i z powrotem. Poczytajmy sobie o aktualnych cenach i warunkach w internecie, bo te ulegają zmianom. My za jednokierunkowy zapłaciliśmy 55 za kampera z kierowcą + 3 za pasażera + 1 opłata portowa. Razem 59 EUR. Kolejka samochodów, w tym i ciężarowych pomału przesuwa się do przodu. Promy pływają na bieżąco. Jeden odpływa, drugi przybija, wyładunek, załadunek i następny proszę. Przy wjeździe na prom są obecni oczywiście pracownicy załadunkowi, którzy wskazują Ci miejsce zatrzymania się, dość ciasno upychają pojazdy. Rejs przez Cieśninę Messyńską trwał trochę ponad pół godziny. Prawie nic nie widzieliśmy, środek nocy. Można przebywać i w pojazdach, albo wejść na górny pokład.
        My popatrzyliśmy z góry jak znikają światła kontynentalnej Europy i wyłaniają się światłą Messyny. Koło północy zjeżdżamy z promu na nasz pierwszy cel tegorocznego wyjazdu.
Na Sycylię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu