niedziela, 27 marca 2016

Tunezja 2016 - fakty i mity 2

               Już w ciemnościach wjeżdżamy do Hergla. Miała to być rybacka wioska, a dlaczego dookoła wielopiętrowe blokowisko? Jutro zobaczymy. 
Nocleg w porcie Hergla

        Na noc zakotwiczyliśmy się w rybackim porcie. N 36.03288  E 10.50900. Rano obudziły nas odgłosy remontowanych łodzi. Spacer po porcie w poszukiwaniu wody. Ups. Nie ma, albo jest głęboko ukryta. Żołnierz Gwardii Narodowej twierdzi, że wody niet. Jak niet to niet. Trochę to dziwne, aby w porcie słodkiej wody nie było? 


Skarpa i katamaran w Hergla.

        Zobaczyłem jeszcze ciekawą skarpę z piaskowca okupowaną przez ptaki i olbrzymi katamaran budowany dla jakiegoś dyrektora hotelu z Sousse. Czyli wcale nie jest tak źle z branżą turystyczną w Tunezji. Skoro stać dyrektora na taką łódkę? Śniadanie i w dalszą drogę.
Hergla cmentarz w porcie.


Hergla, troche senne, ale miłe miasteczko.












                
    















        Sousse. Otrzymaliśmy telefon, aby zatrzymać się w tym mieście na placu przed bankiem centralnym. Tam miała nas przejąć miejscowa policja. Tak uczyniliśmy. Przyjechali po półtorej godzinie, każdy miał radiotelefon w dłoni. Spisali nasze dane z paszportów i poinformowali, że na wypadek kłopotów możemy dzwonić na numer alarmowy policji 197. Ludzkie chłopiska, nie wpadłbym na to. Potem zorientowali się, że coś nie tak, bo zaproponowali zatrzymanie się na stacji benzynowej, jakieś 1-2 kilometry od centrum, gdyż na pobliskim skrzyżowaniu dyżuruje policjant. Pojechaliśmy tam bardziej z ciekawości, co też stróże prawa wymyślili? Na miejscu totalna porażka! Stacja benzynowa pomiędzy blokami. Może 3-4 samochody osobowe się tam zmieszczą, ale 7 metrowy kamper już nie. Co za brak wyobraźni ! Odjeżdżamy i szukamy miejsca w porcie rybackim. To blisko medyny, a medyna to znowu UNESCO. Poza tym jest przecież godzina policyjna, a wiadomo, że każda godzina policyjna to sprzymierzeniec karawaningowca. Nikt się nie kręci po mieście, jest cicho i chyba bezpiecznie. 
Port w Sousse.

                Tuż po naszym zatrzymaniu się w porcie, tak lekko na uboczu, N 35.822187°  E 10.642442° podszedł jakiś młody mężczyzna, zapytał czy policja wie o naszym postoju tu, odpowiedziałem kłamliwie, że tak. Na to on dodał, że tu za bezpieczeństwo odpowiada i na kartce zapisał nam swój numer telefonu i imię Ahmed. To jest profesjonalizm. No i trochę po angielsku mówił nawet. Już wieczorem zobaczyłem, że kilkanaście metrów od nas pali się światło w budce na nabrzeżu. Podszedłem tam. Siedzi dwóch starszych ludzi. Pytam więc czy bezpiecznie stoimy, tu obok nich. Powiedzieli, że tak, ale możemy podjechać bliżej budki, bo oni tu pilnują kutrów to i nas będą lepiej widzieć. Tak sobie teraz myślę, czy nie lepiej by było ………….. ale nie, za wcześnie jeszcze na wnioski o szkoleniu miejscowej policji. Poczekajmy kilka tygodni. Kończę na dzisiaj.
        Potem nastała noc. Dochodzi godzina trzecia. Radwańska doszła do półfinału Australia Open, wyłączam TV, z dali słychać odgłosy załadunku (?) statków w porcie. Dookoła nie ma nikogo. Sam wybrałem takie spokojne miejsce na nabrzeżu. Nagle zaczęło się, gdzieś przed piątą rano. Choć to godzina policyjna. Zaczynają się zjeżdżać samochody, coraz więcej dostawczych. Co to? Rybacy będą wypływać na łowisko? Otwierają się wielkie drzwi hangaru, obok którego stoimy. I zaczyna się. To jakaś giełda ryb!!! Krzyczą, przekrzykują się, dziesiątki ludzi. Skrzypią jakieś wózki do przewozu skrzynek. Oni chyba licytują każdą pieprzoną szprotkę z osobna! A robią przy tym tyle krzyku, Tunezyjczycy mają doniosłe głosy, oj doniosłe.  No i już z głowy mamy spanie. Tak do siódmej, a potem zaczął się normalny ruch w porcie. Kto mógł kilkanaście godzin wcześniej wiedzieć, że stajemy w takim miejscu? To największa porażka tej podróży. Moja wina.
Sousse. Ribat z IX wieku.


W drodze do medyny.
        Zwiedzanie Sousse zaczynamy od medyny. Jest z 200 metrów od nas.         

        Ustalamy z Teresą wspólną taktykę postępowania z wszelkimi lokersami. Nie interesuje nas, że taki mają zwyczaj, że cienko im ostatnio idzie, bo turystów prawie nie ma. Oczekujemy szacunku i poszanowania swoich decyzji. Nie reagujemy na kierowane do nas z każdej strony „dzień dobry” w różnych językach. Medyna to UNESCO.
Piękny minaret. Medyna Sousse.
To między innymi dla niej tu przyjechaliśmy. Jednak już po kilkudziesięciu metrach widzimy, że to miejsce podobne do tego w Hammamecie. Pięknie odrestaurowane z zastosowaniem najnowszych technik i technologii budowlanych. To miejsce również nie ma już "duszy". Jakim trzeba być dyletantem, aby tak odrestaurować zabytek? Przecież to nie są dekoracje filmowe! Podobnie wygląda i miejscowy Wielki Meczet i ribat. 
Czy rzymskie kolumny umieszczone przy wejściu do ribatu to oryginalna kompozycja z przed tysiąca lat? Nie wchodzimy do nich. Również do muzeum archeologicznego, gdzie cena biletu dorównuje cenie w Kartaginie. Poza tym w ciągu 5 lat wszystkie bilety zdrożały, w porównaniu do cen podanych w przewodnikach, o 100%. Poczekajcie, jak wróci tu kiedyś masowa turystyka (o ile wróci), to będzie można turystów spokojnie oprowadzać. Kierujemy się potem małymi uliczkami medyny. Na zaczepki nie reagujemy. Mijamy różne „Centra shopping”, „Berber center”, „Tuareg shop”. Co za nazwy? Przyjezdni jeszcze to łykają? 
Jeden produkuje. Drugi handluje.
                              
        Mijamy kilka małych, ale wyglądających interesująco meczetów. Niestety ani słowa informacji, co to jest, kiedy wybudowane? Teresa zobaczyła ciekawą torebkę. Człowiek w sklepie na miejscu szyje taki asortyment. Drugi mu pomaga - handlować. Podaje cenę 55 TND. Ja na to 20. On, że nigdy – 30, dla mnie tylko. Wychodzimy. On 25, ja 20. On 21, a ja na to, aby poczuł, że coś wyrwał podaję 20,5 TND i pokazuje drzwi, że już wychodzę. On - zgadza się na moją propozycję. Teresa ma fajną torebkę, a ja zostałem wychwalony - jaki to dobry mąż i negocjator jestem. Pytam go czy to prawda, że w Tunezji można mieć cztery żony? Mówi, że tak, że on ma, że z jedną robi „to” w poniedziałek, z drugą ……… przerywam mu i mówię, to Ty musisz chłopie cztery torebki kupować! Wychodzimy.
Kopuła Kalaoute el Koubba.
Zamykana brama medyny.

Drzwi medyny
Tajemniczy przewodnik.
        Po chwili podchodzi do nas porządnie ubrany, starszy człowiek i mówi, że łukowa brama, na którą patrzymy posiada specjalne urządzenie do jej zamykania. Coś takiego rzeczywiście było. Potem przedstawił się, ma na imię Hamadi i jest emerytowanym architektem, studiował we Francji i szereg rzeczy nam tu pokaże. Ja mówię ok, jest nam miło, ale pieniędzy nie będzie. Ależ oczywiście, on to robi tylko dla nas. Potem jeszcze pokazuje to i owo.
Krata i żaluzja starego domu w medynie
Opowiada o swojej chorobie, a my widzimy, że rozkręca się w swoim przewodnictwie i zaczyna wciskać kit.  
Przewodniki piszą, że nie wiadomo jakie było pierwotne przeznaczenie budynku Kalaoute el Koubba (ciekawa kopuła). Hamadi wie, że był tu karawanseraj, więc ja mu dziękuję za pomoc.Ale on by nas chętnie, ja dziękuje a on prosi o jakieś pieniądze. Ja krótko nie i po rozmowie. Potem szukamy prawdopodobnie ciekawej ekspozycji domu z przed kilkuset lat. Znajdujemy, ale zamknięty. Choć są to godziny jego otwarcia. Spróbujemy jutro. 


Nasz SP w cieniu kazby i latarni morskiej.
        
        Wieczorem zmieniamy miejsce postoju. Kolejne noce spędzimy obok muzeum archeologicznego N 35.82272  E 10.63494. Po drugiej stronie ulicy jest szkoła oficerska. Stąd będziemy też mieli bliżej do miejsca koncertu muzyki Karola Szymanowskiego. Ale o tym jutro.



Muzeum Dar Essid.
        
        Po śniadaniu idziemy do mało znanego miejsca w medynie. Prywatnego muzeum Dar Essid, mieszczącego się w medynie przy rue des Remparts 65. Wielokrotnie zastrzegam się, że nie zastępuje na tym blogu przewodników turystycznych, ani nie namawiam do zwiedzania różnych rzeczy. Jednak w tym wypadku zrobię odstępstwo. Jestem skłonny stwierdzić, że można odpuścić sobie zwiedzanie ribatu i wielkiego meczetu w Sousse. Warto natomiast pójść do Dar Essid. Jest to stary dom bogatej tunezyjskiej rodziny. Zbudowany około 920 roku! Spędziliśmy w nim ponad 2 godziny zwiedzając pomieszczenia, oryginalne pamiątki rodzinne, a na końcu podziwiając panoramę z wysokiej wieży. Warto wydać 5 TND. Zresztą zobaczcie sami. 
Pomieszczenia starego domu.

Oryginalne wyposażenie pomieszczeń.

Łazienka z oryginalnym wyposażeniem.

Łazienka i ....... rzymski pisuar z III wieku. Sprawny!

Panorama Sousse z dachu muzeum Dar Essid.


Sala koncertowa szkoły muzycznej w Sousse.

        























































        
        Późnym popołudniem skorzystaliśmy z zaproszenia Doroty i poszliśmy do Instytutu Muzycznego, odpowiednika naszej wyższej szkoły muzycznej, na koncert zorganizowany przez Ambasadę Polski w Tunisie – w osobie konsula Pani Anny Kaczyńskiej oraz Stowarzyszenie Dom Polski (polonia). Koncert pamięci Karola Szymanowskiego. Okazuje się, że na początku XX wieku Szymanowski spędził kilka tygodni w Tunezji, jako turysta. Choć nie miało to wpływu na jego twórczość kompozytorską, no może za wyjątkiem Pieśni muezina szalonego. Tu raczej tytuł, a nie elementy muzyki tunezyjskiej są widoczne. 
Todor Petrov
Koncert prowadził i utwory fortepianowe wykonywał bułgarski pianista Todor Petrov z udziałem Adrianny Grekowej – mezzosopran. Była to uczta duchowa. Wysłuchać w Afryce muzyki Chopina, Szymanowskiego, Ogińskiego. Dziwi nas tylko, że polonia tak niską frekwencją się popisała. Niecałe 40 osób na widowni, w tym kilku dziennikarzy, trzy studentki (?) miejscowej szkoły muzycznej, dwoje przybłędów z kampera i ……….. kilka procent polonusów. No dobra, będziemy się trzymać teorii, że czasy ciężkie teraz nastały. Nie ma pracy, nie ma środków na podróże do sąsiedniego miasta. Choć dla nas to nie dziwota i nie specjalne zaskoczenie. Jeszcze gorzej polonia wygląda w Gruzji czy na Ukrainie - bo takowe też poznaliśmy. Ale o tym już było we wcześniejszych wpisach. 
Jeden z wielu upadłych hoteli w Tunezji.

        Ostatniego dnia w Souss, bo myśleliśmy, że dzień to będzie nasz ostatni w tym mieście, ruszyłem na znalezienie małego muzeum oliwek. Gdzieś jakiś producent, jakieś fajne eksponaty itp. Nie mogłem tego odpuścić, jako maniak oliwkowy. Maniactwa tego nabrałem w Toskanii, a pogłębiło się ono w Maroku. Jednak tu w Tunezji okazało się, że muzeum jest już nieczynne z braku turystów w tym kraju. W czasie poszukiwań tego przybytku bezbłędnie namierzyła nas policja, a nawet dwie policje. To znaczy tak nam mówili, że są policjantami, ale widząc w ich rękach radiostacje trudno dyskutować kim są. Podobnie jak na Ukrainie z właścicielami dużych pałek, a w Mauretanii dużych karabinów. Co kraj to jakiś atrybut władzy. Policjanci pytają, dokąd i kiedy pojedziemy. Mówię, że za moment do Port El Kantaoui. Dobrze – odpowiadają. Stoją sobie przed nami, to niech stoją, widocznie wykonują jakieś zadanie. Odpalam kampera i ruszamy. Oni cywilnym samochodem przed nami. Ja zwalniam, oni też. To znaczy się mamy ogon z przodu. Dobra. 

Policyjny skuter. 
        
        Po kilku kilometrach samochód z policjantami odjeżdża, a nas wyprzedza dwóch cywilów na skuterze. Pasażer wyposażony w ………….. radiostację macha, aby jechać za nimi. Będziecie dyskutować? Chyba nie. Bezbłędnie doprowadzają nas do parkingu w Port El Kantaoui. Chyba najdroższy parking w okolicy! Jest kilku ochraniarzy, samochody sprawdzane jak przed wjazdem do białego domu Ameryce. Wysiadamy. Podchodzi cywil i mówi, że jest ………….  Tak, macie rację, jest policjantem. Pyta czy ok. Tak, jest nam ok., Jakie mamy plany? Mówię, że idziemy na spacer. My do portu jachtowego, on za nami. My na keje, on obserwuje nas. My wracamy do kampera, on też, pyta, czy tu zostajemy. Ja mówię, że tak, oczywiście. Ale już snujemy plany ucieczki. Nie da się stać na tym miejscu. Obok przeciskają się samochody, ochraniarze pokrzykują na siebie. To nie jest miejsce do postoju kampera. Odczekaliśmy jeszcze godzinę. Potem nawrót i pod szlaban, gdy chcę bilet parkingowy dać ochraniarzowi, on mówi: spokojnie, proszę kilka minut poczekać. Ucieczka nieudana. Parkingowy gdzieś dzwoni. Dosłownie po 2-3 minutach podjeżdża samochód z 3 mężczyznami. Każdy z nich ma w ręku wiadomo, co? Pytają o nasze plany. Ja mówię, że chcemy jechać do sklepu i restauracji. Można? Proszę bardzo. Jedziemy. Oni za nami. Wracamy do Sousse. Do Portu przyjechaliśmy na zaproszenie jednej z Polek poznanych na wczorajszym koncercie. Tylko teraz ta Polka nie odbiera telefonu, ani nie odsłuchuje nagrania na poczcie głosowej. Widocznie jej się odwidziało. Musimy chyba zweryfikować zaproszenia, jakie otrzymaliśmy od różnych osób w Tunezji. Może to taki spontaniczny naród? Generalnie to gdzieś eskortujący nas samochód zawieruszył się, a my na znanym sobie miejscu udaliśmy się na spoczynek.
Za zdjęcie z takim zwierzęciem chłopcy żądają 1 TND.

       Do rana, bo rano Teresa wracając ze sklepu  jest zaczepiona przez cywila – bez radia! Pyta on, o której jedziemy do Monastyru. Czyli jednak policja. Jednak w tym miejscu muszę napisać jedną rzecz. Wszystkie nasze kontakty z tunezyjskimi funkcjonariuszami czy innymi ochraniarzami są super przyjazne. Zawsze są grzeczni, uśmiechnięci, rozmowa jest taktowna i w jakiejś tam odmianie języka angielskiego się odbywa. Myślę, że nie jest ich intencją przeszkadzanie czy utrudnianie nam poruszania się po Tunezji. Raczej wykonują oni polecenia przełożonych, a nadrzędnym celem ich działania jest dbałość o nasze bezpieczeństwo. I za to jesteśmy im wdzięczni. Nie zmienia to jednak faktu, że ciągle nie mogę znaleźć odpowiedzi - czy Tunezja to bezpieczny kraj do uprawiania indywidualnej turystyki? Skoro bezpieczna to, dlaczego stosuje się takie środki bezpieczeństwa? Spróbuję wrócić do tego tematu za kilka kolejnych tygodni.

        Monastir. Miasto symbol. Tu urodził się i tu został pochowany ojciec narodu tunezyjskiego – Habiba Bourguiba.
Dwa minarety mauzoleum Bourguiba.
On i jego rodzina leżą w monumentalnym mauzoleum wybudowanym jeszcze za życia byłego prezydenta. Ale nie o tym. Wchodzimy do tego mauzoleum, a tam w garniturach „fryzjerzy” stoją. Wysokie, postawne chłopaki, jak malowane. Zaraz wytłumaczę, skąd w mauzoleum fryzjerzy? 






W tle grobowiec pierwszego prezydenta.

       Jeden nieproszony agent ochrony oprowadza nas, lekko poganiając.Bierze nasz aparat i robi nam zdjęcia. Poza nami nie ma innych zwiedzających.         









Agent - żebrak.

        Gdy już zeszły mu te 3 minuty ciężkiej pracy powiedział - zapłać mi teraz. Czyli normalne golenie turystów! Było to w ciemnym korytarzu. Chyba jedyne miejsce, gdzie nie było kamer. Gdy chciałem wyjść z ciemności, aby dać mu pieniądze powiedział nie, daj mi tutaj. Znalazłem w kieszeni i dałem mu 2 dinary. Wziął i zwrócił się do Teresy, a teraz Ty. Dostał jeszcze jednego. No i teraz komentarz. Skoro w tak szacownym miejscu jak mauzoleum Bourguiby pracują takie osoby, to co można więcej myśleć?  Nie spotkało nas nic takiego w Maroko, Saharze czy Mauretanii. Tak, dzieci, jakieś "niższe" zawody, prosiły o kadu, czyli prezent, ale nigdy osoba pracująca w tak reprezentacyjnym miejscu.        
Nasze miejsce na 2 dni zadomowione.

        Na noc parkujemy w porcie Monastir. Strzeżony parking. Bezpłatny. N 35.77856  E 10.83388. Dookoła jachty. Kilka pod obcymi banderami. Głównie Francuzi. Niektórzy mieszkają na jachtach. To tacy karawaningowcy - wodni podróżnicy.     





Ribat "zagrał" w kilku filmach.
         
        Drugiego dnia pobytu w Monastir był spacer dziesięciokilometrowy po zabytkach. 
Na pierwszy ogień poszedł ribat. Tutejszy wybudowano w XVII wieku. Czy to nie pomyłka?
Ribat. Dziedziniec i wieża
Odnowiony niczym do kręcenia filmów, tak cukierkowo. Wstęp 7 TND. Ładna panorama, szczególnie z wieży. Tak tylko napomnę, że takie ribaty, czyli mówiąc w skrócie „klasztory obronne” istniały około tysięcznego roku na całym północnym wybrzeżu Afryki. Służyły do obrony przed plemionami berberyjskimi z południa i chrześcijanami z północy. Mnie jednak zaskoczyła informacja, że wysokie wieże, które budowano wewnątrz tych ufortyfikowanych klasztorów nie służyły tylko do obserwacji, ale również do komunikacji za pomocą sygnałów dymnych. Informacja nadana rano z Egiptu, docierała wieczorem do Maroka. 

Ribat. Tajemne przejścia, piwnice, wnęki.
To wszystko przed tysiącem lat, a nawet wcześniej! W temacie samego zabytku to zwyczajowo już szkoda, że prawdopodobne nie zostały przeprowadzone badania archeologiczne i w czasie zwiedzania brak jest informacji o przeznaczeniu pomieszczeń czy też całych fragmentów ribatu. Niedosyt. Ale to taki tunezyjski koloryt. Co jeszcze zobaczyłem w i z ribatu? Pokazują poniższe zdjęcia. 




Ribat. Radosna twórczość artylerzysty.
Widok z ribatu. Warta przed grobem nieznanego żołnierza.
Nadmorskie skałki.
Zaouia Sidi Dhouib. Miejsce "interpretacji" islamu. 
Monastir. Portu z tak czystą wodą jeszcze nie widzieliśmy.


Medyna.
        
        Potem medyna, ale tu w Monastirze, to prawie jej nie ma. Fragmenty muru i ze 2-3 bramy. 










Ruiny czegoś w Monastir.

      W centrum są prowadzone jakieś wykopaliska, ale oczywiście nie wiadomo, co i jak. Może by tak do deski kartkę przypiąć z opisem? Kilka kolejnych zdjęć podpisanych jest zgodnie z naszą wiedzą. Wiedzą uzyskaną z przewodników i miejscowej informacji turystycznej. W Tunezji takich właśnie informacji nie uzyskujemy z urzędu powołanego do uzyskiwania informacji turystycznych. Pierwszy raz, w czasie naszych podróży, spotkaliśmy się z takim lekceważeniem turystów. Podkreślam - przez państwowy urząd d/s turystyki! Zobaczymy co będzie dalej. Na południu i w głębi kraju.
Coś na jakimś półwyspie, za portem w Monastir.
Jakieś wykopaliska, na jakimś półwyspie w Monastir.

        Tymczasem powędrowałem sobie na cypel, za portem rybackim. Łoł. Znowu jakieś ruiny z piaskowca, jakieś resztki instalacji, chyba wojskowych. Potem wykopaliska na samym zakończeniu cypla. Co tam było? Wygląda na spore miasto starożytne? No to jeszcze jakieś skałki widokowe, jeszcze spojrzenie na wyspę sąsiadującą z półwyspem i czas na zatankowanie wody. 
        Z tą wodą w Tunezji, to nie jest tak różowo. Mamy do wyboru, albo port, albo stacja benzynowa. Sporadycznie jakieś inne okazje. I tu jeszcze jedna zależność. O ile jest to port rybacki to woda może, ale nie musi być odsalana. To nie przeszkadza, choć smaczek słonawy pozostaje. Jeśli stoimy w wypasionym porcie, a takim jest właśnie ten w Monastir, to woda jest pierwszej klasy, z wodociągów. Zimują tu jachty z różnych krajów, podłączone na stałe do prądu i wody. Taki Francuz czy inny Włoch, to byle jaką wodą się nie opędzi, więc trzeba kilka razy pobiegać z konewką, dobrej wody zatankować, bo jutro jedziemy dalej.

        Mahdia. To tylko 30 kilometrów dalej. Pogoda ciągle wyśmienita, a nawet coraz cieplej jest z dnia na dzień. Nurkowanie w morzu odpuściłem sobie, bo po drodze same piaszczyste plaże albo laguny zabagnione. Czyli nic ciekawego dla człowieka z fajką w ustach. Mahdia to takie sobie miasto. 
Imponująca brama Skifa el Kahla
Brama do medyny, mały placyk w środku, muzeum zamknięte, jutro tj. w poniedziałek też mu to grozi. Wiem już, że do fortecy (wstęp 7 TND) też szkoda wchodzić, niczym nie zachwyci. Po południu wpadamy na rybkę do małej portowej restauracji ( 12 TND za zestaw z zupą dla 2 osób), nie za dużo, więc poprawiamy mlani i chapati. To takie coś jak na zdjęciu poniżej w cenie 2 i 1600 TND. 


Jutro postaramy się zrobić jakieś fotograficzne sesje nad morzem, może w rejonie starego portu fatymidzkiego? Może i cmentarz muzułmański z XVI wieku? Na razie stoimy w zupełnych ciemnościach obok tureckiego fortu, równie starego jak leżący tuż za murami cmentarz. Fort powinien być wspaniale oświetlony w nocy, ale tak nie jest. Ciemno jak w przysłowiowej..... 
Imponujące mury i nic. Borj el Kebir.
        Około 2.30 przyjeżdża i staje obok nas samochód terenowy. Pięciu mężczyzn w środku. Dojeżdża jeszcze jeden na skuterze. Policja? Przecież to godzina policyjna! Ale nie podchodzą do kampera. Utrzymują odległość kilku metrów. Głośno rozmawiają, telefonują, co za czort? W ciemnościach widać tylko zarysy sylwetek, choć nie kryją swojej obecności, bo samochód mają rozświetlony. Obserwujemy ich. Po godzinie wszyscy odjeżdżają. Zapada cisza, a my zapadamy w sen.

Plac du Caire w medynie. 
Tak to czasami bywa w tych podróżach kamperowych. Po zmroku nie chciało nam się zmienić miejsca postoju, to mieliśmy nawiedzenie nie wiadomo kogo? Rano telefon. Gdzie jesteście? Policja Was szuka! Po kilkunastu minutach przyjeżdża samochód z 4 policjantami. Rozpytanie skąd przyjechaliśmy, kiedy i dokąd jedziemy. Wymiana uprzejmości. Chwilę potem ruszamy na urokliwy spacer po starym cmentarzu, brzegiem morza, gdzie jeszcze są widoczne ruiny murów chroniących port Fatymidów. Podglądamy pracę rybaków. Wyobraźnia zaczyna działać, widzimy statki pirackie dowodzone przez Daguta, które cumują w starym porcie.
Port Fatymidów.
To jest magia, a nie medyna Mahdi, ale sam koniec cypla jest w tym mieście niewątpliwie urokliwy. Ruszamy dalej przez małe miasteczka, omijając autostradę zatrzymując się na zrobienie zdjęć wielkim połaciom ogrodów oliwnych, które ciągną się aż po horyzont. Wjeżdżamy w rejon, gdzie oliwka jest symbolem wszystkiego i to od tysięcy lat. Dlatego właśnie tu, z dala od brzegu morskiego powstało wielkie i bogate miasto. W mieście tym rzymianie wybudowali w III wieku wspaniałe Koloseum.


  Fortyfikacje fatymidzkie, to fotogeniczne miejsce Mahdii.









        El Jem. Koloseum kontrastuje z małymi, okolicznymi domkami. Widoczne jest z daleka, a w promieniach zachodzącego słońca złoci się, pomimo, że to ruiny zaledwie. Odnajduje nas komendant miejscowego posterunku. Wskazuje miejsce na zaparkowanie kampera. Miłe przyjęcie. Za 2 TND stoimy na zamkniętym parkingu N 35.297670°  E 10.705250° z dostępem do WC. Wodę też można dotankować. Od rana bieganie po starych kamieniach. Nie jest źle, Koloseum + wcześniejsze przygotowanie z historii tych ziem = duża frajda. To tak matematycznie. Można też bez przygotowania wspinać się na wysokość 30 metrów i obserwować okolicę. Potem warto podejść 700 metrów do muzeum i ruin willi rzymskiej. Na wszystkie 3 rzeczy mamy jeden bilet za 10 TND + 1TND za fotografowanie. Z tym fotografowaniem, w dobie aparatów w telefonach to im się trochę czas zatrzymał. Nie powiem, że na czasach rzymskich, ale ładnych parę lat wstecz. Może jednak gdzie indziej należy szukać dochodów? El Jem wspominać będziemy jako miejsce, gdzie warto, a nawet trzeba przyjechać. 
Lektura w ruinach.
Pomieszczenia pod areną, kulisami zwane.
Trzeci co do wielkości amfiteatr na świecie.
Widok na miasto nie powala.
Wejście do muzeum archeologicznego.
Rzymskie mozaiki często były makabryczne.
Ta wygląda niewinnie i z III wieku pochodzi
Ale jak się zbliżymy ...... Ziobro! Czas do boju!
Ruiny budynków rzymskich.
Strażnik muzealny.
Obok muzeum. Ruiny mniejszego amfiteatru.
              I tak nam szybko ten dzień w El Jem minął, że dopiero późnym popołudniem ruszyliśmy dalej. Na spotkanie z nowym znajomym.
Nowe znajomosci, to skarbnica każdej podróży.

        Sfax. Z Fathim spotykamy się na obwodnicy miasta, skąd prowadzi nas do centrum nową drogą. Po drodze zatrzymujemy się w Sidi Mansour, gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczyliśmy z brzegu konika morskiego! Potem kawka i jedziemy do centrum Sfaxu. Duże to miasto i na pierwszy rzut oka widać, że zapomniano tu wybudować jakiekolwiek parkingi. Wszyscy stają przy jezdniach. Fathi wskazuje nam po znajomości plac, położony nieco dalej od ulicy. Jutro zobaczymy jak to drugie, co wielkości miasto Tunezji wygląda? 
Plac N 34.741870°  E 10.759980° okazał się całkiem znośnym miejscem. W nocy spokojnym, po północy spokojnym nadzwyczaj, ale to już za sprawą godziny policyjnej, która jeszcze obowiązuje na terenie Tunezji od północy do 5 rano. W dzień plac zapełnił się samochodami, a rządy na nim objął jakiś samozwańczy kierownik ruchu, za co od każdego kierowcy dostawał jakiegoś pieniążka. Koło południa - po naszym śniadaniu - przyjechał Fathi i zabrał nas w miasto. 
Sfax. Medyna.
Medyna. Czytaliśmy, że jest najpiękniejsza w Tunezji. Trochę sceptycznie podeszliśmy do tych informacji, tymczasem okazało się, że chyba tak! Został zachowany oryginalny koloryt tego miejsca. Nie ma pięknie odnowionych uliczek, jak to widzieliśmy w innych medynach. Nie ma odrestaurowanych sklepików, są natomiast mini warsztaty, w których pracują rzemieślnicy. No, prawdę mówiąc widzieliśmy ich kilka, ale zawsze to coś. Przed wiekami prawie każdy w medynie wykonywał swoje dzieło na miejscu i sprzedawał je wprost ze swojego warsztatu. 

        Na suku złotników weszliśmy do sklepiku, który prowadzi Nizar, krewny naszego znajomego. Dla zainteresowanych – obecna cena złota w Tunezji to 70 TND za gram wyrobu. Teresa stwierdziła, że jestem jej największym skarbem i innego nie potrzebuje. Skończyło się, więc na oglądnięciu na ekranie TV pielgrzymki do Mekki, wymianie kilku zdań teologicznych i poszliśmy zrobić zakupy. Butelka oliwy z oliwek obowiązkowo, jesteśmy przecież w centrum tego tunezyjskiego skarbu. Do tego oliwki, chleb, świeże warzywa oraz harira. Przyjemnie robi się zakupy na suku. Natomiast w Sfaxie jest tego dodatkowy atut. Sprzedawcy w ogóle nie zaczepiają cię! Jesteś klientem jak każdy inny. Spróbuj w innych turystycznych miastach Tunezji skierować wzrok na jakąś wystawę, masz przechlapane. Kup Pani, dobra cena, witajcie w Tunezji, skąd jesteście, tylko popatrzcie. Jeśli komuś to odpowiada, to niech jeździ do takiej Tunezji i przywozi zupełnie niepotrzebne i bezwartościowe pamiątki, za cenę x 5 jej wartości. Czasami jak mam dobry humor i sporo czasu, to nawiązuje nić porozumienia z takim nachalnym sprzedawcom. Mówię na przykład, że jestem z Mołdawii, albo jeszcze lepiej z Grenlandii. Grenlandia dobrze mi wychodziła, bo chodzę ciągle w krótkich spodniach, w przeciwieństwie do rodzimych mieszkańców, ubranych w płaszcze, wysokie buty, swetry i czapki. W tym drugim przypadku jest wyraźne zahamowanie, bo sprzedawcy na ogół nie wiedzą gdzie ta Grenlandia leży? Raz udawałem Greka i tłumaczyłem, że też mam taki sklepik w Atenach i też turystom sprzedaje takie pamiątki. Tunezyjczyk nie zachował się jak kolega z branży i gdy odchodziłem to jeszcze długo mnie nawoływał: Greku kom, kom Greku kom. Ale takich rzeczy nie spotkaliśmy w Sfaxie, a to za sprawą braku jakiegokolwiek ruchu turystycznego. Nie ma tu plaż, nie ma turystycznych stref, nie ma turystów, więc i ludzie zachowują się naturalnie. Potem umawiamy się z Fathim na kolejne spotkanie po naszym powrocie z ……. 
Sidi Mansour i ...... konik morski.
Suk w Sfax. Taki normalny, miejscowy.
Koloryt tunezyjskiej medyny.
Suk "od góry" widziany. Też koloryt.
Bramy medyny.
Tunezyjska demokracja. Można wszystko.
        No właśnie. Zapomniałem wcześniej podać, że gdy wieczorem przeglądaliśmy informacje turystyczne o regionie, to często wspominano o leżących nieopodal wyspach Kerkennah. Wyspy to prom, a promy to cena, którą już dobrze znamy z europejskich realiów. Tak z ciekawości popatrzyłem na stronę przewoźnika promowego i szok! Cena za osobę to po przeliczeniu jakieś półtora złotego, czyli taniej niż bilet tramwajowy w Krakowie, a kamper? Za kampera zapłacimy jakieś 15 złotych. Nie ma co się zastanawiać. Zasłużyliśmy na kilkudniowy urlop. Po południu dokupujemy jeszcze rzeczy, których nie ma na suku. Wodę butelkową (wiadomo, że na wyjazdach tylko taką stosuje się do przyrządzania napojów w kuchni) , mleko, soki i napoje. Tankujemy też wodę, która jest udostępniona w pobliskim supermarkecie Sorimex  N 34.742004° E 10.761482° i prawie o zmroku meldujemy się na przystani promowej skąd odpływają promy na wyspy Kerkennah. 
Prom na archipelag Kerkennah.
Pytamy czy będzie jeszcze jakiś płynął tego dnia? Tak, za godzinę. Bilety ‘kupuje się w czasie wjazdu na prom i o 18.30 odbijamy. Jeszcze tylko zdjęcie kampera na pokładzie promu, które umieszczamy na fejsie, jeszcze tylko komentarze znajomych, którzy zacierają ręce – no w końcu wracają!. Po godzinie i pokonaniu tych kilkunastu kilometrów, przepraszam - mil morskich, zjeżdżamy na nabrzeże portu Sidi Jusuf. Wylegitymowanie przez żołnierzy Gwardii Narodowej i wyjeżdżamy za mury portu na cichą plażę. Nic innego szukać nie będziemy o zmroku. Spóźnioną obiado-kolację przerywa nam miejscowy komendant policji, który jeszcze raz spisał nasze dane z paszportów i pozostawił nam swój numer telefonu – „ jak by coś”. O północy zaczyna trochę wiać, a my idziemy spać. W poświacie księżyca widać tylko zarysy łodzi rybackich, które stoją nieruchomo na wodzie, chyba stępką na dnie. Rano, po śniadaniu wsiadam na rower i ruszam jedyną drogą na wschód. Innych tu praktycznie nie ma.
Poletka z palmowymi płotami.
Dookoła tylko palmy, a najczęściej to pnie palm, bo liście wykorzystywane są przez miejscowych rybaków do połowu ryb. Widać ich działanie, gdy przejeżdża się brzegiem morza. Morze wokół wysp jest płytkie i nadaje się raczej do brodzenia niż pływania, więc rybacy wykorzystują to do grodzenia morza liśćmi palmowymi. Co pewien czas zakładają na jednym boku sieci i płoszą ryby, które kierują się w ich ręce, gdyż boją się „palmowego płotu”. 

Jakaś gwiazdka zaświeciła! Da się?

        Poza tym widzę śmieci. Góry śmieci dookoła. Na plażach, przy drogach, przed domami, między palmami. Tu nikt nie zajmuje się wywozem nieczystości. Wszystko ląduje w morzu albo na lądzie. Może ktoś pokusi się obliczyć, kiedy mieszkańcy Kerkenów (fonet.) utoną w śmieciach? Wiadomo ile przeciętny człowiek produkuje rocznie odpadów, wiemy, że taki pet, czyli plastikowa butelka rozkłada się (około 400 lat), znając powierzchnie wysp i ilość mieszkańców – łatwo obliczymy ile im jeszcze życia zostało!
Tłusty czwartek na afrykańskim kontynencie.
        
        Po 60 kilometrach pedałowania wróciłem wieczorem na pyszne pączki, które przygotowała Teresa, bo to przecież tłusty czwartek!. Po zmroku pojechaliśmy do Er Remla, to stolica archipelagu. W ciągu dnia widziałem tu pomnik ośmiornicy. Teraz zapytaliśmy przechodzącego człowieka, gdzie tu można spokojnie stanąć. Mówi, że nam pokaże, to jakiś nieczynny hostel, jest tam chyba stróżem. ‘Po godzinie przychodzi do nas i mówi parking płatny 5 dinarów. To prawie tyle, co wypasiony parking w Tunisie! Odjeżdżamy z tej jego ciemnicy i stajemy nieopodal w oświetlonym miejscu. Dlaczego o tym wspominam? Otóż przewodniki turystyczne „mówią”, że wyspy zamieszkują szczególnie gościnni i uczynni ludzie. Z wyjątkiem tego jednego? Nie wiem, bo być może my mamy dar przyciągania różnych kombinatorów?         
Kerkenneh. Most między wyspami.
         
        Jak zacząłem ten wątek to pojadę dalej. Po miesięcznej wędrówce coś nas zaczyna dziwić w tej Tunezji. Faceci i ich nieróbstwo. To jakiś sport narodowy czy wielowiekowa tradycja? W każdej małej czy dużej miejscowości najwięcej jest ………. No nie wiem jak to nazwać? Lokali, spelunek, barów, kawiarni – czy jakoś tak, gdzie od rana do nocy (godziny policyjnej) przesiadują mężczyźni przy szklance czegoś tam, albo z cybuchem fajki wodnej w zębach, albo wpatrzeni w TV, albo namiętnie dyskutujący czort wie o czym? My wstajemy rano – oni już siedzą. My znikamy w kamperze – oni dalej siedzą. Przekrój wiekowy od 18 do 
nieskończoności.
Palmy urocze, choć nieco obgolone.
 
       
        Oczywiście z naszego punktu 
widzenia to nie cały ród Tunezyjczyków tak przesiaduje. Widać, że niektórzy ciężko pracują. Rybacy w swoich nędznych łódeczkach, garncarze lepiący przedmioty z gliny, policjanci i gwardziści, którzy z narażeniem życia uganiają się za bandytami. To takie nasze pierwsze spostrzeżenia. No to, jak to jest z tym bezrobociem czy też raczej brakiem chęci do roboty? Optowałbym za tym drugim wariantem. Za narodowym lenistwem facetów. Nie wszystkich, ale zaryzykuję, że 40-50% Tunezyjczyków to pasożyty. Bądźmy też sprawiedliwi, bo w Maroko, w którym też kilka miesięcy spędziliśmy, sprawy mają się podobnie. Może mniej się rzucają w oczy, ale za to tam większą ochotę mają miejscowi na wystrzyżenie każdego napotkanego turysty.       
Pomnik ośmiornicy w Er Ramla.

        
        Wracamy na archipelag Kerkennah. Nie jest trudno się domyśleć, że na takich małych wyspach nie może być słodkiej wody, bo i skąd ma się tu wziąć? Jak zaczniemy studnie kopać, to szybciej do wody morskiej się dokopiemy. Więc tak sobie patrzymy i widzimy, że słodka woda pochodzi tu z odsalarni wody morskiej. Jedno z takich miejsc jest w N 34.705119°  E 11.205479° Czyli w Ramli. Cena takiej odsolonej wody to 0.850 TND za 1 metr sześcienny, czyli 1000 litrów. To podajemy ku pamięci tych, którzy by kamperem na wyspy dotarli, a wcześniej zapomnieli zatankować do pełna wody słodkiej. Wtedy pozostanie podjechanie pod ogrodzenie takiej odsalarni, gdzie sterczą na zewnątrz grube węże. Tam też podjeżdżają wielkie beczkowozy, które potem rozwożą wodę po okolicznych domach. 
Stary, hiszpański fort El Hsar.

        Jak już napatrzyliśmy się na odsalanie wody, potem kupili w piekarni świeże bagietki po 0.200  za sztukę, to podjechaliśmy kilka kilometrów do hiszpańskiego fortu z XVI wieku Borj El Hsar . Fort jak fort. Nie jestem pewien czy zgodnie z historyczną prawdą został odrestaurowany. Natomiast prawda o Hiszpanach na wyspach jest okrutna. Zdobyli je na moment, obsadzili załogą 400 żołnierzy, a niewdzięczni mieszkańcy stopniowo wszystkich, jak to się obecnie mówi – zneutralizowali. Fort się tylko ostał, bez załogi. Potem zachciało się nam zobaczyć muzeum Abassya w miejscowości o tej samej nazwie. Muzeum już nie istnieje, napisy tylko zostały. 
Spotkamy tu i takie łodzie rybackie.

        No to czas na rower. Fajnie było, zobaczyłem w akcji łodzie miejscowych rybaków. Mają one ożaglowanie gaflowe i tak sobie na nim manewrują. Na silniki zaburtowe stać może z 10% miejscowych. Zobaczyłem też gliniane naczynia do łapania ośmiornic. Wiąże się je po kilkadziesiąt i spuszcza na dno.
Płytko dookoła wysp.
Taka ośmiornica poluje sobie w nocy, a nad ranem myśli - o jaka super kryjówka, wejdę do niej i schowam się na dzień. I to będzie jej ostatni schowek w życiu. Potem już tylko talerz pozostanie. Wieczorem wracamy na wyspę Mellita do portu w Sidi Joussef. Rano będzie łatwiej dostać się na prom, bo chyba tylko 3 razy dziennie odpływają.
O godzinie dziesiątej okrętujemy się na tym małym promie, bo jakiś mniejszy model nam się trafił. Tłoku jednak nie było. Śniadanie zjedliśmy w kamperze, a po godzinie przybijamy do nabrzeża w Sfax. Większość pojazdów opuściła prom, a do nas podchodzi trzech cywilów. Policja. Witamy w Sfax, jakie macie plany na dzień dzisiejszy? Mówię zgodnie z prawdą, że jedziemy na zakupy do marketu, potem spotykamy się ze znajomym, który zaprosił nas do siebie do domu. Poprosili o numer telefonu znajomego. Dzwonią. Mówią, że można jechać. Rozmowa z policjantami przebiegała kulturalnie i z uśmiechem. Nic do zarzucenia mieć nie można. Jeszcze tylko zrobić ksero paszportów, dowodu rejestracyjnego kampera i dostarczyć to do komendy policji.
Rewizyta w kamperze. Fathi z żoną.

        Bo trzeba wiedzieć, że każdy obywatel Tunezji, który przyjmuje u siebie w mieszkaniu obcokrajowca, musi ten fakt zgłosić policji miejscowej. To jeden z tych przepisów tutejszego prawa, który mnie zaskakuje. Drugi taki rodzynek to nocowanie na terenie Tunezji poza miejscem zamieszkania  lub hotelem -  nie można!  Mówili nam już o tym policjanci w Tunisie w czasie naszej kurtuazyjnej wizyty w komendzie. Potwierdził to Adam, tunezyjski student, którego ścigali policjanci, gdy chciał z kolegami przenocować w namiocie. Niedawno była mała afera z Polakami, którzy chcieli podróżować autostopem po Tunezji. Czyli coś jest w temacie „Podróżowanie kamperem, a tunezyjskie prawo meldunkowe”. 
        Gdy już formalnościom stało się zadość, zostaliśmy ugoszczeni w domu Fathiego. Jego żona Butheina przyrządziła z tej okazji kilka potraw charakterystycznych dla rejonu Sfaxu. Była i herbata z orzeszkami piniowymi i kuskus w odpowiedniej oprawie, a na śniadanie sahlyb dro (fonet.), czyli coś w rodzaju zupy osłodzonej chałwą. Nazw innych potraw nie pamiętam, ale wszystko było egzotyczne i pyszne. Był też czas na rozmowy, wzajemne wizyty i rewizyty w kamperze. 
        I tak czas wspólnie spędzony szybko minął, a my zgodnie z harmonogramem musieliśmy jechać dalej. Tym razem dokonaliśmy gigantycznego skoku na południe. A oto, co zobaczyliśmy po drodze:
Gaje oliwne i ..........
Przy drodze paliwo z Libii
Też paliwo, ale nocą sprzedawane.
         Prawie 200 km w jeden dzień, aż do muzeum w Mareth. Stajemy przed budynkiem gdzie eksponowane są rzeczy z okresu bitwy w 1943 roku.

        Rano zostajemy poinformowani, że muzeum nieczynne, poniedziałek. Jakaś kobieta grabi ziemię przed wejściem, pracownicy ubrani na galowo. Od niechcenia pytam, czy jakiś generał przyjeżdża? Kiwnięcie głową na potwierdzenie, no to nawet nie ma sensu pytać, czy można będzie wejść. Pozostaje zwiedzenie betonowych umocnień znajdujących się poza muzeum. O rany!,  ale kaszana. Wszystkie schrony wyczyszczone, wybielone wewnątrz, zwyczajowo bez jakichkolwiek informacji. Coś tam jeszcze myszkuję po okolicy, za czymś bardziej klimatycznym. Nic z tego, nawet jednego malutkiego czołgu nie znalazłem, nawet jednego niemieckiego jeńca nie spotkałem. 
Ruiny Gightis. Jedne z bardziej urokliwych w Tunezji.


Da sie postawić tablice
informacyjne na terenie ruin?
     Jedziemy w kierunku Djerby. Trochę na okrągło, bo na mapie nam wyskoczyła miejscowość Boughrara, a tuż obok niej są ruiny. Bezkonkurencyjny przewodnik po Tunezji, wydawnictwa Bezdroża, poinformował mnie, że to ruiny portu Gightis. Fenickiego portu, który znajdował się na granicy terytorium Kartaginy. Potem wiadomo: Rzymianie, Wandalowie itd.itd. Zatrzymaliśmy się na noc w porcie. Za zgodą Gwardii Narodowej, która ma tam siedzibę, ale wieczorem przyjechała policja i poleciła wyjechać z portu, na plażę. 
Kilka toalet wybudowanych na ...........?

        No właśnie, czy widzieliście kiedyś promenadę kilometrowej długości, z chodnikami, zatokami, miejscami parkingowymi, oświetloną lampami i to wszystko puste? Czy widzieliście gołą gliniastą ziemię, bo trudno to plażą nazwać, o szerokości 2 kilometrów i długości 3, co 500 metrów budynek toalety, gdzie postawiono 30 latarni zasilanych panelami słonecznymi, a wszystko to zdewastowane i żywej istoty tam nie ma? Takie to cuda inwestycyjne zobaczyliśmy w Boughrara, które kiedyś miało chyba ambicje turystyczne. Nic z tego nie wyszło, a mieszkańcy, gdy przejeżdżaliśmy przez centrum wioski, patrzyli na nas jak na istoty z innej planety.
Urokliwy postój. W tle historia.
W nocy mamy jeszcze jedną wizytę policji. Tym razem chyba jakaś ważna osoba, bo w wyjściowym mundurze. Zapytali czy wszystko ok. i odjechali. Rano, a raczej przed południem, wykorzystałem, że stoimy trochę na odludziu i pobiegłem kilka kilometrów przed siebie. Nagle telefon od Teresy, odrzucam. Po chwili drugi. Odrzucam, ale czuję niepokój – coś się dzieje? Umawialiśmy się wcześniej, że nie korzystamy z polskich numerów, bo to droga impreza. Biegnę do kampera, a tu okazuje się, że w czasie mojej nieobecności, miała miejsce dziwna wizyta gwardzistów. Samochód terenowy z oficerem, ubezpieczany przez strzelca z długą bronią. Paszporty do kontroli. Pytają gdzie jestem, kiedy wrócę. Obok stoją dwa samochody transportowe. W każdym po 10 żołnierzy plus strzelec wkm, z długą lufą skierowaną to tu, to tam. Oficer nie zadawala się naszymi fiszkami (o nich opowiem za moment), tylko sam spisuje dane z paszportu.
Boughrara. Tunezyjskie klimaty.
Natomiast, co do „fiszek”, to taki dobry zwyczaj przyjęty wśród osób podróżujących po Afryce i po krajach, gdzie spodziewasz się wielu kontroli i legitymowania, wypisujesz wcześniej swoje dane personalne z paszportu + jego numer, wszystkich osób, które podróżują z tobą w pojeździe. Na koniec marka i numer rejestracyjny samochodu (kampera). Są miejsca (posterunki), gdzie funkcjonariuszom sprawia problem przepisanie danych z paszportu, szczególnie naszym alfabetem, więc dla przyspieszenia procedury i ułatwienia sobie podróży, przygotowujemy przed wyjazdem 50-100 lub więcej takich danych, drukujemy, tniemy na osobne karteczki i rozdajemy komu trzeba. Jednak zawsze zdarzy się jakiś ambitny, który sam chce popisać. Krótka sesja fotograficzna, bo i flamingi przy brzegu się kręcą i na skarpie widać pozostałości wydłubanych jaskiń i jedziemy na przeprawę promową na wyspę Djerba

Mini prom na Djerba.


        To malutki port niczym przy wjeździe na autostradę, kupujesz w budce bilet za 0.800 TND!!! Za dwie osoby + kamper. To znowu taniej niż za bilet tramwajowy dla jednej osoby w Krakowie. Promy malutkie na trochę ponad 10 pojazdów. Rejs trwa około kwadransa - z El Jorf do Ajim . Jedziemy prosto na drugą stronę wyspy do Houmt-Souk - Stolicy Djerby. 


Forteca Borj el Kebir z XV wieku

        Sama wyspa, przynajmniej na pierwszy rzut oka wygląda czyściej i bogaciej. Więcej domówi i bardziej wypasionych. Stajemy w porcie N 33.887730°  E 10.855990°, bo wcześniej wytypowane miejsca nie przypadły nam do gustu. Zgłaszamy pobyt w portowym komisariacie policji i idziemy w miasto, do informacji turystycznej, aby dobrze zaplanować pobyt. 


Regionalny Komisariat Turystyki.

Punkt Informacji Turystycznej
I teraz szok! - Komisariat Regionalny Turystyki. Kompleks budynków niczym jakieś ministerstwo obrony narodowej. W informacji 2 osoby, otrzymujemy informację, że żadnej informacji na temat stolicy Djerby nie mają, żadnego planu miejscowości. Wychodzimy z ulotką o miejscowym muzeum. To wszystko. Pytam, dlaczego? Pani ze szczerością mówi, że miejscowi przewodnicy zabrali wszystko! To jakaś porażka! Informacja wydaje materiały promocyjne miejscowej ludności, aby zmusić potem turystów, do korzystania z miejscowych przewodników. Kpiny i kompromitacja. Tunezjo, nie idź tą drogą! Na razie Tunezja kojarzy nam się jedynie z brakiem lub nieczynnymi punktami informacji turystycznej (jak w Hammamet), fatalną organizacją muzealnictwa i ........ kieszonkowcami. Jest to odczucie na dzień dzisiejszy, zastrzegam.
Kieszonkowiec z Djerby.

        Jeśli chodzi o kieszonkowców, to zdjęcie jednego z nich, z Djerby. Jak by miejscowa policja nie miała rozeznania wśród przestępców, to można wykorzystać. Ten działa "na pieniążka", Daje jakoby znalezione Euro, prosząc o dinara na herbatę. Jak tylko otworzysz portmonetkę, to zacznie w niej grzebać i ............ Pogoniłem go na wstępie rozmowy. Powiedziałem, że jestem kolegą po fachu i też takie numery robię w Polsce. Popatrzył na mnie z uznaniem. :-)
Suk w Houmt-Souk.

        Potem kierunek centrum. Ooooo jaki piękny suk! Jak pięknie odremontowany! Jakie fajne pamiątki dla turystów! My znajdujemy przydomową piekarnię, w drodze powrotnej do portu, więc wrzucamy jeszcze kilka miejscowych specjałów sztuki kulinarnej, bo ryb w rozsądnej cenie nie udało nam się znaleźć i kończymy dzień na planowaniu kolejnego dzionka naszej podróży. Tymczasem od rana wieje!!! Nikłe szanse na jazdę rowerem, decydujemy się na pozostanie w kamperze i prace własne. Jest woda, jest prąd w kamperze, więc dzionek mija miło i pożytecznie. Skończyłem blogować o Sycylii. Dnia kolejnego ruszyliśmy dalej. 
Obelisk w miejscu  obeliska z czaszek.
Najpierw obelisk upamiętniający inny obelisk, który przez 300 lat straszył swoim widokiem chętnych na podbój Djerby. Znana historia z ludzkich kości złożona. 
I jeszcze dwa zdjęcia, które mogą być przydatne w czasie wędrówki poTunezji. 






Postój w porcie Houmt-Souk.
Tunezyjskie muzea z godzinami otwarć
oraz cenami biletó wstępu.

Piękne wnętrze synagogi El Ghriba.

        Jedziemy do Er Riadh, zobaczyć synagogę El Ghriba. Zaskoczła nas ilość policji, która jej pilnuje. Wieżyczki obserwacyjne, prześwietlanie bagażu i osoby przed zwiedzaniem. Choć trzeba przyznać, że parking tamtejszy wyjątkowo dobrze nadaje się na nocleg. Nawet toalety są na miejscu. Samo zwiedzanie jest dość interesujące. Szczególnie ze świadomością, co stało się tu w 2002 roku. Atak terrorystyczny, w który był zamieszany również Polak. Śmierć poniosło ponad dwadzieścia osób. Tutejszy terroryzm nie zaczął się od Bardo, czy Sousse, ale dużo wcześniej. Wracając do synagogi, to nie bardzo rozumiem, dlaczego przed wejściem założono mi na głowę jarmułkę? 
Nowy polski żyd.

        Co to za zwyczaj wobec zwiedzających? Teresa miała ubaw fotografując mnie w nowym wcieleniu wyznawcy judaizmu. 









        Na ten dzień zaplanowaliśmy jeszcze zobaczenie podziemnego meczetu. Też ciekawostka na Djerbie. Podam koordynaty, bo strasznie trudno znaleźć, trochę na uboczu, między sadami oliwnymi N 33.72163  E 10.91213. Warto było tu dotrzeć. Można wejść do wnętrza tej XII wiecznej budowli.Wieczorem złakomiliśmy się na posiłek w restauracji. Nawet pizze były i to moje ulubione 4 sery. Ale wtopa! Zapomniałem, gdzie jesteśmy. To nie Włochy, tu prawie nie ma twardych serów, a już na pewno nie w ludzkich cenach, więc?  Dobre ciasto z dodatkiem czterech serków topionych? Straszne doświadczenie. 
Typowa tunezyjska scenka.

        Jeszcze jedna ciekawostka, albo raczej miejscowy, tunezyjski koloryt. Sad oliwny, pracująca kobieta i nadzorujący mężczyzna.







Darmowy postój przed muzeum. Bez mediów.

        Na noc zatrzymaliśmy się przed Muzeum Guellala, w miejscowości o tej samej nazwie. Polecano nam jego zwiedzenie, a i przewodniki też do tego zachęcają. I to by się zgadzało. Potwierdzamy. Następnego dnia spędziliśmy w nim kilka godzin. Ceny biletów: 7 TND dla turystów, 4 dla swoich (wrrrrr) i dodatkowo 2 za fotografowanie. 
Samo muzeum polecam. Ciekawa ekspozycja, w ciekawy sposób przedstawiona. Może dlatego, ze nie jest to muzeum państwowe, lecz prowadzone przez miejscową fundację. Poniżej kilka przykładów, że warto:
Panny młode z Djerby.

Tak się onegdaj (?) żyło w Tunezji.

Przydomowe zakłady garncarskie.
        Po muzeum wsiadłem na rower i popedałowałem przez wioskę Guellala – centrum produkcji ceramiki w Tunezji. I tu takie uwagi 1). Ceny nawet u producenta wyższe niż w innych miejscach Tunezji 2). Jeżeli podejdzie do ciebie kilku młodzieńców proszących, abyś im kupił nową piłkę do gry, a ty tego nie spełnisz, to będą Ci pluć pod nogi 3). Jeżeli nie odwrócisz się do nastolatków, którzy wołają za tobą bonżur, bonżur, to potem możesz zostać obrzucony kamieniami. To takie doświadczenia po krótkiej rowerowej wycieczce.
Piec do wypalania ceramiki.
Ciekawi mnie, jak daleka jest droga u młodego człowieka od nienawiści do ucinania głów? Dla porządku podaję koordynaty „niebezpiecznej strefy” w Guellala N 33.72728  E 10.84929 i dodam jeszcze, że z punktami 2 i 3 poradziłem sobie na swój sposób
J.
Miejscowi harcerze.

Tylko tyle wystaje z ziemi w Meninx.

        Jeszcze na moment wpadłem do rzymskich ruin Meninx. Dokładniej to do miejsca, gdzie te ruiny się znajdują. Jeszcze pod ziemią.
Czas opuszczać Djerbe, ale w związku z zapadającymi ciemnościami stajemy na noc 200 metrów od policyjnego punktu kontrolnego, mieszczącego się przy wjeździe na wyspę. Zgłosiłem policjantom, że tu zanocujemy. Ok. Jednak po godzinie przyszło dwóch innych policjantów. Tylko francuskojęzycznych. Nie pogawarili. Poszli. Wróciło czterech. Jeden po angielsku. Tu strefa policyjna, więc stać nie można. Mówię ok.
Ostatni nocleg na Djerba.
Odjedziemy 1 albo 2 kilometry. Tam zostaniemy na noc. Choć w Tunisie mówiono nam, że obok policji jest bezpiecznie. Na to oni, że nie trzeba, że można zostać. Ludzkie chłopiska!. To chyba taka "arabska" ale też sycylijska mentalność chłopów. Żadko spotkaliśmy takiego, który powiedział by - nie wiem, dowiem się, nie jestem pewien. No i ostatnie zdanie MUSI należeć do mężczyzny. W Tunezji też!!! 
        
                

Droga z Djerba przez morze wiedzie.

        Rano opuszczamy Djerbę tak zwaną „romańską drogą”, czyli, jak się domyślam usypaną prawie dwa tysiące lat temu groblą. Cwaniacy, mieli niewolników ilu chcieli, to sobie mogli sypać i budować. Kierunek Medenine. Po drodze pytamy o cenę paliwa, na jednej z dziesiątek prywatnych stacji benzynowych, które wylęgły się na południe od Sfax . Wszyscy wiedzą, że sprzedawane jest tu paliwo przemycane z Libii. Wszyscy wiedzą i nikt nic z tym nie robi! Mam tu na myśli urzędy odpowiedzialne za walkę z patologią gospodarczą. Po cenie tego paliwa widać ilu ludzi przy takim przemycie się wyżywi. Za 20 litrów zapłacimy 23 dinary, kiedy na stacji kosztuje litr 1,200 TND. W Maroko, w rejonach przygranicznych z Algierią, płaciliśmy 2 x mniej niż na królewskich stacjach. Do tego z gwarancją, że policjanci też tam tankują. Ceny w Libii spadają, bo na 30 kilometrów,(tyle jesteśmy od granicy z tym krajem) czuć przygotowania do inwazji „sił pokojowych” na ten kraj, a tu przydrożne stacje ceny windują? 
Ksar w Medenine.

        Wjeżdżamy do Medenine nie bardzo wiedząc, co i gdzie tu warto coś zobaczyć? Na szczęście poznaliśmy Beatę, która od lat mieszka w tej miejscowości i chętnie zgodziła się objaśnić nam tajniki tego konserwatywnego, jak na tunezyjskie warunki miasta. Większość kobiet na ulicy ma zakryte włosy. Niektóre nawet twarze. Tutejsi mężczyźni chyba w jeszcze większych ilościach, zajmują się „nic nierobieniem”. Jedynym godnym zobaczenia miejscem okazały się ksary. Pierwszy prawie pusty N 33.347112°  E 10.492684°, drugi bardziej zjawiskowy dla robienia zdjęć, położony jest za pierwszym. Trzeci jest już „wydzierżawiony” i za wejście trzeba dać 2 TND. 
Medenin. Fotogeniczne miejsca. Turyści tu nie docierają.

        Ale można go spokojnie opuścić. I to było by wszystko. Może jeszcze tylko jedna informacja. Na każdy weekend zjeżdżają się do Medenine producenci rolni z okolicy bliższej i dalszej (daktyle z Douz). Ceny są ok. No i w końcu udało mi się po dłuższej przerwie kupić miejscowe oliwki. Nie kumam zjawiska. Tunezja, potentat, piąte miejsce na świecie w produkcji, a ja niczym narkoman miotam się, aby kupić dobry produkt. Fajnie było poznać rodzinę Beaty. Teściową – Fatimę Khorchani, która robi najlepszą na świecie mlokheya. Omeima i Said, czyli córka i syn Beaty pokazują mi tunezyjskie podręczniki i zeszyty szkolne. 
Beata z dziećmi odprowadziłą nas na rogatki Medenine.
Dyskutujemy o programie nauczania. Jednak czas szybko mija i ruszyć musimy dalej. Nasza trasa uległa małej korekcie. Za namową Beaty i jej teściowej Fatimy, jedziemy dalej na południe, w kierunku Tataouine
        Jest to rejon gdzie znajdują się trzy „wiszące wioski” Berberów oraz kilka ciekawych ksarów. Jak by ktoś jeszcze nie wiedział, co to jest ksar to powiem: obronna stodoła berberyjska. To takie polskie wytłumaczenie ludowe. Ponieważ pożegnaniom (i ostatnim zakupom) nie było końca, więc wyruszyliśmy dość późno. Zaplanowaliśmy nocleg w „wojewódzkim” mieście Tataouine. Niemieccy karawaningowcy wskazali dwa miejsca postojowe na hotelowych parkingach. Owszem, hotele i parkingi te jeszcze istnieją, choć są puste. Pytam o cenę za parking: 20 dinarów (42 złote) za noc. Dla dowcipu tunezyjskiego hotelarstwa dodam, że w tym samym hotelu, wynajęcie pokoju 2 osobowego to koszt 25 dinarów. Nikt na nas nic nie zarobił. Przypomnę tylko, że za strzeżony parking w centrum Tunisu płaciliśmy 6 dinarów. Dlatego daruję sobie komentowanie zdolności biznesowych tunezyjskich hotelarzy. Pojechaliśmy dalej, w góry pomimo zapadających ciemności. Pomimo posiadania informacji, że poprzedniej doby, przez pobliskie przejście graniczne z Libią wjechało do Tunezji 3000 osób. Gorąco się robi na południu Tunezji! Chyba już niedługo Amerykanie, po raz drugi będą „wprowadzać demokrację” w sąsiedniej Libii. 
Wisząca wioska Chenini.
        
        Uwierzyliśmy, że na ziemiach Berberów nic złego stać się nam nie może! I tak po dwudziestu paru kilometrach zatrzymaliśmy się na nocleg w środku wioski Chenini. To, co było widać w świetle pojedynczych latarni, pierwsze spojrzenia przechodzących osób, nastawiły nas optymistycznie do dnia następnego. Trzeba było jeszcze wykonać jedną rzecz, wspiąć się na najbliższą przełęcz i nawiązać kontakt telefoniczny z Beatą, aby się o nas nie martwiła. Wiedzieliśmy, że czuje się za nas odpowiedzialna, gdyż namówiła nas na wyjazd w ten odległy rejon Tunezji. Wziąłem to na siebie. Wyszedłem, meldunek telefoniczny złożyłem i zszedłem wśród piejących kogutów na dół. No właśnie!
Niezamieszkały dom w Chenini.

         Czy ktoś wie, dlaczego tunezyjskie koguty zaczynają piać około godziny 22.00? To już nie pierwszy przypadek, gdy jesteśmy zaskoczeni takim ich zachowaniem. Następnego dnia o poranku: 1). Natarczywy kilkulatek domaga się prezentu w postaci długopisu, a gdy go nie dostaje wkurza się na maxa. 2). Podchmielony stary Berber (Tunezyjczycy piją coraz częściej i więcej alkoholu!) upewnia się, że jestem z Polski, a następnie staje na jednej nodze i wymachując drugą (pozoruje kiwanie w piłce nożnej) powtarza: Kaspercak, Kaspercak. 3). Trzeźwa, stara Berberka pokazuje mi kierunek gdzie mam wejść, aby wykonać zdjęcia, a gdy ja ją pytam, aby doprecyzować kierunek marszu, czy mam iść na schody, czy przez drzwi domu, to ona zbiera kilka kamieni i rzuca nimi na schody, a potem patrzy na mnie pytająco: czy teraz zrozumiał??? 
Domy zawieszone 100 metrów nad skałami.

        No to jeszcze dodam, że znaleźliśmy się w rejonie, gdzie ludzie rozmawiają ze sobą nie po arabsku, nie po francusku, czy też tunezyjsku, ale posługują się językiem berberyjskim, więc zrozumienie kogoś w potocznej rozmowie jest mało prawdopodobne. Nie mniej być tutaj trzeba, tak jak przekonywała Beata. To jest ważne dla zrozumienia i poznania Tunezji. Berberowie, nie Ci, którzy dla potrzeb masowej turystyki tak się przedstawiają, ale ci, którzy jeszcze mieszkają, żyją i pracują niczym ich przodkowie. W przypadku Chenini początek dziejów wioski sięga XII wieku. Warto poświęcić kilka godzin i powłóczyć się między ruinami starych domów, jaskiń, zabudowań gospodarczych, aby choć trochę zrozumieć tych rdzennych mieszkańców Tunezji.
Nisko, w dolinie jakieś poletka się zielenią.

        Również pojąć, dlaczego Fenicjanie czy też Rzymianie nie starali się sobie ich podporządkować. Dlaczego Turcy zrezygnowali z wysyłania w te rejony ekspedycji wojskowych z zadaniem ściągania podatków (ponosili znaczne straty w ludziach). No i te widoki, no i to otoczenie! Góry, których nazwy nie znam. Po kilku tygodniach pobytu w Tunezji i zwiedzeniu z pół setki „miejsc historycznych” tego kraju, zrobiłem sobie prywatny ranking tunezyjskich atrakcji. Jednak w Chenini chyle czoło, za dbałość o realia i zachowanie nastroju w zwiedzaniu tego regionu. Choć z drugiej strony jest to może brak ingerencji urzędniczej i pseudo specjalistów spowodował zachowanie w aktualnym stanie tej berberyjskiej wioski, bo przecież ta wioska ciągle żyje, żyją w niej ludzie.
Mahmoud Chenini martwi się brakiem turystów.

        I właśnie ten mariaż starych ruin i obecnych mieszkańców nadaje temu miejscu pewien mistycyzm lecz  by go dostrzec, prawdopodobnie trzeba spędzić tam.. i dzień i noc. Wtedy można wiele wypatrzeć i wysłuchać, nawet polujące po zmroku nietoperze, powiedziałbym „średniej wielkości”.  
        Wstał nowy dzień, w małym sklepiku z odważnikową wagą kupuję na śniadanie świeże bagietki. Witam się z nowymi nieznajomymi tradycyjnym „salam alejkum” , następnie 3 godziny spędzam między ruinami na dwóch sąsiadujących wzgórzach. Potem wstępuję do jedynego czynnego punktu sklepowo-kawiarnianego, gdzie od właściciela Mahmoud Chenini dowiaduję się kilku rzeczy o turystach - że przed laty kilka turystycznych autobusów dziennie zajeżdżało do ich wioski, a teraz 3-5 turystów dziennie przyjeżdża, że polskich turystów najbardziej interesuje towar w cenie od 1 do 3 dinarów, przy pięciu zastanawiają się, a 8 dinarów to już górny pułap zakupu pamiątki. Sam kupuję drobną bransoletkę, która została według zapewnień Mahmouda wykonana ze srebra, w jego rodzinnym warsztacie. Najpierw padła cena wywoławcza 35 TND, ale po dłuższej negocjacji zapłaciłem 5 dinarów. Zastrzegłem, że jak produkt nie będzie ze srebra to śmiało napiszę, że oszustem jesteś!. Zgodził się. 
Tankowanie i wody i dziwny znak.
W dalszą podróż ruszamy trasą okrężną przez Douiret - drugą z wiszących wiosek berberyjskich. Jest jeszcze trzecia – Guermessa, jednak zupełnie na uboczu. Najpierw tankujemy wodę w pierwszej oazie za Chenini N 32.89692  E 10.24758, potem przez kilkanaście kilometrów delektujemy się krajobrazami, brakiem cywilizacji, w tym i zasięgów sieci GSM. 
Zobaczcie te klimaty


Czasami trzeba tankować wodę w poidłach.
Okolice Chenini.
Dziesiąt kilometrów bez cywilizacji.
Dla takich widoków warto tu było przyjechać.

Druga wisząca wioska - Douiret.

       Po południu wjeżdżamy w ruiny.  Tym razem zupełnie opuszczonej wiszącej wioski Douiret. Ta wioska jest „martwa”, same ruiny, nikt tu nie mieszka. Widać jednak próbę ich restauracji w „coś” dla turystów, choć tuż obok widać od lat nieużytkowany kemping, a w ruinach w podobnym stanie hotel. Oby się udało.

"Bylejakie" miasteczko z ksarem




        Potem na moment zatrzymujemy się w ksarze w Ksar Ouled Debbab. Miało to być coś ciekawego, a okazało się jakąś parodią z plastikowymi dinozaurami i innymi orłami na murach. 







Od tego momentu skręciliśmy z głównej drogi prowadzącej do Matmaty, na tak zwaną drogę ksarów. To znaczy sami tą nazwę wymysliliśmy, bo trasę zaplanowaliśmy bocznymi drogami, przez kilka ciekawych, naszym zdaniem, starych berberyjskich budowli. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze miasto rodzinne teściów Beaty - Ghomrassen. Natomiast same ksary nie są na tyle ciekawe, aby specjalnie dla nich wlec się przez kilkadziesiąt kilometrów bocznymi drogami. Miejscami o fatalnej nawierzchni. Poza tym trzeba uważać na tak zwane "hopki" i obniżenia drogi w korytach rzek. To taka polityka miejscowych drogowców. Zamiast budować mosty nad lokalnymi rzekami, a raczej miejscami, gdzie okresowo te rzeki występują, obniża się nawierzchnię jezdni do poziomu suchego koryta rzeki. Często w akich miejscach są garby i nierówności, a w czasie opadó, takie odcinki mogą stać się nieprzejezdne na kilka godzin lub kilka dni.
        Czyli po południu jedziemy trasą od Tataouine - Ksar Hadada - Ksar Zaouna - Beni Kheddache - Ksar Hallouff do Toujane. 
        Ten ostatni odcinek do Matmaty wiedzie przez jakieś góry. Piszę jakieś, bo jest już noc i żadnych miejscowości, żadnego ruchu na drodze i świadomość, że kilka czy kilkanaście dni wcześniej w tym rejonie tunezyjskie siły bezpieczeństwa zlikwidowały grupę terrorystów. To znaczy trzech „zneutralizowano” na miejscu, jednego ujęto a jeden zbiegł. Ujęto go chyba później, ale nie jestem pewien czy ujęto już wszystkich, którzy mają swoje bazy w tym rejonie? Wiemy z plotek, że okolice Matmaty są wykorzystywane między innymi do magazynowania broni itp. środków bojowych. Młodzi jak przystało na potomków Berberów kopią tu swoje tunele i inne dziury w miękkiej ziemi.  
Nasz SP przy hotelu.
        

        I tak to około godziny 21 dojeżdżamy do Matmata, odszukujemy posterunek Garde Nacjonale i dostajemy zgodę na postój w ich pobliżu. Jednak nim zdążyliśmy wypoziomować kampera przyjeżdża policyjny radiowóz, dwóch cywilów przedstawia się „policyjna brygada turystyczna” i proponują nam postój przed jednym z hoteli. Przystajemy na to i po spokojnej nocy idziemy zwiedzać to rozreklamowane cudo natury. 


Dom troglodytów.

        Dzień oczywiście jest słoneczny. Zainteresowanym dopowiem tylko, że jest połowa lutego, a temperatura w cieniu to blisko 28 stopni. Mówiąc prawdę, to spacerując po Matmacie wcale nie czuliśmy się jak na jakiejś obcej planecie, o czym przekonują przewodniki. Na pewno ciekawe są te miejsca gdzie budowano, a raczej kopano swoje domy na głębokości 5-7 metrów. Jednak to już historia, a stan pozostałości takich miejsc (dziur w ziemi) nie jest najlepszy, więc jeszcze tylko próba wypłaty gotówki w jedynym bankomacie i jedziemy do Douz. Napisałem „próba”, gdyż po bliższych oględzinach bankomatu okazało się, że więcej w nim piasku niż pieniędzy! Innego w Matmacie nie ma. No, ale miejmy nadzieję, że nikt z karawaningowców nie czeka z pozyskaniem gotówki na ostatnią chwilę.
Budynek informacji turystycznej.


        Dodam jeszcze, że w Matmacie jest miła dla oka informacja turystyczna. Dodam, że była czynna. Tu kończą się, jak na Tunezję przystało, plusy dodatnie! Miła panienka powiedziała, że nie ma żadnych materiałów, że jak pójdziemy prosto, to będzie muzeum, a dookoła wszędzie są podziemne domy. Komentarza nie będzie, bo już nudno robi się w tym temacie.


        Ruszamy na zachód. Tu też mała przestroga. Przez kilkadziesiąt kilometrów, a dokładniej to 100, po drodze będziemy mieli tylko jedną małą miejscowość i nie będziemy mieli zasięgu- tak bardzo popularnej w innych częściach Tunezji - sieci Orange. O stacjach benzynowych już nie wspomnę. Co najwyżej zobaczymy wielbłądy albo gdzieś w oddali namioty nomadów. Zdjęcia z tego odcinka:
Takie domy spotkamy jeszcze daleko od Matmaty.

Otoczenie miasta Tamezret. Potem już NIC.
Tamezret. Przegapiłem to miasto. Szkoda.
 
Takie klimaty przez 100 kilometrów
Droga do Douz. Bramy Sahary.

        Natomiast, gdy zobaczymy i poczujemy wszędobylskie śmieci w ilościach hurtowych i to na odcinku kilku kilometrów, to znak, że wjeżdżamy do Douz
Centrum Douz.

        Miasteczka, które zowie się bramą na Saharę. Aby jeszcze coś ponarzekać powiem, że ani w Matmacie - gdzie jest duży punkt informacji turystycznej, ani tutaj w Duz, gdzie nawet na drzwiach jednego z pomieszczeń była wizytówka „Dyrektor” - nie otrzymałem żadnych materiałów, które ułatwiłyby mi poruszanie się czy też zwiedzanie tych miejscowości lub najbliższej okolicy. Tu dowiedziałem się: nic nie mamy, bo nie ma turystów.
Nasze miejsce na 3 dni. Za wałem z piasku Sahara.


        Ostatecznie sami znajdujemy sobie miejsce do zatrzymania. Dobry kilometr od centrum tego żywiołowego miasteczka. Żywiołowego, bo motorowerów tutaj ilości są straszne. Tymczasem stajemy na placu, obok piaszczystego wału, za którym nie ma NIC. To znaczy zaczyna się dosłownie i w przenośni SAHARA. Pustynia Sahara. Jeszcze nigdy nie staliśmy kamperem tak blisko czegoś tak wielkiego. Oby tylko nie wiało tej nocy!
W nocy nie wiało, zaczęło dopiero przed południem, kiedy poszedłem na swój wielki ultra-maraton pustynny. Znaczy się normalny poranny bieg w pustynię. Jeszcze tylko wizyta dwóch policjantów i rutynowe rozpytanie o nasze plany… i już fajnie było wbiegać na wydmy, takie do 3 metrów wysokości, zbiegać z nich i na kolejną.
Studnia na pustyni nie zawsze oznacza wodę.

        Kierunek utrzymywałem według słońca. Gdyby nagle ktoś je zgasił to już zapewne gdzieś w Mali bym był?  Jak zaczęło sypać piaskiem to zdobyłem nowe doświadczenie – bieg z przymkniętymi oczami i ciągłe czyszczenie dróg oddechowych. Ze względów estetycznych szczegółów nie podaję. Po kilku kolejnych wydmach spotkałem Berbera z trzema wielbłądami. Zapytałem go, którędy do Timbuktu? Pomimo, że był cały owinięty w tradycyjne materiały włókiennicze to widziałem jak jego oczy robią się coraz większe. Powiedziałem, że to taki żart i spytałem, co tu robi bez turystów? Odpowiedział, że ma dwóch Francuzów, którzy idą za nim na piechotę, bo ich coś boli w tylnej części ciała.
Douz. Kawiarnia internetowa i wszędzie gra FIFA.
        Zapewne najbardziej cieszyły się z tego wielbłądy. I tak to się kończy szpanowanie na „człowieka pustyni”. I to za własne pieniądze. Po kąpieli - gdyż Teresa stwierdziła, że jeszcze nigdy nie czuła zapachu potu wymieszanego z pyłem i piaskiem Sahary, czyli zapachu wielbłąda jednogarbnego - pojechaliśmy do miasta. Trochę zakupów, trochę szwendania się po piaszczystych uliczkach i ruszyliśmy na objazd po okolicy. Oglądamy gaje palmowe, widzimy nawet nowy znak drogowy. Uwaga świnie!  Zastanawiamy się, gdzie takie świnie między palmami przebywają, bo nie są to przecież zwierzęta hodowlane.
Jedna z większych "róż pustyni"
        Muzułmanie wieprzowiny nie uznają, więc dzikie. Po kilometrze jesteśmy już pewni. Na poboczu leży martwa locha z dwoma warchlakami. Niezbyt miły widok. Poza tym jednym zdarzeniem cała droga na południe od Douz, jest bardzo interesująca widokowo. Zaczynamy rozumieć jakim to skarbem mogą być palmy daktylowe. Ile pracy trzeba włożyć, aby zebrać z jednego drzewa 150-200 kg daktyli. Trochę poza tematem dodam - część zdjęć z podróży po Tunezji wystawiliśmy wcześniej na swoim profilu fejsowy. Nie powtarzamy ich na blogu. 

Główna uliczka w wiosce Sabria.
Potem jakoś tak z przypadku, skręciliśmy w boczną drogę. Do wioski Es Sabria. Wioska zamieszkała jest przez członków berberyjskiego plemienia Sabria. To tylko tutaj przy okazji różnych świąt kobiety wykonują wielogodzinny taniec z rozpuszczonymi włosami. Przyglądamy się ciężkiemu życiu w takim miejscu. Zwierzęta trzymane są w oddaleniu od domów, za wydmą. Okoliczne wydmy mają wbite liście palmy na szczycie, co zapewne nie pozwala im zasypywać domów. Znajdujemy lokal „Cafe.. (coś tam)” z napisem WiFi, - no to czas na kawę i na internet też. Jakie hasło? Skoro jesteśmy w Tunezji to może być tylko jedno: fifaeuro. Dookoła sami młodzieńcy w wielu poborowym.
Sabria. Kilka metrów za domami.


        Czy oni tu wszyscy w jednym czasie się porodzili? Czuje się niczym na obozie szkoleniowym pewnej popularnej organizacji. Wszyscy dookoła rozkrzyczani, sprawiają wrażenie pewnych siebie i dumnych, że ………… nic nie robią. Ktoś tam mówi, że niedaleko jest fort francuski. Wypytuje gdzie dokładnie i jedziemy w to miejsce. Przejeżdżamy obok szkoły, pomału, bo wszędzie piasek. Wybiegają dzieciaki. Wszystkie krzyczą „bonżur” i wesoło machają rękami. Zatrzymujemy się i widzimy jak ze szkoły wybiega dwóch mężczyzn, krzyczy na dzieci, a gdy one biegiem wracają przez bramkę, to każdy dostaje uderzenie w głowę. Taka ścieżka zdrowia im się trafiła. Głupio nam, bo to z naszego powodu.
Francuski fort stopniowo zasypywany piaskiem.
Potem doszedłem piechotą ten kilometr czy dwa za wioskę, do miejsca gdzie są ruiny starego fortu Borj Sabria. Ciężkie było życie kolonizatora, a szczególnie żołnierza z państwa, które chciało mieć koniecznie kolonie na czarnym lądzie. Mała sesja foto. Jeszcze tylko wizyta w jednym domu, na zaproszenie nowego znajomego, wymiana upominków, krótkie rozmowy z kilkoma mieszkańcami, wymiany kontaktów na portalu społecznościowym i wracamy do Douz. Na stare miejsce, bo cicho tu i spokojnie. Fajna była ta Es Sabria. Taka naturalna, a nie teatr dla turystów.

        Na zakończenie tej części pamiętnika z podróży, jeszcze kilka zdjęć Douz i okolicy.
Część trzecia za dni kilka, jak tylko przygotuje zdjęcia z tego etapu.
        Wtedy również odpowiem na totalną krytykę "niektórych środowisk tunezyjskich", z jaką spotkała się część pierwsza.
Sabria. Marabuty i cmentarz znika pod piaskiem

Najczęściej spotykany pojazd na pustynnych piaskach.

Sabria. Kolejna studnia bez wody. Francuski fort.

Zachód słońca na Saharze - patrząc od słońca.

Sahara, ostatnie palmy i zapadający zmierzch.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu