czwartek, 17 marca 2016

Tunezja 2016 - fakty i mity, czyli jak przeżyliśmy dwumiesięczną podróż po tym kraju.

        Na samym początku chcielibyśmy podziękować osobom z Tunezji, bez których pomocy i zaangażowania, nasza podróż po tym kraju nie była by taką, jaka była. Szczególne słowa podziękowania kierujemy do Abdelwaheb Khedimi, który był naszym koordynatorem i dobrym duchem rezydującym w Tunisie. Dziękujemy Dorocie Parzyszek za wytłumaczenie nam wielu aspektów życia w Tunezji. Beacie Waindok Khorchani z Medenine, która przyjęła nas do swojej rodziny i poświęciła nam wiele czasu oraz inspirowała nowymi kierunkami zwiedzania. Szczególne podziękowania kierujemy do Sylwii i Fredj Aziz z Kairuan oraz Fathi Sellami ze Sfax, za gościnę i pomoc w trudnych i zaskakujących nas sytuacjach. Karo Linie, czyli Karolinie Kozij za fajne podpowiedzi oraz Iwonie Pietrzyk z grupy Polacy w Tunezj, a szczególnie Hannie i Annie, które poświęciły nam swój czas i cierpliwość.   


TUNEZJA - nasze zapiski w drodze czynione.

        Port w Palermo. Bez problemu znajdujemy bramę wjazdową. Bez problemu, bo do Palermo wjechaliśmy przed północą. Ruch na ulicach był taki sobie. Już w mieście tankujemy zapas wody na stacji benzynowej. Stacja samoobsługowa, ale ochroniarz czuwa na miejscu.
Za ogrodzeniem port Palermo.


        Brama dla ruchu pasażerskiego znajduje się w punkcie N 38.12963 E 13.36118. W dzień jest tu strzeżona brama, jakaś pierwsza linia ochrony. 30 metrów dalej szlaban z mundurowym. Obok budka z policją finansową. Dalej, na wprost lub na prawo, mamy baseny portowe, gdzie przybijają promy. No i kasy biletowe na prawo, 100 metrów dalej. W Palermo wyszukaliśmy dwie linie promowe, które obsługują kierunek tunezyjski. Tańsza linia to GRIMALDI LINES. Pływa we wtorki i soboty, cena biletu 2 osoby + kamper 7 metrów to 115 EUR w jedną stronę. Swoje kasy mają bliżej wody, w przenośnym baraku. Druga linia to GNV Grandi Navi Veloci, pływa w tych samych dniach. Ta druga linia kosztuje 131 EUR. Zakup biletów pozostawiłem na dzień następny, a na nocleg, za zgodą policji finansowej stanęliśmy na terenie portu, po prawej stronie, zaraz za pierwszą bramą N 38.12912  E 13.36207. Miejsce ciche, oświetlone i bezpłatne. Ważne, aby zatrzymać się tak, by nie przeszkadzać we wjeździe na pobliskie parkingi strzeżone (w nocy bramy parkingowe zamknięte). Następnego dnia rano, idę do kasy Grimaldi kupić bilety. Nikogo przy okienku, daję paszporty, proszę na 2 osoby plus kamper. Pan coś wstukuje, gdzieś dzwoni, po włosku sobie konsultuje i oddaje mi paszporty mówiąc, że jutro prom nie płynie z powodu złych warunków atmosferycznych. Myślę, co? Słońce świeci, prognozy letnie, a on mi takie tam..? Pytam czy we wtorek popłynie. Kasjer mówi, że tak. Rozmawiamy sobie miło po angielsku. To ok., będzie kilka dni na poznanie Palermo. Cena? Co? 160 Euro? Co jest grane? Zawieszam zakupy i idę do konkurencji. Kasy GNV są kilkadziesiąt metrów dalej. Płyniecie? Płyniemy. Cena za 2 osoby plus kamper - 131 euro, no to dwa bilety poproszę. Teoretycznie drożej, ale w sumie taniej. Nie wiem czy dobrze kumam ekonomikę transportu morskiego, ale wydaje mi się, że po prostu Grimaldi jest wyautowane przez konkurencję. Ich problem. Płacę kartą. Trzy bilety do ręki (dwie osoby+kamper) i informacja, że w porcie mamy być 3 godziny przed wypłynięciem promu. Mamy więc czas wolny. Teresa bierze kampera i na ostatnie europejskie zakupy się udaje do sklepu ARD. To taki włoski dyskont. Biedronka albo inna Żabka. N 38.14654  E 13.36159. Jest spory parking. W ciągu dnia ruch na ulicach jest jak w każdym dużym włoskim mieście. No, ale po 3 miesiącach jeżdżenia w Italii nic nas nie zaskakuje. Gdy Teresa zapełnia lodówkę zapasami, ja odbywam kilkunastokilometrowy spacer po mieście. Nogami, bo rower w takich warunkach, gdy zabytek goni zabytek, nie sprawdza się. Ciągle trzeba stawać, coś focić, na coś pokukać. I tak w ciągu kilku godzin zrobiłem wszystko w śródmieściu, co turysta w Palermo zobaczyć powinien. Spotkaliśmy się już po zmroku przy sklepie. Jeszcze małe odkrycie. Niedaleko, przy ulicy jest dobra studzienka z wodą. Niepotrzebnie poprzedniego wieczoru obawialiśmy się o stan zapasów wody w kamperze. N 38.14418  E 13.35745. Na ostatnią noc w Europie wracamy do portu, na „stare miejsce”.
Już w porcie.

        Dnia następnego przejeżdżamy kamperem 200 metrów, na szlabanie strażnik sprawdza bilety i wjeżdżamy do miejsca, gdzie stoi już jakiś prom przy nabrzeżu. Sporo ludzi kłębi się w koło. Samochody osobowe, w wieku wyraźnie dojrzałym, wyładowane są po ……… jak by to powiedzieć – ponad stan i wysokością wcale wysokością nam dużo nie ustępują. Czekamy. Nikt się nie ustawia do wsiadania. Pytam kogoś kumatego, czy ten do Tunisu? Słyszę, nie – do Algieru. O kurna. Rozglądam się i widzę, że przy sąsiednim molo ustawiają się samochody. Pytam, czy do Tunisu. Tak, ale prom dopiero przypłynie, bo jest "przelotem". Uffff.
Kolejka do wjazdu na prom.

        Stajemy wśród załadowanych osobówek i stwierdzamy, że wszystkie kampery już chyba dawno w Tunezji. Dlatego sami jesteśmy. Prom przypływa, gdzieś na godzinę przed planowanym odpłynięciem, to znaczy godziną 11.00. Zaczyna się odprawa. Sporo włoskiej policji i innych mundurowych. W kolejce sami bruneci i brunetki. Tylko ja za blondyna robię. Podchodzi do nas ekipa odprawiająca i stwierdzają, że nie mam jednej pieczątki na bilecie. Wszystko spokojnie, na luzie. Mówią, aby zostawić  kampera i podejść pieszo do kasy. Nie ma problemu. Idę, a w kasie mówią, że trzeba najpierw pieczątkę od ciecia na bramie. To mi już gul lekko skoczył, bo mogli o tym powiedzieć przy zakupie biletu. Czyli informacja DNO. Idę do strażnika, ten podbija mi bilet bez pytania. Powrót do kasy. Tam druga pieczątka i powrót do kolejki oczekującej na wjazd na prom. Podaje Włochom bilety, paszporty. Teraz ok. Pobieżnie kukają do wnętrza kampera i można wjeżdżać za barierki. Potem normalka. Oficer załadunkowy ze swoimi pomocnikami kieruje pojazdy do wnętrza promu. Ciasno je upychają. Ciężko nawet wyjść z kampera.
Tak dość szczegółowo opisałem nasze zajęcia przed zaokrętowaniem, aby przybliżyć Wam zagadnienia z jakimi można się spotkać w portach promowych. W każdym jest jednak trochę inaczej. W Hiszpanii można było negocjować cenę biletu w różnych kasach. W Helsinkach wszystko automatycznie. W Grecji luz. Każdy port ma swoją specyfikę, ale w każdym można sobie poradzić bez problemów.
Pojazdy zaokrętowane.

        Czyli jesteśmy na promie, ma on z 6 pokładów (pięter). Odpadają dwa z kajutami (po kilkadziesiąt EUR od kajuty). Na pozostałych różne sale kawiarnie, restauracje, jeden czy dwa sklepy itp. Trzeba sobie gdzieś namierzyć fotele lotnicze, bo w końcu czeka nas 12 godzinny rejs. Ci bardziej doświadczeni na tej linii już dawno rozłożyli się do spania. Nawet w pomieszczeniu do modlitwy. My siadamy przy oknie, blisko górnego pokładu. Wcześniej sprawdziliśmy w dwóch innych miejscach i niestety pierwsze przykre doświadczenie. Nasi współpasażerowie po prostu śmierdzą, spocone nogi, nieumyte ciała. Przykre doznanie, gdy wcześniej poznało się mieszkańców Turcji czy Maroka. Gdzie mężczyźni i kobiety pachniały! No cóż, za burtę nie wyskoczymy. Najwyżej na posiłek trzeba będzie wyjść na pokład.
Wypływamy z Palermo.


        Tak też robimy. Spacery, sesje foto, zwiedzanie promu. I bez nerwów kiedy dopłyniemy, bo i tak mamy już ponad godzinne opóźnienie. Po kilku godzinach rejsu widzę, że pasażerowie noszą i wypełniają jakieś karteczki. Trzeba zejść niżej i pobrać takowe od obsługi promu. Na każdą osobę: Carte d’embarquement et de debarquement, a na pojazd Fiche d’entree oude sortie pour vehicule. To po prostu takie kartoniki formatu A5, na osoby są rubryki trzyjęzyczne (arabski, francuski, angielski), a na pojazd po francusku i arabsku. Rubryki dość typowe: nazwisko, imię, data urodzenia, aż do adresu pobytu w Tunezji.
Karta pojazdu wymagana na wjazd do Tunezji.
Karta pojazdu- to numer rejestracyjny, kraj pochodzenia, marka, aż do punktu 16. Autorise jusqu’au i D’apres la carte grise, gdzie jakakolwiek moja wiedza lingwistyczna nie pozwalała zrozumieć o co chodzi.
Karta osoby.
Pytałem kilku sąsiadów, którzy też nie wiedzieli o co chodzi w tym punkcie? Pozostawiłem puste i przeszło. Trzeba jeszcze pamiętać, że karta osobowa składa się z dwóch części. Górną zabiorą nam na granicy, a dolną musimy pilnować i oddać w czasie wyjazdu z Tunezji. Jak ją zgubimy, to ……. lepiej nie myśleć o tym!
Port La Goulette na horyzoncie.
Tymczasem zbliża się północ. Robię z pokładu jakieś zdjęcia i widzę sporo Tunezyjczyków, którzy w skupieniu patrzą na zbliżające się światła Tunisu. Dokładniej, to portu w La Goulette. Odnosimy wrażenie, że nie byli oni chyba od wielu lat w swojej ojczyźnie. Ciekawe o czym naprawdę myślą? Spełnili w Europie swoje marzenia? Hmmm. Zaczynam rozmowę z jakimś mężczyzną o emigracji i powrotach. Mówi, że jego zdaniem, to na kilkuset pasażerów, tylko my i on to turyści. Pozostali to ekonomiczni emigranci. Zgadzam się z nim.   
        Wyokrętowanie. Zjeżdżamy na kontynent afrykański i widzimy wielu mundurowych z bronią długą. Kierują ruchem. Jedni na lewo- to Ci obładowani. My i kilka luzackich osobówek na prawo. Dojeżdżamy do budek pograniczników. Płynny angielski. Coś tam z paszportu sobie skanują. Upewniają się czy tranzytem do Libii jedziemy? Mówię NIE! W rubryce, jako cel podróży podałem „tranzyt”. Trzeba było coś innego chyba wpisać. Nie ważne. Podjeżdżamy dalej. Celnicy. Zaglądają wszędzie do kampera. Jeden widząc smyczki pyta, czy jedną może wziąć. Teresa mówi ok. W myśli dodaje – dupku. Inny nachylając się do garażu, pokazuje mi rękami gest, że chce pieniędzy. Mówię, nie dam Ci, bo sam byłem też policjantem celnym i nie brałem, więc teraz nie daję. Odpowiedział, że ja byłem, a on musi jeszcze pracować. Sprawdził pojemnik na narzędzia i poszedł dalej. Kolejny celnik wysłał mnie do budki. Tam chcą 30 dinarów, za coś. Nie mówią po angielsku, więc nie wiem za co. Nie mam dinarów, więc pokazują mi kantor wymiany walut, a nawet trzy w pobliżu. Idę wymienić kilka euro. Kurs wszędzie taki sam. Wracam, daje dziewczynce 30, ona mi też daje, kwit odprawy celnej, za 30 – czyli odpowiednik nieco ponad 60 złotych. Idę do okienka obok, gdzie jakiś smutny przybija mi na tym kwicie pieczątkę. Wracam, odpalam i jedziemy kilka metrów do przodu. Tam kolejny mundurowy odbiera od nas ten kwit na 30, już bramę wyjazdową widzimy, ale jeszcze przystaje, bo kolejny funkcjonariusz jakiejś służby, pyta o fiszkę pojazdu. Pokazuję, że kolega wcześniej nam ją odebrał. Kiwnął głową, a my do bramy. Tam kilku żołnierzy niczego już nie chciało. Wjechaliśmy do Tunezji. Aby zamknąć temat wjazdowy, teraz z perspektywy dni kilku dodam, że niedawno znaleźliśmy w kamperze opieczętowaną kartę Fiche d’entree ……, której nam nie odebrano na granicy? Może tak ma być? Albo zadziałała tu zasada, że im więcej kontroli, tym większy bur…. znaczy się bałagan urzędniczy. Amen.
Minęła północ. Nie będziemy włóczyć się po tej Afryce w ciemnościach. Zaraz za bramą portu La Goulette jest parking sporej wielkości N 36.80935  E 10.30538. Urzęduje tam samozwańczy bodygard. Sporo samochodów tam stoi. Oczywiście bez kamperów. Chcemy szybko odpocząć po przeprawie i wrażeniach ostatnich godzin. Dajemy człowiekowi 5 TND (1o złotych). Prawie po rękach mnie całuje. Daje nam najlepsze miejsce. Rano, gdy opuszczaliśmy rolety przyszedł i zapytał, czy wszystko ok? Okej i po śniadaniu jedziemy w miasto.
Katolicka katedra w Tunisie.

        Sprawdzamy jeszcze pobliski punkt przy plaży, który przewodnik WoMo proponował jako stellplatz. Niestety wojsko go już zajęło, ale gdy robiłem tam jakieś fotki, podeszła do mnie młoda para, a dziewczyna śmiało zapytała po angielsku, czy taki samochód to nazywa się kamper i można w nim mieszkać? Powiedziałem,  że tak. 
        Czas na Tunis. Oddalony kilkanaście kilometrów od portu w La Goulette. Drogi dobre, dwupasmówki. Kierujemy się na parking wskazany również w przewodniku WoMo. Oddalony trochę ponad kilometr od medyny. Obiektu klasy UNESCO. Kontaktujemy się z Abdelwahebem. Znajomym z Facebooka, obecnie już dobrym znajomym i naszym tunezyjskim opiekunem z realu. Abdel zna świetnie język polski, a jako Tunezyjczyk zna wszystkie niuanse tego kraju. Czekając na spotkanie idziemy z Teresą na szybki rekonesans w kierunku medyny. Trzymamy się głównej ulicy Tunisu, ave Bourguiba.
Tunezyjska policjantka na BMW.


        Nagle widzę jakieś zbiorowisko, transparenty, okrzyki. Dookoła sporo policji. Wiem, nie powinno się podchodzić do takich miejsc. Ale ciekawość. Pytam najbliższego policjanta czy to na tle politycznym czy też może kibice sportowi? Odpowiada nie, to demonstracja policjantów przed budynkiem ichniejszego MSW. Aaaaaa to inna sprawa. Po chwili wyławia nas ze sporego tłumu, który spaceruje alejami, jakieś bystre oko lokersa. Pyta, czy wiemy, że dzisiaj po południu jest możliwość zwiedzenia pałacu w medynie? Nie, ale nie doczytałem, jakie pałace tam są. To może być jednak jakaś okazja.    
Piękniejsze miejsca w medynie.
        
        Idziemy w stronę medyny, przed wejściem do niej pytam człowieka, którędy do pałacu. Mówi, w prawo, lewo, dwa razy w lewo i prawo. Albo zaprowadzę Was - mówi. Medyna pusta prawie, bo to niedzielne popołudnie i handlu nie ma. Upewniam się po drodze, czy wie, o co nam chodzi, o pałac otwarty dzisiaj dla turystów? Wie dobrze. Iść, nie mówić. Poza tym on zna Polskę, zna Solidarność, bo dużo w stanie wojennym Polakom pomagał. No dobra. Nagle wchodzimy do jakiegoś dużego sklepu z dywanami, ceramiką itp. No kurna, a facet mówi, to pałac. Ja do niego, że kicha, a nie pałac. On prowadzi nas na dach sklepu, a po drodze pokazuje jakieś łóżko, gdzie jakoby jakiś pasza spał przed wiekami. Oki. 
Widok na medynę w Tunisie. Cudowny.

        Na dachu panorama na stare miasto prześliczna. Robię sporo zdjęć. Potem okazuje się, że z tego miejsca wykonywanych jest większość reklamowych zdjęć tuniskiej medyny. Choć tyle zyskaliśmy. Przy wyjściu ekipa ze sklepu chce nam koniecznie jakiś dywan wcisnąć. Krótkie i rzeczowe NIE, załatwia sprawę. Przewodnik prowadzi nas dalej, mówi, że skoro to nie o ten pałac nam chodziło, to tylko wstąpimy do sklepu jego rodziny z perfumami, bo to dzisiaj w Tunezji festiwal perfum się odbywa i potem już wyprowadzi nas z powrotem. Dobra. Kilka przecznic dalej sklep z pachnidłami. Przewodnik obsmarowuje nas różnymi wonnościami, jedna ręka, druga, to na rano, to do kąpieli, to bez spirytusu, to za darmo prawie. 
Tunis. Medyna. Zastanawiają mnie siedzący w knajpkach
faceci. Widzimy ich coraz więcej i więcej.

        Ponieważ mamy już wieloletnie doświadczenie z takim zachowaniem, to odpowiadamy stanowczo, że nic nie kupujemy i chyba z tym się pogodził, bo wskazał nam drogę wyjścia z medyny, ale dodał jeszcze, że wypadało by dać mu z 10 dinarów, bo godzinę z nami chodził, jako przewodnik. Odpowiedziałem, że do pałacu nas miał zaprowadzić, a nie godzinę, tylko góra 20 minut nam poświęcił, a i o to go nie prosiliśmy. Z łaski dałem mu 2 DNT, za ten taras widokowy, na który byśmy sami nigdy nie trafili. Skłonił się nisko, coś tam burczał cicho pod nosem i rozeszliśmy się w dwie strony. 
Wróciliśmy do centrum i tam  przy kawie spotykamy się z Abdelem,  gadamy, gadamy, gadamy. To znaczy mówi tylko Abdel, a my albo pytamy, albo słuchamy. Pod wieczór stanęło na tym, że trzeba powiadomić policję, która będzie naszym aniołem w czasie podróży po Tunezji. Tak też uczynił. Po czasie przyjechało radiowozem trzech cywilów z radiami w rękach i po wylegitymowaniu nas i Abdela poleciło jechać za sobą. Z władzą się nie dyskutuje, szczególnie w Tunezji. Jedziemy do centrum stolicy, a ponieważ część dróg jest zablokowanych zasiekami, barierkami i tym podobnymi przeszkodami antyterrorystycznymi, to trochę kluczymy, trochę przez zakazy, trochę pod prąd, po torowisku. Ale zawsze za radiowozem! 
Tunis. Ulica "policyjna"

        Potem zostawiamy kampera w wyznaczonym miejscu i wchodzimy przez zamkniętą ulicę, bocznym wejściem do budynku. Przechodzimy obok pomieszczenia z grubymi kratami. To cele. W nich osoby. Rozwrzeszczane twarze przyciśnięte do stalowych prętów. Potem wchodzimy do pomieszczenia dyżurnego (?) Stare krzesła przymocowane do podłogi. Na ścianach brunatne plamy. Czy to krew, czy brud? Pod sufitem monitor z podglądem zatrzymanych. Nie wiemy, w jakim charakterze przebywamy w tym miejscu. Zaproszeni goście? Nie bardzo do mnie dociera takie przyjmowanie turystów zagranicznych. Rozmowa prowadzona tylko po francusku. Odpowiada jedynie Abdel. Wertowane są nasze paszporty. Notatki prowadzi w sumie 5 (!) różnych funkcjonariuszy. Zapiski dokonywane w książce i w formie notatki, może jakiegoś protokołu? 
Tunis. Tu "gościła" nas policja.

        Nie wiem. Czasami rozmowa z Abdelem jest dość burzliwa. Dlaczego z nim? Co ten człowiek zawinił? Potem okazało się, że chciano wymusić, aby był za nas odpowiedzialnym, w czasie podróży po Tunezji. Na to- i słusznie - nie zgodził się, bo z jakiej racji? Potem dano Abdelowi do podpisania jakiś dokument. Nie wiem co to. Nas poinformowano, że samochód należy pozostawić na strzeżonym parkingu, a sami mamy iść nocować do hotelu. Odpowiedziałem, że samochód zostawimy oczywiście we wskazanym miejscu, a sami będziemy nocowali na ławce, przy centralnej ulicy. 
Na to jeden z ważniejszych policjantów powiedział, że komendant wyjątkowo zgadza się na nasze jednorazowe nocowanie w kamperze. Co za ulga! W międzyczasie rozlegają się, gdzieś obok głośne krzyki, wycie. Policjanci wychodzą uspokajać. Ja pytam czy gdzieś tu wyroki śmierci są wykonywane? Nie, nie tu. Coraz dziwniejsze to miejsce naszego przebywania. Miejsce przyjmowania gości? Po blisko 2 godzinach zwrócono nam paszporty i możemy wyjść. 
Tunis. Parking Hotelu Africa.

        Jedziemy przecznice dalej, na strzeżony parking hotelowy. 8 TND za noc. N 36.79942  E 10.18344 Drugie tyle za dzień. Godzimy się na to, bo nie znamy jeszcze zasad w Tunezji obowiązujących. 
         Kolejny dzień w Tunisie. Jedziemy do Ambasady Polskiej, zgłosić naszą podróż po Tunezji. Przez internet nie udało się. Najpierw przyjmuje nas pracownik, potem Pani konsul A. Kaczyńska. Stanowisko: odradzamy podróż po Tunezji. Możemy nie być w stanie Państwu pomóc. Sytuacja jest niestabilna. Żadnej informacji, jak powinniśmy się zachować, na co możemy liczyć ze strony naszych dyplomatów. Znamy już podobne zachowanie polskich konsulów. Byle tylko nie mieli problemu. Jakby Ci Polacy przyjechali grupowo do strzeżonego, ogrodzonego hotelu, to ok, ale przyjeżdżają sami i do tego zgłaszają to w ambasadzie. Takich się chyba nie lubi? Z drugiej strony, to nikt chyba nie obiecywał, że praca na placówce będzie tylko miła i przyjemna!
Facet w cywilu, bez kasku, na BMW, z pistoletem u pasa,
jeżdzi po centrum Tunisu. Co to?

        Potem robimy większe zakupy w pobliskim Carrefour. N 36.86554  E 10.29651 Bo i taki w Tunisie jest. Ale nim wejdziemy między półki: 1. Zostaniemy zlustrowani przez policjantów na skrzyżowaniu 2. Przed drogą dojazdową stoją mundurowi z bronią długą 3. Kilkadziesiąt metrów dalej slalom między pachołkami i ochrona sprawdzająca zawartość samochodów i za pomocą lusterka podwozie pojazdów 4. Przy wejściu na halę bramka i automaty prześwietlające zawartość bagażu wnoszonego. Skoro jest taka ochrona centra handlowego, to widocznie tak trzeba. Z bezpieczeństwem się nie dyskutuje. 
Tunis. Suk i pierwsze spontaniczne znajomości.
Ceny w Tunezji? Generalnie można powiedzieć, że takie jak w Polsce. Myślę tu o żywności. Choć są też produkty dużo tańsze. Na przkład pieczywo w cenie już od 0,200 TND, to jest 44 grosze za bagietkę lub mały chlebek. Paliwo? Olej napędowy 1,2 TND za litr - cena urzędowa na wszystkich stacjach. Obecnie to niecałe dwa i pół złotego. Można jeździć! W międzyczasie mamy telefon od Abdela (kartę telefoniczną kupujemy za 5 TND i doładowujemy taką samą kwotą na miesiąc. Rozmowy + Internet), że naszą sprawą zainteresował tunezyjski MSW i Ministerstwo Turystyki. Musimy przygotować harmonogram naszej podróży, gdzie i kiedy będziemy. Sporządzamy taki dokument, wychodzi nam ponad 2 miesiące. Z ostrożnym omijaniem terenów przygranicznych z Libią i Algierią.
        Dzień kolejny w Tunisie to wizyta w Medynie (UNESCO) i Ville Nouvelle, czyli rejonów powstałych w czasie protektoratu (kolonizacji) francuskiego. Co do medyny, to widzimy już plusy i minusy. 
Poznajemy Hamze. Tuniskiego fotografa. 

        Duży plus to podejście Tunezyjczyków do turystów. Tylko raz zaproponują Ci zainteresowanie swoim towarem, potem masz spokój. W takim Maroko będą Ci truć dopóki nie stracą Cię z oczu. W Tunezji nie ma wszędzie napisanych cen, ale domniemywamy, że nie jesteśmy oszukiwani. Potrafią Ci wydać jakieś 200 ichniejszych groszy reszty. W Maroko jesteś strzyżony, a cena dla turysty jest od 3 do 10 x wyższa od ceny dla miejscowych. 
Tunis i medyna. Ta z poza turystycznego szlaku.

        Teraz minus. Jeden znaczący. Medyna Tunisu nijak się ma do medyn z Maroka. Takich z Marakeszu czy też Fezu. W Tunisie na głównym ciągu jest idealny porządek, elegancka nawierzchnia, piękne elewacje domów. Tylko nie ma ....... tego czegoś. Atmosfery i duszy arabskiej medyny. I tak już zostanie. Pewne miejsca zanikają i nic ich nie wskrzesi. Nawet UNESCO. Tureckim medynom też bliżej chyba do tych tunezyjskich niż marokańskich. 
To boczna uliczka tuniskiej medyny.

        Krótko mówiąc, jeździć Panie i Panowie, jeździć po świecie – kamperami oczywiście, – bo niedługo już tylko TVP Historia nam zostanie do oglądania jak to kiedyś bywało? No i trzeba pamiętać, aby po tuniskiej medynie poruszać się wyłącznie oznaczoną na mapkach trasą. To taka pętla spacerowa. Bo jeśli zachce się nam wędrować bocznymi uliczkami, to mamy jak w banku widoki niczym na załączonych zdjęciach. W tym miejscu jeszcze coś powiem w temacie naszego bezpieczeństwa. Chodząc po medynie odbieram telefon:- " gdzie jesteście? " Mówię, że obok meczetu Sidi Jusufa. Dobra, poczekajcie 5 minut, potem możecie zwiedzać dalej. Miłe to było, ktoś nas zgubił, ktoś inny dba o nasze bezpieczeństwo.
Tuniscy taksówkarze to zakała.

        Kolejnego dnia o poranku porywa nas Abdel z parkingu. Idziemy do Ministerstwa Turystyki, złożyć naszą "marszrutę", czyli plan zwiedzania Tunezji. W centralnej informacji turystycznej (N 36.80065  E 10.18680) dostajemy sporo materiału pomocnego (?) w zwiedzaniu całego kraju. Moim zdaniem są to typowe reklamówki, które na targach turystycznych,mają zachęcić do przyjazdu. Ich wartość dla turysty, który już tutaj dotarł jest praktycznie żadna. Tymczasem w centralnym urzędzie turystycznym niezastąpiony Abdel wykonuje szereg telefonów. Coś mam odczucie, że zasada obowiązująca w krajach Afryki północnej (czy tylko?) to nie podejmować żadnych decyzji, nie brać żadnej odpowiedzialności, jak już brać, to wyłącznie ……… łapówkę. W końcu jakaś sekretarka (?) odbiera plan naszych przejazdów, a my ruszamy w miasto. 
Nasz SP na dużym parkingu w centrum Tunisu.

        Po południu odbieramy kampera ze strzeżonego parkingu i nocujemy w miejscu, skąd pierwszego dnia "zaprosiła nas" do siebie policja. N 36.80472  E 10.18605 Kosztuje tylko 6 TND za dobę, a w nocy towarzyszą nam dwa samochody z jakimiś mundurowymi formacjami. Miałem od nich zaproszenie na kolację, ale skończyło się przywiezieniem nam dwóch kanistrów wody. Fajne chłopaki. Co jeszcze można rzec o Tunisie? Spotykaliśmy się wyłącznie z oznakami sympatii ze strony napotkanych ludzi. Widząc kampera machali do nas rękami, pozdrawiali różnymi gestami lub uśmiechem. Fajni ludzie tu mieszkają.
Tunis. Widok z kawiarnianego stolika bezcenny.

        Niezapomniane wrażenie, to wypicie kawy w kawiarni, siedząc pomiędzy zasiekami z drutu kolczastego. To ze względu na sąsiedztwo budynku MSW. Czułem się niczym w okopach na poligonie. Ale tam to były cwiczenia, a tu? Ciągle nie mogę pokumać, bezpiecznie w tej Tunezji czy nie? Wszyscy wokół mówią nam, że bezpiecznie, ale ja coraz bardziej przekonuje się do odwrotnego twierdzenia. 
Tunis. Ambasada Francji strzeżona jak .........
        
        Poza tym Tunis to przepiękna avenue Habib Bourguiba – takie paryskie Pola Elizejskie. Tylko, dlaczego bez ławek? 
         Jest tu też wspaniale ochraniana ambasada Francji. Jakiś pluton wojska plus pojazdy kołowe i jeden opancerzony z mini armatką. Co za czasy nastały? Francuzi boją się już niczym jankesi!



Knajpka z pysznym chapati (szapati)
        
         Są jeszcze boczne uliczki od „aveny”, bo tak na główną ulicę swojego miasta mówią mieszkańcy Tunisu. Pełne są różnych knajpek, lokersów i atmosfera wielce egzotyczna. Spacerowaliśmy tu przez dwa wieczory i nie czuliśmy się zagrożeni bardziej niż w Krakowie. To tutaj wykonuje się najwięcej ciekawych zdjęć. Tutaj można do kogoś uśmiechnąć się, a on odwzajemni uśmiech. To tutaj zaskoczył mnie zakaz wykonywania zdjęć cerkwi prawosławnej. Tak nam nakazał pilnujący jej policjant. O co chodzi? Stoi sobie zamknięty kościół przy jednej z ważniejszych ulic w Tunisie i nie wolno go fotografować?Jak już opowiadam o tuniskich ulicach, to jeszcze warto wspomnieć, że rano i wieczorem, tak od 16 do 19 lepiej nie ruszać się pojazdem po Tunisie. Wszyscy stoją w korkach. Godziny szczytu.
        To na razie tyle o stolicy Tunezji. Zabraknie nam teraz czasu na zwiedzenia muzeum Bardo, muzeum wojskowego i na towarzyskie spotkania. Nadrobimy to, mam nadzieję w marcu. Przed powrotem do Europy. No bo w końcu czas ruszyć dalej. W prowincjonalną Tunezję.
        Jedziemy do Kartaginy. Dziesięć, może kilkanaście kilometrów od Tunisu. 
Wielki P obok meczetu.

        Można stanąć na wzgórzu Byrsa, obok katedry N 36.85379  E 10.32328. Trochę tam krzywo. Wybieramy wielki parking obok meczetu N 36.85838  E 10.32635. Spędzamy tam dwa dni. Robię rowerowe wędrówki. Spotykamy się z Dorotą, która szefuje stowarzyszeniu Dom Polski w Tunezji. Skarbnica wiedzy i dużo kontaktów. Jej syn Adam opowiada nam o tunezyjskiej młodzieży. Pochłaniam te wiadomości jak gąbka wodę. Bo wiadomym jest, że podróż nie liczy się przejechanymi kilometrami, ale ilością poznanych ludzi. Stara i ciągle aktualna maksyma. 
Rekonstrukcja wyglądu Kartaginy.

        Teraz czas na zabytki. Na zwiedzenie zabytków Kartaginy potrzeba jednego całego dnia. Na taki okres opiewa bilet za 10 TND od osoby + drugi bilet za 1 TND na robienie zdjęć. O filmowaniu nikt nic nie mówi. W ramach takiego biletu i jednego dnia możemy zwiedzić 6 różnych obiektów, czasami oddalonych od siebie o 2-3 kilometry. Ale da się to zrobić na piechotę. Byle nie w środku lata! Do tego mamy jeszcze 2-3 obiekty bezpłatne, a warte zobaczenia i inne płatne dodatkowo. Katedra 4 TND, muzeum oceanografii 1 TND itp. 
Toaleta w muzeum z fragmentami rzymskimi.

        O samym zwiedzaniu opowiadał nie będę. Kto jest zainteresowany dziejami świata z przed 23 wieków, kto jest miłośnikiem Hannibala - oczywiście nie Hannibala Lectera, ale wielkiego wodza kartagińskiego - ten tutaj dotrze i sam na własne oczy zobaczy. Ja natomiast przedstawię nasze wnioski z dni spędzonych w Kartaginie. A są one niestety okrutne dla tego ciekawego miejsca. 
Kartagina. Przerwano prace archeologiczne,
bo ktoś wydał zgodę na budowę hotelu.

       Po pierwsze. Nie wiem czy to Francuzi za czasów kolonialnych, czy póżniej sami Tunezyjczycy, wydawali zgodę na budowy współczesnych obiektów na terenie lub w bezpośrednim sąsiedztwie wykopalisk archeologicznych. Tak są zlokalizowane wille lub hotele. To musiał być skończony kretyn! Albo łapownik. Ale napewno barbarzyńca bez wyobraźni. Obecnie fajny to widok, jak fragment odkopanych obiektów kultury materialnej z przed dwóch i pół tysiąca lat sięga do pewnego miejsca, a dalej jest mur, który ogradza pokraczną rezydencję lub jakiś hotel. Po drugie. Mam odczucie, że organizacje międzynarodowe finansowały, czy też wspierały w jakiś sposób badania archeologiczne w Kartaginie, ale wszystko to się skończyło. 
Kartagina. Radosna twórczość miejscowych
historyków. Jeden z przykładów.

        Czy to nie za sprawą braku dalszych badań naukowych? To znaczy rzeczy odkopane, ponumerowane i rzucone gdzie popadnie. Mało można przeczytać o Fenicjanach. Nie lepiej sprawa wygląda z okresem rzymskim w Tunezji. Teren ogrodzony murkiem, postawionych na środku kilka kolumn i napisano: Świątynia. Super! Bardzo to szczegółowa informacja. Rzecz trzecia i najbardziej groteskowa, to sposób prezentowania zabytków. W ruinach domów ze starożytnej Kartaginy postawiono jedno, czy dwa popiersia, tak na oko z okresu rzymskiego. Znawca ze mnie żaden, ale pasują one tam jak pięść do oka. 

        Jeszcze gorzej wyglądają poukładane fragmenty elementów architektonicznych na jakimś murku albo, co gorsze, wbetonowane w mur ogradzający muzeum w Kartaginie. Gdyby takie rzeczy działy się w Korei Północnej to gotów był bym zrozumieć, ale w Tunezji?  Kraju otwartym na świat? Z kontaktami międzynarodowymi? No dobra, dość tego biadolenia, bo żaden ze mnie mentor, aby innych pouczać. Pisze tu sobie, na tym blogu od lat, swoje „mądrości”, bo jak wiadomo – pisać każdy może. Nie jest to przewodnik ani nasze wspomnienia z wakacji, nie ma tu opisów miejsc pięknych, ani naszych „achów i ochów”. Staram się napisać kilka porad dla osób uprawiających karawaning. Chcę też przestrzec przed rzeczami, które mogą nas w danym kraju zaskoczyć. Potem już każdy może sobie sam wyrobić opinię -co jest faktem a co mitem o Tunezji podawanym. 

        Aby zakończyć temat Kartaginy dodam jeszcze, że dzięki Dorocie poznaliśmy tu ze wszech miar ciekawą osobę rozkochaną w ekologii i zdrowym stylu życia – Sabinę z Niemiec, która prowadzi swój sklep z ekologiczną żywnością swojej produkcji. Odbyliśmy też interesujący spacer po Kartaginie z opowieściami o tutejszej florze w tle.
Na zakończenie kilka zdjęć z pozostałych kartagińskich zabytków.
Rzeźby wystawione w tzw. domu rzymskim.
Szczególnie ta bliższa nie wygląda na oryginał.

Termy Antoninusa Piusa. Najbardziej imponujący zabytek
Kartaginy. Dobrze pokazany i opisany. 

Porty punickie. Tylko zarys z nich pozostał,
a w niby muzeum kilka kamieni leży.

Tophet. Sanktuarium bogini Tanit.
Pozwala zastanowić się nad istotą każdej religii.

Tophet. Nagrobki ponad 20 tysięcy dzieci
złożonych w ofierze fenickiej bogini.

Muzeum Wczesnego Chrześcijaństwa.
Jak widać, ekspozycja w stylu tunezyjskim.
Deszczowy port, kamper i siedziba gwardii.

        Na kolejne trzy dni przeprowadzamy się do portu w Sidi Bou Said . Dlaczego do portu? Bo zaproponowano nam tu spokojny, bezpieczny postój, z podłączeniem do prądu i możliwością tankowania wody. N 36.86789  E 10.35179 To wszystko bezpłatne. Do tego jest WiFi i to bez takich restrykcji jak na terenie Włoch. I jak to jest, czy taki front dla turystów potrafią stworzyć miejscowe władze (burmistrz?), by zachęcić ich do przyjazdu? Bo w ogólnonarodową politykę otwierania się Tunezji na turystykę indywidualną to jak na razie uwierzyć nie mogę. Dlaczego stoimy tu dni trzy? Bo po ponad 3 miesiącach, czyli od momentu wyruszenia z Polski pogoda była dla nas łaskawa, a tymczasem teraz nadeszło ochłodzenie, pada i wieje. 
Deszczowa uliczka Sidi Bou Said.

        Kradniemy jakieś przerwy w opadach deszczu i spacerujemy po Sidi Bou Said. Ciekawe miejsce. Reklamowane jako raj dla malarzy, centrum muzyki itp. Jednak, prawdopodobnie za sprawą tej zimowej pluchy, nie dociera do mnie magia „światła i cienia” w tym miejscu. 



Wernisaż polskiej malarki Anny Latreille-Ladoux.

Galeria Hedi Turki. Tunezyjski malarz
Wahib Zannad.

        Nie pomaga nawet odwiedzenie, za sprawą Doroty, dwóch galerii z ekspozycjami malarskimi. W tym jedna polskiej malarki zamieszkałej na stałe w Tunezji. Muszę przyznać, że na tylu wernisażach to nie byłem w całym swoim dotychczasowym życiu
Tymczasem ciągle mam w pamięci nasz pobyt w marokańskim „niebieskim mieście” Chefchaouen. Gdzie była magia, ale prawie nie było turystów. Tutaj w Sidi są turyści rodzimi co prawda, ale są. Jest sporo sklepów z pamiątkami, barów wszelakich, ale brakuje tego czegoś. Tej magii, nutki tajemniczości, egzotyki? Nie wiem, choć domyślam się, że trudno osiągnąć taki stan, gdy ma się do dyspozycji  tak naprawdę jedną uliczkę o długości 300-400 metrów i kilka, co trzeba uczciwie podkreślić, punktów widokowych na imponującą Zatokę Tuniską. 




SP lecz bez wody. Słodkiej, bo morska 20 m po lewej.


        Jeśli komuś nie wypali nocleg w porcie, to zawsze można zrobić to przed portem, ale również za darmo na parkingu (foto po lewej) N 36.86498  E 10.34338 lub bardziej na uboczu, ale za to przy drodze dojazdowej do kompleksu pałacowego prezydenta Tunezji. Drodze chronionej przez prezydenckie służby N 36.86352  E 10.34024. Jeszcze trzy zdjęcia z Sidi Bou Said i ruszamy w Tunezję!
Port i niszczejący jacht. Łza się w oku kręci.

Jak to w życiu bywa - jest takie i takie Sidi.

Reprezentacyjna uliczka rue Habbib Thameut.


        Teraz nadszedł ten dzień, że MUSIMY jechać dalej. Jest harmonogram podróży i nie ma, że boli. Żegnamy się ze znajomymi. Umawiamy spotkania kolejne na miesiąc marzec i ruszamy na Cap Bon

        Półwysep na wschód od Tunisu, Zaplecze owocowo-warzywne Tunezji i kawał historii tego kraju. Plantacje oliwek i pomarańczy. I wino. Jak już o winie wspomniałem, to zakończyliśmy eksperyment o nazwie "tunezyjskie wino". Reklamy twierdzą, że takowe jest produkowane (to prawda) i dorównuje winom zagranicznym (naszym zdaniem to nieco mija się z prawdą). Wypróbowaliśmy dwie butelki. Za 11 i 16 TND. To wcale nie mało. I ustaliliśmy z Teresą, że przez najbliższe 2 miesiące pozostaniemy abstynentami!
Woda z tutejszych źródeł służy do podgrzewania potraw.

        Na pierwszy ogień miejscowość Korbous. Gorące źródła, a nam się marzy, choć dzień relaksu. Jaki relaks? Od godziny 11 urywają się telefony. Dzwoni policja z tego miasta. W sumie 11 razy! Kiedy przyjedziemy, jak się nazywamy, którędy jechać będziemy, gdzie planujemy zatrzymanie, po przyjeździe proszeni jesteśmy a policje, dzwoni komendant, że najpierw do niego, dzwoni jakaś kobieta, czy dobrze zrozumiałem, że najpierw do komendanta itp. Po 11 telefonie zrobiłem sobie przerwę i odbierać zaprzestałem no bo albo prowadzę, albo rozmawiam? Zacząłem odbierać przed godziną 16, a pytania dotyczyły, czy dojedziemy na czas, ile kilometrów nam zostało itp. Uczestnictwo Małysza w Rajdzie Dakaru to małe piwo w porównaniu z naszą jazdą i punktualnością dojazdu do Korbous. Muszę jednak dodać, że choć w opisie wygląda to trochę strasznie, a może humorystycznie, to wszystkie te działania, nawet kaleczony po obu stronach angielski, miał za cel nasze BEZPIECZEŃSTWO i za to należy się pełen szacunek policjantom z tej miejscowości. Z góry podziękowania za to składamy. 

        Po przyjeździe na miejsce odbyło się spotkanie w "gabinecie" komendanta. Współczujemy pracy w takich warunkach. Farba płatami odpada ze ścian, archaiczne meble, dosłownie trzeci świat. Przyjęto do wiadomości, gdzie chcemy zanocować – punkt z przewodnika WoMo parking położony w uroczym miejscu, ponad małym portem, z widokami N 36.82405  E 10.56675 – ale zaproponowano nam również miejsce obok posterunku. Przystaliśmy na tę propozycje. Wieczorem kąpiele termiczne, a potem konsumujemy na stojąco brika i chapati. To takie tunezyjskie szybkie, ale smaczne jedzenie. Jeszcze smaczne, bo zapewne po pewnym czasie znudzi się. 
Uroczy SP ponad portem w Korbous. Gdy kiedyś (?)
w Tunezji będzie ok, to takie miejsce będzie super.

        Rano ruszamy dalej. Do granic miasteczka, a nawet dalej, odprowadza nas osobiście miejscowy komendant policyjnym radiowozem. Robi to dyskretnie i z taktem za co jesteśmy mu wdzięczni.








Gorąca woda z piekła rodem. Para nie koloryzowana !!!

        Dodam jeszcze, że jak by ktoś, coś, kiedyś, to kilometr przed miejscowością jest punkt, gdzie gorąca woda (70 stopni) wpada po skałach do morza. Można tu za free kąpieli zdrowotnych zażywać, w koedukacyjnym układzie, co osobiście uczyniłem solo. Miejsce nazywa się Ain Atrous N 36.82755  E 10.56946. Na postój kamperem też miejsce się znajdzie. Tylko, że ...... kiedy tu znów ruszą wyznawcy karawaningu? Tak spontanicznie, solo, bez ochrony i osłony jakiejkolwiek?

Możliwy SP w porcie. Uzgodnić z portowym GN
(Garde Nationale)

        Pierwszy przystanek - nie licząc zakupu pysznych pomarańczy prosto z drzewa - robimy sobie w porcie Sidi Daoud. Bo fotogenicznie, bo atmosfera ciążąca nad tym miejscem, bo tuńczyk i la maltaza. Miejscowi rybacy wydają się wyjątkowo podejrzliwi. Odpowiadają półsłówkami. Jak byśmy byli z jakiejś organizacji ekologicznej? No cóż, to tu tradycja zderza się z całą mocą z ochroną środowiska, a szczególnie zasobów morskich.
Tuńczykowce.

       Zainteresowani sobie doczytają o co chodzi? Mają tu miejsce krwawe połowy tuńczyków. Jest gdzie się zatrzymać na noc, w porcie i wodę do kampera zatankujemy. N 37.02115  E 10.91194.







Fale uderzające w miekką skałę wybrzeża.

        Potem, aby nie było, że nas tam nie było, stajemy i trochę się kręcimy po okolicy kamieniołomów El Haouaria N 37.05914  E 10.99521. Możliwy tu postój kamperów, za 5 TND można pochodzić po dziurach w ziemi, może trafimy w miejsce nakręcania scen do filmu Quo vadis. Z całą pewnością zobaczymy cypel, z którego można wypatrzyć Sycylię. Miejsce jest fotogeniczne i zapewne znane turystycznie, gdyż niejscowy przewodnik koniecznie chciał nas zaprowadzić do miejsca, gdzie są kosci starego krokodyla. Gdy zaptałem, czy za darmo? To odwrócił się i poszedł do miejscowej knajpki.
Jednak naszym celem na ten dzień były ruiny punickiego miasta (UNESCO) w Kerkouane i tam też dojechaliśmy. Tu jednak małe zdziwienie. Nikt ze służb porządkowych do nas nie dzwonił. Więc sami zajechaliśmy do budynku Gwardii Narodowej, która dzieli pomieszczenia z policją (?). Nikt tam ani słowa po angielsku nie kuma. Pytam o możliwość zatrzymania się na noc przy muzeum punickim? Machania ramionami. Pytam o bezpieczeństwo. Jakiś oficer (?) pokazuje mi na niebo, co odbieram, że wszystko w rękach Allaha. Co za metamorfoza, w porównaniu z dotychczasowym traktowaniem. Spoko. Poradzimy sobie. 
Dom naszycg gospodarzy w Kerkouane.

        Przy bocznej drodze prowadzącej do muzeum, wybieram jeden porządnie wyglądający dom. Stajemy. Pytam miłej gospodyni o możliwość zatrzymania się na noc. Ma na imię Hajra. Nie ma problemu. Za chwilę gospodarz wita nas i dostajemy na pamiątkę płytę DVD o regionie, przewodnik i parę innych drobiazgów. Rewanżujemy się souvenirami z Małopolski i Krakowa. Po chwili dzieci przynoszą nam talerze z pysznym poczęstunkiem. Nie wiem, czym jutro się zrewanżować możemy? Jest już późno. Godzina druga. Czas odpocząć, bo jutro zwiedzanie starych kamiochów nas czeka J.
Ruiny punickiego Domu Sfinksa.

        Rano żegnamy się z Hajrą i jedziemy na stanowisko archeologiczne, gdzie dwa i pół tysiąca lat temu istniało punickie miasto. N 36.948365°  E 11.098874° Wstęp 7 TND. Z wyjątkiem kilku ludzi z obsługi jesteśmy sami. Świeci słońce, więc nawet duchów przeszłości nie ma. Cóż można w skrócie powiedzieć o ruinach Kerkouane? Ekspozycja przygotowana jest o niebo lepiej od Kartaginy. Ze smakiem i wiedzą. 
Punicka łazienka. Umywalka, a w głębi wanna.

        Olbrzymie wrażenie robią tutaj punickie łazienki, a szczególnie wanny. W ślad za tym również systemy doprowadzania i odprowadzenia wody z poszczególnych domów. I to wszystko w kilkutysięcznym mieście! 






Świątynia, nasze duchy, przed wejściem, na mozaice,
symbol bogini Tanit. Inny jej wizerunek nie jest znany.

        I znowu ta bogini Tanit. Makabryczna Tanit, która w Kartaginie i tutaj pochłonęła kilkadziesiąt tysięcy ofiar. W tym tysiące pierworodnych dzieci. W lepszym nastroju, więcej o niej postaram się napisać później. 
Na terenie wykopalisk jest też małe muzeum. Małe, ale ciekawe.
Co to? Zapewne mury obronne. Z przed wielu, wielu lat,
lub jeszcze starsze o wiele lat.

        


        Po południu obieramy kierunek Kelibia (Kulajbijja). Spore to miasto. Przewodniki wychwalają tamtejszy fort. No to na fort, póki jeszcze słoneczko świeci. Zabytek położony na wzgórzu, ponad miastem. Dojazd miejscami na "jedyneczce", na górze wygodny parking. N 36.838406°  E 11.116469° Wstęp zwyczajowo 7 pieniążków, materiałów zwyczajowo żadnych nie otrzymujemy. No dobra, będą jakieś opisy, tablice. W końcu ta bizantyjska forteca z VI wieku niedawno została odrestaurowana. Przy wejściu jest tablica informująca o historii obiektu, a w środku? Nic. ZERO. Chodzisz jak małpa po murach, po jakichś ruderach, do piwnic i nie wiesz, co to, do czego to służyło, z jakiego okresu? Nic.
Kelibja. W mieście jeszcze jakieś zabytki,
ale jakie? Tego nawet mieszkańcy nie wiedzą.


        Dobra, widoki na okolice są miłe dla oka, ale nie za taki bilet wstępu. Więc droga Tunezjo, od tej pory nie zarobisz na nas nawet dinara, dopóki nie będziemy pewni, że za nasze pieniądze coś w zamian dostajemy. Nie wiem, jaki jest procent analfabetyzmu w Tunezji, ale nie chcę nawet myśleć, że jakiś ważniak w Tunisie, dlatego nie nakazał umieszczania informacji o zwiedzanych zabytkach, bo naród i tak nieczytaty jest? Daruje już sobie regulamin tunezyjskich dóbr kulturalnych, gdzie wyraźnie stoi, iż obywatele i rezydenci zamieszkali na terenie Tunezji, często płacą mniej od obcokrajowców, a raz w miesiącu wszędzie wchodzą bezpłatnie. Takoż i było w dawnym ZSRR. Było. Czyli w Tunezji traktuje się obcokrajowców jako dojną krowę. Troszkę to nieładnie! Zapraszamy do siebie gości i pokazowo ich strzyżemy? 
Poranna wizyta policji. Żyjecie?

        Jako, że w tym dniu nikt do nas nie dzwoni, żadna policja nie jest zainteresowana, więc sami znajdujemy sobie miejsce na noc. Duży parking przy plaży N 36.849457°  E 11.125401°. Oświetlony, w nocy spokojny, biały piasek na plaży. Szkoda, że czasu nie było na morskie kąpiele. Woda ciepła. Tymczasem rano odzywa się nasz tunezyjski numer. Gdzie jesteście, poczekajcie na przyjazd policji, szukają Was – mówi Abdel. No tak. Jasne. Po kwadransie przyjeżdżają dwaj funkcjonariusze. Spisują nasze dane, komuś dyktują przez telefon i możemy ruszać. Po co nas rano legitymować? Tak sobie myślimy. Miejscowi policjanci to naprawdę dobre chłopaki. W kontakcie z nami złego słowa nie powiemy, tylko co z tego wynika? Nie ma pomysłu na takich turystów jakimi my jesteśmy? Brak koordynacji? Jakiejś polityki wypracowanej wobec indywidualnych turystów-obcokrajowców? Takie wrażenie odnosimy na dzień dzisiejszy. 
W punickiej krypcie. Po lewej leżał gospodarz.
Na wprost stały dary? Nie wiem.

        Ruszamy niedaleko, bo w nocy doczytałem w niemieckim przewodniku dla kamperowców, że kilometr za miastem są skalne groby punickie. Były. Jedne na wzór widzianych kiedyś w Macedonii, inne wykute w skale niczym jaskinie. Wszystkie dawno ograbione. Spacerując po skale z grobowcami zobaczyłem w oddali jakiś statek wyrzucony na mieliznę. No to już mamy nowy cel. Trochę kamperem. Resztę pieszo po plaży i kilka ciekawych fotek jest. Tylko z kampera nie zabrałem nic do pływania. Można było podpłynąć i jeszcze ciekawiej pooglądać. Za to idąc plażą spotkałem dwa wielbłądy. Z Sahary uciekły? Do Niemiec się wybierają jak imigranci? Nie wiem. 
Nabeul. Puste hotele, pusta zona turystyczna.

        No i już spóźnieni wjeżdżamy wieczorem do Nabeul. Po drodze mamy jeszcze telefon a polskiej ambasady z ostrzeżeniem, że w południowo-zachodniej części kraju są zamieszki. Potem nawet adres strony internetowej dostaliśmy, aby na bieżąco monitorować sytuację. Czyli robi się ciekawie. Na razie swojego harmonogramu nie musimy weryfikować. W Nabeulu kierujemy się prosto na kemping zalecany przez Niemców. Nazwijmy to miejsce „kempingiem” Jaśmin. W cudzysłowu, bo i obsługa i miejsce dalekie jest od naszych wyobrażeń. 
"Camping". Lepiej brzmi parking dla niskich kamperów.

        Raczej jest to zacieniony parking przy restauracji. Kiedyś hotelowej, a ponieważ nie ma turystów to została knajpa z parkingiem. W recepcji pani mówi, że rozumie tylko po francusku i basta. Dobra, jakoś na migi będzie. Za ile? 16 TND. Pytam, tyle to w sezonie, a teraz? Gest ramionami. Jak mam wjechać, łańcuch jest. Pani tłumaczy – jak sobie zdejmie, to wjedzie! . N 36.442660°  E 10.714873° Wjazd masakra. Dobry dla osobówek. Masakryczny dla kamperów o wysokości 3 metrów. Szoruje się gałązkami oliwnymi po bokach i dachu. Nie ma alternatywy. Chyba tu 20 lat żadnego kampera nie było. Oj ludzie, ludzie! Gdyby nie chęć dokonania prania i swobodnego zwiedzania miasta, to nie polecam. Toalety jakoś ujdą. Chcę zatankować wodę. Ciągle leci z jakimiś brązowymi śmieciami. To samo przy praniu. Z kranów ciągle rdza. Trzeba filtrować. Jakoś przeżyjemy.
Zakaz wjazdu samochodów wybuchowych.
Oby tylko był przestrzegany.

        Rano wczesna pobudka. Polskie przewodniki podają. Tylko o świcie targ wielbłądów się odbywa. Ciężko u mnie z porannym zrywaniem się, ale czego nie robi się dla ciekawości. Jakiś kierunek na ten „camel suk” mam, ale w końcu jeden z zapytanych tubylców powiedział szczerze: spóźniłeś się pan ze 200 lat na targ. Jeszcze kilka lat temu, jak hotele pełne były wczasowiczów to raz w tygodniu okoliczni hodowcy przywozili wielbłądy, aby udawać targ i powozić trochę turystów na jednogarbach. Tylko nasi rodzimi autorzy przewodników łyknęli ten temat jako wielowiekową tradycję. Więc to, co widziałem, to targu nie ma, a wielbłądy człapią sobie po pustych tunezyjskich plażach.
Kabeu. Nowoczesna medyna. W szpilkach można
tu przyjść na zakupy.


        Koniec tematu. W Nabeul jest też muzeum, takie małe, archeologiczne nie wiadomo z czym. Pan w kasie mówi, jak wejdzie to się dowie. Znowu chce 7 TND. Nie ma głupich. Nabieram doświadczenia w tym kraju. Idę dalej. Przy okazji sprawdzam jeszcze jedno domniemane miejsce postojowe dla kamperów. Zupełnie puste. Żywej duszy nie ma. Pytam za ile. Za 30, czyli 2 razy więcej, niż w miejscu gdzie stoimy obecnie. Mówię szukran (dziękuję) i odchodzę. Pan obniża cenę do 25. To mnie nie interesuje, ale przypomina pewną rozmowę z właścicielem czegoś tam, nad polskim morzem. Dlaczego tu tak drogo? -"Panie, jakie drogo! Ja muszę w 3 miesiące na cały rok zarobić!"  Widać, że pewne zachowania nie znają granic kontynentów. J
Miejscowy folklor. Jak się takie dziecko napatrzy
 na te poobcinane głowy, to potem ...... inna kultura.

        Popołudniu telefon od Doroty. Od dziś godzina policyjna w całej Tunezji. Od 20 do 5 rano. Na ulicy widzimy kolumnę pojazdów z żołnierzami. Tymczasem na około obserwujemy same dowody sympatii. Łatwo nas - szczególnie mnie -po krótkich spodniach rozszyfrować, że Berberem to ja nie jestem. Ludzie uśmiechają się, pozdrawiają rękami. Młodzi i starzy. Mówią dzień dobry po francusku. Jedna kobieta podeszła i mówi, aby po ósmej wieczorem nie wychodzić z hotelu. Tak też uczyniliśmy. Siedzę piszę. W mieście cisza. Co z tego dalej wyniknie? Będzie ewakuacja? Czas pokaże. Ewakuacji nie było, noc minęła spokojnie. 
Fajne wyroby miejscowych rzemieślników.
Tylko, że większość Tunezyjczyków woli w knajpach. 

        Rano chwytam za rower. Trzeba pomyszkować trochę po okolicy i jakieś miejsce postojowe w sąsiedniej miejscowości znaleźć. Najpierw odwiedzam kilka punktów sprzedaży i warsztatów kamieniarskich. Fajna sprawa. Z brązowego piaskowca miejscowi rzemieślnicy robią prawdziwe cuda. Nawet meczet potrafią wydłubać. Cena zaczyna się od 50 TND. Oprócz tego kamienne skrzynki na listy, płaskorzeźby, kolumny, fontanny itp. Nic nie nabywam, bo mi resory w kamperze popękają! Za miastem zobaczyłem ciekawe osiedle obok dziwnej góry.
Camping pusty. Cena chora. Brak logiki.


        To warsztaty garncarskie. Jest ich kilkanaście, a z pobliskiej góry dobywają glinę do produkcji. Warsztaty są rodzinne. Każdy specjalizuje się w innym asortymencie. Jeden produkuje wazony, drugi donice, kolejny bębenki itp. Podglądam tego z bębenkami glinianymi. Mężczyzna toczy części gliniane na kole, kobieta maluje, syn dostarcza glinę do produkcji. Umawiam się na zakupy wieczorem. Podjedziemy kamperem.

        Potem pedałuję do Hammamet. To kolejne miasto na naszej trasie. Miasto baaaaardzo turystyczne. Ma wyraźnie oddzieloną strefę dla obcokrajowców, wypasione sklepy, medynę odrestaurowaną na wysoki połysk. Muszę znaleźć miejsce do postoju kampera. Byle gdzie się nie da stanąć. Godzina policyjna. Myślałem, że obok Centrum Kultury coś będzie? Nie. Wszystko odgrodzone. No to nad morzem, pomiędzy apartamentowcami powinno być dobrze. I chyba jest. Stoimy na uroczym brzegu, chyba jedynym uroczym miejscu w tym mieście N 36.39985  E 10.60733 Cisza, bo wszyscy w domach. 
Hammamet i pierwsza zorganizowana grupa
"obsługująca" turystów.
        Jutro zobaczymy, co to miasto turystom oferuje? I już zobaczyli. Po kilkunastu minutach widać, że to jedna wielka ściema. Żaden szanujący się turysta nie powinien tu zaglądać! Dlaczego. Otóż naszym skromnym zdaniem Hammamet, to miejsce przygotowane li tylko wyłącznie dla potrzeb mało wymagającego turysty hotelowego. Taki łyknie wszystko. Pięknie odnowiona Medyna, którą zwiedzać można w szpileczkach. Odnowione mury zatraciły jakąkolwiek wartość historyczną. Sklepikarze upierdliwi jak mało kto. Znamy już ceny niektórych produktów jakie oferują producenci. Handlarze z medyny chcą to samo sprzedać x8 drożej. Potem łaskawie obniżają do x4 i krzyczą, że serce jego dzieciom wyrywamy. Takie rzeczy działają na masowego turystę? Chyba tak, skoro są stosowane. Poza tym, co najmniej połowa straganów jest zamknięte. Trudno się dziwić. Dzisiaj byliśmy chyba jedynymi turystami w tym miejscu, o tej porze. Poza tym da się zauważyć podchody jakichś naciągaczy, kieszonkowców i tym podobnych meneli. Już na pierwszy rzut oka widać, że wokół medyny działa dobrze zorganizowana grupa przestępcza. Pseudo parkingowi inkasują 1 TND i wstępnie kwalifikują klienta do strzyżenia, inni przejmują Cię przy bramie do medyny, potem obskoczony jesteś przez sprzedawców, a na końcu zapewne kieszonkowcy wchodzą do gry. A gdzie jest policja? Oto jest pytanie. Nie widzieliśmy żadnego stróża prawa.  
Grób włoskiego premiera Bettino Craxi,
 na tunezyjskiej ziemi.
Dlatego dziwi nas jak musieli natrudzić się, przykładowo Państwo Lisowscy, autorzy przewodnika po Tunezji, aby wymyśleć opis Hammametu aż na 3 stronach i próbować zachęcać do zwiedzania tego miejsca! Majstersztyk pisarski. W Medynie jest też kazba. Dno. Zniszczona pamiątka, której daleko od podobnych miejsc w Maroko. Avenue? Jak każda inna ulica w tunezyjskich miasteczkach itd.itd. Szkoda miejsca na opis. Szkoda czasu na przyjazd. Dobrze, że przewodnik Bezdroża nie wygłupia się podniosłymi opisami tego miejsca. Jednak już wcześniej przygotowaliśmy sobie na ten dzień plan „B”, gdyby Hammamet było miną. 
Na szczycie stara wioska.
Wokół stoku nowe zabudowania.

        Tym planem jest zobaczenie berberyjskiej wioski Takrouna. N 36.150189°  E 10.326165°  Położona niedaleko, kilkanaście kilometrów od wybrzeża. Na wysokim wzgórzu Berberowie zbudowali wioskę obronną. Pozostały jej resztki, dobrze, że jeszcze niekompletnie odrestaurowane. Bo wiemy już, że Tunezyjczycy mają zdolności do zrobienia maszkar prawie z każdego zabytku. Podjazd do góry jest trudny. Na jedynce ledwo, ledwo. 
Widok ze starej części Takrouna.
Na samej górze mieszka zaledwie kilka rodzin. Jedni chcą nas zaciągnąć do swojego domu. Co oznacza jedno – turyści już tu docierali i dobrze się opłacali. 









Widok z wioski zawieszonej na skale.

        Na szczęście jeszcze nie ma kasy przy wejściu na wzgórze. Są za to wspaniałe widoki w promieniach zachodzącego słońca. Dla takich widoków warto przyjechać w takie miejsce. Wokół brak innych turystów. Cisza przerywana beczenim kóz. Słońce zaszło, a my jeszcze zdążyliśmy zobaczyć cmentarz wojskowy z czasów II wojny światowej. UWAGA: kilka godzin później zwrócono mi uwagę, że to nie Berberowie zbudowali tę wioskę lecz Maurowie przegonieni z Hiszpanii. 
Cmentarz aliancki.
Kilka kilometrów za Takrouna.

        Wracając do cmentarzy to w okolicy jest ich kilka. Tędy przebiegała ostatnia linia obrony hitlerowców w kampanii tunezyjskiej 1943 roku. Na mnie takie miejsca robią szczególne wrażenie. Pomimo wojskowego wykształcenia, stałem się ostatnimi laty pacyfistą, a w ostatnim czasie nawet żołnierzem wyklętym okrzyknięty! Nasza kilkuletnia podróż "kamperem przez świat" uświadomiła mi, że na każdej wojnie każda armia staje się pokonaną, a zwycięzcami są tylko politycy, którzy potem wmawiają społeczeństwu, że trzeba się zbroić, aby stanąć do walki, gdy oni taki sygnał dadzą. Hipokryzja? Ale dlaczego miliony ludzi idzie na taki lep? 
To nie temat na podróżniczego bloga!
Ponieważ zabrakło mi zdjęć do "okraszenia" opisu Tunezji, wracam do wywoływania rawów, a za dni kilka zabierzemy Was w dalszą podróż przez Sousse, Mahdie, Sfax ............. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu