czwartek, 14 kwietnia 2016

Tunezja 2016 - fakty i mity 3 oraz epilog


Nasz domek na Saharze
            
        Rano budzą nas policjanci. Pytają czy wszystko ok. Po śladach na piasku widzę, że już trzeci raz podjeżdżają do kampera. Jedziemy po pieczywo i robimy śniadanie. Podjeżdżają policjanci i pytają czy wszystko ok. Po śniadaniu zatrzymujemy się obok Muzeum Sahary (wstęp 5 TND) ponownie zjawia się radiowóz i pytanie ok? Samo muzeum składa się z obsługi czteroosobowej + dyrektor + jedna sala ekspozycji muzealnej, ponieważ od czasu naszej podróży do Mauretanii jestem wielce ciekawy wszystkiego, co dotyczy Sahary, więc i ta mała ekspozycja była mi bliska. 
Namiot nomadów.
Szczegóły z życia nomadów czy też tatuaże na twarzach kobiet berberyjskich. Inny dla każdego plemienia. Na czole, nosie, policzkach i brodzie.
Berberyjskie tatuaże.
Jeśli chodzi o tatuaże to uważam, że i współcześnie nie była by to rzecz bezsensowna. Nawet w naszym kraju. Teresa jest zupełnie odmiennego zdania. Potem pojechaliśmy zgodnie z harmonogramem do miasteczka Kebili.
Klimaty w drodze do Kebili.
Trochę okrężną drogą, brzegiem Chott del Jerid. Trochę na wyrost zaplanowałem tutaj 2 dniowy pobyt. Wprawdzie są tu gdzieś źródła termalne, ale gdzie? Obejrzeliśmy jedynie ruiny starego Kebili, zatankowaliśmy propan-butan, zwany tutaj GPL i szukaliśmy miejsca na noc, co nie było sprawą łatwą. 
 

       
Postój w Kebili.
 Ostatecznie policjanci ulokowali nas na placu przed swoim komisariatem, potem coś chcieli, ale nie byliśmy absolutnie kompatybilni językowo, więc dali sobie spokój. Co do gazu, to widzimy, że jego cena jest urzędowa i taka sama w całym kraju. Za litr 0.737 TND – trochę ponad złoty pięćdziesiąt. Da się żyć. Jedyny minus tego południowo-zachodniego regionu Tunezji, to brak zasięgu sieci Orange. O ile do chwili obecnej i rozmowy z tunezyjskiego numeru i internet działał generalnie dobrze, to po opuszczeniu Matmaty sieci brak. Są inne tunezyjskie sieci, roaming działa, ale to zabawa dla lepiej sytuowanych: minuta odebranej rozmowy 4.03 zł., rozmowa wykonywana 6.05 zł., wysłanie SMS 1.51, a jeden megabajt (1 MB) danych internetowych to prawie 45 PLN !!! 
W czasie podróży musimy uważać na ubytki
asfaltu, które mogą nam rozciąć bok opony.
To już lepiej gołębia pocztowego sobie sprawić. No, ale to nic nowego. Od lat, gdy przebywamy w jakimś kraju dłużej niż miesiąc, kupujemy miejscową kartę telefoniczną „prepay”.A jak wygląda sprawa z TV, a dokładniej z telewizją satelitarną, a jeszcze dokładniej z zasięgiem satelity Hot Bird? Na 60 cm antenie, zgodnie z wykresami wszelakimi, powinien się zakończyć w połowie Sycylii. Nie zakończył się i odbiór był wszędzie. 
           Potem Tunezja. Na północy był. Gdzieś tak koło Sfaxu, czyli prawie w połowie kraju zniknęła TVP2 i programy z jej paczki. Mówię tutaj o nc+, gdyż takowego operatora posiadamy i ich mały 12V tuner SagemCom. Trochę niżej zamilkł TVN, w kolejny dzień zniknęła cała telewizja Kurskiego i pozostał praktycznie TVN24BiS, Kino Polska itp., a tu już za oknem Sahara przecież. Czyli nie jest wcale źle.
Stoimy w Kebili, obok policji.
 Wieczorem wyskoczyłem jeszcze do pobliskiego lokalu na kawę.
Ruiny starego Kebili.
Cena 0.750 TND za espresso. Do tego poprosiłem hasło do WiFi, ale jestem ciemny! Jakie mogło być hasło? Wiadomo, cała Tunezja piłką nożną stoi, więc? fifaeuro Chyba w całym kraju hasła są jakieś fifowate. Rano marsz po bagietki. Przy okazji powiem, jaka będzie moja odpowiedź na pytanie – co kojarzy Ci się z Tunezją? BAGIETKA. Tego się będę trzymał. Po śniadaniu poszwendaliśmy się trochę po mieście, oczekując, że nas czymś zainteresuje.
Oznaczenia dla czołgów Rommla z 1943 roku.
Ponieważ nic takiego nie nastąpiło, więc odpaliliśmy kampera, zatankowaliśmy paliwo, tu zwane „gazoil” i ruszyliśmy niczym dzielni żołnierze Rommla w 1943 roku przez Chott El Jerid – na zachód. Ten Chott, to nic innego jak największe słone jezioro w Afryce, ale obecnie, to już tego jeziora chyba nie ma? Wyparowało? Prowadzi sobie przez ten Szott droga na grobli wybudowanej dopiero w 1979 roku (?), przez tunezyjską armię, bo już troszkę za dużo było wypadków zaginięć w czasie przepraw. Policzono, że od XIV wieku w wielkim szottcie (tak powinno się pisać?) zginęło około 1000 karawan. Potem ginęły też samochody. Po prostu warstwa wyschniętego błota zapada się i …… Dla mnie interesującym było, że dopiero na początku XX wieku wymarły tu ostatnie krokodyle, tak zwane krokodyle Afryki Zachodniej. W czasie naszego pobytu w Mauretanii planowałem zobaczyć tego gada, który w tym kraju jeszcze występuje. Nic z tego nie wyszło. Sama jazda przez Szott jest dość ciekawa. Zmienia się nawierzchnia, opuszczone stoiska kramarzy, pale wbite w dno, które wytyczały drogę przeprawy czołgów generała Rommla.

Oto kilka zdjęć z naszej przeprawy.
Czasami spotkamy jakieś futurystyczne ozdoby.

Praktyczne budowle czyli .... WC na trasie.

Wszędzie równo i pusto. Wysokość 0 metrów npm. 

Ten autobus zapędził się przed laty.

Fatamorgana.
          
Pod ścianą "Camping Tozeur"
Tozeur, to stolica daktyli.


        Po 100 kilometrach wjeżdżamy do Tozeur. Ups. Jest problem. Zaplanowaliśmy sobie 2 dni na kempingu. Minął kolejny miesiąc i trzeba by jakieś większe pranie zrobić. Siebie też doprowadzić do błysku. Tymczasem jednego kempingu nie ma, drugiego już nie ma. O, jest coś, tabliczka, wchodzę i tu właściciel pokazuje mi placyk na dwa samochody między domem i murem. Twierdzi, że prąd się jakoś podłączy. Wodę trzeba by jakoś donieść, Brudną wodę jakoś trzeba by. No dobra, pytam za ile te udogodnienia. 30 TND za dobę. Czyli jakieś sześćdziesiąt kilka złotych. Akurat rozmawiałem ze znajomym, który na Sycylii zimuje z kamperem. Płacą za miejsce nad morzem 7 EUR dziennie! Połowę taniej niż w Tunezji. Tunezjo! Myśl trochę! Na pewno nie jesteś turystycznym pępkiem świata. Owszem, we Włoszech ceny skaczą w czasie wakacji kilkakrotnie do góry. To ma uzasadnienie. Ale nie w
Tozeur - medyna. Ciekawa medyna!

Jak wyżej - zakamarki.
 
Układ cegieł, charakterystyczny dla Tozeur.
martwym sezonie! Turyści wystraszeni terroryzmem, a dziadzio z ubitego kawałka ziemi za domem chce kokosy mieć. Już nie wystarczy na desce napisać dużymi literami „Camping”. Trzeba jeszcze coś zaoferować. Wsiadam do kampera, podjeżdża jakiś samochód terenowy z dwoma facetami i pytają, czy szukamy miejsca. Mówię tak. Tutaj nie może być? Mówię nie, bo cena z kosmosu, za nic. No to mamy jechać za nimi. Pytam, a Wy to, kto? Pasażer mówi my policja i pokazuje ………… pistolet. No, z takim argumentem się nie dyskutuje. Zaprowadzili nas do hotelu w strefie turystycznej. Ok., widać chłopcy mają rozeznanie i już nie raz, w czasie naszej wędrówki po Tunezji korzystaliśmy z takich policyjnych podpowiedzi. W hotelu pogadali chwilę z menadżerem i wyszli. Więc teraz ja. Proszę o możliwość zatrzymania się na parkingu hotelowym. Myślę, będą mieli trochę urozmaicenia. Żywej duszy dookoła nie ma. Żadnych samochodów. To cud, że ten hotel, a zwie się on Hafsi Tozeur , jeszcze funkcjonuje. Menadżer upewnia się po angielsku: dwa dni i jedna noc, potwierdzam. On na to, po chwilowym namyśle, 200 dinar. Pomyślałem sobie, pewno coś pomylił, więc poprosiłem, aby napisał co miał na myśli. Wyjął firmową kartkę i napisał 200.000. Prawie 450 złotych za PARKING !!!. Są chwile, gdy nie komentuje się pewnych spraw i zachowań. Tak też zrobiłem. Odwróciłem się i bez słowa wyszedłem, przeszedłem obok 
Ciekawy minaret.

Zatroskany brakiem turystów, dorożkarz.
stojących policjantów i odjechaliśmy z przed hotelu. Myśl była jedna – jakaś pieprzona mafia. Potem Teresa jakieś zakupy robi, a ja miejscowych rozpytuje o mądry parking w mieście. Prawdopodobnie nie ma takiego. Ktoś zauważa naszą naklejkę National Geographic i pokazuje w telefonie swoje zdjęcia, czy takie mogą być? Mówię, że oczywiście mogą. Ktoś inny mówi, że jest czynny kemping, jakieś 10 kilometrów za miastem. To dobrze. Jedziemy tam. Znowu deska przybita do palmy z napisem „Camping”. Wchodzę do gaju palmami daktylowymi, bo wjechać tam się nie da. Liście z palm wiszą tak na 2 metrach. Warunki na miejscu niczym na tym pseudo-kempingu w Tozeur. Tylko cena lepsza. Stanęło na 20 dinarach za dobę. Tylko jak ja tu mam wjechać, pytam. Jest druga droga. Tam mniej palm. Przejedzie się. Mówi właściciel. Idę na oględziny. Mniej palm jest. Tylko w jednym miejscu jakieś drzewo w grubymi konarami, które z pewnością pozbawi mnie wszystkich kominków i wywietrzników na dachu kampera. Właściciel nawet nie poszedł ze mną, aby coś z tym zagadnieniem dojazdu zrobić. No kurczę, to ja mam tu biegać jak ubogi krewny? Czy tym południowcom rozum słońce wypaliło. Wsiadamy i odjeżdżamy bez pożegnania. Znajdziemy sobie coś sami. Obieramy kierunek na atrakcyjne miejsca w rejonie Chebika i Tamerza, przy granicy z Algierią.

        Ale to ponad 50 kilometrów, ładny zachód słońca się zaczyna, więc trzeba do jakiejś wioski i do kogoś się „przytulić” na jedną noc. Wjeżdżamy do wioski Ennemlet. Na poboczu stoi samochód Garde Nationale. Tutaj dopowiem, że w Tunezji policja znajduje się i zabezpiecza teren miast i miasteczek. W wioskach zadania policyjne spełnia właśnie gwardia. Pytam o możliwość zatrzymania się na noc koło ich siedziby. Sierżant odpowiada, że oczywiście, po nocy lepiej nie jeździć, kilkaset metrów dalej mają siedzibę, tam sobie staniemy. Super. Jedziemy. Ładny budynek, otoczony murem. Wychodzi nam na spotkanie  dyżurny. mówi nawet dobrze po angielsku. Wita nas w Tunezji i zgadza się na postawienie kampera. No to gra, bo za chwilę ciemno będzie. Wybieramy miejsce, jakieś kilkanaście metrów, za ich murem obronnym, a tu powtórnie przychodzi gwardzista i mówi, że rozmawiał ze swoim szefem i mamy odjechać. Ja pierdykam. Co jest grane? Jakieś działania wojenne będą zatrzymać? To przecież organ powołany do zapewnienia bezpieczeństwa odsyła turystów w siną dal? Dobrze, że mamy swoją wieloletnią odporność na takie zdarzenia. Sami sobie coś znajdziemy fajnego. Zasada jest tylko taka. Jak już stawać, to lepiej to robić po zmroku, gdy trudniej jest Cię namierzyć, kto ty i co ty. I Zasada druga – nie stoimy dwie noce pod rząd w tym samym miejscu. Czyli nie dyskutujemy z funkcjonariuszami, bierzemy za dobrą monetę ich decyzję, szanujemy prawo. Odjeżdżamy i przypominamy sobie, że kilka kilometrów wcześniej przejeżdżaliśmy koło jakiegoś, chyba szpitala? Wracamy w to miejsce. Tak jest szpital. Wprawdzie stróż przy bramie nie może nas wpuścić na wewnętrzny parking, ale obiecuje, że będzie miał baczenie na nas. Teren oświetlony, cisza wokół, rano będzie piękny widok na Wielki Szott. Jest ok. Wysyłam tylko internetowe info do Abdela, naszego tuniskiego dobrego ducha, że gdyby nas ktoś szukał, to jesteśmy tu, a tu. Chyba za dużo szczegółów podałem, gdyż po chwili zadzwonił Abdel i powiedział, że źle zrozumieliśmy recepcjonistę w hotelu Hafsi, gdyż on mi podał cenę za pokój z prysznicem, o który ja go prosiłem. Mówię do Abdela,że jest wszystko ok., my już pokąpani, gotowi do snu, do nikogo pretensji nie mamy. Jest nam po prostu dobrze. Dość tych przygód z szukaniem miejsca postojowego. Jutro mamy w planie wodospady, kaniony i jeziorka. I w tym miłym nastroju kończymy rozmowę. Jeszcze siedzę sobie, coś tam wystukuje na klawiaturze, Teresa swoje zaległości internetowe odrabia, a tu koło północy zatrzymuje się koło nas samochód gwardzistów. Stoją kilka minut. Pewno coś sobie spisują. Nie otwieramy, nie ujawniamy się. Mamy już dość kontaktów z miejscową władzą. Uffff. Odjechali. Za oknem czasami słyszymy, że jakieś dziecko na świat przyjdzie, bo chyba obok położnictwa jakiegoś stoimy. Godzina pierwsza w nocy. Znowu podjeżdżają gwardziści. To już wyraźna nadopiekuńczość z ich strony. Gaszę światłą, aby przez zasunięte żaluzje, jakiś promyk nas nie zdemaskował. Nic z tego. Najpierw włącza się alarm, czyli jakiś intruz naruszył strefę bezpieczeństwa wokół kampera, a potem pukanie w drzwi. Kurna – godzina pierwsza w nocy! Nie znają tu zasad spokoju nocnego? Nawet nasz minister Ziobro drzwi wyważa dopiero o szóstej rano. No, ale tu Tunezja, wolę otworzyć, bo wiem ile nowe drzwi do kampera kosztują. Najpierw miłe powitania. Potem ustalenie języka konwersacji. Kilka słów po angielsku zna jeden z gwardzistów. Tu nie możemy stać, musimy jechać do miasta, do strefy turystycznej. Tłumaczę mu, że ze strefy turystycznej w Tozeur, to nas się policja pozbyła swoimi działaniami kilka godzin temu. Potem pozbyła się nas gwardia, a teraz znowu chcą nas wszyscy chronić. Nie, tu nie możemy zostać. Mówię, że jest jasno, jak w dzień, a ciągle nam się powtarza, aby w Tunezji nie stać w ciemnościach. Miejscowy stróż, który nota bene ciągle zerka ze swojej stróżówki, co to za nocne akcje koło jego szpitala, też obiecał nam swoje baczenie. Więc? Ale tu nie można, powtarzają, bo tu jest „very dendżers” – bardzo niebezpiecznie. Widać nas z oddali w tym świetle okolicznych latarni i tu pokazują na kierunek od granicy algierskiej. Teraz zaskoczyłem, to z tamtej strony spodziewany jest wróg. Po dwóch minutach widzę, że nie ma dalszej dyskusji. Gdzieś mamy za nimi jechać. Teresa wstaje z łóżka, ja coś na swoje nocne ubranko zaciągam. Muszę dopowiedzieć, że obaj gwardziści byli jak najbardziej ok. Grzeczni, jeden nawet najazdy z pod kół pomógł mi pozbierać. Jedziemy za nimi. Przypominamy sobie naszą podróż po Gruzji. Tak też kilka razy byliśmy pilotowani przez różne mundurowe służby, z jednego na drugie miejsce. Na ogół się to kończyło fajnym noclegiem, a nawet miłymi przyjęciami nocnymi. No, ale tu nie Gruzja zobaczymy co nam zafundują tutejsze służby? Na pierwszym punkcie kontrolnym przed miastem gwardziści przejeżdżają, a nas zatrzymują. Trzech mundurowych się z nami wita, a jeden mówi, że wita nas w jego strefie turystycznej. To już wszyscy wiedzą, że nas eskortują gdzieś? Na drugim punkcie wyjazdowym w kierunku miejscowości Nefta, zatrzymujemy się. Podchodzi do nas dwóch cywili i mówią, że są z policji i teraz, aby jechać za nimi. No to jedziemy. Po kilometrze oni wjeżdżają do ……… tak, do hotelu Hafsi Tozeur. Tego, gdzie parking 200 dinarów stoi. No tak, poszły chłopy po rozum do głowy. Pierwsi wchodzą do recepcji. Recepcjonista ten sam, co nam cennik podał. Coś po arabsku dyskutują dłuższą chwilę. Potem recepcjonista zwraca się do mnie po angielsku słowami: specjalnie dla przygotowałem specjalną ofertę naszego hotelu, za pobyt dwóch osób i kampera tylko 100 dinarów (220 złotych!). Ja do niego spokojnie: kamper to nasz dom, my tam śpimy, mieszkamy, żyjemy. Jeszcze nigdzie na świecie nie płaciliśmy za nocny postój tylu pieniędzy!!! Poza tym, 10 samochodów, które teraz stoją na parkingu hotelowym (na kilometr widać, że miejscowe) też płacą po 100? Odpowiedział że musimy tyle zapłacić, a samochody są gości hotelowych. Skończyłem z nim rozmowę, bo w końcu facet ma rację (chyba). To policjanci dają d... na całego. Ale to ich problem. Mówię do policjanta, że dziękujemy za gościnę, my teraz wracamy do ...... Tunisu, bo to jakaś parodia! 
Rozkoszny nocleg przy wylotówce z miasta.
On mówi, że teraz do Tunisu nie możemy jechać, że pojedziemy w bezpieczne miejsce na noc, a rano pojedziemy sobie, zgodnie z planem do miejscowości Nefta. I zaprowadzili nas, do najbardziej uroczego miejsca w całym Tozeur. Kazali zaparkować na chodniku, przy skrzyżowaniu wjazdowym do miasta, gdzie był policyjny punkt kontrolny. SUPER. Dziękujemy Wam policjanci miejscowi. Nie wiemy, czy to wasza głupota, brak szacunku, czy też indolencja waszych przełożonych. Dzięki takim zdarzeniom, już teraz na kilka tygodni przed zakończeniem naszej podróży po Tunezji możemy napisać. TUNEZJA NIE DLA TURYSTYKI KARAWANINGOWEJ. NIE DLA TURYSTYKI INDYWIDUALNEJ. Jeżeli kiedykolwiek coś się zmieni, to tylko przyjmowanie turystów zbiorowych, zamykanie ich w gettach – przepraszam – w strefach turystycznych, dostarczenie rozrywek prostych, jak przykładowo basen, plaża, wyjazd jeepem na pustynie, wielbłądem za drugą wydmę, spacer po medynie. Byle się towarzystwo po kraju nie rozlazło! Wiemy, że takie formy są najbardziej ekonomiczne, generują dochody i na takie pobyty 7, 10 czy 14 dni jest największy popyt na świecie. Jednak my czegoś innego w Tunezji szukamy, bo ciągle szukamy i szukamy. Nawet po tej koszmarnej nocy. Ja na rower i w miasto. Medyna tu w Tozeur inna, niż te, które do tej pory widziałem. Muzeum sobie darowałem, bo to jakieś naciąganie. Fajną ekspozycję fotografii miasta z przed 1940 roku spotkałem, dziewczyny były super przygotowane do opowiadania o zdjęciach tu zamieszczonych.
Łza się w oku zakręciła.
Potem poszukałem nowego miejsca dla kampera. Parking przed miejscowym lotniskiem. N 33.93465  E 08.11104. Piękne, nowe lotnisko, duże parkingi, tylko wszystko puste. Nie ma czarterów, nie ma turystów, jest dużo ochrony. Na płycie lotniska stoją dwa olbrzymie Jumbo Jety. Wielkie pasażerskie Boeingi 747. Farba z nich zeszła. Piaskiem pokryte. Ciężko było od kogoś wydobyć informację. W tym kraju wszystko tajne, a inne rzeczy są tylko poufne. Dopiero jak zapytałem jakiegoś szefa ochrony, dlaczego Tunezja nie dba o swoje samoloty, to zdradził, że to nie ich, że to irackie stoją tu od czasu inwazji na ten kraj.
Super miejsce obok nieczynnego lotniska.
Tak mu się widocznie wyrwało, bo poprawnie powinien powiedzieć, że od czasu wprowadzenia w Iraku demokracji przez armię USA i ich sprzymierzonych. Woda zatankowana do kampera z ujęć lotniskowych i stoimy sobie samotnie przed rozświetlonym lotniskiem „ Tozeur-Nefta”. Oby tylko policja nas tu nie znalazła. Ale raczej nie, bo już druga w nocy minęła, i całą noc spokojna była.

      
Symbol Nefty - lisek pustyni.


        Nowy dzień, zwyczajowo słoneczny. Jedziemy nieco ponad 20 kilometrów na południe, do Nefta. Przewodniki pieją pozytywnie o tym miejscu, ale to jakaś „ściema”! Medyna? Jak można skupisko nijakich domów, pobudowanych w ostatnich latach, medyną nazywać? Plac de la Liberation? Sklep Gwiezdne Wojny? No cóż, mam wrażenie, że do tego miasta nie wszyscy autorzy dotarli.

Nefta. Medyna.
Upewniła mnie w tym informacja, że do miejsca, gdzie kręcono filmową sagę Lucasa, można dojechać samochodem z napędem 4x4. Pomyślałem sobie – pojadę tam jutro rowerem. Te 15 czy więcej kilometrów dam radę, ale po południu, gdy miałem coraz więcej wątpliwości o prawdziwości danych przewodnikowych, zapytałem kilka osób o drogę do „miejsca filmowego”.
Jest ok.
Spotkanie na pustyni.
Droga asfaltowa, kamperem się dojedzie, więc pojechaliśmy, bo i tak nic więcej nie było interesującego do zobaczenia. Droga wiedzie przez pustynię, wybudowana z pewnością w czasach kręcenia filmów. Odcinek około kilometra lekko pofałdowany, trzeba jechać wolniej. Po kilkudziesięciu minutach, z przerwami na fotografowanie pejzaży i wielbłądów, docieramy na miejsce. Natychmiast zjawia się kilkunastu młodych dzieciaków. 

Obsługa ruchu turystycznego.
Dumny właściciel fenka.
Gwiezdne wojny?
Pojazd żebrzących biedaków.
Sahara. Na horyzoncie Algieria.
Wszyscy odjechali. Tylko my i ......
Nocna jazda powrotna.
Każdy chce nam sprzedać jakieś bzdurne koraliki, przekrzykują się i przepychają. Robią duże zamieszanie. Młodsi, 7-8 latkowie boją się tych starszych. Widoczna jest hierarchia. Najbardziej wkurzają mnie dwaj, którzy trzymają na sznurkach liski pustyni - Fenki. Zwierzęta są przestraszone. Widać to po ich zachowaniu i oczach. Gówniarze chcą 1 dinara za zdjęcie fenka, mówię i pokazuję mu – wypuść, to dostaniesz dwa. Stawia fenka na piasek, zwierzę wyrywa się, ale jest jeszcze przywiązane sznurkiem za szyję. Pokazuję mu, żeby odciął sznurek. Gówniarz, że nie. I potrząsa kieszenią z pieniędzmi. Zrozumiałem wtedy i ja. To nie wina tych chłopców, że tak się zachowują, że łapią i męczą zwierzęta. Upewniłem się w swoim domyśle, gdy nadjechało kilka samochodów terenowych z rozbawionymi turystami. Zadowolonymi, bo zjechali, niczym na rajdzie Dakar z kilkunastometrowej „dyżurnej” wydmy Prawdziwi Tuaregowie! Pogromcy Sahary za 50 EUR od osoby, w terenowych Toyotach z miejscowym kierowcą. Mają tu krótką przerwę. Czas na zdjęcie na wielbłądzie. Czas na foto z lisem pustyni za 1 dinara. Będzie czym się pochwalić po powrocie do Europy. Co to dla was te pół euro? Dla was nic, ale dla miejscowych dzieciaków to duża krzywda. Jestem przekonany, że dzieci oddają te pieniądze komuś. Nie przeznaczają ich na naukę czy też swoje zainteresowania. Nie chodzą do szkoły, męczą zwierzęta, bo jest z tego biznes. Wy oczywiście zwierząt nie męczycie, tylko pół minutki je potrzymacie, rączką po uszkach pogłaszczecie. Prawda? Miejscowe dzieciaki dobrze wiedzą, że frajerzy - przepraszam, turyści - dowiezieni w takie miejsce, w ramach fakultatywnych wycieczek, płacą! Gdyby jeden, czy drugi nie robił głupoty, to te dzieciaki zniknęłyby z tego miejsca dość szybko. Po co stać, skoro nikt nie jest zainteresowany ofertą? Zwierzęta też by skorzystały z tego. A co ja zrobiłem, jakie było moje zachowanie? Gdy odszedłem od kampera i pomimo tego nie mogłem zrobić zdjęcia, gdyż wszędzie w kadrze były te natrętne dzieciaki? Stanąłem, uniosłem rękę do góry, niczym pewien facet na Górze Synaj i ryknąłem po polsku na cały głos: Jestem Polakiem i nie zapłacę ani grosza za te wasze pieprzone rzeczy. Zrozumiano?   No,może tam były jakieś 2 brzydkie słowa dodane? Nie pamiętam. Jeden z młodych powiedział cicho: italiani. I odeszli. Jedyna pociecha, choć i tak wątpliwa to fakt, że dzieci nie rozumiały i nie starały się nawet mówić w żadnym innym języku, z wyjątkiem francuskiego. To widocznie wystarczy. Turysta francuski nigdy nie zawiedzie! Turysta francuski da. Turysta francuski jest dopiero zdziwiony we Francji. Ale to nie temat na tego bloga. Mieliśmy w końcu czas dla siebie, bo przyjechaliśmy w miejsce, gdzie kręcono kilka odcinków Gwiezdnych Wojen. Powstała scenografia jakiegoś osiedla. Choć nie jesteśmy fanami tej filmowej sagi, a osobiście, to nawet nie odróżniam ich bohaterów, jakiegoś tam Skay... coś tam, od Togi- ładne- nogi? Ale miejsce jest niewątpliwie ciekawe. Wszędzie można wejść, wszystkiego dotknąć. Pochodzić po okolicznych wydmach, zobaczyć zachód słońca nad Saharą. Przy odrobinie szczęścia, jako jedyni turyści, jeśli już poskromimy dzieci i ustawimy sobie 2-3 miejscowych sprzedawców róż pustyni i jakiegoś poganiacza wielbłądów, to będzie już cisza i spokój. Jeszcze lepiej jest pozostać w tym miejscu do samego końca. To znaczy najpierw mieliśmy tu zanocować. Noc na Saharze. We dwoje. Jednak popełniliśmy taktyczny błąd. Gdy podjechał samochód gwardii - jakiś żandarm przywiózł swoją rodzinę – stwierdziłem, że jest okazja zgłosić mu nasz pobyt i nocleg tutaj. Mówię i pytam, czy będzie ok.? Mówi tak, możemy spokojnie tu zostać, będzie bezpiecznie. No, ale lepiej by było stanąć kilometr wcześniej, obok namiotów nomadów. Widzieliśmy coś takiego jadąc w to miejsce. Może być! Wieczorem przestawimy się. Widzę jednak, że żandarm gdzieś dzwoni. Tak, tak,  20 kilometrów od cywilizacji jest łączność telefoniczna i nawet jakiś internet. Zadzwonił, czyli zapewne zgłosił nas gdzie trzeba. Po 2-3 minutach żandarm odebrał telefon. Krótka rozmowa i zwraca się do nas, że nie możemy tu nocować, że jego „generał”, tak go nazwał, nie godzi się na to i na noc powinniśmy zatrzymać się obok siedziby Gwardii w Nefta. Trudno, nocleg na Saharze poszedł się bujać. Oglądamy zachód słońca. Jemy obiad. Dzieciaki gdzieś zostały wywiezione, sprzedawcy przykryli szmatami swoje towary i też odjechali. Zostaliśmy sami. Zapadła noc. Do granicy z Algierią 20-30 kilometrów. Nikt nie przenikał, nikt do nikogo nie strzelał. Pustynna cisza, niczym niezmącony spokój. Trzeba jednak wracać. Nakaz miejscowych władz. Do Nefty jedziemy pomalutku, bo nie chce się opuszczać takich miejsc. Wiemy, jakie ma ograniczenia kamper, jakich dróg wymaga. Jak trudno znaleźć miejsce, gdzie będziemy sami?
Poranny widok z kampera w Nefta.
Potem znajdujemy strażnicę gwardii, a miejsce obok nich, to piaszczyste boisko do gry w piłkę nożną. I to przy samej drodze przelotowej przez miasto. Wniosek. Gwardziści nie mają pojęcia, gdzie powinno się stawiać domy na kółkach…. że trochę ciszy, że w miarę dojazd, że raczej twardo i płasko, bo inaczej wody nie odpływają i tym podobne zasady. Przypomniało mi się zdarzenie z naszej podróży po Turcji. W nocy stajemy obok koszar tureckich jandarmów, na sporym parkingu. Na murze worki z piaskiem poukładane. Idę do bramy zgłosić nasz postój. Wraca ze mną jakiś oficer. Patrzy, myśli i mówi, aby stanąć 10 metrów w lewo, bo tu mają akurat kierunek ostrzału. Tak. Mundur, to mundur i swoje racje zawsze ma! Dzisiaj też wycofujemy się spokojnie, znajdujemy inne fajne miejsce i stajemy na nocleg. 

Kierunek Chebika. Przez kolejny chott.
Rano kierunek zachód. Jedziemy do oaz górskich, sporych atrakcji turystycznych Tunezji. Po cichu planujemy mini urlop w tym rejonie. Jakieś 2-3 dni. Poprzedni nam nie wyszedł, więc może tu? Jedziemy 50 kilometrów przez płaski jak stół odcinek pustyni. Na horyzoncie, a następnie bliżej i bliżej wyrastają góry. Robi  to wrażenie. Wjeżdżamy do Chebika. Pierwszej górskiej oazy. Zero turystów. Cichutko przejeżdżamy obok siedziby gwardii, do końca drogi. Dalej stoją sprzedawcy pamiątek, jakaś knajpka w opłakanym stanie. I właśnie koło tej knajpki, właściciel zaproponował nam postój. Ofi
Co to rośnie na pustyni?
cjalny parking sąsiaduje z cmentarzem, to było by jakoś nie tego. Pytam o prąd? Jest prąd, za 5 dinarów dziennie. Europejska cena, niech będzie. Wieczorem pierwszy, zapoznawczy spacer po wąwozie i trochę po okolicznych wzgórzach. Zachód słońca nad pustynią. Już wiem jak  wygląda raj. Kolorowe otoczenie, zieleń, śpiew ptaków, szum wody.
W tle, po lewej widoczna oaza.
Tak, to na pewno tak musi wyglądać! I w tym przekonaniu otwieram komputery, dyski, edytory, programy graficzne i zabieram się do pracy. Dzień drugi ma charakter gospodarczy. Ktoś, kto uprawia karawaning, będzie wiedział, o czym mówię. Po południu jest czas na rower. No to - kierunek Sahara!  Boczne ścieżki asfaltem pokryte. Tylko ten wiatr. Jak przychodzi podmuch, to trzeba się zatrzymać, bo zmiecie z drogi! Jakiś pustynny halny, czy co? Po 20 kilometrach sprawa się rozwiązała sama. 2 x przebita opona, więc czas do domu, bo zapasy naprawcze mi się skończyły.
Rowerem po Saharze.
Takim małym doświadczeniem rowerowym się podzielę: oponę przebijały uschnięte kolce jakiejś miejscowej roślinki. Nota bene, to na pustyniach wszystkie rośliny mają kolce, albo są niejadalne. Inaczej kozy i wielbłądy by je zjadły. Po drugie, jak można znaleźć miejsce przebicia i zastosować łatkę skoro nie ma wody, aby zanurzyć dętkę, a wieje tak, że nie ma szans na znalezienie dziury w inny, organoleptyczny sposób. Jakieś sugestie? Jak załatać dętkę na pustyni? W międzyczasie przyszedł do kampera jakiś taki dziwny człowiek.
Znany wodospad Chebika.
Powiedział, że jest miejscowym „ormowcem” i pomaga gwardzistom i poprosił o nasze dane personalne. Po weryfikacji okazało się to prawdą. Wiadomo, kilka kilometrów od granicy, to i mieszkańcy pomagają władzy. To tylko w Polsce nie opłaca się władzy pomagać, bo potem jakieś IPN cię ciąga, żeś zdrajca narodu. No, ale tu nie Polska. Tu ludzie swój rozum mają, ale i problemy inne też. Dzień trzeci. Właściciel knajpki, albo tego, co z niej zostało, proponuje nam już któryś raz kuskus. Dobra, umawiamy się na wieczór. Niech sobie człowiek dorobi, a i my spróbujemy czegoś innego.
Stara Chebika i pyszne góry.


Samotny górski turysta.
Ja wyruszyłem w góry, a Teresa chciała mieć dzień wolny, więc biorę plecak, picie, aparat i na azymut. Dokładnie tak, na nosa, według słońca, bo żadnej mapy turystycznej tego regionu nikt nie ma. Mapy do nawigacji offline, są mniej niż skromne, jeśli chodzi o ten region. Tymczasem, tuż za naszym kamperem, zaczyna się pasmo górskie, które wyrasta wprost z piasków pustyni, a kończy się w Maroko. Góry te nazywają się Górami Atlas. Wychodzę na pierwsze pasmo, idę takim czymś, wydeptanym przez kozy. Już tu zaczynają się widoki. Teraz wiem, że pierwsze pasmo nazywa się Jbal Zwatin,a góry mają wysokość 500-700 metrów wysokości. Niby niewiele, ale trzeba pamiętać, że sama wieś Chebika położona jest na 100 m npm. Tak jak otaczający ją początek Wielkiego Ergu Wschodniego, czyli mówiąc wprost – Sahary. Za dużego wyboru w wędrówce po okolicznych górach nie mamy. Dołem idzie piaszczysta dolina. W kierunku północno-wschodnim. W lewo skos prowadzi trasa do Tamaghza. Tyle zobaczyłem na jakiejś mapce, którą mi pokazano już po powrocie. Ja wybrałem trasę dolinną. Widoki cały czas są PRZEPYSZNE. Droga wiedzie lekko pod górę. Po dwóch kilometrach mamy kilka odgałęzień. W takie mniejsze, skaliste doliny. No i zaczynam rozpoznawać, jako początkujący geolog amator, jak te góry są zbudowane. Jedna nazwa mi wpada do głowy - Góry Gliniaste, bo to budulec jakiś taki. Jakieś gliny, zlepieńce, margle, piaskowce, iły i czort wie, co jeszcze? Z daleka wygląda to jak widzicie na zdjęciach – tylko 2 x lepiej. Z bliska, to trzeba się natrudzić, aby gdzieś zacząć się wspinać i nie spowodować małej lawiny, czy innego obrywu skał. O jakimkolwiek oznakowaniu można zapomnieć, a na piasku i ścieżkach, tylko kozie kopytka odbite! Zapomnieć też można o widoku ludzi. Ze zwierząt widziałem tylko małe ptaszki. Cisza. Cisza. Cisza. Jak zacząłem gdzieś tam się grzebać ku wierzchołkowi, to było to mało komfortowe. Świadomość, że jak sobie coś złego zrobisz, to masz duuuuuże problemy. Wróciłem do kampera przed zmrokiem.
ZŁOTY kuskus.
Teresa mówi, że facet od kuskusa już nogami przebiera. Umówieni jesteśmy na 18.00. Tak też zameldowaliśmy się na plastikowych krzesłach. Widzimy, że gospodarz targa gdzieś z wioski jakieś garnki, dzieciaki mu pomagają. Naładował nam po kopiatym talerzu kuskusa. Wszystko wyglądało jak na zdjęciu. Kto wie, to wie, a kto nie wie, to dopowiem, że takie danie jest bardzo popularne w Tunezji i kosztuje od 7 do 10 TND, no z dodatkami, sałatkami i popitkiem to góra 15 dinarów. Smaczne to nasze nawet było. Pikantne jak trzeba. Co do tej pikantności, to Teresa ma z goła odmienne zdanie. Po posiłku mówimy, aby nas skasował, łącznie z 3 dniami korzystania z prądu, bo jutro wyjeżdżamy. Gospodarz coś tam liczy pod nosem i mówi – za wszystko 100 dinar. Może być w euro. Co? Myślałem, że źle go zrozumiałem. Biorę kartkę i piszę: 15 dinar to prąd, zgadza się? Mówi, tak. Reszta to kuskus. Pytam, czy on był ze złota? Robi się nieprzyjemnie. Awantura wisi na włosku. Dzwonię do naszej znajomej, aby upewnić się, co do cen porcji kuskusa. Potwierdza cenę, jaką podałem powyżej. Pytam postronnego Tunezyjczyka, kiedy otwarty jest posterunek policji.
Ten się już najeździł.
Na to nasz karmiciel obniża cenę do 80. Mówię, zapomnij! Takie naciąganie to tylko w Maroko. W Tunezji po raz pierwszy nam się trafiło. W końcu facet pyta, ile dasz? Ja mówię, z prądem, dwie szklaneczki soku z pomarańczy, kuskus po 15TND - to max. Masz 50 i to wszystko. Mówi, dobrze. Opisuję zdarzenie, w miarę dokładnie, aby pokazać, że pomimo bardzo uczciwego podejścia, jakie nas spotykało przez dotychczasowy, kilkutygodniowy pobyt w Tunezji, zawsze może nam się trafić łajdak, który chce nas naciągnąć. Bywało tak, że przy kupnie chleba, czy bagietki, wydawano nam 20 milimów reszty. To jakieś 4 grosze. I takie zdarzenie z kuskusem pozostawiło niesmak po pobycie w Chebika. 

Ruiny wioski i wąwóz Mides.

        Z Chebika skierowaliśmy się dalej na zachód, do kolejnych górskich oaz. Na moment wpadamy do małej wioski Foum El Khanga. Według przewodnika (pisanego) ma tam być (w środku wioski) ciekawa skała. Nie było, więc pojechaliśmy wprost do Mides. Znowu podpieramy się przewodnikami. Jedne twierdzą, że czasami żołnierze nie wpuszczają tam prywatnych samochodów, więc chcemy sprawę wyjaśnić. I co? I nic! Dojechaliśmy do opuszczonej wioski (starego Mides), tam wyprzedził nas jakiś jegomość na motorku i wskazał miejsce postoju. Ki- diabeł, skoro droga prowadzi dalej. Ale szanujemy wskazówki miejscowego, parkujemy, wysiadamy, a ten otwiera swoje kramy z kamieniami i „kup pan”, „kup pan”.
Po targu przybijamy żółwika.
Nic nie kupujemy, więc jegomość wyciąga jakieś okrągłe kamienie i mówi, że to meteoryty z innych planet. Kup pan. Odchodzimy w kierunku wąwozu, a po chwili przejeżdża obok nas samochód, który parkuje spokojnie na końcu drogi. Już się zagotowałem. Znowu jakiś cwaniak tunezyjski zrobił nas w konia, bo chciał meteoryty sprzedać! Nie wiem jak Wy, ale ja osobiście odbieram takie zachowanie negatywnie. Brak szacunku, więc trudno wymagać, aby ktoś również ich szanował! Przychodzą żołnierze pogranicznicy. Pytamy, czy można podejść dalej, na początek wąwozu. Nie ma problemu, choć do granicy algierskiej kilkaset metrów. Robi wrażenie zaczątek takiego cudu natury.
Tu zaczyna się wąwóz.
Z małej dziurki, po kilkudziesięciu metrach jest wykrojony jest wykrojony piękny wąwóz. I tak teraz, sięgam pamięcią wstecz, czy były na naszej trasie ładniejsze wąwozy? Chyba nie. Ani na Krecie, ani w Czarnogórze, w Hiszpanii, w Maroko? Idziemy sobie tym wąwozem Mides, tu zdjęcie, tu przystajemy. Dochodzi nas rodzina francuska z miejscowym przewodnikiem. Ten przewodnik potrzebny jest jak „psu  zupa w upalny dzień”. No, ale nie nasza sprawa. Gdzieś tak w połowie wąwozu jest wyjście z niego. My idziemy dalej, bo ciekaw jestem jego zakończenia. Przewodnik zobaczył to i krzyczy za nami – dalej nie wolno, policja zabrania! Ki- diabeł, gdy czegoś nie wolno, to są od tego stosowne znaki lub napisy. Ile można jednego dnia słuchać cwaniaków lokalnych? Idziemy dalej i wpadam na rozwiązanie problemu.
Droga przez wąwóz Mides.
Facet zainkasował od Francuzów i nie ma zamiaru włóczyć się z nimi nie wiadomo ile. No, więc poszli sobie do góry, a my dalej. I warto było, bo po kilkuset metrach wąwóz zmienia się, prawie tak, jak się zaczął. W wąski zacisk, na szerokość jednej osoby. Dalej nie poszedłem, zrobiło się już późne popołudnie. Wracamy przez dość zjawiskowe ruiny starej wioski Mides, zawieszonej kilkadziesiąt metrów nad dnem wąwozu. Koło kampera znowu ktoś mnie zaczepia słowami „mister”. Odpowiadam bez odwracania się, że nic nie kupuję! I słyszę – jestem policjantem! Na dowód, że mówi prawdę pokazuje mi …………..  tak, macie rację, pistolet w kaburze za paskiem.
Klimaty Mides.
To już drugi taki przypadek legitymowania się, jaki spotyka nas w Tunezji. Oj, zejdzie kiedyś, ktoś słabszy na serce, zejdzie. W sumie okazali się to dwaj sympatyczni policjanci. Daliśmy swoje kartki z danymi personalnymi („fiszki”) i zapytali nas, gdzie chcemy nocować. Mówię, że koło wielkiej kaskady. Oni na to, że lepiej nie, że nam pokażą lepsze miejsce. Jadą za nami, potem przed nami i wskazują fajny placyk w wiosce Tamerza, którą jutro mamy zamiar zwiedzić.
Nasz SP w Tamerza.
Wieczorem idziemy na spacer po oazie i zaraz się z niej wycofujemy, gdyż są tu prawie same śmieci i ruiny dookoła. Dziwny to kontrast po oazie Chebika, która naprawdę była BEZ ŚMIECI. Czyli się da? W Tamerza pewno myślą, że i tak frajerzy przyjadą, więc po co sprzątać. Niech tak dalej myślą. Nazajutrz spacer po starej wiosce – szkoda czasu.
Wielka kaskada Tamerza.
Następnie „Wielka Kaskada”. Malowniczo wygląda z punktu widokowego, ale z bliska? Wziąłem „sprzęt do kąpieli”, ale z niego nie skorzystałem. Pod wodospadami pływają śmieci. Sprzedawcy pamiątek kit wciskają. Przykład? Przekonuje nas taki jeden, że buty są tunezyjskie. Tymczasem są na nich naklejki producenta chińskiego. Łykają to ludzie?
Kaskada Tamerza.
Niech sobie kupują takie pamiątki z Tunezji. I od tego momentu zaczynamy swój geograficzny odwrót. Nie powrót z podróży, bo ten, naszym zdaniem zaczyna się już z chwilą wyruszenia w drogę, lecz powrót w kierunku, z południa na północ. Najpierw do Tunisu, a potem przez Włochy do Polski. Do miasta Metlaoui, gdzie zaplanowaliśmy kolejny etap niewiele, niecałe 100 kilometrów. Po drodze przejeżdżamy przez okrutnie zaśmiecone, a nawet śmierdzące miasteczka górnicze. To gdzieś w tych rejonach Tunezji wydobywa się ich naturalny skarb.
Rejon wydobycia fosforytów. Fotogeniczne miejsce.
Fosforyty. Krajobraz czasami jest księżycowy. Rozkopane wzgórza. Olbrzymie hałdy. Miasteczko Metlaoui wybraliśmy ze względu na pociąg Lezard Rouge. Taki miejscowy Orient Express. Okazuje się, że niestety nie jeździ. Brak turystów. No, ale pytamy na stacji, jakieś funkcyjne osoby, czy możemy zatrzymać się na ich terenie. Stacja ogrodzona, obok Czerwona Jaszczurka, czyli stoi historyczny pociąg, można zatankować wody. Nawet niemieccy kamperowcy z tego miejsca korzystali. Rozkładamy się na noc.
Pociąg "Czerwona Jaszczurka".
Przyjeżdża policja. Tu stać nie możecie. Proszę jechać za nami. OK. Pełen szacunek. Poszedłem podziękować kolejarzom za krótką gościnę i jedziemy. Do centrum miasta. Każą nam zaparkować naprzeciw bramy wjazdowej do koszar gwardii. Przy przelotowej drodze przez miasto! Obok jakiejś knajpy. Odjechali. Stoimy , ale jesteśmy w szoku, samochód za samochodem. Gwar z knajpy, faceci z krzesełek jakieś znaki „v” nam pokazują. Nie wiem, co to znaczy? Czy nas zwyciężą?
Największa wpadka tunezyjskiej policji. Super SP!
Czy to miało być zapewnienie nam bezpieczeństwa? Po drugiej stronie ulicy jakiś mundurowy z karabinem, za beczkami z piaskiem się chowa, a my? Choć by nas jakimiś workami poobstawiali. Jakieś kolczatki rozłożyli, a tu nic. Czujemy się jak kaczki, na polowaniu. Możemy sobie skrzydełkami pomachać. Mamy być przynętą dla jakiegoś samobójcy, czy innego wariata? Poza tym, nie ma tu szans na spędzenie spokojnego wieczoru, czy też nocy! Co nimi kieruje? Chcą nam dać w przysłowiową dupę i zniechęcić do dalszego podróżowania po Tunezji? Sami w swoich domach odgradzają się od otoczenia wysokimi murami, a turystę zagranicznego wystawiają, jako cel do zaczepek, czy innych zdarzeń?  Nie wiem. My dziękujemy za taką pomoc i w minutę podejmujemy decyzję. Szukamy innego, spokojnego miejsca na noc. Do kogoś się już nie „przytulimy”, jest za późno, ale kilkaset metrów dalej jest szpital. Wjeżdżamy na teren, a w izbie przyjęć pytam, czy możemy tu zostać do jutra. Pracownik izby przyjęć popatrzył. Wskazał miejsce bardziej oświetlone i ok. Po chwili telefon od koordynatora z Tunisu. Gdzie jesteście? Koło szpitala. Dlaczego nie wykonujecie zaleceń policji? Trochę ostra wymiana zdań przez telefon….
Na koniec usłyszałem: to „róbta co chceta”.  
Nasza asysta na terenie szpitala.
Kolejny telefon, po angielsku, gdzie jesteście? Koło szpitala. Za chwilę pojawia się dwóch mężczyzn – to ochrona szpitala. Będziecie tu stali? Tak. Uzgodnione? Tak, na izbie przyjęć pytaliśmy i dostaliśmy zgodę, poza tym stroimy przecież na ogólnodostępnym parkingu. Po chwili kolejny telefon, gdzie jesteście,  bo policja w Gafsa was szuka, następnie telefon z policji, gdzie jutro jedziemy? Potem znowu telefon z Tunisu, gdzie jesteście? Koło szpitala Was nie ma, nie mogą was znaleźć! Mówię, biorę latarkę i idę na piechotę poszukać policji, która nie może nas znaleźć. Upewniam się na izbie przyjęć, czy to jedyny szpital w mieście? Tak. Jedyny - szpital regionalny. ( dobrze, że nikt nas nie porwał, bo nikt by nas tu chyba nie odnalazł . Wychodzę na ulicę. Jedzie radiowóz. Trzech policjantów. Pytają, czy tu będziemy stali? Tak, bo tu cicho i spokojnie, a poprzednie miejsce wskazane przez Was było nie do zaakceptowania. Ustalamy, że jak by coś, to możemy dzwonić na ich numer alarmowy i jeszcze jeden numer dodatkowy. No i spokój. Poszli jeszcze do kogoś w szpitalu, zapewne coś ustalić i jest super. Mogę spokojnie pisać bloga, a Teresa błogo sobie śpi. Co przyniesie jutro? Przyniosło! Rano znowu rozmowa z policjantami, z kim ustaliliśmy tutejszy postój, czy było bezpiecznie itp. Odpalamy kampera i jedziemy po pieczywo. Samochód policyjny za nami. Teresa wychodzi do piekarni. Jeden policjant za nią. Jedziemy na stację zatankować wodę. Następuje zmiana radiowozu. Teraz 3 mundurowych z długą bronią. Wyjeżdżamy za tablicę z przekreślonym napisem Metlaoui – policja zawraca. Zatrzymujemy się na śniadanie. Naszą przygodę z policją w Matlaoui opisałem dość szczegółowo, aby każdy, szczególnie karawaningowcy, mogli wyrobić sobie pogląd jak obecnie wygląda podróż po Tunezji? Na co trzeba być przygotowanym? Co jest prawdą, a co nazwijmy to niedopowiedzeniem. Mamy tutaj już sporo znajomych i nagle wszystko staje się bardziej jasne!. Dostajemy nieoficjalny „cynk” po górach, pomiędzy Metlaoui, a Gafsą – gdzie dzisiaj jedziemy – ścigane są osoby podejrzane o terroryzm. Ręce opadają. 
Droga do Gafsa.
Przejazd do
Gafsa to zaledwie 40 kilometrów, po drodze pomachaliśmy sobie z maszynistą, który ciągnął skład z fosforytami. Skarbem tych ziem. Stajemy blisko medyny. Wypada zobaczyć, a może i wykąpać się w basenach rzymskich? Nic z tego. Woda w nich ciepła, albo inaczej. Wpływa do nich woda ze źródła termalnego o temperaturze prawie 30 stopni i tu staje się ściekiem. Z różnymi śmieciami, plastikami, petami. Brawo Tunezyjczycy. Pytam o informację turystyczną – czynna była w ubiegłym roku. Pytam o dwa ciekawe domy, zamienione na mini muzea? Oba zamknięte. No to idę na spacer. Ups Widzę sporą grupę młodych ludzi, namioty, transparenty, jakieś karimaty.
Gafsa. Baseny rzymskie.
Wszystko obok budynków z flagą Tunezji. Z jednej strony tego obozowiska stoi transporter opancerzony i kilku żołnierzy, z drugiej radiowóz z policjantami. Podchodzę z wolna, idę powoli, podchodzą do mnie młodzi protestujący i mówią, że są studentami miejscowego uniwersytetu i protestują przed budynkiem gubernatorstwa, ponieważ sprawy w Tunezji idą w złym kierunku. Proszą o zrobienie im zdjęcia i poinformowanie o ich proteście. Odpowiadam, że studenci na całym świecie przeciwko czemuś protestują i to jest normalne. Jak się dowiedzieli, że jestem Polakiem to pytają, dlaczego tak się teraz w Polsce dzieje? Czy ja się mam za PiS tłumaczyć do cholery. Powiedziałem, że nie wiem, bo od dawna w tym kraju nie byłem. Zdjęcie mogę zrobić, jak mi policja pozwoli, która przysłuchiwała się naszej rozmowie. Policja nie pozwoliła, no to zdjęcie musiałem zrobić dopiero po odejściu, z „przyczajki”. Ale wtedy podjechały już dwa albo trzy samochody „osobowe”, które zasłoniły protestujących od strony ulicy.
Fajne miejsce na postój. Ale nie wolno!!!
Na tym skończyło się nasze zwiedzanie tego zakurzonego, górniczego miasta. Wybrałem z mapy ciekawe miejsce na nocleg. Są duże parkingi przy lotnisku pasażerskim. Będzie ok., spokojnie, a i policja miejscowa będzie zadowolona zapewne. Przed lotniskiem bariery i zapory, ale podchodzi do mnie ochraniarz. Mówi ok po angielsku, pyta czy jestem Amerykaninem. Wyprowadziłem go z błędu, trochę popolitykowaliśmy o jankesach, a potem wezwał szefa ochrony lotniska. Przyszedł
 „szef” i powiedział – lotnisko nieczynne, więc zatrzymać się tu nie można. Patrzę z żałością, piękne parkingi na 200 samochodów stoją puste. Trudno, odwracam się na pięcie i szukamy dalej. Lądujemy przed hotelem Gabes Palac.
Miejscówka przed hotelem w Gafsa.
Na parking wewnętrzny nie można - chyba, że pokój wynajmiemy. Samego parkingu nie mogą sprzedać, bo mają komplet gości hotelowych. Takie tam arabskie gadanie. Tak sobie teraz myślę. Jeździmy po tej Tunezji raczej, jako jedyny kamper. Przykładowo, dajmy na to, że z promu wytacza się 10 kamperów, 5 ekip na rowerach, tyle samo samochodami terenowymi i ze trzy „autostopy”. To już sytuacja nie do ogarnięcia w tym kraju! Żadne siły policyjne nie opanują takiego najazdu. Ktoś musi w końcu powiedzieć: TUNEZJA – NIE DLA TURYSTY INDYWIDUALNEGO!!! Ten kraj nie jest przygotowany na ten rodzaj turystyki. Co innego to turyści hotelowi. Umieszczeni w Zonach Turystycznych. Oznakowani tablicami. Ochraniani przez specjalnie do tego celu powołaną brygadę policji turystycznej, przez ochronę hotelową. Eskortowani w czasie autobusowych wycieczek fakultatywnych. To tak. Jeśli komuś sprawia przyjemność spędzanie urlopu w takich warunkach, w turystycznych gettach? To jego sprawa, jego pieniądze, jego wybór i jego życie. Bo ktoś tu zapomniał jeszcze o jednej rzeczy. Na terenie Tunezji trwa cały czas nabór młodych mężczyzn, jako najemników państwa islamskiego. Do Libii. Codziennie docierają tutaj do nas informację o sukcesach i porażkach w walce z państwem islamskim. Do Polski nie dociera nawet 1% tych informacji. Bo i po co? MSZ ogłosił 2 stopień zagrożenia dla turystów i ………….. ma rację, więc za przeproszeniem, przestańcie nam Państwo pieprzyć, że Tunezja jest już bezpiecznym krajem i masowa turystyka powinna tu wrócić jak najszybciej. Wiemy, rozumiemy. Chęć wzbogacenia się, zysku. Sprawa jasna. Ale nie za cenę czyjegoś zdrowia, czy życia! Znowu przyspieszyłem z tymi wnioskami z podróży, ale przez tych kilka ostatnich dni, nic raczej się nie zmieni w tej materii. Dość na dzisiaj. Jutro też jest dzień i planujemy go spędzić wśród rzymskich ruin w mieście Sbeitla. I tak się stało.
Pierwsze wrażenie - urocze ruiny.
100 kilometrów za nami. Parkujemy obok muzeum parku archeologicznego
Sbeitla. Najpierw dopadł nas miejscowy frojnd. Zaoferował do sprzedaży coś z wykopalisk. Został odesłany „do diabła”. Zjawił się drugi. Zaoferował starożytne pieniądze. Potem podeszło dwóch, ale okazało się, że to policja turystyczna nas powitała. Ponieważ nie wylegitymowali się, więc pozwoliłem sobie obmacać ich w rejonie pasa. Broni przy sobie nie mieli, bo to niedziela. Ponieważ nic nie oferowali do sprzedaży, więc stawiałbym, że to funkcjonariusze policji raczej. Bilety do ruin i do muzeum po 7 + 1 TND na osobę. Jeden to za aparat fotograficzny i biegamy po starożytnym mieście. Albo raczej po tym, co z niego pozostało, a pozostało niewiele, ale nie ma to jak radosna twórczość tunezyjskich archeologów.
To już radosna ekspozycja - na murku.
Murki, setki metrów murków wszędzie, jednakowe i mają uwydatnić istniejące przed wiekami obiekty. Czasami współcześni budowlańcy tak się rozpędzili, że zamurowali całe pomieszczenia.
 Nie wiadomo  jakie i w jakim obiekcie, bo nawet połowa odbudowanych konstrukcji nie jest opisana. Właściwie, to dobry pomysł z tą małą ilością informacji, bo włóczysz się gdzie chcesz i sam jesteś zmuszony do myślenia. Co to było ?  Zwyczajem tunezyjskim jest również, nie otrzymywanie w czasie zakupu biletu jakiejkolwiek broszury, czy choćby szkicu, jak chodzić!!! Obecnie domyślam się, że jest to radosna zmowa z przewodnikami wszelakiej maści, którzy atakują turystę po wejściu na teren wykopalisk. Czyli cena biletu + 20 dinarów (w Sbeitli) za przewodnika. Kupując bilet można dostać co najwyżej folder po włosku lub hiszpańsku. Ale to jeszcze nie wszystko. Biegam po tych ruinach dość szybko, bo jeszcze muzeum jest do „zaliczenia” na ten sam bilet. Zostawiam sobie na to 40 minut. I co?
Wejście do muzeum w Sbeitli.
Muzeum już zamknięte! Zostało zamknięte godzinę wcześniej – doniesiono mi. Trudno, jutro też jest dzień, więc dokończę zwiedzanie, pewnie dzisiaj obsługa spieszyła się na spotkanie. Jedno trzeba ruinom Sbeitla przyznać, że część obiektów, na przykład świątynie bóstw kapitolińskich, są szalenie fotogeniczne. Jednak już baptysteria w ruinach kościołów bizantyjskich, były szalenie trudne do odwzorowania fotograficznego. I tu znowu przychodzi mi na myśl moja teoria, że nie sztuka pisać książki lub artykuły o fotografowaniu w podróży, ale sztuką jest podróżować i fotografować jednocześnie. Osobiście, od kilku wyjazdów korzystam z aparatu Olympus E-P5 i jestem z niego zadowolony. Jest tak zwanym bezlusterkowcem, czyli aparatem dużo lżejszym od lustrzanek. To bardzo ważne w podróży. Wracając do zwiedzania. Chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz. Obojętnie gdzie przebywamy, czy to w Turcji, Maroko, czy Tunezji.
Nielegalny handel zabytkami kwitnie.
Jeśli zaniosło nas do jakiejś atrakcji turystycznej, miejsca często odwiedzanego przez turystów, to wystrzegajmy się jak ognia wszelkich okazjonalnych zakupów, „oryginałów”, staroci z przed wieków itp. propozycji zakupu. Nie macie najmniejszych szans z przemysłem robiącym doskonałe podróbki. Ze specjalistami od postarzania przedmiotów. Powiem tak, jeśli coś mi się podoba i widzę to, jako pamiątkę z mojej podróży, która przypominać będzie jakieś miejsce, to dyktuję cenę i nic mnie nie wzrusza. Tak w Turcji kupiłem „monetę bizantyjską” za 5 TRY. Cena wyjściowa była ….. 100! W Albanii nie kupiliśmy rzeźbionych tac z drzewa oliwnego, bo były …… plastikowe. W Mauretanii nie kupiliśmy starego bębenka Tuaregów, bo był „Made in Chine”, a sprzedająca przyznała w końcu, ze skóra z kozy, na tym bębenku jest mauretańska na 100%.
W ruinach bazyliki Bellatora.
Przykładów mogę podać jeszcze kilka. Trzymajmy się zasady. Odpędzajmy oszustów, bo większe szansę na wygraną mamy w Lotto. Jeszcze tylko druga kontrola dokumentów, przez inny komplet policjantów, jeszcze tylko moja naiwność, że ruiny są w nocy oświetlone (sporo lamp jest zamontowanych) i już można iść spać. Rano idę ponownie do muzeum. Zamknięte na 3 kłódki, żadnej informacji, tabliczki o godzinach czy dniach otwarcia oczywiście nie ma. Już mam podniesione ciśnienie. Brama wejściowa na teren archeologiczny otwarta, no to może w ramach rekompensaty zobaczę teatr antyczny, bo dopiero w nocy, w internecie o nim doczytałem. Dogania mnie jakiś facet i mówi, że wczorajszy bilet, na wczoraj, a dzisiaj trzeba nowy.
Świątynie kapitolińskie.
Ma rację. Uszy po sobie i wychodzę. Pytam go o muzeum, które wczoraj ktoś wcześniej zamknął. Dzisiaj otwarte jest, mówi dobitnie. Pokazuję mu zdjęcie z kłódkami i pytam, co to? Gdzieś dzwoni i mówi spokojnie – zamknięte. Idę, więc do reprezentacyjnego budynku z kasą biletową i pytam o muzeum. Dzisiaj muzea są zamknięte, mówi pani. Ale ruiny otwarte? Tak, ruiny czynne. Pytam o cenę biletu łączonego z muzeum: 7 TND, a dzisiaj bez muzeum?
 Też 7 TND. Pytam o jakąś informację wizualną na ten temat. Pani głupio się uśmiecha. To ja mam tylko jedno pytanie w tym momencie. Kto w tym kraju, za ten burdel turystyczny odpowiada? Brzydkie słowo, ale skoro turystów nęci się do przyjazdu na wszystkie możliwe sposoby, a potem traktuje jak rodzime śmieci, to inne określenie tu nie pasuje. Może ktoś nie widzi tego będąc na wycieczce fakultatywnej, oragnizowanej  przez biuro podróży. Ale my takie sytuacje mamy prawie na co dzień!  Mogę się pokusić o jeszcze jedno stwierdzenie – największym problemem Tunezji, w sumie pięknego kraju, o zróżnicowanym krajobrazie, zabytkach, wybrzeżu morskim, są …….. Tunezyjczycy. Tunezyjczycy …… mężczyźni! Bo sam nie wiem, jakim cudem może istnieć kraj, który ma nawet jakieś aspiracje do struktur europejskich, gdzie widać dookoła pracujące kobiety, a mężczyźni całymi dniami przesiadują w knajpach a niektórzy, co najwyżej handlują czymś przy ulicy lub na sukach? Wiem! Nie wszyscy, ale piszę tylko o tym, co widzimy włócząc się od kilku tygodni po Tunezji, obserwując praktycznie 24 godziny życie, jakie tu się toczy.
         Do granic miasta odprowadza nas samochód policyjny z trzema funkcjonariuszami. Potem 100 kilometrów samotnej jazdy. Tak sobie myślimy, w mieście nikt nam krzywdy nie zrobi, bo obstawa 24 godziny, ale pomiędzy miastami? Wieś gminna niesie, że od kilku dni jest „bieganina” po okolicznych górach za terrorystami. I co? I Nikt nie zaprzecza, ani nie potwierdza.
Nasze miejsce w Kairuan.
Wjeżdżamy do Kairuan. To już coraz bliżej Tunisu. Duchowa stolica Tunezji. Nasze ostatnie większe zwiedzanie w tym kraju. Trzeba się przygotować. Dostajemy namiar na fajną miejscówkę N 35.68636  E 10.09704. Przed hotelem Continental. Różnica pomiędzy za ogrodzeniem hotelu, czy przed ogrodzeniem jest warta 54 złote za dobę. PRzygotowuje się do zwiedzania, coś tam czytam, a po godzinie są. Policja. Nic nowego. Grzeczna wymiana zdań i pytanie na ile? Ja mówię, że miasto ciekawe, to i z 3 noce tu spędzimy. Widzę trwogę na ich twarzach. Może do hotelu na ten okres? Ja mówię, że nie, że to jest nasz dom i jeśli tu nie można, to oczywiście przepraszamy i przeniesiemy się w inne miejsce. Nie, nie, można oczywiście. Dostali karteczkę z naszymi danymi personalnymi. Potem widziałem instruktaż udzielony ochronie hotelu, następnie ochraniarzowi biura promocji turystycznej, bo koło niego właśnie stoimy, a na koniec policjanci z drogówki, z pobliskiego skrzyżowania przenieśli się nieco bliżej. I jest fajnie. Coraz więcej programów TVSat udaje się zlokalizować. Minęły dwie godziny. Stukanie. Policja inna. Proszą paszporty do kontroli. Pytają, czy my z ……… Kanady? Nie. Tu będziemy stali? Tak. Spisują dane z paszportów. Karteczek nie rozdajemy, bo liczyliśmy ich ilość na jedną dziennie. Tymczasem rozdajemy ich więcej. Potem widzę, jak kolejny instruktaż mają udzielany obaj ochraniarze. Prężą się przed stróżami prawa. Biedni są Ci ochraniarze.
Perełka Kairuan. Wielki Meczet.
Rano czas na zapoznanie się z tym najbardziej konserwatywnym, jak twierdzą przewodniki pisane, miastem w Tunezji. Do tego medyna, jako pomnik UNESCO, religijność itp. Jest to czwarte - co do ważności - miasto wyznawców islamu, po Mekka, Medyna i Jerozolima. No to start. Najpierw trzeba udać się do biura turystycznego, na szczęście stoimy obok niego. Proszę o bilet. Jest jeden na 6 zabytków miejskich za 10 TND plus 1 za możliwość foto. To jeszcze pikuś, ale do wypełnienia dostaję kartkę po francusku. Trzeba wpisać dane personalne, potem jakieś punkty.
Co ja podpisałem?
Co to? Oby to nie było zobowiązanie do przejścia na islam, albo innej współpracy. Na wszelki wypadek ujawniam to, aby nie było z takim jednym, co go jakiś IPN ściga teraz. Potem ruszam w kierunku Wielkiego Meczetu. W drodze, gdzieś na ulicy Ibn El Jazzar, zostałem przywitany przez miejscowych małolatów. Troszkę mnie kamieniami obrzucili, ale tylko troszkę! Bezboleśnie, bo i kamienie były małe. Nawet trochę dokumentacji tego faktu wykonałem, bo na miejscowych kamieniarzy najlepsze jest wyciągnięcie aparatu. Metoda sprawdzona po raz drugi. Do meczet trafić nie jest trudno, choć wcale nie jest tu pomocna „mapka”, którą dostajemy przy zakupie biletu.
Wnętrze Wielkiego Meczetu.
Totalnie nieczytelna, bez informacji, w jakich godzinach otwarte są poszczególne zabytki, a jest tu spory rozstrzał. Bilet ważny jest jeden dzień i trzeba zwiedzanie dobrze rozplanować. Tymczasem meczet jest interesujący. Pod względem historii i architektury. Szkoda, że dopiero dwa dni później dowiedziałem się, że można było wejść do wnętrza meczetu. Na terenie Tunezji jest to zabronione dla niewiernych. Tymczasem rzuciła mi się w oczy jedna rzecz i pewna analogia. Na terenie Krety widziałem rzymskie zabytki zbudowane z greckich kamieni z napisami. Na Sycylii kościoły z rzymskich świątyń postawione. 
Symboliczna lampa z meczetu.
Tutaj w minaret wbudowane są również rzymskie kamienie, niektóre z napisami „do góry nogami”. Czy nie ma religii, która by szanowała inne wyznania? Nawet te z przeszłości? Po Wielkim Meczecie staram się zlokalizować pozostałe zabytki. Na terenie medyny nie jest to proste. Zwyczajowo brak tablic informacyjnych lub strzałek. Jak wieczorem popatrzyłem na swój track, czyli ślad w telefonie, to wyglądał niczym marsz pijanej muchy po szybie. Ale przynajmniej dokładnie zwiedziłem medynę, nawet bardzo dokładnie!
Medyna w Keiruan.
No, jakoś udało się zobaczyć trzy mauzolea, każde inne i każde daje nowe spojrzenie na historię islamu. Na koniec zostawiłem sobie baseny Aghlabitów. Najważniejszą na świecie konstrukcję hydrotechniczne arabskich inżynierów. Służyły one, jako zbiorniki wodne dla miasta i do nawadniania okolicznych terenów. Kiedyś tych cystern było 14. Jednak pod koniec dnia okazało się, że zabraknie czasu do zobaczenia ostatniej pozycji na bilecie – muzeum Rokkada, które położone jest 11 kilometrów od miasta. Trudno. Drugiego dnia wjeżdżamy na teren hotelu, bo trzeba uzupełnić zapasy wody i zrzucić ścieki. Potem staramy się znaleźć miejsce, gdzie można kupić oliwki. Większą ilość, które planujemy zabrać do Polski. Nic z tego. Na sukach dominuje plastik z Chin. Okolice Kairuan, to głównie plantacje drzew oliwnych. I co? I tylko można pomarzyć o Maroko, gdzie oliwki i to w dużym wyborze, kupić można było wszędzie i w dobrej cenie. Zapewne przyjdzie nam dokonać zakupów na terenie Włoch. Tymczasem kilka migawek z tego ciekawego miasta, gdzie skrajność goni skrajność.

Jedna z ciekawszych medyn w Tunezji. Keiruan.
Sklep z dywanami.
Zawija Sidi Abid el Ghariani
Zawija Sidi Amor Abada
Specjalność Kairuan. Ciasteczka makrouda.
Studnia Bir Barrouta. Napędzana wielbłądem.
Medyna i przewaga plastyku z Chin.
Zawija Sidi Sahbi czyli meczet Fryzjera.
Do grobu fryzjera wstęp chyba wzbroniony.
Kairuan nie jest wyjątkiem w Tunezji.
Kairuan. Rzeczka po regulacji brzegów.

        Wieczorem spotykamy się z nowo poznanym małżeństwem, Sylwią i Fredj Aziz. Grubo po północy kończymy długie i interesujące rozmowy. Fredj kończył studia medyczne w Polsce, bronił tam pracę doktorską. Ćwierć wieku temu, wraz z żoną   przyjechali do Tunezji. Fredj, to skarbnica wiedzy o Tunezji i jej sąsiadach. Mamy zbieżne poglądy o rolach Izraela i Amerykanów, w niesieniu wolności i demokracji, na terenie Afryki i Półwyspu Arabskiego.
Zwykły sufit domu naszych tunezyjskich przyjaciół.
I właśnie takie spotkania najbardziej sobie cenię w podróży. Spotkania i rozmowy z żywymi ludźmi są cenniejsze nawet od zwiedzania zabytków. Dalszą część spotkania przekładamy na dzień kolejny. Poza tym zapadła decyzja, co do terminu naszego powrotu do Europy. Nie wiem, czy przypadkiem nie wyczerpaliśmy już limitu bezpiecznego pobytu w tym kraju? Właśnie dowiadujemy się, że w nocy zastrzelono na granicy libijskiej 5 terrorystów, w czasie próby przedostania się do Tunezji. Potem okazuje się, że to nie próba, ale 3 samochody terenowe wjechały już na teren kraju, a bitwa rozegrała się jakieś 60 kilometrów od rejonu naszego szwendania się po południowej Tunezji. Mamy tylko nadzieję, że sprawność miejscowej służby bezpieczeństwa jest wysoka? Ale to tylko nadzieja, bo przecież kilka lat temu tunezyjska „bezpieka” została przez obecne władze „rozmontowana”, łącznie z jej aktami. Wiadomo jednak, że w ciągu 5 lat można, co najwyżej technikum skończyć, a nie zorganizować „od zera” sprawnie działające służby. Tymczasem miejscowi potwierdzają nam, posiadane wcześniej informację, że w górach środkowej Tunezji istnieją grupy uzbrojonej młodzieży. Oczywiście żaden policjant Wam tego nie potwierdzi, również miejscowe agendy ONTT, czyli ministerstwa turystyki, będą powtarzać, że jest zaje-bezpiecznie i masowo należy wracać na wypoczynek do Tunezji. Niestety tym razem przychylamy się do komunikatu polskiego MSZ „odradza się podróżowania po Tunezji”. Moja diagnoza jest jeszcze gorsza…, ale o tym na koniec. Tymczasem postanawiamy skierować się już w stronę Tunisu. Jeszcze kilka spraw mamy tam do załatwienia, zaległe spotkania, rewizyty itp. No i muzeum Bardo. Bezapelacyjnie. Za nami już 2 miesiące podróży po Tunezji. Mogliśmy zobaczyć może jeszcze z 2-3 miejsca. Pozostałe wymagałyby zmiany nazwy wyjazdu. Z podróży po Tunezji, na misję samobójczą po tym kraju i przysłowiowym igraniem z ogniem, czyli jutro autostrada i kierunek Tunis. Bez pośpiechu. I tak też się stało. Wjeżdżamy na autostradę, to znaczy na prawie autostradę, bo na poboczu pasą się, co pewien czas barany. Przyznać jednak trzeba, że nie wychodzą na jezdnię. Na bramkach płacimy 2 x 3.200 TND, czyli w sumie jakieś 14 złotych za 90 kilometrowy odcinek.
Spacer z Hanną, Anną i dziećmi uroczymi.
Późnym popołudniem zajeżdżamy do Hanny, gdzie ponownie spotykamy Annę i jej urocze córki. Hanna i Anna to „polonistki”, czyli tunezyjska polonia. Oczywiście nie cała, bo w tym kraju jest kilkaset kobiet polskiego pochodzenia i ……… o ile dobrze pamiętam jeden mężczyzna. W miłym towarzystwie słuchamy tunezyjskich opowieści, sami coś paplamy, a z mężem Hanny – Mustafą nawet politykujemy. Jest o czym,  sprawy w Tunezji nie wyglądają wcale dobrze. Wczoraj, po naszym wyjeździe z Kairuan, aresztowano 4 ekstremistów. Dzisiejszej nocy grupa 40 terrorystów napadała w rejonie Sidi Bouzid na kilka prywatnych domów w poszukiwaniu jedzenia. Kilka dni temu jeździliśmy po tamtym gubernatorstwie. Czyli można powiedzieć, że nasza podróż po Tunezji obdarzona jest dużą dozą szczęścia. Wszystkie groźne wydarzenia mają miejsce od kilkunastu godzin, do kilkunastu dni od momentu opuszczeniu przez nas jakiegoś rejonu czy też miasta. Tylko czy na tym polega turystyka? Czy raczej jest to miejsce dla łowców przygód i sztuki przetrwania? Wiem i już słyszę te oznaki wzburzenia: przecież nasze hotele są dobrze chronione i jak ktoś nie będzie je opuszczał, to ….. No właśnie, co to? Nie wiem jak wygląda sprawa tunezyjskiego hotelarstwa. Nie znam miejscowych realiów, cen, standardów. Nie wypowiadam się w tym temacie. Jak już wspominałem, jeśli komuś odpowiada taka forma wypoczynku urlopowego, to jego sprawa – za jego pieniądze. W „zonach turystycznych”, pod opieką turystycznej policji. Ma duże szanse na powrót z wakacji w całości. Może tak trochę przejaskrawiam swoją relację, przeplatam wiadomościami „z drogi” i z aktualnej sytuacji w Tunezji. Prawie codziennie rozmawiamy o naszym bezpieczeństwie. Takiej podróży jeszcze nie mieliśmy. Nawet w Gruzji, Mauretanii czy też Albanii. To jest zupełnie nowe doświadczenie w naszym kamperowaniu. Ale tak już jest. Jutro niedziela i wizyta w polskiej Ambasadzie. Będziemy świętować Dzień Kobiet, ale przed spotkaniem w ambasadzie udajemy się na spacer po miasteczku Boumhel. Pięknie wyglądają pola kwitnącego rzepaku. Nie mniej interesujące jest gospodarstwo ogrodnicze El Bahri. Kiedyś największe w Tunezji, choć lata świetności ma dawno poza sobą, to i tak miło było pospacerować wśród wiekowych okazów. 

Święto kobiet w polskiej ambasadzie.
Następny dzień to - ambasada i spotkanie z okazji Dnia Kobiet, w którym udział wzięło około 30 Polek zamieszkałych na terenie Tunezji i kilku panów różnej narodowości. Były życzenia Pani Konsul RP, pogaduszki przy ciastkach własnego wypieku, wspólne foto i nawiązywanie nowych znajomości. Trochę mnie zdziwiło, że nikt z „panów mężów” nie złożył życzeń w imieniu przedstawicieli „płci mniej atrakcyjnej”, ale widocznie taki tu zwyczaj. Tym bardziej, że przekonywano mnie, że kobiety w Tunezji mają jeszcze jedno święto kobiet, w dniu 13 sierpnia. Zapewne wtedy jest świętowanie! Rano dowiadujemy się o walkach na terenie Ben Guerdane, na południu Tunezji. Kilkadziesiąt osób zabitych, lotnictwo w akcji. Wyspa Djerba zamknięta, bo to w jej pobliżu mają miejsce te manewry. Czyli generalnie miło i spokojnie podróżuje się po Tunezji, jest tu słonecznie i bezpiecznie. My jednak kupujemy przez internet, bilet promowy do Salerno. Dosyć przeciągania struny. Limit szczęścia chyba wyczerpany. Jeszcze ostatnie spotkania, telefony, załatwianie spraw odłożonych na ostatnie dni. Może wypad na kawę do La Marsy? Dobry pomysł. Jemy pyszne naleśniki, w towarzystwie Doroty, Marioli i Adama. Podsumowujemy swoją wędrówkę po Tunezji. W nocy przemieszczamy się w rejon Muzeum Bardo. Trzeba przejechać cały Tunis. I znowu nowe doświadczenie. Ruch drogowy ma charakter bardzo demokratyczny. Jazda samochodem „pod prąd”? - jeżeli nie za daleko, to można. Przejazd skrzyżowania na czerwonym świetle? - jeżeli nic nie jedzie, to jest wskazane, ze względu na upłynnienie ruchu. Aby miejscowi kierowcy nie posądzali mnie o tchórzostwo, sam to zrobiłem ze 2 razy. Fajne odczucie. Proszę kiedyś spróbować, byle nie w Europie!  Aż się cisną na usta słowa: Tunezyjczycy! Wam demokracja z anarchią się pomyliła! W końcu docieramy w rejon Barda. Parking zamknięty, obiektu pilnuje policja. Stajemy nieopodal. Za chwilę wizyta policji, legitymowanie i można iść spać. A propos legitymowania. Kilka razy pisałem, że policjanci mili i uprzejmi nam się trafiali. Potwierdzam. Dzisiaj przyszli mundurowi, bez czapek, oglądający paszporty trzymał papierosa w zębach. Wyglądało to okropnie. Rano wjeżdżamy na parking National Museum BARDO. Przy bramie stop i policja myszkuje po kamperze. Otwieram garaż, wchodzi do środka, potem lusterkiem podwozie kampera. Obok samochodem osobowym wjechało trzech cywilów. Pokazali przez szybę plakietkę z napisem Press. Wyglądali bardziej terrorystycznie niż my. No, ale przepis przepisem i prawo trzeba przestrzegać. To nasze credo wyjazdowe. Szanujmy prawo gospodarzy! 

        Przy wejściu do budynku muzeum jest tablica z nazwiskami ofiar ataku terrorystycznego z przed roku. Odnajduje nazwisko brata mojego przyjaciela z wojska. Potem bilety po 11 TND + 1 za fotografowanie i ……… Staramy się ustalić gdzie jest początek zwiedzania. Otrzymaliśmy wprawdzie „z pod lady” coś na kształt planu ekspozycji, ale jako osoby o zbyt niskim IQ, przez kilka minut nie mogliśmy się domyśleć, co autor tej grafiki miał na myśli, bo na parterze są sale od numeru 37, a jedna z pracownic mówi nam, że numer 1 jest na II poziomie, ale to niezgodne z chronologią dziejów Tunezji. Postanowiliśmy, więc iść przez parter mając ścianę po prawej stronie. No i nawet fajnie nam szło.
Sarkofag za 1 mln dolarów.
Niedawno jedna z koleżanek, lokalnych przewodniczek powiedziała nam, że Tunezja wcale nie musi się wzorować na muzealnictwie europejskim! I ma rację. Szanujemy to. Tylko, że zwiedzający tunezyjskie muzea, też wcale nie muszą tego pochwalać, i dobrze się o placówkach kulturalnych wypowiadać. Chodzimy sobie swoim tempem przez sale. Gdzieś w dziale sarkofagów pilnujący pyta, czy chcemy coś ciekawego zobaczyć? No pewno. Dodaje jeszcze, że jesteśmy drugimi Polakami w tym roku. No i prowadzi nas korytarzem, który był zagrodzony wcześniej sznurkiem. Zobaczyliśmy tam piękne sarkofagi, w tym jeden „nówkę”, odkrytą przypadkowo w ubiegłym roku w Kartaginie.
Narzędzia chirurgiczne z przed 1700 lat.
W czasie budowy sauny właściciel dokopał się do niego, a potem, jako że był narodowości francuskiej, dostał nagrodę w wysokości 1% wartości zabytku, czyli w tym przypadku jeden milion dolarów. Jak powiedział nam pracownik muzeum, gdyby dokopał się do tego sarkofagu Tunezyjczyk, to by dostał dwie „bransoletki” ( kajdanki) na ręce. Potem, jako dodatek pokazał nam leżącą w kącie zawartość sarkofagu, ze szczątkami - ojca Hannibala – Hamilkar Barkas się nazywał. Potem nastał czas na zwiedzenie największych sal z pałacu bejów. I znowu zdziwienie w naszych oczach. Wyobraźmy sobie: sufit wykonany w stylu osmańskim, drewniana lekka konstrukcja, a na ścianach dookoła i na podłodze romańskie mozaiki.
Najpiękniejsza mozaika "Wirgiliusz i muzy"
Wokół ustawione masywne posągi z tego samego okresu. No tego nie przełknie żaden student architektury wnętrz. To teraz nas nie dziwi jedno z pytań ankieterek, które przy wyjściu z muzeum stały: „Czy według Ciebie właściwe jest eksponowanie zabytków w tutejszym muzeum?” Ale nim wyszliśmy z muzeum, pokazano nam miejsce, gdzie rok temu miał miejsce atak terrorystyczny i gdzie ginęli turyści.
Pozostałości po terrorystach.


Ślady po kulach.
Pozostały tam ślady po pociskach, na ścianach, w gablotach, drzwiach i oknach. To robi wrażenie. Tego się nie zapomina i to umacnia człowieka w pewnych poglądach. Godzina szesnasta. Za późno już na zwiedzenie Narodowego Muzeum Wojskowego, które znajduje się 3 kilometry za Bardo. Jedziemy tam i znajdujemy super miejscówkę, na terenie campusu uniwersyteckiego. Jest tu knajpka, gdzie dobrze i tanio dają jeść.
Super nocleg w kampusie.

        Jej właściciel zadzwonił do Dyrektora campusu z zapytaniem, czy możemy tu zostać na noc, a potem dał nawet swój numer telefonu, że gdyby coś. I tak oto zakończyliśmy tegoroczny Dzień Kobiet. Ostatnią rzeczą, jaką chciałem zobaczyć w Tunezji, to Narodowe Muzeum Wojskowe. Mieści się na przedmieściach (?) Tunisu, w Manouba. Trudno go namierzyć, bo mieści się w jednostce wojskowej. Wstęp 1 TND, fotografowanie 2 razy więcej. Opiekę nade mną obejmuje sierżant pełniący rolę kasjera, kustosza i przewodnika, mówi, że pisze artykuły. Jak na to, że też jestem wojskowym. Rozmawiamy po angielsku.
Muzeum wojskowe w Manouba.
Muzeum mieści się w pałacu tureckiego dostojnika. Obiekt odrestaurowany. Sama ekspozycja mądrze wkomponowana w zabytkowe pomieszczenia. Da się? Jest dział dotyczący Kartaginy. Widać, że Tunezyjczycy chętnie wracają pamięcią do tamtych czasów i czują się spadkobiercami Hannibala. Oj, gdyby Hannibal o tym wiedział! Potem znacząca ekspozycja dotycząca czasów otomańskich, czyli tureckiego zwierzchnictwa nad terenami obecnej Tunezji. Czyli Rzymianie potraktowani zostali, jako okupanci. W połowie zwiedzania sierżant zapytał, czy dam mu jakieś kadu?
Ja i armatka.
Udawałem, że nie rozumiem, o co chodzi. No to się chłopisko zniechęciło. Zaczął chyba opuszczać pomieszczenia, potem wyprowadził mnie na zewnątrz. Stoi tam sporo sprzętu ciężkiego. Podeszliśmy do jednego czołgu. Sherman? Bez informacji, a sierżant zamilkł. Chciałem iść dalej, jakieś transportery, artyleria. Sierżant zadecydował – koniec zwiedzania. Jak koniec, to koniec. Wróciłem do kampera, a był zaparkowany kilkaset metrów od jednostki. Opowiadam Teresie co i jak, a tu pukanie. Patrzę, a tu pieprzona sierżancina! Otwieram drzwi, a on: daj mi kadu. Co za dziad? Szedł za mną i żebra, choć mundur na nim opięty z otyłości. Cała tunezyjska armia jest taka? Dostał długopis, kilka pudełek zapałek i smyczkę. Był szczęśliwy jakby, co najmniej sam Ben Guerdane oswobodził z rąk terrorystów. 

Sklep mięsny,. Tu jednak inna kultura dobrego smaku. 
Jedziemy zatankować butle LPG (GPL tutaj zwane). Cena bez zmian: 0,737 TND za litr. Paliwo na full, ostatnie zakupy. W tym kilka kilogramów oliwek. Jestem pies na nie. Zarażony przed kilkoma laty,  podczas podróży po Krecie. Wieczorem stajemy na parkingu, czyli ślepej uliczce, kilkaset metrów od portu w La Goulette. Przyjeżdżają starzy i nowi znajomi na pożegnalną kawę. Poznajemy miłą, starszą panią Dorra Bouzid. Ikonę tunezyjskiego dziennikarstwa. Przyjeżdża też policja. Legitymują nas i zalecają przesunięcie się (to normalne, na ogół każde spotkanie z miejscową władzą kończy się jakimś mniej lub bardziej bezsensownym zaleceniem) bliżej skrzyżowania, czyli 10-20 metrów, gdyż tu gdzie obecnie stoimy, zbierają się pijaczki.
Pożegnanie ze znajomymi.
Za moment, z turystów staniemy się terrorystami.
Nie dyskutujemy. Znajomi odjeżdżają. Minęła godzina 22 i nagle walenie czymś twardym w kampera z jednej, drugiej strony. Jakieś krzyki. Co jest? Napad w środku miasta? Niedaleko portu. Wyskakuje do kabiny. Z przodu stoi jakiś człowiek z automatem wymierzonym w szybę. Z boku stoi drugi, też celuje do mnie. Obrona w takiej sytuacji nie ma sensu! Kontem oka widzę, że biegnie jeszcze jeden. Wszyscy ubrani w jakieś drelichy ciemne. Jeden w czapce, drugi bez. Ten, co dobiegł coś krzyczy po francusku. Cholera go wie, co? Poddać się mam? Macha karabinem jak lekko popieprzony. Pytam go spokojnie, czy jest problem? On na to, że jakieś „newy” ( Marynarka Wojenna ).
Miejsce szarży tunezyjskich wojsk na kampera.
Troszkę ucierpiał kamper.
Ja do niego, że tu jest parking, taki jest znak. On, że nie ma parkingu, że papiren. Domyśliłem się, że o paszporty chodzi. Podaliśmy. Oddał je facetom z wycelowaną bronią. Ci poobracali je i zwrócili mi. Nawet broń opuścili i coś mi się wydaje, że wcale nie byli zadowoleni z tego zwycięstwa nad dwójką starszych turystów w białym kamperze, stojącym na parkingu. Mniemam, że nie byli to terroryści, bo Ci by strzelali lub pojmali żywcem. Pospolici przestępcy zapewne by obrabowali. Ale nie dopuszczam nawet myśli, że tak zachowuje się jakaś armia, czy też inne zbrojne ramię państwa, które trąbi na lewo i prawo – Turyści! Wracajcie do nas! Tu jest bezpiecznie! Więc co to było. Wsiadło to do samochodu, który po chwili podjechał. Jakiś półciężarowy? Pozostały tylko ślady po uderzeniach (kolbą?) w bok kampera. Będzie pamiątka z Tunezji. Teresa nieźle wystraszona, ja jeszcze bardziej zdziwiony, że takie mamy pożegnanie, w tej turystycznej perle północnej Afryki.
Kontrole przed sklepem Geant.
Tylko w tym momencie proszę, bez komentarzy w rodzaju,  bo wiecie, ciężkie teraz chwile przeżywamy, walczymy z terroryzmem itp.” Uwierzyłem, że w Tunezji jest ok., że jest bezpiecznie i miło, że możemy tu przyjechać jako indywidualni turyści i podróżować po kraju. Zapewniano nas o tym przed przyjazdem, miedzy inny Tunezyjski Urząd ds. Turystyki i wiele indywidualnych osób z branży turystycznej. To samo powtarzano nam już w czasie pobytu w Tunezji. I wcale nie okazało się to prawdą. Gdy grupa naszych karawaningowych znajomych spędza spokojnie czas na terenie Sycylii, Hiszpanii, czy Maroka, to my ciągle jakieś „przygody” w mamy. Myślę, że gdyby nie nasze wieloletnie doświadczenie w podróżowaniu, w tym pobyty w Albanii, Gruzji, Armenii, czy Mauretanii, to nasza przygoda skończyłaby się w ciągu 48 godzin od czasu wjazdu do Tunisu. Natychmiastowym opuszczeniem tego turystycznego raju. Ale mamy nadzieję, że za kilkanaście godzin i tak go opuścimy. Może już bez zaskakujących zdarzeń? No, prawie bez. Godzina 7.30 Dobijanie do drzwi. To jakiś odważny lump chce rozdawać jakieś karteczki na prom, w zamian za piwo. Strzeliłem mu drzwiami przed nosem. Przed południem kupujemy pieczywo i jakieś słodkości, za ostatnie dinary. Koło 14 dojeżdżamy brakujące 300 metrów do portu.
Karta pokładowa, bilety promowe i kolejne
ankiety do wypełnienia: imię zawód, po co był?
Biorę wydrukowane bilety promowe. To znaczy po zakupie dokonanym przez internet, dostaje się maila potwierdzającego. Z jego wydrukiem idę do kasy, gdzie sprzedaje się bilety na linię Grimaldi Lines. Podaję paszporty, pan sprawdza w komputerze i wydaje już prawdziwe bilety promowe, kartę pokładową z informacją ile osób i do jakiego portu płynie oraz dwie ankiety do   wypełnienia. Ankiety po francusku i arabsku, dla tunezyjskich władz. Zapomniałem jeszcze podać ile bilet promowe kosztują. Trasa Tunis – Salerno (port obok Neapolu) to koszt 260 EUR, a w jego skłąd wchodzą 2 osoby + kamper (7 metrów długi, ponad 3 metry wysoki) za 190 EUR i 70 EUR za kabinę, bez okna. Pytanie dlaczego do Salerno? Bo ekonomiczniej. Prom do Palermo to koszt około 120 EUR bez kabiny. Do tego trzeba się przeprawić z Sycylii na kontynent za 60 EUR i przejechać jeszcze 700 kilometrów na kołach. Płyniemy do Salerno, a potem przejedziemy na wschodnie wybrzeże Włoch i zaczniemy wędrówkę tym nieznanym nam regionem. Nim jednak to nastąpi stajemy w kolejce samochodów, przed bramą numer 13. Nie muszę chyba dodawać, że jesteśmy JEDYNYM pojazdem, który ma coś wspólnego z wędrowaniem. Pozostałych 100 czy 200 samochodów to pojazdy ludzi jadących za chlebem. Planowa godzina wypłynięcia 17.00. Brama otworzona po piętnastej. Najpierw podjazd do budek policji granicznej. Ruchem kierują pracownicy linii promowej, w żółtych kamizelkach. Podaję paszporty. Policjant skanuje je w czytniku. Odbiera wypełnione kartoniki. Wbija pieczątki do paszportów i z miłym uśmiechem życzy miłej podróży. Super. Oby tak dalej. 

Tu byli tunezyjscy celnicy: 3 x 2 sztuki !!!
Po każdej parze wycieranie podłogi.
Kolejny stop na miejscu pracy celników. Tu już trzeba poczekać. Jest ich sporo, ale ruszają się jak inwalidzi wojenni. W końcu dwóch podchodzi. Lustracja garażu, wszystkich szafek, próba wyrwania drzwi lodówki (jest zabezpieczona), jeszcze jakieś zakamarki kontrolują. Mówią ok., oddają paszporty, a stawia w nich pieczątkę jakiś facet w budce obok. No i jeszcze trzeba oddać im zielonkawą kartę, którą dostaliśmy w czasie wjazdu do Tunezji, jako dowód wpłaty 30 TND za odprawę pojazdu. Teraz każą nam się ustawić w kolejce przed promem. No to za moment …  za moment, to przyszło dwóch celników i kontrolują wszystkie pojazdy od początku. Paszporty, włażenie z zabłoconymi butami do kampera, otwieranie, a na podłodze błoto, bo debil takie ślady zostawił. Teresa stoi z pianą na ustach. Przed wjazdem do portu wyczyściliśmy sobie ten nasz mały domek, więc znowu szmata w ruch, ja za aparat, aby uwiecznić działanie tunezyjskiego urzędnika. Dopowiem tylko, że z takim zachowaniem nie spotkaliśmy się w żadnym cywilizowanym kraju. No, ale trudno tu wymagać czegoś takiego. Trudno. Siadamy i czekamy na ………. Nie! Znowu od czoła idzie kilku i kontrolują samochody! Uwierzycie? Po raz trzeci paszporty, łażenie po kamperze, otwieranie szafek. Ci przynajmniej mieli czyste buty. Jakieś wnioski?  Nas już nic w tym kraju nie jest w stanie zaskoczyć.
Jak tu się podpiąć do tego?
W końcu wjeżdżamy. Załoga lokuje nas gdzieś daleko, daleko pod pokładem. Możemy podłączyć się do 220V, o ile ma my jakąś okrętową przejściówkę. Oczywiście nie mamy. I do kabiny.  Prowadzi nas jakiś boy. Jakieś zachowanie inne tych Włochów? Z uśmiechem, spokojnie. Kabina czysta, łazienka, prysznic. Tylko za mocno grzeją, a nie da się zmniejszyć nawiewu. Idziemy na obiad, STOP. Na promie restauracje są nieczynne!
W końcu u siebie. Kajuta.
Trudno się dziwić. Wszędzie na fotelach, w przejściach, na korytarzach koczują ludzie. Porozkładane koce, powyciągane nogi. Jedzą na podłodze. Trzeba ich omijać. To ich ostatnie „godziny wolności”. W Europie albo dostosują się do innego zachowania, albo …….. ktoś napisze o braku tolerancji w europejskich krajach. Nie ma lekko! Co do braku restauracji na promie. Kto ma niby to kupować w niej, jak turystów brak, a Tunezyjczycy nie będą z niej korzystać? Nie przemyśleliśmy sprawy. No to po kanapce i na koje, z komputerem.
Następnego dnia, po wypłynięciu promu z Palermo, gdzie większość wysiadła, nawet bar został otwarty. W końcu można było zjeść coś na ciepło. To już Włochy. Ty samym koniec naszej ponad dwumiesięcznej wędrówki po Tunezji.

EPILOG

       
        Wszystko, co zostło napisane powyżej, to swoisty mój eksperyment. Rodzaj pamiętnika, pisanego prawie codziennie, wieczorem. Obecnie wydaje mi się to dobrym pomysłem. Oddaje bowiem nasze odczucia  i przeżycia z podróży po Tunezji, nie z perspektywy czasu, lecz bezpośrednio w czasie realnym. 
Już po pierwszej części tego swoistego "pamiętnika z Tunezji", na fejsie miał miejsce histeryczny atak na mnie. Zacytuję kilka wypowiedzi: 

Może dlatego, że jestem lokalną patriotką zabolały mnie słowa ...

...... mnostwo opiniii,ktore dla Tunezji i Tunezyjczyków sa krzywdzące i które często wynikaja z niepelnej wiedzy i niezrozumienia realiów.

Nie bójcie sie, wynajmijcie profesjonalego przewodnika albo jedźcie na dobrą zorganizowaną wycieczkę.

wyruszyliscie w podroz z nastawieniem na wylowienie negatywow. poprzez pryzmat ostatnich wydarzen, riun i smieci

Dobry przewodnik to absolutna podstawa.

Jest to przykład doskonałej riposty dla zblazowanych, szpanerskich, pozbawinych elementarnej kultury i wiedzy pacanów poszukujących wyłącznie blichtru i celebryckości.

Tunezja to piękny kraj. Fantastyczni ludzie uśmiechnięci zadowoleni choć wszyscy wiemy jak jest im ciężko.


        I wszystko było by ok, każdy ma prawo do swojego zdania, nawet taki trol jak Paweł Pohorecki, który kilka wulgaryzmów pod naszym adresem użył, gdyby nie jedno ALE. Kierowanie się li tylko swoimi względami materialnymi, nie patrząc na bezpieczeństwo turystów, jest wielce przykre i nieuczciwe. Wiem i rozumiem. Większość piszących - turyści wracajcie do Tunezji - to osoby tam zamieszkałe. Swoje życie związały na dobre i złe z tym krajem. Tam one i ich Rodziny zarabiają na turystach. Dla nich, to być  albo nie być. Tylko zapytam: dlaczego kosztem zdrowia, czy życia innych osób? Mało mamy jeszcze nieszczęść z tym związanych?
        No, ale życie samo weryfikuje realia. Większość krajów odradza wyjazd do Tunezji. Turystów tam jak na lekarstwo. Na nic zdają się akcje internetowe, zapraszanie na bezpłatny pobyt celebrytówtam itp agitacja. 
        Tymczasem coraz bardziej przekonany jestem, że Tunezji daleko jeszcze do przyjmowania turystów. Może z wyjątkiem turystów zbiorowych, których umieści się w hotelach i przy odrobinie szczęścia zapewni (lub nie -> Sousse) bezpieczeństwo w czasie pobytu. 
          Natomiast turystyka indywidualna? Na to chyba jeszcze nikt w Tunezji pomysłu nie ma. Począwszy od tego, że do chwili obecnej spotkaliśmy może 2-3 policjantów, którzy na podstawie europejskiej tablicy rejestracyjnej, potrafili określić naszą narodowość, a kończąc na wiedzy, gdzie postawić na noc kampera, czy rozbić namiot. Przecież taki kamper to jest nasz dom, tutaj mieszkamy, jemy, śpimy. Chcemy odpocząć i przygotować się do kolejnego dnia podróży, czy też zwiedzania. Jeżeli władze posiadają wiedzę, że w kraju, czy też danym rejonie jest z jakiegoś powodu niebezpiecznie, to powinni nas o tym powiadomić lub po prostu zabronić wjazdu. Tymczasem na każde pytanie słyszymy odpowiedz, że jest wszędzie bezpiecznie, nic nam nie grozi, a potem wystawia się nas w najbardziej absurdalnych miejscach na postój! Ale już teraz, po ponad dwumiesięcznym pobycie w Tunezji, możemy powiedzieć jedno. Inspiruje się różne organizacje, osoby, media, aby namawiały do podróży do Tunezji, do powrotu turystów, a z drugiej strony …………… przecież tutaj ciągle jest stan wyjątkowy. Niedawno zniesiona została godzina policyjna. W czasie naszej podróży z północy, dookoła miały miejsce blokady dróg, starcia z policją, strzelaniny, ginęli ludzie. Tego się nie nagłaśnia. Natomiast zaprasza się do Tunezji Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, obwozi opancerzonym samochodem z 20 ochraniarzami, a on potem bredzi (!) publicznie – turyści, wracajcie do Tunezji! Tu jest super bezpiecznie!
        My swój cel podróży osiągneliśmy. To co zobaczyliśmy, to tu opisaliśmy. Tymczasem prawdziwymi wrogami Tunezji są Ci, którzy nic negatywnego nie widzą, albo udają, że wszystko w tym kraju jest ok. 
        Naszym zdaniem Tunezja ma dwa wielkie skarby, których Tunezyjczycy nie są w stanie zepsuć. Wspaniałe, czyste morze i dużo dobrej pogody. Tylko czy potrafi te dary natury wykorzystać naród, któremu ostatnimi laty demokracja pomyliła się z anarchią?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu