niedziela, 10 lipca 2016

Rosja 2016 - Moskwa i region centralny - kamperem 1

        Plany sobie....,  a polityka i tak Twoje życie zweryfikuje.
Bądź spokojny podróżniku XXI wieku. O wielu krajach możesz już zapomnieć, poznanie wielu innych odradzi Ci rodzimy MSZ, a plany na trzymiesięczny wyjazd będzie trzeba zredukować do..... miesiąca, bo taka wiza jest obecnie realna do Rosji.
        Czyli planowana przez nas podróż nad Bajkał odpadła, gdyż tylko szaleniec będzie się tam wybierał kamperem, gdy tylko miesiąc czasu ma do dyspozycji. Miesiąc, bo nasza małoletnia Justa nie ma szans na otrzymanie dłuższej wizy do Rosji. Łatwo więc obliczyć - trzeba by gnać codziennie po 500 kilometrów, aby w tym jednym miesiącu się zmieścić!
        Ostatecznie swoje losy powierzamy firmie Warmos z Warszawy, która profesjonalnie zadbała o nasze turystyczne, miesięczne wizy do Rosji. Miejmy nadzieję, że tyle wystarczy na zwiedzenie Moskwy i jej bliższych i dalszych okolic. To w lipcu. Na sierpień planujemy powrót przez Ukrainę i spotkanie z jej wschodnią częścią. Tam nas jeszcze nie było. To znaczy na Ukrainie byliśmy już wielokrotnie, ale wyłącznie w jej karpackiej części, na Wołyniu, czy też okolicach Lwowa.
        Wyjazd kamperem w okresie letnich miesięcy, od lat zwyczajowo nazywamy "ptysiowakacjami", gdyż towarzyszy nam starsza wnuczka - Justa.

        Koniec czerwca. Świadectwa rozdane. Wyruszamy z Krakowa.
Muszę jeszcze dodać, że każdemu naszemu wakacyjnemu wyjazdowi towarzyszy jakieś przewodnie hasło, wykrzyczane do kamery. Ostatnimi laty były to: "Niech żyje wolność!", "Ten Pan i ta Pani są w Grecji zakochani", "Nic nie musimy, nikogo się nie boimy, dlatego jesteśmy wolni". Na ten rok wymyśliliśmy, a właściwie zawłaszczyliśmy pewien cytat z filmu - "Ruszamy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja".
Zobaczymy.    
Nasza "stara" miejscówka w Goniądzu nad Biebrzą
ciągle działa: N 53.49212  E 22.73274 

        Po trzech dniach jazdy z Krakowa, docieramy na pierwszy dłuższy "popas" na Suwalszczyznę, do znanej nam już wcześniej gminy Wiżajny. Podróż tyle dni trwała, gdyż zatrzymujemy się w międzyczasie u znajomych, odwiedzamy dalszą rodzinę, a nawet mamy w tym czasie okazję poznać zupełnie nowych, ciekawych  ludzi (dzięki Hamak - masz super Rodziców!).
        Ot, uroki karawaningu na emeryturze.
Poza tym nasze wizy do Rosji są ważne dopiero od 4 lipca, to i czasu jeszcze sporo mamy.
U Romana.

        W Wiżajnach zatrzymujemy się w gospodarstwie agroturystycznym Alicji i Romualda Łanczkowskich. Gospodarz woli się wołać Romanemi i jest wspaniałym gawędziarzem, a ponadto ma ........... konie. I to dzięki tym koniom zawarliśmy przed laty znajomość, bo konie to miłość Justy.
Jeśli ktoś z czytelników naszego bloga jest zainteresowany tym tematem to podajemy namiary na to gospodarstwo. Podajemy bez żadnych układów, ot po prostu, czujemy się w tamtym miejscu dobrze.
Włości naszych gospodarzy.

          Adres: Wiżajny 21 (N 54.371641°  E 22.887384°) Cena indywidualnej godziny jazdy konnej 45 złotych. Obiady domowe 20 złotych, dzieci 15. Kamper stoi bez opłat. Wodę dostaniemy free. Telefon do Romka: 501350943. Dookoła wspaniałe tereny do jazdy rowerowej. Do konnej również. Jeziorka do kąpieli. Miejsca do moczenia kija.


Rowerem po Suwalszczyźnie,
a może i dalej?

Prawdziwe i wielkie uczucie.
Galopem w terenie.

        I tak nam cztery dni zeszły. Sprawdziłem jeszcze, czy nadal aktualne jest miejsce do postawienia kampera przy boisku sportowym w Wiżajnach (N 54.376588°  E 22.858749°). Okazuje się, że tak. Jest miejsce na kilka kamperów za free. Jest woda z wodociągu. Tylko zaskoczyła mnie treść rozmowy z jedną z pracownic Urzędu Gminy. Wszedłem, jak to w moim zwyczaju bywa, do sekretariatu Wójta i pytam miłą panią: - co warto było by na ich terenie zobaczyć, czym się chcą pochwalić, może jakaś mapka z atrakcjami? Usłyszałem, że nic nie mają do zaoferowania i szkoda im pieniędzy wydawać na promocję, bo gmina z tego nic nie ma. Szczera i spontaniczna wypowiedź. Bez komentarza.
Tymczasem dość tych przyjemności.
Za trzy dni mamy sprawdzić "czy jest na wschodzie cywilizacja", więc w drogę.
No tak, tylko, że jeszcze po obiedzie Justa z Romkiem gdzieś w teren pogalopowali, potem gadu, gadu, no  i przejechaliśmy do wieczora... - z planowanej trasy kilku tysięcy kilometrów ..... całe 17!!!
O mało co (OMC) kemping.

Tankowanie wody. Garnuszkiem.
        Do sąsiedniej gminy Rutka-Tartak. Zrobiło się już późno, a stał sobie tam policjant. Zapytany, czy jakieś fajne miejsce dla kampera może podpowiedzieć - zaholował nas na gminny kemping, gdzie możemy zatrzymać się za free i wszystko, łącznie z podłączeniem do prądu też jest za darmo. Łoł, miejsce urocze, mała plaża nad jeziorem. Zjeżdżalnia. No to zostajemy. N 54.312738°  E 22.956860°. Nie mniej rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna. Wydaje nam się, że coś tu ktoś pokombinował!. Obiekt wybudowany 2 lata temu z wkładem UE, powinien przez 5 lat być udostępniony dla wszystkich za darmo. Tymczasem: stoimy free, przyłącza prądowe są, ale bez prądu. Toalety są, ale ......... na drzwiach skarbonki i po 2 złote za wejście trzeba uiścić. Więc kończy się to zanieczyszczeniem okolicznych krzaków przez turystów z namiotami.
Poboru wody - BRAK. Można jakoś kombinować z umywalki przy grillu. No, ale nie ma miejsca zrzutu wody szarej! O toalecie chemicznej nie wspomnę. Ktoś tu w tych Rutkach coś o karawaningu słyszał? O przyczepach i kamperach? Chyba nie do końca i niezbyt dokładnie. No i wyszedł z tego kempingu taki "koszmarek niedooorobiny",  choć w pięknym miejscu postawiony.  Trzeba jeszcze uważać na hydrant, przy wjeździe na ten kemping. Można go, lub sobie coś uszkodzić.
Justa przed kowneńskim zamkiem.
   
        Kolejny dzień to już Litwa. Chcemy Juście pokazać Kowno. W ramach obiadu i krótkiego spaceru. Tutaj z postojem też nic się nie zmieniło. Parking dla autobusów, kilkaset metrów  od placu ratuszowego, na "starym miejscu" N 54.899944°  E 23.888393°. Potem jedziemy "do bólu". Ponad 250 kilometrów w jeden dzień!!!

       Prawie o zmroku stajemy w spokojnej wiosce Leliunai N 55.47461  E 25.39451 Nie jest to żadna rewelacja, ale na tych "odludnych" terenach Litwy trzeba takie miejsce docenić. Na miejscu drewniany kibelek, sklep spożywczy czynny również w niedzielę. Jakieś ławeczki, huśtawki. Noc spędziliśmy spokojnie.



        Kolejnego dnia robimy znowu ponad 200 kilometrów i zatrzymujemy się w ostatnim, przed granicą z Rosją, łotewskim miasteczku Ludza. I tu pełne zaskoczenie. Na plus. Warto tu przyjechać na zwiedzanie, a nie tylko na nocleg. Miasteczko pięknie położone nad jeziorem. Na wzgórzu ruiny zamku i pokaźny kościół. Wszędzie w centrum śmiga darmowy internet 4G! Informacja turystyczna dobrze zaopatrzona, a obsługa "wielojęzykowa". Zainteresowany resztę sobie doczyta. Ja dodam jeszcze, że na noc stajemy przy kąpielisku z boiskami sportowymi N 56.54806  E 27.71172, a następnego dnia jedziemy jeszcze około 40 kilometrów i meldujemy się na przejściu granicznym Terehowa.

Jest kilka ciężarówek, około 10 samochodów osobowych z Łotwy i Litwy. Dwaj motocykliści z Włoch i my.
Prawie granica Łotwa - Rosja


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu