niedziela, 6 listopada 2016

Afrykańska odyseja - 01

                  Poszły konie po....... czyli pewnego poniedziałkowego wieczoru, żegnani przez Rodzinę i sąsiadów zza płota, ruszyliśmy na naszą afrykańską odyseję. Odyseja - słowo pasujące do naszej obecnej podróży: to pełna przygód, długa wędrówka w nieznane. 
        Od kilku już tygodni, wertujemy w kilka osób, wszystkie możliwe źródła informacji o tych bardziej oddalonych krajach Afryki Zachodniej. 
Monitorujemy aktualne wydarzenia w tamtym regionie świata, a swój plan weryfikujemy na bieżąco. Czyli powinno być ok?
Jesienne Herrieden. Niemcy.
            Z Krakowa poruszamy się "małymi skokami". Odwiedziny u rodziny, groby najbliższych przed świętem zmarłych, spotkanie z austriackimi przyjaciółmi w Kudowie Zdroju, aż w końcu, gdzieś po 3 dniach docieramy do małego niemieckiego miasteczka Herrieden, gdzie umówieni jesteśmy z załogą kampera, która dojechała z Goleniowa. Załogę tworzą Bibi i Waldi. Młodzi emeryci, trzecią zimę spędzający w podróży, swoim pierwszym kamperem.   
Herrieden. Miejsce dla kamperów.
           
        W miasteczku Herrieden jest spokojne miejsce do "zakamperowania", choć obecnie bez mediów N 49.230890°  E 10.496072° W te jesienne dni samo miasteczko też sprawia urocze wrażenie i zapewne warte jest małego spaceru. Jednak nasze założenie jest inne. Żadnych przewodników po Niemczech, Francji, Hiszpanii nie zabieramy. Naszym celem jest jak najszybsze dotarcie na południe Hiszpanii i zaczekanie tam na trzeciego kampera.
Miasteczko Lahr. Stolica polskich laweciarzy.
        
        Wieczorem stajemy przy granicy z Francją. W niemieckim miasteczku Lahr. Miasteczku polskich laweciarzy. Wiele polskich lawet, które jeżdżą po okolicy i skupują używane samochody. Zapełniają okoliczne parkingi, a jak się zbierze odpowiednia ilość – przerzut do Polski, z minimalnym przebiegiem, pierwszy właściciel, garażowany.
Stajemy na takim polskim miejscu odpoczynku N 48.33167  E 07.82417. Do sklepu ze 300 metrów, jakaś mała knajpka w pobliżu.
Francja. U producenta wina.
        
        Kolejny dzień, Kolejne 300 kilometrów. Ze zbioru punktów postojowych wybieramy wioskę Pupillin, a dokładniej miejsce dla kamperów, zlokalizowane  obok producenta wina. N 46.88083  E 05.75611. Miejsce darmowe, bo i win jakoś nie widziałem w miejscowym sklepie. No tak, już po sezonie turystycznym.
Rzut oka na Arbois i ...... dalej na południe.
        
        Rano zjeżdżamy do pobliskiego miasteczka Arbois. Nooooo, przynajmniej tutaj jest na czym oko zaczepić. Spacer i mała sesja foto być musiała. No i woda źródlana, z dużej rury płynąca, zatankowana do kamperów. N 46.89980  E 05.77234.
        Po Francji poruszamy się poza płatnymi autostradami. Czyli średnio po 300 kilometrów dziennie nam wychodzi. 
Miejsce dla kamperów w Alba
        
        Kolejny postój, wytypowany z naszego zbioru, to miasteczko Alba-la-Romaine. N 44.55333  E 04.59750. Stoi tu już z 10 francuskich kamperów. Nie dziwi nas to, bo po drodze widzimy sporo takich pojazdów. Z nudów pokusiliśmy się o badania statystyczne i wyszło nam, że co ósmy mijany pojazd to kamper. Dobry mają wynik, jak na koniec października. Na placu postojowym jest tablica. Opłata 4 EUR pobierana przez jakiegoś, z imienia i nazwiska zapodanego człowieka z tutejszego urzędu gminy. Francuzi mówią spokojnie, tu nikt opłaty nie zbiera. Robimy więc full serwis, nabieramy wody i wczesnym porankiem, około godziny 11.00, jak co dzień ruszamy dalej.
Lepiej kukać na znak "bis" niż na GPS.
        Nasza nawigacja samochodowa (Sygic w telefonach z androidem) skompilowała się z oznaczeniem bezpłatnej trasy na południe Francji. Wygląda to jak na zdjęciu obok – żółty kierunkowskaz z oznaczeniem „Bis”. Wtedy łatwo i przyjemnie dojedziemy do Hiszpanii. Jeszcze łatwiej i przyjemniej w weekendy, kiedy to ruch tirów praktycznie zamiera, a wiadomo, ze szczególnie kierowcy wielkich ciężarówek z Europy wschodniej lubią zaoszczędzić te 100 EUR na opłatach autostradowych i śmigają po wioskach, miasteczkach i setkach rond wszelakich. Gdyby dodatkowo, ktoś z karawaningowców planujących wyjazd na Półwysep Pirenejski, chciał dokładniej zaplanować swoją drogę dojazdową, to może wrzucić sobie do wyszukiwarki nazwę drogi „portugalka” w żargonie kierowców tirów tak nazwaną. Znajdzie tam całe opisy „najmądrzejszego” dojazdu w ten region Europy.
Nasz plaża w Sitges.



                Potem już Hiszpania i miasteczko Sitges. Gdzieś tu można stanąć za kilkueurową opłatą, ale my jedziemy za poradą napotkanej „hippiski”, na plażę i stajemy free w miejscu N 41.22361  E 01.77639. Są tu i inne kampery. Są biegi terenowe. Są kąpiele w ciepłym morzu. Są wieczory przy winie i pogaduchach o Afryce, której tak bardzo ciekawi są nasi współtowarzysze podróży. Jest też jeden minus tego uroczego miejsca. Co kilkanaście minut, całe szczęście, że tylko w ciągu dnia, przejeżdża w pobliżu, a raczej pędzi po torach pociąg osobowy. Nam to nie specjalnie przeszkadzało i spędziliśmy tu 2 dni.      
Palmy na plaży w Burriano.
        
        Kolejne trzy setki kilometrów padły do miejscowości Burriano. Jest tu, nad morzem, tylko jedno miejsce wyznaczone na postój kamperów. N 39.86414  E 00.06751 Stoi tu kilku Holendrów i Francuzów. Dziwi mnie, że nikt z pytanych do tej pory kamperowców, nie mówi o podróży nawet do Maroka! Wszyscy deklarują południową Hiszpanię i Portugalię na zimowisko. Taki strach ogarnął karawaningowy światek?
           
Lorqui i chmary much.
        Miasteczko Lorqui. Na przedmieściach Murcji. Stajemy na bezpłatnym SP z pełnym serwisem dla kamperów – zrzuty i tankowanie wody. N 38.07908  E 01.25940 Miejsce spokojne, oświetlone, obok mała parkowa restauracja z WiFi (kawa 1 EUR). Jest też bezpłatne WC. Samo miasteczko niczego praktycznie nie oferuje dla turystów, ale przynajmniej chcą, abyś się tu wędrowcu zatrzymał choć na jedną noc. 
Sieć stacji z wodą.
        
        Teraz będzie trochę teorii. We Francji tankujemy obecnie diesel po jeden kilkanaście EUR. W Hiszpanii jest taniej niż …………. w Polsce, po dobrych zmianach politycznych. Jak zjedziemy z autostrady, to zatankujemy w cenie poniżej 1 EUR za litr. Jak już o autostradach mowa, to nie wszystkie hiszpańskie są płatne. Zapłacimy tylko za jazdę po autostradach oznaczonych na mapie literkami: AP. Czyli na AP-3 zapłacimy, a za A-3, albo inne E-15 już nie. Barcelonę radzimy „brać od góry”, nie od morza. Generalnie wszystkie duże, hiszpańskie miasta mają bezpłatne obwodnice. Poniżej Barcelony, jeżeli jedziemy dalej na południe, możemy już rozkoszować się jazdą bezpłatnymi autostradami. Aż na sam koniec półwyspu Iberyjskiego. Zauważyliśmy, że na stacjach paliw sieci Repsol (przynajmniej na kilku, na których się zatrzymaliśmy) można zatankować wodę do kampera. Stoi tam zawsze sporo dużych ciężarówek.
        I tak oto, po 11 dniach i przejechaniu ponad 3300 kilometrów, zatrzymaliśmy się na plaży miasteczka Motril. Stoją tu już kampery francuskie i angielskie. Ja biegnę sobie, w ramach zajęć gimnastycznych dla 
młodzieży trzeciego wieku, do portu, gdzie prowadzą tablice z napisami „prom”. Są tu kasy biletowe. Gdzie płyną promy? Są trzy nowe linie promowe, które obsługują praktycznie wszystkie marokańskie porty. Ceny? Totalna promocja i warunki lepsze niż w oddalonym o 250 kilometrów Algeciras. Za 178 EUR bilet dla dwóch osób + kamper do Tanger Med. i z powrotem. Bilet na powrót, to tak zwany „open” ważny przez 1 rok.
Motril. Czekamy na cdn.
No to klamka zapadła. Tutaj, na tak zwanym Costal Tropical, najbardziej ciepłym, bo osłoniętym od północy górami Sierra Nevada, części wybrzeża hiszpańskiego,  będziemy czekać na trzecią załogę, która dojedzie za dni kilka z Łodzi.
        Jak by ktoś chciał spędzić tutaj więcej czasu, powiedzmy na campingu, przez minimum 30 dni, to zapłaci po 11.90 EUR za dobę. Z prądem, WiFi i innymi dogodnościami życia kempingowego.
        
        Tymczasem ja kończę swoją radosną twórczość „blogoopisarza”. Temperatura w kamperze 27 stopni, na zewnątrz jest chłodniej. O jeden stopień. Więc czas na morską kąpiel, bo morze tak radośnie szumi ……..  J

5 komentarzy:

  1. Pozdrawiamy wszystkich i trzymamy kciuki za udaną wyprawę. Jak na razie nasz kamper zimuje w ogrodzie i tez czeka na swoją wielką przygodę. Będziemy z przyjemnością śledzić waszego bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo Wam kibicujemy, jeżeli Wam się uda to może my też w przyszłym roku pojedziemy przetartym przez Was szlakiem. W Maroku byliśmy jakiś czas temu. Naszą podróż odbyliśmy nie kamperem, tylko wypożyczonym samochodem. Opisaliśmy ją na blogu: www.podrozeliliijurka.blogspot.com Nie ma w nim porad dla kamperowców ale jest trochę wiadomości i wiele zdjęć. Może Was do czegoś zainspiruje? Wszystkie opisane przez nas miejsca są godne zobaczenia, nie byliśmy na pustyni i plaży Legzira (tego najbardziej żałujemy, bo najsmuklejszy łuk w tym roku się zawalił).
    Trzymamy za Was kciuki, będziemy śledzić Waszą podróż. Piszcie jak najczęściej.
    Pozdrawiamy
    Lila i Jurek

    PS.
    Pozdrowienia od kamperowców z Bielska - Agnieszki i Marka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy za miłe słowa. Z Waszym blogiem zapoznamy się, choć Maroko traktujemy tylko tranzytowo. Już tutaj byliśmy. Jazda zacznie się od Mali. Przesyłamy ukłony dla wiadomego Doktorstwa :-)

      Usuń

Szukaj na blogu