piątek, 2 grudnia 2016

Afrykańska odyseja - 02 (pierwszy miesiąc w Maroko)

       Z Polski dojechał Czarek, ze swoją żoną Małgorzatą el Grey. Małgorzata pochodzi ze szlacheckiego rodu, o czym świadczy przydomek. Oboje są też emerytami, czyli pasują do karawany. W dniu 9 listopada wjeżdżamy do portu promowego. Kontrola Hiszpanów bardzo pobieżna. Na prom wsiadamy o godzinie 16.00. Nie muszę chyba dodawać, że jesteśmy jedynymi turystami. Do tego kilkudziesięciu Marokańczyków i ...... polski kapitan promu. Tak wynika z licencji zawieszonej obok promowej recepcji. Na promie, jak przystało na promocyjny rejs jest darmowa sieć wifi. Prom płynie po wodach terytorialnych Hiszpanii. Dopiero na ostatnim odcinku pokonuje cieśninę gibraltarską. W czasie rejsu wszystko idzie normalnie. Jak 4 lata temu. W czasie kupowania biletów promowych dostajemy mały, biały kartonik - wniosek wizowy, który wypełniamy, jak już opisywałem na tym blogu 4 lata temu. Potem jest informacja płynąca z głośników promowych, ze marokański policjant graniczny oczekuje na pasażerów tu i tu. Idziemy z paszportami i wypełnionymi karteczkami. Jako cel podróży wpisujemy najdalszy punkt, w naszym przypadku jest to miasto Dakhla. Pieczątka do paszportu i numer ewidencyjny, którym zostaliśmy "oznakowani" dla potrzeb marokańskich służ.
Parking free w porcie Tanger Med.
Ten numer, tak jak przed laty, wpisujemy do deklaracji wizowej, na wwóz samochodu (kampera) do tego kraju. Tanger Med. cumujemy około pierwszej w nocy. Po wyjeździe z promu, kierujemy się za strzałkami (exit) lub znakami dawanymi przez służby portowe, do wyjazdu. Jest to ładnych kilkaset metrów. Do punktu odprawy celnej. Idziemy do budki po deklarację celną. Wypełniamy ją i czekamy na podejście celnika. Celnik podchodzi 2-3 razy, z pytaniem czy już wypisali? Potem zbiera wypełnione "kwity", podbija pieczątką, dwa egzemplarze oddaje. Odchodzi. Wraca po 15 minutach i pyta: dlaczego jeszcze nie wyjechali, na co czekają? Ot, cała odprawa celna.
        Jedziemy jeszcze kawałek i bez opuszczania portu, zatrzymujemy się na dużym parkingu przy bankomatach i kasach biletowych. Spanko. N 35.87127  W 05.51959.
        Rano pobieramy miejscowe dirhamy z bankomatów. Dla ułatwienia - 1 DH = 1/2 złotego.
I po śniadaniu w drogę.
Na południe. Przez Góry Rif.
Suk w Tetouan.
     
        W Tetouan pierwszy punkt trasy. Wydaje mi się, że to dobre miejsce do pierwszego spotkania z Marokiem. Wjeżdżamy do centrum, do starego, dobrego miejsca dla kamperów, zlokalizowanego na parkingu, przy murach medyny. Wszędzie blisko. N 35.57221  W 05.37343 Jeśli ktoś ma wpisane, lub zna to miejsce - to może je śmiało wykreślić. Na miejscu "kultowego" parkingu jest jakiś skwer spacerowy? Jak by to nie nazwał i kogo by nie pytał, to nie wiadomo, gdzie obecnie w Tetouan można zatrzymać się kamperem? Wyjeżdżamy z wąskich uliczek przy medynie. Waldi mocno przejęty manewrowaniem kamperem pomiędzy ludźmi i straganami. Stajemy kilkaset metrów dalej, przy ulicy. Organizuję zbiórkę do zwiedzenie miasta i medyny.
I tu szok. Waldi mówi, ze nie będzie nic zwiedzał, bo nie interesuje go Maroko. Przyjechał tu po ciepełko. Czarek z Gosią już w Maroko byli w tym roku i 20 tysięcy kilometrów po tym kraju zrobili. Czyli też nie jest im ten kraj dziwny. Poczułem ból w pięcie. Przejmujący ból, który promieniował aż do mojej głowy. Niczym po samobójczym strzale w nogę. Mogłem wcześniej zapytać, ale do głowy mi nie przyszło takie pytanie. Czyli sprawa jasna i musimy uszanować wybór Waldiego i Bibi. Choć prawdę mówiąc, to nie takich już kompanów, w kamperowych podróżach mieliśmy. Na przykład jedna pani wyjeżdżała kamperem na południe tylko po to, by zażywać kąpieli słonecznych i uprawiać lans na plażach morskich. Dobry motyw? Dobry. W tym miejscu zostawiam sobie temat do głębszej analizy, na łamach książki - jakimi ideami kierują się ludzie wyruszający ze swojego domu?
Tymczasem jesteśmy w Maroko i po rozmowie z Czarkiem dochodzimy do wniosku, że pozostawiamy z boku atrakcje turystyczne Fezu, Marrakeszu czy też innej Casablacy, które już znamy. Zaplanujemy jazdę po miejscach, gdzie jeszcze nie byliśmy. Tylko do cholery, szkoda nam tego półtora miesiąca czasu! Mogliśmy się skierować bezpośrednio na Mauretanię i dalej. Tam zaplanować święta i zyskać czas, do dokładniejszego poznania nowych dla nas krajów. Tymczasem Boże Narodzenie zaplanowane jest w Dakhli, tu dotrą niektórzy członkowie rodzin, bilety zakupione itp. Nic to, jakoś to będzie. Wyruszyliśmy w 3 kampery i mamy nadzieję w takim samym składzie zakończyć naszą odyseję. Bez względu na cele, jakie poszczególnym załogą przyświecają. Amen.
        Na pierwszy plan wychodzi teraz sprawa łączności. Idziemy do salonu Maroc Telecom po startery telefoniczne. Dajemy paszporty do spisania danych i za 30 DH dostajemy kartę z 30 minutami na rozmowy + 300 MB internetu. Dokupujemy na miejscu, za 100 DH pakiet 10 GB internetu. Karta i internet ważne są przez 30 dni. Powinno wystarczyć. Pan instaluje karty w naszych telefonach i aktywuje je.
        To teraz czas na krótki spacer po medynie. Przypominamy sobie pierwszą naszą wizytę w Maroku i pamiętamy, że właśnie tu w Tetouan, a nie w turystycznym Fezie, czy Rabacie, zrobiła na nas duże wrażenie medyna i suk.
Nasz SP obok Tamudy.
Wejście na teren Tamuda. 
     
        Teraz trzeba poszukać miejsca na nocleg. Znalazło się coś fajnego na przedmieściach miasta. Tuz obok wykopalisk starożytnego miasta Tamuda. Niby uliczka, ale ślepa, oświetlona i z małym placem na końcu. N 35.55895  W 05.40875 Tuż obok jest wejście na teren wykopalisk, które nie są wymienione chyba w żadnym przewodniku po Maroku? Wyskoczyłem tam z rana. N 35.55793  W 05.41102 Wstęp 10 DH, czyli normalnie jak na ten kraj. Ciekawe spojrzenie na zabytkowe ruiny z epoki Maurów, a obok cesarstwa rzymskiego. Wiadomo, nie "od zawsze" gospodarzami byli tu Arabowie.    
Gdzieś w górach Rif. Stolicy narkobiznesu.
     
        Kierunki naszej dalszej jazdy są teraz bardzo spontaniczne. Jedziemy na południe, ale opuszczamy Chefchaouen, skoro nie ma nim zainteresowania. Postanawiamy stawać na noc w sposób bardzo spontaniczny i niekonwencjonalny. W końcu są to 3 kampery i jeden, wyglądający na bardzo groźnego, pies Milo. To jest jeden niezaprzeczalny plus podróżowania w grupie. Możemy sobie pozwolić na więcej niż pojedynczy kamper. Możemy miło i wesoło spędzać wieczory. Ale wszystko ma swoją cenę.
Jedni idą na obiad. Inni pilnują.
        W tym przypadku jest to ustępstwo, tolerancja i wzajemne zaufanie. Dlatego możemy sobie pozwolić na zatrzymanie się na małym placyku, obok ruin wioski z meczetem, z interesującym widokiem na góry Rif. N 35.34404  W 05.37499. Rano jest czas na spacer i małe sesje foto. Zawsze ktoś jest obok kamperów, nie wszyscy mają podobne upodobania. CO do upodobań. Trzeba pamiętać o jednej, naturalnej dla wytrwałych podróżników rzeczy. Posiłki jadamy w miejscach, gdzie siedzą miejscowi. Nie patrzymy na ładne obrusy na stołach. Na wolne miejsca na sali. Na naganiaczy, którzy prawie siłą chcą nas zaciągnąć do tego czy innego lokalu dla turystów. Od takich uciekamy daleko! O tej prawdzie przekonała się część naszej ekipy, już w drugim dniu podróży po Maroku. Niektórzy mówili, że już nic nie zjedzą na mieście. Zapewne przejdzie im to, jak przejdą dolegliwości żołądkowe. Samo życie, a podróżowania trzeba się uczyć jak każdej innej działalności człowieka. No i najlepiej uczyć sie na błędach innych, niż zdobywać doświadczenie na sobie.
Gdzieś na spółdzielczych polach.

        Kolejny nocleg fundujemy sobie już prawie o zmroku. Kilometr od głównej drogi, na polach miejscowej spółdzielni rolniczej N 34.44678  W 06.42778 Podaje je jako przykład możliwości, niż wskazówkę do zatrzymania się kamperem. Dodatkowy plus takiego miejsca to fakt, że miejscowi ludzie, a szczególnie dzieci, od wieków nie widziały żadnego białego turysty (czytaj francuskiego kamperowca), który rozdaje prezenty "jak leci". Miód na serce, gdy nie trzeba opędzać się od natrętów, choć obok przechodzi lub pasie stada trzody wiele osób.
Stoimy pod murem ambasady Mauretanii.
     
        Teraz czas na sprawy poważne. Kolejnego dnia na moment "wpadamy" do Kenitry. Na zakupy. Na suk. Potem do Rabatu. Do ambasady Mauretanii. Po wizy wjazdowe. Przyjeżdżamy wieczorem i parkujemy kampery na sąsiedniej uliczce. Dookoła same zakazy zatrzymywania się i postoju. Wiadomo - dzielnica placówek dyplomatycznych. Wnioski wizowe przyjmowane są od godziny 9.00. Stajemy pół godziny wcześniej. Jako pierwsi. Choć zbyteczna ta ostrożność, bo w kolejce jest zaledwie kilka osób. Gdzie te tłumy z przed 4 lat? Jesteśmy dobrze przygotowani do złożenia wniosków. były one wydrukowane już w Polsce. Dokładnie wypełnione. Imię i nazwisko współmałżonka, jego stan cywilny, ilość dzieci i tym podobne bzdury. Zdjęcie przyklejone. Pieniądze z bankomatu pobrane. Marokańskie dirhamy, bo lepiej przelicznik za wizę wygląda. Sama wiza kosztuje 120 EUR! Chyba najwięcej na świecie. Sprawdzaliśmy to wcześniej w wielu źródłach. Łącznie z ambasadą Mauretanii w Berlinie. Trudno. Inaczej drogą lądową do Afryki Zachodniej nie wjedziemy. Dzięki temu, że w tej części Afryki, Amerykanie nie wprowadzili jeszcze "demokracji", zagrożenie atakiem terrorystycznym w Maroku i Mauretanii (główne szlaki) jest na stosunkowo niskim poziomie. Trzeba z tego korzystać i dlatego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Już przed godziną 9.00 Czarek i oba Waldki są wzywani przed oblicze jakiegoś konsula wizowego. Rozmowa jest krótka ....... 145 EUR na stół. Od osoby. Żadnych pytań i sugestii, że w Berlinie, że inni miesiąc temu, że coś tam..... Po kilku minutach całą trójka wychodzi z ambasady z delikatnym śladem piany na ustach. Bez wiz oczywiście. Po krótkiej naradzie jest decyzja. Będziemy jechać na granicę i tam kombinować wizy wjazdowe, tranzytowe, czy jak je tam zwał. Wtopiliśmy już tyle pieniędzy i przygotowań w ten wyjazd i nie chcemy się wycofywać. Taka determinacja dobrze wróży na przyszłość.
Plaża Skhirat-Temara.

        Mamy więc półtora miesiąca czasu na włóczęgę po Maroku. Jedziemy na południe i testujemy jeden z namiarów na postój nad oceanem, który uzyskaliśmy od innych kamperowców. N 33.83026  W 07.12432 Wygląda ciekawie. Z dala od drogi. Od wody oddzieleni wydmą. na pobliskiej budowie jest szansa na zatankowanie wody. Czego chcieć innego. No może tylko tyle, by nie wpaść komuś w oko. Po jednym noclegu, a planowaliśmy ich w tym miejscu kilka, przyjechał na motorowerze jakiś cywil i powiedział, że tu nie możemy nocować. Zbyliśmy go gestem i słowem, bo wiadomo, że w Maroku podobnych mu naciągaczy spotkamy wielu. W tym czasie nieśpiesznie degustowaliśmy sobie już od dłuższego czasu czerwone wino. Jednak to był jakiś denuncjator, którego a na własny użytek nazwaliśmy go "ormowcem". Dlaczego? Bo po niespełna godzinie zjawił się wraz z radiowozem policyjnym! Pan policjant w języku angielskim wytłumaczył nam i nalegał, aby jechać za nimi do bardziej bezpiecznego miejsca, którym miała się okazać najbliższa stacja benzynowa. Na nasze stwierdzenie, że każdy jest już pod widocznym wpływem alkoholu, powiedziano nam,że to nie problem. I tak to, w kolumnie pojazdów, gdzie na początku poruszał się radiowóz na sygnale, a na końcu "ormowiec" na motorowerze - dojechaliśmy na parking stacji benzynowej.Miejsce urokliwe, cena paliwa interesująca (około 8.7 DH za litr), tylko, że stoimy kilka metrów od drogi Rabat - Casablanca. Porażka. Czyli prawdą jest, że postoje w znanych i uznanych przez kamperowców miejscach mogą być nieaktualne. Czyli trzeba znikać gdzieś w głąb kraju.
Marokański kamper.

        Wybraliśmy sobie za cel wodospady Ouzoud. Tam jeszcze nie byliśmy, a jest to atrakcja turystyczna Maroka. Jedziemy sobie nieśpiesznie. Często stajemy, albo na sesje foto, albo na odpoczynek - kierowani troską o kondycję i zdrowie Waldiego. Powiedział, ze może jechać i 1000 kilometrów, ale co 50 prosi o krótką przerwę. Szanujemy to i tak czynimy. Późnym popołudniem kupujemy chleb (1 DH) w miasteczku El Gara.
El Gara i dziwy.
Spotykamy tam pierwszy marokański kamper. Z dziwnymi oknami i w czasie szpachlowania ścian, które fabrycznie były dość znanym "barankiem". Przez kilka lat budowano takie poszycia w kamperach i przyczepach kempingowych. Jednak Marokańczyk postanowił ściany kampera ..... wyrównać szpachlą. Ciekaw jestem jego wyglądu za lat kilka.


Nasz SP w ciekawym lasku El Gara.
     
        Zrobiło się już późno i dzięki Czarkowi znajdujemy fajne miejsce na dłuższy nawet postój. Na wzgórzu, nad miastem, w małym lesie, obok stadionu sportowego. Zapowiada się nie źle. Co najmniej na dni kilka. N 33.27437  W 07.22283 Jest czas i na spacery i na zakupy w miejscowych sklepikach. Sielanka. Nawet natręci są umiarkowanie natrętni, choć niektórzy z nas nie mogą zrozumieć, ze jak dasz coś jednemu osobnikowi, to z całą pewnością niedługo pojawią się kolejni. Jego krewni, znajomi, czy sąsiedzi, którzy będą pokazywali, że od tygodni nic w ustach nie mają, dzieci nie widziały zabawki w życiu, albo w szkole nie mają czym pisać i cierpi na tym ich wykształcenie. Wraz z Teresą, ze stoickim spokojem obserwujemy, jak nasi współtowarzysze podróży, starają sobie wyrobić jakiś system wartości i zasady wręczania prezentów lokalnym społecznościom. Każdy tu musi postępować według własnej wiedzy i sumienia. :-)
Szczęście jednak nie może wiecznie trwać. Drugiego dnia, późnym popołudniem Gosia poczuła się źle. Bóle wskazywały na wyrostek. Nie jest dobrze. Jesteśmy na głębokiej prowincji. Jakiś lekarz to musi zobaczyć. Czarek zabiera żonę kamperem do miejscowego ośrodka zdrowia (?)
Budynek polikliniki w Casablance.
Lekarz potwierdził możliwość zapalenia wyrostka i zasugerował kontakt ze szpitalem w Casablance. Czarek z Gosią i Teresą popędzili do "Casy" - to skrót od Casablancy. Z Waldkiem i Bibi zwinęliśmy majdan i pojechaliśmy już wieczorem za nimi. To jakieś 50-60 kilometrów. Gdy dojechaliśmy już do wskazanej polikliniki, Gosia była po USG i badaniach, które kosztowały łącznie 560 DH - płatne gotówką. Cena porównywalna z polskimi realiami, tylko jedno ale ...... Na rachunku widniała kwota 360 DH. Jednak za taką kwotę wyrostek został wykluczony, a lekarz zalecił dalszą podróż na południe. Nocujemy jednak obok polikliniki. Z sąsiedniego domu wychodzi jakiś człowiek. Pyta czy potrzebujemy jakiejś wody? Prądu. Dziękujemy. Teraz potrzebujemy tylko spokoju.
Settat i knajpka z internetem.

        Zmieniamy jednak nasze plany. Nic nie wyszło nam z wodospadami, Patrzymy na mapę, jaki inny cel wybrać? Może kazba Boulaouane? Wygląda ciekawie. Położona na odludziu. To i policja nas nie namierzy. Wszyscy aprobują plan i ruszamy w drogę. Na krótko zatrzymujemy się w mieście Settat. Jakieś drobne zakupy. Z Teresą drobne zwiedzanie i spacer sobie fundujemy. Czarek i Waldi pojechali szukać jakiegoś noclegu za miastem. Tutaj dopowiem, że od czasu naszej ostatniej wizyty w Maroku, czyli 4 lata temu, widać w tym kraju wyraźny postęp w zachowaniu czystości. Czy to za sprawą wycofywania z użycia torebek foliowych? Czy też innych zarządzeń władz? Widać efekt. Dla nas to szczególny kontrast, po naszym pobycie, w czasie ostatniej zimy w Tunezji. Brawo Maroko! I jeszcze jedna widoczna zmiana. W większości lokali, mamy bezpłatny dostęp do wifi. Potem dostajemy przez internet koordynaty miejsca, gdzie zatrzymali się nasi towarzysze podróży. Kilka kilometrów za Settat. Dojeżdżamy i oczom nie wierzę. To jakaś mała, rodzinna wioska marokańska. Co Oni wymyślili? Okazało się, że wszystko było planowe. Znaleźli miejsce obok wioski, w bezpiecznej odległości. Podszedł jednak do nich mężczyzna i kategorycznie zaprosił do zaparkowania między domami. Najpierw było niedowierzanie, że Marokańczycy coś chcą zrobić za darmo? Potem okazało się, że wioska składająca się z 14 domów, gdzie głową i szefem jest charyzmatyczny Kacem Lahrifi, przyjęła nas iście po królewsku. Koordynat nie zapodam, ale umieszczę kilka zdjęć z tego miłego spotkania.
Dawniej był tu posterunek francuski.

Kobiety wypiekały hobz (chleb) w feranie.
Patykiem oznacza swój wypiek.

Wieczorem był poczęstunek taginem.

Rankiem oczekiwał na nas Kacem z synami.

Czas na śniadanie w centrum wioski.

Kacem Lahrifi z żoną Fatimą.

... z synem i synową, przed swoim domem.

Pogaduszki po śniadaniu.

Kobiety stały w oddali, ale zerkały na nas.

Czas na zatankowanie wodą ze studni.

Pożegnania, wymiana kontaktów i dalej w drogę.

                                                                                     Jedziemy w kierunku Boulaouane,do starej kasby. Na mapie droga podrzędna. W realu. Nadrzędna. Sporo ciekawych motywów do fotografowania.
Ostatnie kilka kilometrów, to droga najniższej kategorii,
choć jak widać przejechać spokojnie można,
a i otoczenie coraz ciekawsze.
                                                                                           W końcu docieramy do celu. trzystuletniej kasby Mulaj Ismaila N 32.85667  W 08.02000. Za postój przy murach obronnych i wstęp do kasby, a właściwie jej ruin, zapłacimy 20 DH od kampera. My staliśmy za tą cenę przez 2 noce.



        Kasba została wybudowana w uroczym miejscu, na wzgórzu, w zakolu Wadi Umm ar-Rabi, przy której rosną gaje pomarańczowe.

        Kilkaset metrów poniżej kasby jest również dogodne miejsce do zatrzymania się, gdzie zrobiliśmy pierwsze duże pranie.

        Potem dwa dni "nicnierobienia".

        Jest czas na obserwację miejscowej ludności. Przenoszenie na kartę pamięci aparatu kolorów otaczającej nas natury.

       Próba rozmowy z miejscowym właścicielem 3000 ha ziemi i sadów pomarańczowych. Żona tego konserwatywnego Marokańczyka nie wyszła z kampera. On sam prosił, aby jego nie fotografować. Kampera można było.

        Spacer po okolicy. W pobliskiej osadzie odnajdujemy cmentarz muzułmański.

        Na cmentarzu jest część przeznaczona na nowe groby. Przed rozgrzebaniem ich przez zwierzęta chronią je sterty suchych gałęzi.

      Po trzech dniach ruszamy dalej. W miasteczku Sidi Bennour robimy zakupu na suku, chleb u miłych piekarzy, a potem zajadam się elewe. Miseczka maślanki z wkładem (do wyboru) kuskusa, ryżu, albo kaszy. Cena 2, 3 lub 4 DH. Po każdym kliencie miseczka i łyżka płukana jest w wiaderku z wodą. Wróżono mi po tym posiłku, totalny atak flory bakteryjnej na mój układ pokarmowy. Okazało się to nieprawdą. Elewe było pyszne i będę jeszcze na niego polował. Jedynym odstępstwem od zachowania innych klientów, jakie zrobiłem po jedzeniu, to nie wytarcie ust i rąk ręcznikiem widocznym na zdjęciu. Uznałem to, za zbyt bliskie spoufalanie się z miejscowym środowiskiem. Czuł bym się, jak w czasie pocałunku z całym miasteczkiem.
     
        Kolejny nocleg, wypadł nam w porowym miasteczku Souira Kedima. To taka letniskowa miejscowość z plażową promenadą, pustymi, poza sezonem domkami, jakimś odbudowanym zabytkiem. Kilka francuskich kamperów stało przy plaży N 32.04015  W 09.34167 Jest to miejsce płatne w sezonie 30 DH. Poza sezonem nie wiem. Zrezygnowaliśmy z zatrzymania się w tym miejscu ze względu na silny wiatr, który wiał od strony morza. Doświadczeni włóczędzy wiedzą, czym to grozi? Rozpylona woda morska może być gnana w głąb lądu, nawet na 200-300 metrów. Po kilku miesiącach zdziwienie. Ale ta fabryka kamperów stosuje części metalowe. Wszystko rdzewieje. Dlatego schowaliśmy się na małym placyku, między domami. N 32.04719  W 09.33780. Miejsce było oświetlone i spokojne. Jak na foto.
Zabudowania portowe w nocnej scenerii.

        Wieczorem znalazłem chwilę czasu na samotny spacer po rybackim porcie i zaułkach portowych. Razem z kotami i kilkoma rybakami, którzy w świetle żarówek zawieszonych na drucie, dopijali swoje kolejne herbaty i zapewne rozmawiali o swojej pracy.





      Na chwilę wjechaliśmy na dość popularny, wśród kamperowców, plac postojowy w małej wiosce Moulay Bouzarqtoune N 31.64258  W 09.67656 Nie było tu żadnego kampera. Pogoda? Jeszcze nie sezon? Jednak wystarczyło kilka minut, aby pojawili się sprzedawcy czapek wełnianych, którzy gestem tłumaczyli, że nie mają co jeść i jak nic nie kupimy, to zapewne pomrą jak muchy. O żadnym handlu wymiennym nie było mowy. Cena wywoławcza 30 DH. Czarek stargował ją i kupił czapeczkę jako kadu dla Pana Waldka za 10 DH. Jak już wyjeżdżaliśmy młody sprzedawca krzyczał za mną, abym sobie kupił jeszcze jedną za 8 DH. Myślę, ze za 6-7 by ją sprzedał. Nie kupiłem. Kolorystyka nie była w moim guście.
     
        Późnym popołudniem zaczynamy szukać miejsca na nocleg. Coś na dziko. Leaderem w takich działaniach jest Czarek. Musi jednak zachować czujność. Wszędzie teren jest podmokły. Od kilku dni padają przelotne deszcze. Od dawna oczekiwane w Maroku.
Czarek zjeżdża w drogę gruntową. W czasie manewrów kamperem grzęźnie tylne koło. Dojechaliśmy i kilka silnych rąk wypycha kampera bez problemu. Musimy pamiętać, że wszystkie 3 kampery są mocno doładowane. No dobra, powiem prawdę. Mocno przeładowane, a to skutkuje innymi parametrami jezdnymi w terenie. Musimy o tym pamiętać na przyszłość.

                Nie ryzykujemy dalszego penetrowania dróg gruntowych. Jedziemy dalej i stajemy dopiero na boisku sportowym w miejscowości Smimou. Takie tam tranzytowe miejsce. Bez udogodnień. N 32.21732  W 09.70784. Kręci się wokół nas kilka osób. Pastuchów, dzieci. Ktoś z nich zapewne donosi i o zmroku pojawia się policja. Chcą nas przenieść do miasteczka. Jednak po chwili stwierdzają, ze mamy groźnego psa i pozwalają zostać na jedną noc. Brawo Milo! Wprawdzie jesteś taki groźny jak ja, ale za to wygląd twój wzbudza pełen szacunek otoczenia.

        Teraz czas pokazać kozy ze Smimou i ich trzy techniki zajadania się owocami z drzewa arganowego.
Technika pierwsza. Wchodzę na drzewo sama
lub objadam się stojąc na tylnych nogach.

Technika druga. Podnosi mnie właścicielka.

Technika trzecia. Karmi mnie fotograf.

        Dzień kolejny. Jedziemy dalej na południe Maroka. Za ciepełkiem, aby spełniły się marzenia Waldka. W miasteczku Tamaran przystajemy, aby zakupić trochę oliwek, których zapas mi się kończy. Wierni czytelnicy bloga zapewne zauważyli, że od czasu, gdy zakosztowałem na Krecie diety śródziemnomorskiej, nie wyobrażam sobie posiłków bez oliwek, oliwy z nich, a w czasie południowych podróży - szklaneczki czerwonego wina. Jednak w Tamaran suk (po naszemu targ) przedzielony jest korytem rzeczki, którą normalnie nic nie płynie. Tym razem płynie i trzeba było się przeprawić na drugi brzeg. Bibi stwierdziła, ze jeszcze takich zakupów w życiu nie robiła i pozostała na prawym brzegu.

        Czas na Agadir. Tu kończy się to "stare" Maroko, a zaczyna się powoli jego nowa część - Saharą Zachodnią zwana. Nie wnikamy w argumenty polityczne, czy też historyczne - jednej, czy drugiej strony. Do Agadiru docierają masowo turyści. Jest to najbardziej słoneczne miasto  tym kraju. Dojeżdżają tu masowo kamperami Francuzi czy też Niemcy, a i Włoch czy też Anglik też się trafi. Agadir to dla wielu granica, za którą niebezpiecznie, dalej na południe się zapuszczać. Mają na to szereg swoich argumentów. Należy ich zrozumieć i podziwiać, bo przecież na południu Hiszpanii spotykaliśmy kampery z Francji, którym nawet na myśl nie przychodziło przeprawić się do Afryki. Mieli swoje argumenty. Wszyscy Araby to terroryści! Rodzi się tu pytanie. Czy wszyscy Francuzi to debile? My jednak jesteśmy w Agadirze. Z Teresą idziemy do portu rybackiego.

        Pozostała część ekipy albo nie gustuje w owocach morza, albo ma ciągle złe wspomnienia z pierwszego publicznego jedzenia w Maroko. Zaglądamy na stoiska z rybami. Nie wszystkie wyglądają na świeże. Ceny są ustalone "pod Francuza". Poczekamy z zakupami na mniejsze porty południowego Maroka. W porcie jest też kilkanaście stoisk, z możliwością zamówienia czegoś z morza. Prawie na siłę ciągnie nas w jedno miejsce jakiś "przewodnik", który przed wejściem do portu nas przechwycił. Nie słuchamy jego głośnych krzyków i zapewne argumentów, gdzie powinniśmy siadać. Wybieramy stół, gdzie jest najmniej miejsca i siedzą przy nim lokersi.
Tu musi być dobrze i tanio. Smacznie i wcale nie drogo było. Za zestaw jak na zdjęciu, plus pieczywo w dowolnej ilości zapłaciliśmy 60 DH. Dwie osoby pojadły dwoma gatunkami ryb (sola i jeszcze coś), krewetkami i kalmarami. Do tego marokańska herbata za 10 DH. Normalna orgia smaków. Jak by ktoś nie wiedział gdzie gdzie, to - N 30.42631  W 09.61964. Druga "sprawa agadirska", to miejsce postojowe. Jest tu kilka kempingów. Przykładowo, na takim kempigu miejskim, zapłacimy za kampera, 2 osoby, wodę, prąd kwotę 100 DH za dobę. Można przeżyć. Jednak my wybraliśmy mały placyk na przedmieściach. Wieczorem zjawił się zwyczajowo miejscowy "ormowiec", który powiedział, że nie możemy tu stać, a jak zasugerowaliśmy mu szybkie oddalenie się, gdyż zakłóca nam wieczorne spożywanie zwyczajowej lampki wina, to doniósł na nas na policję, która po pół godzinie przyjechała służbowym skuterem i odholowała nas w kolumnie, do centrum miasta, gdzie mogliśmy stanąć przy krawężniku za 20 DH. Zaśmialiśmy się w twarz parkingowemu (zwyczajowo płaci się im 1-2 DH) i stanęliśmy za rogiem, bezpłatnie, przy ogrodzeniu jakichś służb policyjnych (?) N 30.42524  W 09.60681.
Trzecia "agadirska sprawa". Ostatnie wielkie zakupy, przed wyruszeniem na południe. Kiedyś był to ostatni Marjane. Dalej była pustynia i małe sklepiki. Teraz jest inaczej. Jakieś Carrefoury pojawiają się na terenie Sahary Zachodniej Ale to już historia. W Agadirze jest wielka hurtownia artykułów (nie tylko spożywczych), w której ceny są jeszcze lepsze niż w Marjane. Nazywa się Atacadao i mieści w N 30.38888  W 09.51295 Wynalazł ją Czarek. Polecamy. Spędziliśmy tam kilka godzin. No i alkohol można też tam kupić. Butelka dobrego marokańskiego wina czerwonego za 43.50 DH. Ryby w puszce po 3 - 4 DH, jogurt w woreczkach po 1.80 DH itp. Jak by tego było mało, to jest tu stacja benzynowa (8.74 DH za litr gazoilu) gdzie możemy zatankować wodę do kampera.
        Zakupy zrobione, woda i paliwo zatankowane. Kierunek? Na południe trochę za wcześnie. Może zrobimy Antyatlas (pasmo górskie)? Jest tam jedno ciekawe miasteczko. Tafraoute się zowie i jest stolicą berberyjskiego plemienia Ameln. Można jeszcze dodać, że wytwarza się tam skórzane obuwie, tak zwane babusze.
Czas na Antyatlas.
Mam już takie dwie pary i od 4 lat służą mi znakomicie. Może dokupimy kolejne? No i miejsca do kamperowania tam nie brakuje. Nikogo nie dziwią dziesiątki kamperów stojące w daktylowych gajach, które otaczają to miasto. Drogi do Tafraoute prowadzą przez widokowe rejony Antyatlasu. O jednym tylko zapomnieliśmy. Miasto położone jest na wysokości ponad 1000 metrów npm, a prawa fizyki są nieubłagane. Temperatura spada o 0,6 - 0.7 stopnia na każde 100 metrów wysokości. Czyli uciekaliśmy od deszczu i wiatru, ale w zamian mieliśmy o 7 stopni chłodniej niż nad oceanem. Co ciekawego jest w samym mieście i okolicy, opisałem już w poprzednim opisie naszej podróży "Śladami Maurów". Teraz tylko kilka zdjęć z tego interesującego rejonu Maroka.
To szlak kamperowców, czyli nie brakuje tu
rozpuszczonych dzieci biegających za prezentami.

Droga wije się pod górę. I tak przez
kilkadziesiąt kilometrów.

Osada Tioulit jest już we francuskich rękach
i wstęp do niej zakazany.

Antyatlas o zachodzie słońca.

W olbrzymim gaju stoimy sami.

Czasami nazbieramy sobie trochę daktyli.

Czasami zagramy w darta albo bule.

Rankiem strzelimy zdjęcie z przed kampera.

Wieczorem popatrzymy na tęczę.

Zjemy kilka miejscowych pączków związanych trawą.

Popatrzymy jak berberyjki pestki arganu rozbijają.

Z Salim Elhoucinem zrobimy jakiś interes.

Kupimy trochę butów po długim targowaniu się,
na kartce papieru, o każdego dirhama.

W piekarni, gdzie pieką berberyjski chleb (?)

Piekarz Hamoe nauczy mnie sztuki piekarniczej

, a efekty tego będą po 10 minutach,
z pozostałościami drobnych kamieni,
którymi piec jest wyłożony.
     
        Po kilku dniach zjeżdżamy jednak w kierunku oceanu, a dokładnie Tiznitu. Brakuje nam tych kilku stopni ciepła. Pogoda też płata figle. Trochę pada, noce są zimne. Droga z Tafraoute do Tiznit jest nie mniej urokliwa, od tej z Agadiru. Po drodze jest co najmniej kilka miejsc, gdzie możemy zatankować wodę do kamperów. Przykładowo: N 29.64219  W 09.08133.  N 29.58461  W 09.16867.
Jeszcze inne N 29.58091  W 09.18562 itd. itd wzdłuż całej drogi. Aż do podnóża Antyatlasu.
Wioska Assaka. Dziwna i tajemnicza.
Jak już zjechaliśmy z gór, to postanowiliśmy znaleźć jakieś fajne miejsce, jeszcze przed Tiznitem. Tak dla wygrzania starych kości. Wysłaliśmy na zwiady Czarka, a ten bezbłędnie namierzył plac, w centrum małej wioski, 2 kilometry od drogi do Tiznitu. Wioska nazywała się Assaka i była ......  dziwna! N 29.70192  W 09.51027 Dlaczego? Po raz pierwszy zauważyliśmy, ze dorośli nas unikali, a można nawet powiedzieć, że przed nami uciekali. Przynajmniej w pierwszym dniu. Wszystkie domy były imponujących rozmiarów, z wysokimi na 4 metry murami. W wiosce panowała cisza, żadnych odgłosów zwierząt, czy dzieci. Trzeba było się dobrze przyjrzeć, aby zobaczyć, ze ktoś tu mieszka. Czyżby tu mieszkali członkowie berberyjskiego plemienia Bakala?
CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu