piątek, 17 marca 2017

Afrykańska odyseja - 07 Niger

NIGER (wymawiamy nidże)


        Nowy kraj. Praktycznie nie mamy na jego temat aktualnych informacji. Z wyjątkiem ostrzeżeń o zagrożeniach terrorystycznych. Stolica i okolice są ok. Pozostałe 90% kraju? Lepiej nie myśleć. No i oczywiście o perełce Afryki Zachodniej, Parku Narodowym W, też nie. To obecnie miejsce ukrycia kryminalnych grup przestępczych. Czyli pole manewru mamy dość ograniczone. Wjeżdżamy od strony Burkina Faso, a potem jazda na południowy wschód - do Beninu. 
Granica Nigru i .......... dalej nic.
        Ale zacznę od początku. Wjeżdżamy do Nigru, o czym informuje nas powitalna tablica i co? I nic! Jedziemy, jedziemy. Stop. Policja. N 12.74574  W 01.63662 Rzut oka na paszporty i życzą miłej podróży. Jedziemy, jedziemy. Stop! Żandarmi N 12.79848  W 01.66672
Kontrole, kontrole, kontrole.
Ustawiają nas w cieniu drzewa i zapraszają do budynku. Paszporty, dowody rejestracyjne i prawa jazdy. Te nasze, zwykłe wystarczają.
Wpisywanie jesteśmy do dwóch wielkich ksiąg. Miła atmosfera. Trochę mówią po angielsku. Na pytanie ilu turystów ………. UWAGA: od dwóch lat jesteśmy pierwszymi na tym punkcie, a to przecież główna droga łącząca stolice sąsiednich krajów! Droga. No właśnie. Jak opuściliśmy te makabryczne dziury w Burkina, to jak ręką odjął, droga zmieniła się nie do poznania. Przez wiele kilometrów nie rozpędzam kampera, bo w każdej chwili spodziewam się dziury. Tymczasem takowych brak. Co za ulga. Od żandarmów ruszamy dalej. Ciągle pytamy się, gdzie te służby graniczne? W końcu po kolejnych kilku kilometrach są. Celnicy i policja graniczna razem. N 12.81284  W 01.67304  Rzuca się w oczy tablica pamiątkowa, oprawiona w ramy niczym obraz na ścianie informująca, że obiekt ten został wybudowany w 2015 roku staraniem pana ministra komunikacji – tu podano imię i nazwisko. Cześć jego pamięci! Obiektu, nie ministra. Najpierw podchodzimy do okratowanych okienek, gdzie celnik z trudem i mozołem stara się wypełnić dokument 

Dokument celny
Laissez-Passer pour vehicules automobiles, jako cel podróży wpisuje wizyta, a okres przebywania w Nigrze jeden miesiąc. Potem wypisuje kwit kasowy na 6000 CFA, wpłacający Teresa i po uiszczeniu tej kwoty, udajemy się do strażnika siedzącego pośrodku. Strażnik mundur ma nienaganny, a na nogach służbowe (?) japonki. Ale obuwie, to specjalność wszystkich tutejszych służb mundurowych. Gdyby przyszło atakować, albo uciekać przed jakimś wrogiem, to zapewne paski od tych japonek by im pierwsze poodpadały!. Ale to już ich problem. Potem nasze paszporty zanoszone są do budynku, a my sami mamy czekać w kamperach. Po kilku minutach przychodzi dwóch celników i zaczyna się kontrola. Jedno trzeba przyznać. Starszy, przed wejściem do kampera zdejmował swoje półbuty i kontroli dokonywał w skarpetkach. Szczegółowej kontroli. Szafki, łazienka, szuflady itp. Domyślam się, że uczył młodego jak dokonywać tych czynności, ale młody dał plamę, bo mu się w służbowych butach sznurowadło zapętliło i nie mógł zdjąć kamaszy, a jednocześnie nie chciał odłożyć karabinu, który dzierżył na ramieniu. No, ale jakoś to poszło i pojechaliśmy dalej. 
Studnie, jak w sąsiednich krajach. Ważne dla nas.
        Po 40 kilometrach (równej drogi) STOP policjanty kontrolują paszporty N 13.07567  W 01.79127 i coś o KADU mówią. Tu się żarty skończyły. Na początku rozmowy informuję z uśmiechem, że nie rozumiem ani po francusku, ani po angielsku i jedynie ciut, ciut po polsku mówię. Wszystko okraszone głębokim spojrzeniem w oczy i uśmiechem skromnej panienki. Skutkuje. Jedziemy dalej.  Daleko dalej. Ze 2 kilometry. Znak STOP SYNDYCAT. N 13.08642  W 01.79377 Co to za zjawisko ten „syndycat”? Samochody ciężarowe stoją wszędzie, a do nas podchodzi jakichś trzech cywili i mówią coś po francusku. Ja im na to, że nie kumam. Oni po swojemu, a ja swoje – nie kumam. Kolejny cywil chcę nas do jakiegoś baraku skierować. Olewamy go i jedziemy za śladami do wyjazdu, a tam sznurek. Z namiotu wychodzą jakieś mundurowe – do niczego nie podobne, biorą paszporty i dowody rejestracyjne. Po chwili przynoszą i mówią, co? Kadu, albo kado. Jakoś tak. Więc ja im swoją gadkę, oni machają rękami. Jedziemy dalej. Kolejne 10 kilometrów. Tu policja znowu sprawdza nasze dokumenty już wielokrotnie sprawdzone N 13.14768  W 01.81561 Sznurek opada, a za sznurkiem pan podchodzi i kasuje 400 CFA za jazdę do stolicy. W sumie to niecałe 3 złote, a ponieważ droga jest ok, więc bez szemrania płacimy. Ale to nic nie daje. Kolejne 10 kilometrów i STOP. Znowu jakaś służba nas kontroluje. N 13.20638  W 01.85658 Znowu paszporty i chcą zaglądać do kamperów. 
Wioska Oulendyan,. Selfi z mieszkanką.
Wyrażamy w języku polskim swoje niezadowolenie. To już 5 kontrola. Obok nas przejeżdżają busy załadowane pasażerami, gdzie co drugi, a może i wszyscy to terroryści i ich nikt nie kontroluje, a kampery z turystami, których widzą po raz pierwszy od dwóch lat kontrolują na okrągło. Ta wypowiedź była okraszona gestami i pokazywaniem rękami – że tam im jadą terroryści, a tu stoją turyści. Mundurowy stał i nic nie robił, ale z budyneczku wyszedł jakiś kolejny mundurowy i ten miał niestety dłuższą broń i polecił jednak otworzyć kampera. Z daleka popatrzył do środka i pojechaliśmy szukać noclegu. Plany naszej ekipy, na dzień dzisiejszy, że jak wyjedziemy o siódmej, to zrobimy sobie przerwę w południe, a na wieczór dojedziemy do Niamey, zwyczajowo wzięły w łeb. 
Nocleg za masztem BTS
        Bo w podróży, to tak właśnie jest. Nie planuj, nie obliczaj, nie sprężaj siebie i innych, ale po prostu …… podróżuj! Bez południowej przerwy, bez osiągnięcia zaplanowanego celu, stanęliśmy za jednym z masztów radiokomunikacyjnych, które w afrykańskich krajach mają całodobową ochronę N 13.37940  W 01.95078. Skryci od ulicy, zapytaliśmy dyplomatycznie o zgodę dziadzia-ochroniarza, a pytanie podkreśliliśmy kilkoma drobiazgami w formie upominku. Problemów nie było. Od kilku lat mamy swój styl. Kadu dajemy wtedy kiedy my chcemy, za coś, co uważamy za ważne dla nas i osobom, które naszym zdaniem, na ten drobny gest zasłużyły. Rano jedziemy do stolicy. To tylko dwadzieścia kilka kilometrów. Droga do końca ma dobrą nawierzchnię. Już dawno nie mogliśmy pozwolić sobie na rozglądanie się dookoła, zamiast wypatrywać pilnie dziur i mieszać biegami. 
Niamey, avenue de la Mairie, pomnik wojenny.
        Przedmieścia Niamey przypominają inne przedmieścia afrykańskich stolic, które do tej pory poznaliśmy. Potem most Kennedy’ego, przejazd przez rzekę Niger i zatrzymujemy się przed Grand Hotelem. Niedaleko jest biuro informacji turystycznej, przy okazji sprawdzimy możliwość zatrzymania się na hotelowym parkingu. Idę do ONT (tutejsza informacja turystyczna) N 13.50657  E 02.11143, a tam konsternacja. Jedna kobieta, potem, druga, patrzą na mnie jak na zjawę. Turysta? Tu? O jakieś mapki pyta? Foldery? Wyszedłem, szybciej niż wszedłem. W międzyczasie okazało się, że nie można parkować przed hotelem, ale należy wjechać do środka i zaparkować za darmo na parkingu. Czyli: kontrola kamperów lusterkami do szukania bomb zamocowanych do podwozia. Potem wyrywkowo jakaś skrytka zlustrowana, pan otwiera pancerną bramę, Za bramą żołnierz lustruje wszystko. Slalom pomiędzy szlabanami, lustracja ochroniarzy i stoimy. Jeszcze ciekawostka. Idąc do hotelowej toalety, która jest na zewnątrz (!) budynku, zostałem skontrolowany wykrywaczem metali (?). No tak, gdybym odpalił się w takim miejscu, to niezłego smrodu bym narobił w okolicy! 
Droga do muzeum narodowego.
        Czas na muzeum narodowe. N 13.51122 E 0210704. Jedyne w stolicy kraju. Wstęp 1500 CFA (dla turystów). Potem przyczepia się jakiś przewodnik samozwańczy. Ostrzega, że nie można fotografować. Tymczasem zaczynasz kombinować. Gdzie iść? Kasa żadnej mapki nie daje, a tu spory teren i pawilony wystawiennicze i ZOO i park etnograficzny i pracownie miejscowych artystów. Troszku zdenerwowany ląduje w Dyrekcji Muzeum. Dość głośno wyrażam swoje niezadowolenie, że mam bilet, ale nie mam informacji jak mam się poruszać, że nie interesują mnie małpy, ani przewodnicy, że ….. itd. Dostaje wyjaśnienie, że mapa jest w gablocie, przed budynkiem dyrekcji. Jakoś improwizuję, pozbywam się przewodnika. Obserwuję pracę rzeźbiarzy i tkaczy. Przed godzinę zamknięcia południowego, (12-15) zwiedzam połowę pawilonów. Generalnie – warto to zobaczyć. 
Kilka zdjęć poniżej.
Zbiory etnograficzne

Muzealny tkacz przy pracy.

Szkielet 11 metrowego krokodyla.

Scenka uliczna z Nigru.
        Po południu pojechaliśmy dalej, pozostawiając bez zerknięcia i wielki meczet (można zwiedzić za 2000 CFA) i wielki rynek. Na nocleg stajemy blisko rezerwatu żyraf, w miejscowości Koure. Wcześniej, na N 13.43209  E 02.25482 pozostawiamy 400 CFA, jako opłatę drogową. Jak widać, to z tymi miejscami noclegowymi w Afryce Zachodniej, nie ma specjalnie problemów. Wybieramy sobie drogę w bok. Odjeżdżamy kilometr, stajemy osłonięci od drogi i jak nas miejscowa ludność nie namierzy i nie zacznie składać wizyt, to mamy do rana święty spokój. Z tymi żyrafami z Nigru, to jest tak. Kiedyś było ich tysiące, a zostało około 50 sztuk. Poprzez założenie rezerwatu w Koure udało się zwiększyć populację do 150 sztuk i jest to obecnie jedyna ostoja tego gatunku w Afryce Zachodniej. 
Dyrektor i kustosz muzeum w Dosso.
        Do miasta Dosso dojechaliśmy poprzez dwa checkpointy: pierwszy N 13.10584  E 0283838, a drugi N 13.08778  E 02.93005. W samym mieście zwiedziliśmy z Teresą muzeum regionalne, które choć głowy nie urywa, to jak na afrykańskie warunki jest ok. N 13.04299  E 03.19897 Wstęp free. Za foto 2000 CFA, za filmowanie 5000 CFA. Przewodnik i dyrektor w jednej osobie (z plemienia Fuani) włada i angielskim i włoskim. Po kupieniu kilku pamiątek,  wieczorem kierunek granica Benin. 

Nocleg w Nigrze.
        Nocleg wypadł nam, tak z marszu na  N 12.98573  E 03.19698. Kolejny dzień – koszmar! Jechaliśmy blisko 80 kilometrów najgorszą drogą w życiu. Pierwszy bieg, 10 kilometrów na godzinę, potworny kurz, dziury głębokości 20-30 cm. Wystarczy? Nie potrafię zrozumieć mentalności tutejszych rządów. Trudno się dziwić, że ich często obalają. Jeden jaśniejszy punkt w tym dniu (czwartek), to wielki targ zwierzyny w wiosce (nie pamiętam niestety nazwy, a na mapie jej nie ma) N 12.38254  E 03.33871. Uczta dla aparatu i kamery. 
Sami zobaczcie.
80 kilometrów męczarni.

W międzyczasie trzeba zatankować wodę. Codzienność.

Gonga. Cotygodniowy targ.

Gonga. Na targu nauczają kaznodzieje wszelakie.

Gonga. Stoisko z czary-mary na wszystkie choroby.

Gonga. Producent stolarki. Hamak, pozdrowienia!!!

Gonga. Na targu kupimu jadalne drzewo pikudu kała.

Cudowna zmiana oblicza drogi !!!
        Nagle też, od tej wioski, nawierzchniowa drogi zmieniła się na piękną trzypasmówkę (?). Znowu pędzimy 70 km/h. Do czasu, a dokładniej zabrakło jakieś 6 kilometrów do granicy z Beninem, na rzece Niger. Na tych ostatnich kilometrach nawierzchnia zniknęła! 
Nie ma. Zero. Czerwona ziemia-piasek. To jest jedyne przejście z Beninem. Pograniczna policja Nigru jest przed mostem. Mówią po angielsku i nawet pomagają wypełnić deklarację wyjazdową – po diabła ją wypełniać? Nikt z funkcjonariuszy nie pamięta, aby tędy przejeżdżali granicę zmotoryzowani turyści. Jesteśmy małą sensacją i ciekawostką. Celnicy nawet nie patrzą na nas. Deklaracji celnej też nie odebrali. Wjeżdżamy na most. Pod nami przepływa rzeka Niger.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu