czwartek, 23 marca 2017

Afrykańska odyseja - 08 Benin


Most graniczny Niger-Benin

        Za mostem policja benińska. Znowu deklaracja do wypełnienia. Celnicy puszczają nas bez dokumentu celnego pojazdu. Skierowali nas do siedzimy douanów we wiosce. Musimy jednak wracać po niego, po kilku kilometrach. Tak to jest, jak jesteśmy postrzegani jako ciekawostka. 
Opłata 5800 CFA. O zmroku chowamy się na sawannie. Kilka kilometrów za granicą. Po wypiciu zimnego piwa, które daje ukojenie po kolejnym, upalnym dniu. 
Pierwszy nocleg na benińskiej sawannie.
Rano wstajemy spokojnie, bez pośpiechu, a w chwilę potem mamy wizytę czterech policjantów, w terenowym radiowozie. Dostrzegli nas z ulicy. Zainteresowali się, bo turysta, a do tego kamperem, to tu ewenement! Coś tam sobie zapisali, a my uzyskujemy chyba wiarygodne informację o bezpieczeństwie w pobliskim Parku Narodowym W. Parków w tym rejonie Afryki jest sporo, ale akurat W jest objęty patronatem UNESCO. Czyli godny zobaczenia. Nie mniej nie braliśmy go pod uwagę, gdyż placówki dyplomatyczne Francji i Anglii, kategorycznie odradzają swoim obywatelom, przebywania w tym rejonie. Zagrożenie terrorem i napadami rozbójniczymi. O polskiej dyplomacji już wspominałem wcześniej. Generalnie odradza opuszczania Europy. Obecnie jesteśmy informowani, że problemy z parkiem W dawno się skończyły. Czyli …… postaramy się go zobaczyć. 
Zdjęcie z ukrycia. Gabinet komendanta z jego foto.
        Ale najpierw mamy być odeskortowani przez policjantów do najbliższej placówki żandarmerii, gdzie nas zarejestrują i przekażą do kolejnej placówki, która brygadą tu się zowie. Pojechaliśmy sami, bo policjanty gdzieś się zawieruszyły. Żandarmi nie wiedzieli co z nami począć. Jakieś telefony wykonali. Nasi policjanci się znaleźli po czasie. Dostajemy info, że w kolejnym mieście będą na nas czekać. Tymczasem nikt nie czekał, więc zostawiliśmy przygodę z żandarmami na boku i pojechaliśmy do dyrekcji parku. W końcu dostajemy jakieś wiarygodne informację. W parku jest ok, możemy tam jechać. Park był lustrowany dwa tygodnie temu przez pracowników ONZ. Tylko kwestia wybory trasy i miejsca wejścia do parku. 
Plan Parku Narodowego W.
Wracamy do miejscowości Alfakoara, gdzie jest wejście do parku, a jak się nie zdecydujemy na park, to jest rezerwat słoni (wstęp 2500 CFA od osoby). Stajemy na noc obok budynków administracji i strażników parkowych. Nie mieliśmy i tak innego wyjścia, bo w zapadającym zmierzchu i tak by nas dalej nie puścili. Kupujemy bilety wejściowe: 10 000 CFA od osoby, za kamper 3 000 CFA. Do tego będziemy musieli opłacić przewodnika parkowego w cenie 5 000 CFA za dzień. W parku możemy przebywać max 72 godziny. Droga do najbardziej interesującego punktu w parku, tak zwanego styku 3 granic, to troszkę ponad 100 kilometrów gruntówki. Oj, byle się dało przejechać naszymi kamperami! Wizytę planujemy zacząć po dniu przerwy. Ostatnio sporo było wrażeń. W wyznaczonym dniu, o 6.30  przychodzi przewodnik parkowy o imieniu Aziz i pół godziny później ruszamy kamperami na dzikiego zwierza. Pojawia się pierwszy mały problem. Przewodnik mówi tyle po angielsku, co kot napłakał. Myślę, że mogli nam wyznaczyć z powodzeniem przewodnika chińskiego. Wjazd do parku to punkt N 11.45121  E 03.07349 Najpierw jedziemy przez teren rezerwatu słoni, około 30 kilometrów. Droga wcale nie jest taka zła. Szutrowa, ale równa. Jedyny mankament, to kurz. Wielkie ilości kurzu, ale to domena Afryki. Tu każdy jadący pojazd lub silniejszy wiatr, to kurz, kurz, kurz. W porze suchej, ciężko jest zdjęcie krajobrazu wykonać, bo przejrzystość powietrza jest znacznie ograniczona. Rezerwat słoni, a słoni zero. Potem wjazd do parku. Przez metalowy most na rzece. Droga w 3-4 miejscach jest wymagająca. Raz poboczem trzeba o dość sporym nachyleniu, innym razem 30 cm wjazd na betonowy mostek, to i jakieś kamienie trzeba było podłożyć. Podjazdy trzeba było dobrze zaplanować, aby nie zabuksować, lub stanąć pod górkę. Generalnie, jeżeli nie potraktujemy swojego kampera jak pojazdu 4x4 i nie będziemy nim szaleć, to spokojnie dojedziemy do tak zwanego „trójstyky”. N 11.89838  E 02.41167 To środek parku, gdzie łączą się granicę Beninu, Nigru i Burkina Faso. Nam to zajęło prawie 5 godzin. Zwierzęta? Prawie nic! Jakiś guziec, kilka małp, trochę ptaków, coś przebiegło, coś zaszeleściło. Jak na park narodowy, objęty patronatem UNESCO, to mizeria straszna, a cena wstępu też wysoka. 
Historia naszego zwiedzania Parku Narodowego W.
Alfakoara. Nasz postój w Parku W.

Alfakoara. Pracownicy parku ruszają rano do pracy

Alfakoara. Staw parkowy z punktem foto.

Alfakoara. Udało mi się "upolować" krokodyla.

Alfakoara. Potem rodzina pawianów przyszła nad wodę.

Alfakoara. Ptaki też przyfrunęły.

Alfakoara. Droga kamperem przez park wcale nie była łątwa. 

Alfakoara. Ale widoki ze wzniesień były miłe dla oka.

Point Triple (trójstyk granic) i szkolenie strzeleckie.

Pawiany w Parku W.

Nasz nocleg w środku Parku. Inaczej się nie dało.

        No właśnie, wstęp. Numery naszych biletów zaczynają się od 000008. Czyli siedmiu turystów było przez wcześniejsze 6 tygodni tego roku.  Przyczyna? Teren parku W opisany jest przez ambasady Francji i Wielkiej Brytanii, jako strefa, gdzie kategorycznie odradza się przebywania turystom, ze względu na zagrożenie terrorystyczne, a szczególnie kryminalne, ze strony zbrojnych band i uciekinierów, którzy schronili się na jego terenie. Dlatego sami wcześniej nie braliśmy pod uwagę jego zwiedzania i dopiero kilka rozmów przeprowadzonych na terenie Beninu przekonały nas, że warto. Że problem z zagrożeniem został zażegnany prawie 2 lata temu! Więc dlaczego placówki dyplomatyczne ostrzegają, gdy ostrzegać nie trzeba? Lenistwo? Asekuranctwo? Wygodnictwo? Jeżeli tak, to tracą po prostu wiarygodność. No chyba, że po świecie rozsyłane są również informację, że do Paryża, czy też Londynu też nie należy jeździć, bo ……… Ale o ile mi wiadomo, tak nie jest. Dlaczego nie widzieliśmy dzikich zwierząt, szczególnie tych z „wielkiej piątki”? Mam tu swoją teorię. Po drodze widzieliśmy, kilometry wypalonej trawy, nadpalonych drzew. Normalne pogorzelisko. Przewodnik przekonywał nas, ze to metoda pozbycia się wysokiej, suchej trawy. Znawca tematu ze mnie żaden, ale na mój rozum, skoro zwierzęta nie mają co jeść, to po prostu wyniosą się na inne tereny! W tym wypadku, prawdopodobnie przeszły na teren Nigru, rzekł Aziz. Prawdopodobnie, większą szansę na zobaczenie zwierzyny mielibyśmy, wjeżdżając do parku wejściem Sampeto. Tylko tam nie mieliśmy szans przejechać kamperami. Nawet się o tym przekonaliśmy, gdy była podjęta taka próba. Utknąłem jako pierwszy, po 3 kilometrach jazdy, zawiesiłem się na tylnik haku. Więc mogę uznać, że troszkę nas naciągnięto na pobyt w parku. Oprócz biletów wstępu dla osób i pojazdów płaciliśmy przewodnikowi 5 000 CFA za każdy dzień jego „pracy”. Na terenie „trójstyku” przebywa grupa benińskich żołnierzy. Spisują nasze dane, jeden z nich eskortuje nas kilkaset metrów, na teren Burkina, gdzie jest bar-noclegownia i zimne piwo. Tracimy nadzieję na zobaczenie czegokolwiek ciekawego i późnym popołudniem wracamy. Wracamy około 40 kilometrów, do przełęczy N 11.78746  E 02.74577, której o zmroku nie potrafimy pokonać. W dzień zjeżdżaliśmy z niej. Teraz trzeba wyjechać te sto kilkadziesiąt metrów, a wyrwy w drogach są dla nas nieprzejezdne. Czyli nocleg, a od rana zasypywanie dziur, noszenie kamieni i takie tam prace drogowe. Oczywiście łączności z terenu parku nie ma żadnej. Nikt przez dobę nie wiedział i nie zainteresował się, gdzie jest grupa polskich turystów? Samo życie. Afryka. Niby widoczna opieka policji i żandarmerii, ale tak nie zupełnie do końca. Więcej pozorowania, niż faktycznego działania. Ale ten problem mamy już za sobą. Udało się samodzielnie zdobyć przełęcz. Potem jeszcze 2-3 dość wymagające miejsca, dla naszych kamperów i wracamy do cywilizacji. Czyli do wejściowego wyjścia z parku w Alfakoara. Jest południe. Przewodnik inkasuje 10 000 CFA, za dwie ciężko zapracowane dniówki, a my do wieczora walczymy z kurzem, który po naszej wizycie w parku, mamy w każdym zakamarku kamperów. W szafach, w naczyniach, w łózkach, książkach i gdzie tam jeszcze, kto by chciał. Dobrze, że na ścianie pierwszego budynku „wartowni” jest kran z wodą, bo chyba po 200 litrów na załogę wykorzystaliśmy do sprzątania. 
Przed Bembereke staw i zebu.
        Następnego dnia ruszamy dalej. Dzień upalny. Robimy przerwę południową nad stawem. Obserwujemy obyczaje miejscowej ludności. Przychodzą do wodopoju różne stada bydła. Bydło chłodzi się, pije i sra do stawu. Pastuszkowie chłodzą się też. Plumpają się pomiędzy stadami. Niektórzy z nich są spragnieni, więc nabierają wodę do butelek i piją ją. Wszystko toczy się w normalnym, afrykańskim rytmie. Przed miejscowością Parakou punkt ważenia pojazdów i poboru opłat N 09.57882  E 02.64175 To ważenie to samo wychodzi, bo podjeżdżając do okienka, jednocześnie wjeżdżamy na wagę. Opłata drogowa symboliczna, 500 CFA. Pytam kasjera o moją wagę. Ups! Prawie 4100 kg. Bez zapasu wody i przed tankowaniem. I jak tu wracać do EU?
Nasz nocleg przed Sirarou. Sawanna.
        Tam mnie z torbami puszczą te cywilizowane narody! Już widzę te uśmiechy na niektórych twarzach. Trzeba przecież posiadać odpowiednie prawo jazdy, odpowiedniego kampera zakupić, uiścić odpowiednią opłatę i dopiero wtedy można spokojnie …….. . Dość tego szyderstwa, oby tylko takie problemy nas dotyczyły.
Tchaourou, SP na łowisku
W samym Parakou wybieramy gotówkę z Ecobanku, którego bankomaty, jako jedne z nielicznych, obsługują Mastercard. N 09.34027  E 02.62942 Jest też muzeum, takie etnograficzne N 09.32884  E 02.61893. Czasami są to interesujące miejsca. W tym wypadku nie. Kilka eksponatów i chodząca krok w krok przewodniczka (to znaczy pani z jednego ze sklepów z pamiątkami), która baczy, czy czasami foto nie robisz. Co tam fotografować? Chyba pokazanego na koniec krokodyla, który ze smutnym spojrzeniem siedzi w kilkumetrowej „studni” betonowej i ledwo się tam mieści. Tego akurat pozwolono mi sfotografować.
Parakou. Muzeum w plenerze.
Droga do Save.
        Potem wypijamy gdzieś zimne piwo. Bo w Beninie można mieć 0,8 promila alkoholu. Coś tam oglądam po drodze. Kościoły, ale jakże różne od europejskich. W miejscowości Dossa-Zoume zwiedzamy bazylikę. N 07.77534  E 02.18372 Taki tam architektoniczny koszmarek. Wybudowana przy grocie, gdzie miał miejsce jakiś cud. Nie powiem jaki, bo brak mi wiedzy w tym temacie, kiedy i co. 
Bazylika w Dossa-Zoume.
        Na prowincji Bene (to oficjalna nazwa. Benin mówimy tylko my) ludzie rozmawiają w swoich plemiennych językach i po francusku. Moim plemiennym jest język polski, a po francusku słów ciut, ciut.
W Savalou śpimy przed miastem.
Nocujemy gdzieś po drodze. Nie polecam, bo komarów multum, a wiadomo – komar w tym rejonie Afryki, to proszenie się o malarię! My śpimy już od Burkina pod moskitierą, kupioną na tamtejszym targu. Zakłada się ją nad kamperowym łóżkiem bez problemów. Od tamtej pory wszystkie noce mamy spokojne.
Pyszne wanzu.
Rano jedziemy do miasteczka Savalou. Bez sensu. Kilkoro rozpytywanych miejscowych, nie potrafili powiedzieć, gdzie tu jest muzeum , które prawdopodobnie gdzieś jest?  Wypijamy południowe piwo, ja wymieniam tylną oponę, z której zeszło powietrze, a zeszło ponieważ w jednym miejscu już druty były widoczne. To efekty przeciążonego kampera, 10 tysięcy kilometrów, upałów, setek kilometrów po bezdrożach dziurawych dróg afrykańskich. Kolejny postój fundujemy sobie przed pałacem Gehanzina w Abomey. N 07.18266  E 02.02418  
Królewski tron na czterech czaszkach wrogów.
Płaskorzeźby na pałacu Ajalala.
        Długo by opowiadać o tym miejscu, o ostatnim władcy królestwa Dahomej, dlaczego nikt nie zamieszkuje w tym pałacu i wchodzić do niego nie wolno miejscowym itd. itd. Wybieram się też do głównej atrakcji turystycznej Beninu. Muzeum Starożytnego Królestwa (UNESCO) N 07.18636  E 01.99465 Wstęp 2500 CFA. No foto, no video, ale za to, ze względu na ważne walory historyczne tego miejsca, część zwiedzania odbywa się …… na bosaka. Tak nakazują napisy w wielu językach i obsługa muzeum. Ja też paradowałem przed grobem króla z sandałami w rękach. Przed zbiorową mogiłą jego 41 żon też!  
Przystań na jeziorze Nokoue.
        Potem jezioro Nokoue. Ta nazwa zapewne nic nie mówi, ale już wioska Ganvie tak. Znowu UNESCO i kolejna atrakcja turystyczna. Wioska rybacka zbudowana na palach na jeziorze Nokoue. Stajemy na dużym parkingu N 06.44780  E 02.36025 Za noc płacimy 500 CFA. Proponuję dostosować się do zaleceń strażnika, który mówi, gdzie jest spokojnie. My stanęliśmy „po swojemu”, co skutkowało wizytami, krzykami i zabawami dzieci do godziny drugiej w nocy, a od czwartej nad ranem, dorośli mężczyźni przechadzali się nieopodal z grającymi radiami tranzystorowymi. Koszmarna noc. Rano rozpoznajemy sytuację. 
Turystyczna mafia.
Widać, że rękę nad wszystkim trzyma tu miejscowa „mafia” młodych, kolorowo ubranych facetów. Możemy popłynąć tylko do Ganvie, bo to wioska wyznaczona do zwiedzania. Jest wiele innych wiosek, ale tam nam nie wolno, choć pływają tam tańsze, miejscowe łodzie. Mnie osobiście nie widzi się wożenie i pokazywanie takich „atrakcji”. Poszedłem na pobliski targ. Przez przypadek znajduje stoiska z akcesoriami voodoo. Odlot. Zrobienie zdjęcia 5000 CFA. Na stoiskach zasuszone łby psów, zwierząt futerkowych, małp, węży, ptaków, kości, różne skóry, zasuszone rośliny, akcesoria tradycyjne. Wokół roznosi się specyficzny zapach i propozycje wymawiane szeptem. Za sowitą opłatą można zobaczyć, a może i zakupić (?) zasuszone główki dziecięce? Gdzieś wcześniej widziałem, wielki baner: religia i voodoo dobrze się wzajemnie uzupełniają, mogą razem istnieć. Ja dziękuję za takie mariaże. Choć muszę przyznać, że troszkę rzeczy nabyłem w tym miejscu, bo wiadomo – Polak jak to Polak, zawsze posiada troszku wrogów, a taka laleczka + igła odpowiednia, może sporo ułatwić! J 
Porto Novo. Budynki z epoki koonialnej.
Basket w Porto Novo.
        Miasto Porto Novo. Stolica Beninu. Z wyglądu prowincjonalne miasto powiatowe. Znajduję kilka ciekawych miejsc postojowych dla kamperów. Stajemy na placu przed stadionem sportowym N 06.47572  E 02.61776. Oglądam jakiś mecz koszykówki kobiet. Wyjątkowo, nie zabrałem ze sobą rakiety do tenisa, to i nie zagrałem na jedynych w tym kraju kortach. 
Spacer dzieci po stolicy.
        Za to wieczorem zimne piwo. Nieopodal jest duży plac, gdzie też można postawić kampera N 06.47450  E 02.61748. Kilkaset metrów dalej muzeum etnograficzne N 06.47569  E 02.61912. Prawdopodobnie jedyne,. Warte odwiedzenia w tym mieście. Ja to uznaję za dobry żart. Wstęp ok, 1000 CFA. Potem konieczność zdeponowania kamer i aparatów foto. Następnie przewodnik (obowiązkowy!) zaprowadził mnie do piwnicy, gdzie było 8 masek drewnianych i kilka eksponatów zrobionych z calebasse. To taka dyniowata roślina, z ogonkiem twardym. Robi się z niej różne naczynia, zwane nkak, ngo, albo bole. Również instrumenty muzyczne i w końcu ozdoby wszelakie. Facio nie pozwolił mi sfotografować nawet napisów w tej piwnicy, więc spokojnie zacząłem przepisywać etykiety i nieudolnie rysować eksponaty. 
Porto Novo. Muzeum etnograficzne. Kpina.
Katedra w Porto Novo.
        Jego zdziwienie było bezcenne. Potem chciałem udać się na wyższe piętra budynku, gdzie mieści się muzeum, ale usłyszałem, że tam nic nie ma, a to co zobaczyłem, to mixt (takiego sformułowania użył), tego co najciekawsze mają do pokazania. Nie uwierzyłem mu. Po salach przeszedłem i rzeczywiście nic tam już nie było. 
Wniosek? Nie polecam, szkoda czasu na te kpiny. 
        Zaraz po moim powrocie do kampera podejmujemy decyzję o pospiesznym opuszczeniu Beninu.  
Cotonau. Taksówki motocyklowe.
       Teresa źle znosi miksturę wysokich temperatur i dużej wilgotności powietrza. O ile jadąc przez kraje saharyjskie mieliśmy wilgotność rzędu 2-3%, to obecnie, na południu Beninu, jest ona w granicach 70%. I właśnie to potrafi najbardziej dokuczać. 
Nocleg w "Porcie bez powrotu"
        Na ostatnią noc zatrzymujemy się jeszcze w tak zwanym „Porcie bez powrotu”, za miejscowością Ouidah. N 06.32362  E 02.08838. To miejsce, skąd na przestrzeni 300 lat, wywieziono na kontynent amerykański 12 milionów czarnych niewolników. Ładna tradycja i magia miejsca. Następnego dnia, prawie w biegu oglądam muzeum historyczne i świątynie pytonów w Ouidach i jedziemy do Togo. 
Droga do "portu" wśród symbolicznych pomników.

Zatoka Gwinejska. Lutowa kąpiel.

Muzeum historyczne w Ouidach.

Ouidach. Świątynia pytonów z wężami w środku.

Lac Aheme, za moment Togo.
        Na koniec małe podsumowanie i moje osobiste wnioski z kilkunastodniowego pobytu w Beninie. Do tej pory myślałem, że najgorzej wypadło Burkina Faso. Tymczasem zostało zdystansowane przez Benin. Dookoła oznaki wymuszania jałmużny. Okrzyki „kadu”. Pokazywanie, ze masz zatrzymać się kamperem i dać pieniądze. Wielokrotny widok wypasionego murzyna, który pokazuje, że jest głodny. Niektórzy wykonują gesty żądaniowe. Narodowym sportem Beninu jest próba „wystrzyżenia białasa”. Wiem, ze kilo bananów kosztuje grosze, powiedzmy 100 CFA. Sprzedający zaczynają od 1000. Potem zdziwieni są, ze się odchodzi, pukając się po głowie. Jeśli coś zamówisz do jedzenia, a wcześniej nie ustalisz ceny, to możesz być pewien relacji x 10. 
        Oszukiwanie przy wydawaniu reszty? Normalne. Chcesz zobaczyć z bliska pomnik upamiętniający port niewolników? Zapłać osiłkom siedzącym przy bramce. Inaczej musisz się zadowolić widokiem z odległości 20 metrów! 
        Czym bardziej na południe kraju, gdzie zmienia się struktura religijna z muzułmanów na katolików – tym jest gorzej. Przykre to, ale w przypadku Beninu prawdziwe. I jeszcze wiele, wiele, wiele innych objawów świadczących, że Benińczycy to cwaniacy i oszuści. Ale na tym zakończę, bo blog ten jest nie o podróży, ale poradnikiem dla podróżujących kamperem po świecie.

3 komentarze:

  1. A to mnie zaskoczyliscie Beninem że aż tak lupia!

    OdpowiedzUsuń
  2. To hromole ten Benin! Nie jad e tam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miętki jesteś? Nie łupią, ale starają się łupać! Wystarczy nie dać się rżnąć!!!

      Usuń

Szukaj na blogu