środa, 5 kwietnia 2017

Afrykańska odyseja - 09 Togo

        Wjeżdżamy na granicę późnym popołudniem. Spory tu ruch. Wiadomo, sąsiedzi przekraczają granicę bezwizowo. My już mamy jakieś tam doświadczenie w przekraczaniu granic, więc formalnością jest opuszczenie Republiki Benin i wjazd do Togo. I z tej i z tamtej strony granicy spokojnie i kulturalnie. 
        No może z wyjątkiem celników togijskich, którzy poprosili o otworzenie tego wielkiego, białego auta, a potem wydali okrzyk zachwytu. Jak on brzmi? To trzeba odsłuchać w oryginale, tu w Afryce. Taki wysoki pisk. Celnicy sami sobie wypełniają dokument wjazdowy pojazdu (opłata 5000 CFA), policjanci graniczni sami sobie wypełniają swoje kwity. Z krótką przerwą o godzinie 18.00, kiedy słychać gwizdek, wszyscy wstają, a jeden mundurowy ściąga flagę togijską z masztu.
        Pytamy o bezpieczeństwo, o możliwość noclegu? Nie ma problemów. Jest ok. No to w drogę. Tankujemy paliwo, jak na razie najtaniej, w czasie tego wyjazdu. Po 478 CFA za litr oleju napędowego, który gas oil’em tutaj jest zwany.
Zapewne ktoś zechcę zapytać, jaka jest jakość paliwa w tej Afryce? Odpowiem tak, tankujemy na różnych stacjach, w różnych krajach i nie zauważyłem jakiejś różnicy w osiągach silnika, czy jego sposobie pracy.
Cennik opłat drogowych w Togo.
        Jedziemy więc sobie przez to Togo i po kilku kilometrach dojeżdżamy do PPO (punktu poboru opłat), gdzie jest duży parking. Ciemno już prawie, więc pytam, ile za nocleg? Parkingowy, obok niego inny z bronią mówi 8000! Oszaleli! Nieopodal widzę plażę pustą. Pytam, czy można tam? Tak, można. Super. Cisza, szum morza, bryza powiewa od morza. Miodzio. Do dwudziestej drugiej miodzio. Potem reflektory samochodowe, bieganina uzbrojonych osobników, jakieś okrzyki. Z 8 ich było, ludzi nie okrzyków. Długa broń, jeden coś tam po angielsku. Co my tu, skąd my tu i takie tam. Więc spokojnie tłumaczę, ze my z zagranicy, że policja mówiła, że można, że bezpiecznie w Togo itd. Na to on, ze to nieprawda, że tu jest „denger”, że trzeba na nocować w hotelu lub przy policji. No to już widać, że to dziwny kraj będzie. Mówimy ok, że wobec tego jedziemy do Lome, do stolicy. Wjeżdżamy na bramki opłat N 06.22617  E 01.55947 Wiszą tam tablice z cennikiem. Czarna madame mówi mi 1000, ja jej, że 400, bo waga do 3500 kilogramów. Ona 1000. Ja jej dowód rejestracyjny i pokazuję, że tu napisane 3500. Czarna na to, że napisane kilogramy, a na tablicy jest równe lub mniej niż 3 i pół tony. Ktoś z pracowników podchodzi i zaczyna się śmiać z czarnej. Ja wołam żandarma, który przygląda się rosnącej kolejce i pytam go, czy 3 i pół tony to jest 3500 kilogramów? Na to żandarm, poprawiając kałasznikowa na ramieniu mówi: tu jest tony, a tu kilogramy. To nie jest to samo. Wyjechać do tyłu! Z człowiekiem z bronią się nie dyskutuje, a jeszcze jak broń jest nabita? Cofamy się więc z 5 kilometrów, do posterunku policji w Aneho.
SP w Aneho.
        Jest tam cichy, spokojny parking. N 06.22968  E 01.60459 Następnego dnia wracamy na PPO, bo prawdę mówiąc, to innej drogi przez ten mały, cienki kraj nie ma. Idę najpierw poszukać kogoś z kierownictwa. Miła zastępczyni, włada angielskim i po wysłuchaniu skargi i zapytaniu, czy pracownica widziała dowód rejestracyjny, przeprasza za nią, że nie potrafiła przeliczyć kilogramy na tony. No cóż – taka czasami bywa Afryka.
Lome. Po prostu stolica.
Droga z Lome na północ.
        Do Lome, stolicy kraju, droga monotonna. Wszędzie plaże i słoneczko z nieba żar leje. Próbujemy jakieś zakupy zrobić. Jakąś kartę sieci telefonicznej kupić. Z tymi telefonami, to całe ulice są, nie licząc obnośnych sprzedawców. Cena karty od 1000 do 5000 CFA. Według uznania sprzedającego. Dalsze pytanie o doładowanie, internet, zasięg? Przerasta możliwość odpowiedzi sprzedających. No to jedziemy na północ. Do chłodu, do mniejszej wilgotności powietrza. Punkt poboru w N 06.37367  E 01.20576. 400 CFA bez dyskusji i przeliczania ton na kilogramy. Już 200 kilometrów minęło, a tu ciężko coś znaleźć na nocleg. Wioska, dzicz, wioska, dzicz.
Doktor David przed swoim królestwem.
        W miejscowości Datcha skręcamy w bok, bo tablica kieruje nas do szpitala stomatologicznego Adwentystów dnia siódmego N 07.32858  E 01.17016. Pytamy o możliwość zaparkowania na terenie szpitala. Trwają ustalenia i rozmowy telefoniczne z administracją. Nie chcąc robić kłopotów, podchodzę do budynku świadków Jehowych. Pytam, czy można obok nich stanąć. Można. W tym czasie przychodzi do nas David, bo tak ma na imię lekarz stomatolog, adwentysta z Meksyku, z którym rozpoczęliśmy rozmowę wcześniej i zaprasza na teren szpitala. Ok. Noc spokojna. Rano David poznaje nas z pastorem szpitalnym i obaj proszą o możliwość pobłogosławienia naszej podróży. Mówimy, że po francusku, to my cieniutko, a nawet wcale, ale oni uważają, że nie ma problemu i najpierw pastor, a potem David, czegoś życzą nam na dalszą drogę. Miłe to, choć trochę dziwne. My dalej kierunek północ. Jedyną drogą prowadzącą przez Togo, z dołu do góry.
Za Datcha. Cmentarz.

Przy drodze N1. Hotel terrorystów.

Wypadek na naszych oczach.

Afrykańska kultura drogowa. Kontener sznurkiem przywiązany.
        W miejscowości Agbonou, w salonie sieci Togocel, dostajemy kartę SIM za darmo i doładowujemy ją kwotą 5000 CFA za 1 GB internetu. Okazuje się to ilością wystarczającą, bo kraj mały, a i zasięg nie wszędzie w nim jest.
        Kolejna opłata drogowa (400) w punkcie N 08.54185  E 00.96410. Następnie robimy mały skok w bok i jedziemy przez Faile d’Aledjo.

Drogowa szczelina
        To taki przejazd przez szczelinę skalną. Jak na załączonym zdjęciu. N 09.27479  E 01.22164 Taka mała atrakcja tego małego kraju. Wieczorem stajemy na nocleg. Na wielkim parkingu. Bardzo wielkim i z wyjątkiem kilku wraków ciężarówek, zupełnie pustym. N 09.28019  E 01.22777
SP za szczeliną.
        Domorosły ochraniarz obiecał mieć na nas oko przez całą noc i zadowolił się kilkoma drobnostkami w prezencie. Tylko coś mu się potęgowało, bo o godzinie ósmej rano zaczął pukać w drzwi, informując po Francusku: Proszę Pana, już ósma!!! Podziękowałem mu serdecznie.
Niamtougou. Cmentarz przydomowy.
Okolice Niamtougou
        Potem długo, długo nic, aż do miejscowości Kara. Krążymy tu trochę, bo zauważyliśmy tablicę, ze jest jakaś informacja turystyczna. Robimy kółko po mieście, wjeżdżamy w ulice jednokierunkową pod prąd. Nie z naszej winy. ZERO znaków drogowych, ale miejscowi zaraz nas poinformowali gestami, że coś nie tak. I nagle zatrzymuje się obok Toyota i podchodzi do nas siostra zakonna. Polka. Kornelia ma na imię, a że jest osobą miłą i komunikatywną, więc za chwilę prowadzi nas po miasteczku’. Do jedynego „poważniejszego” sklepu N 09.55358  E 01.18560. Na targ miejscowy N 09.56395  E 01.19270, a potem umawiamy się na spotkanie w przygranicznej wiosce Biankouri, gdzie siostry Kornelia i Ewa pracują w ośrodku zdrowia. Przy okazji dowiadujemy się, że wcześniej, w Bombouaka, w szpitalu pracuje jeszcze jedna siostra, o imieniu  Niko, która pochodzi z Krakowa. Mamy szczęście. Poznamy nietuzinkowe osoby, a przy okazji dowiemy się czegoś więcej o Togo, którego mieszkańcy zaskoczyli nas swoim podejściem do białego koloru skóry, nagabywaniem, oszukiwaniem itd.
Zabudowa plemienia Batammariba.
        Jednak najpierw obowiązek. Zobaczenie wiosek ludu Batammariba. Zabytek klasy UNESCO. Jedyny w Togo. Coś tam doczytaliśmy na ten temat. Wiemy, że w miejscowości Kande, należy skręcić na wschód. W kasie uiścić opłatę 1500 CFA od osoby, która to kwota przeznaczona jest na rozwój regionu i po przejechaniu 20 kilometrów szutrową drogą, podziwiać (i fotografować w cenie 500 CFA od zdjęcia ludzi i budynków) wioski tego ludu. Zajeżdżamy więc pod kasę. Przed budynkiem kilka osób siedzi.
Kasa przed wioskami.
        100% fryzjerzy turystów. Kasjer zaczyna rozmowę. Dwa bilety po 1500, ja mówię ok. Do tego przewodnik za 5000. Ja mówię, odpada. On, że bez przewodnika jest niemożliwe wejście do wiosek. To mój problem. Będę tam 3-4 dni i sobie poradzę. Kasjer na to pyta, gdzie będziesz spał? W kamperze, odpowiadam. Nie możesz, musisz wynająć pokój we wiosce. Tu już mnie poniosło. Zapytałem, dużo macie turystów? Mówi, ze bardzo mało.
Inni też rezygnują.
        Więc ja mu na to. Będzie jeszcze mniej, bo na pewno opiszę w internecie wasze gangsterskie metody. I Poszedłem na zewnątrz zrobić sobie zdjęcie „obiektu” kasowego. Filmuję i robię foto. Wszyscy prawie rzucili się na mnie. Krzyczą coś, machają rękami. Zlekceważyłem ich. Wsiadłem do kampera, odjechaliśmy 100 metrów. Robię sobie dalsze ujęcia. Podjeżdża osobowy samochód. Wysiada czarny kierowca z białym mężczyzną i dwoma kobietami. Wchodzą do kasy. Po chwili wychodzą, nawracają i odjeżdżają. Brawo Togo!!!
        My wypiliśmy za to pyszne, zimne piwo, a przenocowaliśmy przy komisariacie policji N 09.95647  E 01.04457.
Kande. Nocleg przy policji.
        Kolejnego dnia przejeżdżamy najbardziej masakryczny odcinek 20 kilometrów zapylonej drogi,
Remontowana droga.
bo remont drogi wlecze się zapewne latami i wieczorem stajemy w Bombouaka. W ośrodku dla dzieci upośledzonych, prowadzonym przez Orionistów. N 10.69348  E 00.20915 Pracuje tu Niko, polska siostra zakonna, o nietuzinkowym charakterze i zaangażowaniu w swoją misję. Wiele godzin wspólnie przegadaliśmy. Wiele razy oczy nam się otwierały ze zdziwienia. Myślimy, że to nie koniec naszych rozmów.
Bombouaka Siostra Niko.

Bombouaka Siostra Niko i jej dzieci.

Bombouaka. Mecz

Bombouaka Nocleg

Bombouaka Jest tu i święte drzewo wyznawców voodoo.

Pod drzewem ołtarz ofiarny.
       
Siostry z Zakonu Katarzynek w Afryce.
        Kolejny etap to Biankouri, gdzie jesteśmy goszczeni przez Kornelię i Ewę z zakonu Katarzynek. Obie pracują w wiejskim ośrodku zdrowia. Obie mają długoletni staż misyjny, w różnych afrykańskich krajach. Znowu można gadać, gadać i gadać. Do tego poznawać miejscowe potrawy, język i obyczaje ludu Moba, który zamieszkuje te tereny. Czego można chcieć więcej z podróży? Kontakt z żywymi ludźmi – to jest to. 


Spacer po wiosce.
Toast piwem tchapa.
        Czasami tylko musiałem samotnie wyjść poza ośrodek, aby siedząc z miejscowymi mieszkańcami, w takim dziwnym okrąglaku, wypić z kalabasu miejscowej produkcji tchapa. Jest to piwo robione z sorgo, które piją mężczyźni, kobiety i dzieci. W smaku i zapachu podły Ci ten napój nadzwyczaj. 
Regionalne piwo tchapa.
Takie Togo pozostanie właśnie w mojej pamięci. Dwa dni, na głębokiej prowincji minęły szybko. Czas przekroczyć granicę z Burkina Faso i skierować się na północ, ku Europie. Innej możliwości nie mamy. Ghana niechętnie wydaje wizy wjazdowe dla turystów. Więc jednak Burkina. Wyjazd z Togo, podobnie jak wjazd do tego kraju, to duża przyjemność. Przynajmniej w miasteczku Sinkasse N 11.11209  E 00.01133 Kilka minut i jesteśmy w Burkina Faso. Tam dopiero, na przejściu granicznym, zaczyna się jazda.  CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu