poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Afrykańska odyseja - 10. Powrót do domu

Powrót:  BURKINA FASO – MALI – SENEGAL- MAURETANIA - MAROKO


         Staram się na swoim blogu doradzić osobom, które planują swoją podróż kamperem naszym tropem. Ale opisanie wjazdu pojazdem do Burkina Faso z Togo – przekracza moje możliwości percepcyjne. Z grubsza wyglądało to tak.

Przejście graniczne Togo-Burkina.
        Jest brama. Domyślamy się, że prowadzi do Burkina. Prawa część zablokowana przez ciężarówki, więc wjeżdżamy „pod prąd” stroną lewą. Jakiś mundurowy, albo ochraniarz zatrzymuje nas i patrzy w paszporty. Każe jechać dalej. Jest tam jakiś okrąglak podzielony na pół. Żadnych szyldów, napisów, flag. Wchodzę do prawej części półokręgu. Wołam hallo. Na drzwiach napisy, że jakaś policja tu jest. Jakiś cywil pokazuje mi na jedne drzwi. W środku mundurowy wyciąga rękę po paszporty. Spisuje sobie dane. Pyta o zawód. Potem dane z dowodu rejestracyjnego i oddaje dokumenty. Zaczynam krążyć dalej. Tym razem kamperem, robimy esy floresy pomiędzy ciężarówkami, szukając śladu celników. Nic. Żadnych danych, strzałek, informacji.
Tajemniczy bilet.
Zaczyna być zabawnie. Jeździmy sobie, jeździmy po tym przejściu. Ktoś na motorku wskazał nam w końcu drogę. Druga połowa okrąglaka to byłą. Ale nie wiadomo gdzie wejść? Podchodzi jakiś „przewodnik”, a ja głośno go pytam, wskazując ręką na budynek, czy to toaleta czy inne WC? Usłyszał to ładnie ubrany cywil. Podszedł i po angielsku zapytał, w czym może pomóc? Proszę o skierowanie do ……. Przywołuje z wewnątrz jakiegoś security, a ten bierze mnie ze sobą. Do małego okienka w części policyjnej, gdzie wypisują mi dokument celny pojazdu. Cena 5000 CFA. Potem do bramy wjazdowej do Burkina, gdzie kolejne zamaskowane okienko wydaje mi, na podstawie dowodu rejestracyjnego pojazdu, karteczkę opłaty za czynności celne. Kuźwa, co to jest? Z tą karteczką idziemy do dziury w murze urzędu celnego, gdzie płacę 2000 CFA, dostaję dowód zapłaty i z tymi dokumentami możemy opuścić przejście graniczne. Oczywiście na bramie wyjazdowej wszystkie są jeszcze raz sprawdzane. Nie kamper, nie ewentualny przemyt w nim, ale dowody dokonania wpłat. Jeszcze raz podkreślam – żadnej informacji, napisu, strzałki, szyldu itp. Tylko miejscowi radzą sobie z tymi problemami bezbłędnie. Kilometr za przejściem, po prawej stronie jest piekarnia, gdzie chętnie kupujemy chlebopodobne bagietki. Na N 11.12072  W 00.00749 posterunek żandarmerii, gdzie zabierają wszystkie dokumenty i zapisują dane do swojej żandarmeryjnej książki. Jeszcze pytają o cel podróży, czas podróży. Kawałek dalej policyjny checkpoint N 11.12351  W 00.02218, gdzie policjant wertuje paszporty i zadaje pytania skąd, dokąd. Po 30 kilometrach chcieliśmy zanocować, gdzieś na sawannie. Nie ukryliśmy się zbyt dobrze. Wyłowił nas zmotoryzowany patrol na skuterze chińskiej produkcji, z długą bronią chińskiej produkcji (podróbka kałasznikowa), który stwierdził, że nie ma mowy o nocowaniu w tym miejscu.
Nocleg w Noah.
        Przenosimy się za szkołę, w wiosce Noaho. N 11.21985  W 00.26322 Gdzieś niedaleko gra głośna muzyka. Wiadomo – Burkina Faso. Rano ruszamy do stolicy kraju. Bo tu wszystkie drogi prowadzą przez Ouagadougou.
Bitou. Droga między stolicami.
Inne są drogami szutrowymi. Raczej nie dla kamperów. Jest już marzec, więc temperatura oscyluje koło 40 stopni w cieniu. Tylko wilgotność powietrza spadła od 4 dni, do 2-3%. Dlatego da się żyć. No i teraz czas na punkty. Znak „Halte page” N 11.24384  W 00.29146 pokonuję z prędkością około 30 kilometrów na godzinę. Nikogo nie było przy jezdni, żadnych innych informacji, więc pojechaliśmy dalej. W punkcie N 11.24678  W 00.29892 stoi policja w kamizelkach i hełmach, ale tylko stoi. Nic od nas nie chcą. Po kilku kilometrach N 11.27970  W 00.31409 znowu punkt poboru opłat (PPO). Tym razem nie ma żartów.
Wiejskie spowalniacze. Twórczość miejscowych.
        Są żandarmi z długą bronią. Trzeba wyjść z kampera i udać się pod namiot. Tam jakiś cywil siedzący za stolikiem, mówi do mnie tysiąc. Ja mu na to, dlaczego tysiąc? On, tysiąc. Ja mu dowód rejestracyjny daje. On nie przegląda go, tylko – tysiąc. Ja proszę o tabelę opłat, albo jakiś cennik. On na to, że w biurze jest, kilka kilometrów stąd. Na stoliku widzę bilety za 300, 500, 1000, 2000, 5000 CFA. Podałem mu 500 i mówię, daj mi za 500. On podbił pieczątkę i dał mi bilet za 500. Pomyślałem sobie, trzeba było wziąć za 300. No ale.
        W tym skorumpowanym Togo, to choć tabele opłat były wywieszone, a w Burkina – „po uważaniu”?  Za takie postępowanie, zero szacunku z mojej strony. Kilkanaście kilometrów i Duane, czyli celnicy. N 11.48620  W 00.35403, ale nie zatrzymują. Kilka kilometrów dalej kończy się dobra droga. Trzeba znacząco zwolnić i wytężać wzrok. Dobrze, że większej opłaty drogowej nie wniosłem.
Tenkadogo. Sprzęt, którego fotografować nie wolno!!!
        W miasteczku Tenkadogo jest sporej wielkości targ. Ceny przystępne, kilka ciekawych zakupów poczyniliśmy.
Koupela i tarka tark.
Potem już miasto Koupela, a przejazd przez nie przypomina jazdę po zamarzniętym polu, zaoranej ziemi, przez pijanego traktorzystę. I tak, na oko, przez 5 kilometrów.
        Na noc stajemy obok brygady żandarmerii, w wiosce Zorgo. N 12.24651  W 00.63755 Godzina 22.00, a w kamperze 32 stopni. Znowu przytoczę przysłowie mojego kolegi:, nie ma, że boli. Musi boleć! Jeśli decydujemy się na jazdę kamperem do Afryki, to trzeba choć minimalnej wiedzy o klimacie tego kontynenty. Inaczej wyjdą śmieszności, jak w jednym z opowiadań polskiego kamperowca. Cytuję: Jest lipiec, ja w Maroku, a tu temperatury ponad 40 stopni! No i dlaczego innych kamperów tu nie widzę? Koniec cytatu. Dobrze chłopie, że bardziej na południe nie pojechałeś.
Jak siedzi na motorze, to jedzie, czy nie jedzie?
        Wracając jednak do naszego wyjazdu. Trzeba wiedzieć, że już od końca lutego, gdzieś od okolicy zatoki Gwinejskiej, trzeba się liczyć z wysokimi temperaturami, rzędu 40 stopni w cieniu. Temperatura będzie wzrastać z dnia na dzień, a słoneczko będzie nas „gonić”, w naszej drodze na północ. Generalnie wszystko będzie dobrze, jeśli opuścimy, powiedzmy do miesiąca marca, strefę z podwyższoną wilgotnością (wpływ oceanu, lub tereny wilgotne), jeśli nie to ……………… może powiem bardziej obrazowo. Kto był w saunie suchej, to wie, że organizm i 50 i 70 stopni wytrzyma. Jeśli natomiast jest to sauna mokra, czyli kamienie polewane wodą, to przy tej samej temperaturze wytrzymamy zaledwie kilkanaście minut. Czyli, nam już nie jest tak źle. Jest ciepło, z dnia na dzień coraz cieplej, ale za to sucho.
Droga przed "Waga ..."
        Da się jakoś żyć. Po spokojnej nocy jedziemy dalej w kierunku „łaga” (stolicy).  Stolica totalnie zapchana, poblokowana, z objazdami. Dopiero teraz zrozumieliśmy, że to jakiś festiwal ważny się odbywa w ten weekend.
Zupa z lodem. Pycha.
No to tylko trochę zakupów, jakiś szybki (pyszny) posiłek u kobiety na targu (zimny jogurt na słodko z kuskusem i kawałkami lodu, zjadłem 4 porcje, po 1.40 złotego za miskę) zatrzymujemy się wieczorem w wiosce ze „świętymi krokodylami”.
Święty krokodyl, ze świętymi zębami.
        Wioska zowie się Sabou. N 12.06561  W 02.22605 Za 1500 CFA od człowieka obcokrajowego, przewodnik prowadzi nas nad staw, a raczej zaporę. Drugi człowiek, z przywiązanymi do sznurka zwłokami kurczaka, gwiżdżą na gady, które niechętnie wychodzą z wody, a jeszcze bardziej leniwie starają się chwycić martwego ptaka. Taki kilkuminutowy spektakl dla turystów. Jako gratis, zobaczymy przywiązane sznurkiem do drzewa małpki. Jedziemy dalej.

Droga przez park de Deux-Bales
        Odbijamy się od Parku Narodowego de Deux-Bales. Słoni tam już nie ma. Ze zwierzyny można zobaczyć jedynie kozy i zebu. Poza tym drogi szutrowe nie dla kamperów. Na nocleg, a nawet dwa stajemy na sawannie. Skoro groźnych zwierząt tu nie ma, to tylko ludzie nam mogą zagrozić. N 11.70089  W 03.07099. Jest czas na pranie i odgruzowanie kamperów.
Kolejny etap, który ma być strzałem w dziesiątkę na burkińskiej tarczy to Bobo-Dioulasso. Drugie co do wielkości miasto, stolica muzyki, bla, bla, bla. Jednak wcześniej, w wirtualnym punkcie N 11.20638  W 03.80848, dookoła nie ma nic! Prawie nic. Stoi tam bowiem, kilkaset metrów za łukiem drogi (nota bene, całą droga od stolicy jest całkiem dobrej jakości!) znak ograniczenia prędkości do 50 kilometrów na godzinę. Około 70 metrów za znakiem widzę kilka stojących samochodów. Jakaś kolizja Nie!!! To żandarm stoi z radarem nowoczesnej konstrukcji. Zapewne darem narodu francuskiego, dla narodu Burkina. Zatrzymuje nas i jako, ze jechałem pierwszy, pokazuje na wyświetlaczu prędkość 71 kilometrów. Bzura totalna. Gdyby dokonał pomiaru za znakiem, to w życiu bym nie wyhamował obok niego. Po drugie, logika czarnego żandarma jest ograniczona. Doszedł do wniosku, ze skoro pierwszy jechał za szybko, to i drugi zapewne też. Teraz trzeba przyjąć właściwą taktykę rozmowy. Jak zacznie się, że są (było ich trzech, jeden z radarem, dwóch z kałachami) idiotami i oszustami, to źle rokuje. Żaden czarny nie przyzna się do tego. Więc następuje kilkominutowa rozmowa, dająca do zrozumienia, że nie zapłacimy, a tym bardziej do kieszeni żandarmowego uniformu, nic nie będziemy wciskać. Przemieszczamy się stopniowo w stronę kamperów, żandarm delikatnie sugeruje, jakąś pamiątkę od nas? Nie otrzymuje pozytywnego sygnału, zagląda do kabiny kampera, pyta, czy to na szybie to kamera? Dostaje odpowiedź, że tak rejestruje wszystko, prędkość też. Na to żandarm mówi, że może nas puścić, jeśli obiecamy mu, że będziemy przestrzegali przepisów ruchu drogowego BF. Powiedzieliśmy, że oczywiście tak. Wymiana uścisków dłoni i żandarmi mogą spokojnie się zająć, cierpliwie oczekującymi kierowcami o ciemniejszej od nas kolorze skóry.
Bobo. Muzeum Sagossira. Maska pośmiertna.
        Wracajmy do Bobo. Na wjeździe do miasta muzeum Sagossira. Trochę regionalnych eksponatów. N 11.16897  W 04.29741 Wstęp 1000 CFA. Potem kukamy na Wielki Meczet. Tylko z zewnątrz. Kłopot z dojazdem N 11.17818  W 04.29585. Jakimiś slamsami jedziemy, choć mapa co innego pokazuje. Ale jakoś. Trafiamy na zbliżający się czas na modlitwę, więc na zwiedzanie to nie czas. Wstęp 1000 CFA. Potem szukamy miejsca na nocleg. Hotele tak, ale z parkingami, co najwyżej na samochody osobowe. Namiary, jakie posiadamy są już nieaktualne. Nic logicznego do postoju nie udaje nam się znaleźć. To może jakiś koncert na żywo? Nic z tego. W poniedziałki nie grają. Trudno się opędzić od przewodników, więc wieczorem zapada decyzja – znikamy z tej stolicy muzyki burkińskiej.
Kolejny SP. Za Bobo
Okolice Banfora. Czas na foto.
Targ w Banfora. Robale w dobrej cenie. Suszone.
        Dojechaliśmy do N 11.06629  W 04.35181. Kilkaset metrów wcześniej był punkt poboru opłat i „halte gendarmerii”. O świcie start do ostatniego punktu burkińskiego etapu. Miasto Banfora.  Przed miastem policjanty (albo żandarmy??) N 10.66622  W 04.73149 Od miejscowych kierowców biorą masowo łapówki. Na naszych oczach. Bez skrępowania. W samym mieście jest jeden jaśniejszy punkt, choć naszym zdaniem mocno przereklamowany. Lokal o nazwie MC Donald (pisownia oryginalna). Teoretycznie menu jest ciekawe, choć z wykonaniem i świeżością, daleko od norm. Mówiąc krótko, jedząc u kobiet przy drodze, nie spotkały nas przygody. Tutaj tak. Kilka kilometrów za Banforą jest trochę atrakcji.
Jezioro Tengrela. Godzina 17.00
        Tymczasowo zatrzymaliśmy się nad jeziorem Tengrela. Mają tu być ptaki i hipopotamy. Ptaki są, hipcie też, choć biorąc pod uwagę ich tryb życia, to trudno o jakieś spektakularne spotkanie z nimi. Z wody tylko uszy im wystają, na ląd w nocy wychodzą. Bez sensu. J Robimy sobie za to 2 dni odpoczynku. Potem startujemy drogą, której prawie nie ma na mapie, choć w realu to dobra, asfaltowa jezdnia.
SP w Sindou.
To kierunek na Sindou. Tam zatrzymujemy się przy rezerwacie skalnym. N 10.65119  W 05.15560 Wstęp między skały 1000 CFA. Kasjer nie ma wydać reszty, więc gdy ja idę na spacer – ciekawy spacer, to zostawia mi drugi bilet za 1000 i znika. W tej Burkinie nie ma dnia, aby ktoś Cię nie oszukał, albo przynajmniej nie próbował „białasa” naciągnąć. Dla mnie to żenujące i mam jak najgorsze zdanie o tej bandzie cwaniaków z Burkina Faso. Koniec. Kropka.
Sindou. Rezerwat skalny.
        Czas do Mali, na skróty 60 km. Potem jeszcze ze 20 i już. Upewniamy się jeszcze ze 2 razy, czy te 60 kilometrów są asfaltowe? Tak, to jedziemy. We wiosce Sindou zatrzymuje nas policjant i dokładnie nam się przygląda. Pyta o kierunek? Mówimy Bamako, stolica Mali. Pożyczył na koniec, ale takim dziwnym tonem, dobrej podróży. No i się zaczęło. Najgorsza, terenowa droga, jaką do tej pory jechaliśmy w Afryce. Zero asfaltu.
Droga do Mali, na skróty.
Kilka razy trzeba było się zatrzymać i pieszo sprawdzić, a potem zaplanować, technikę pokonywania odcinków. Generalnie 60 kilometrów jechaliśmy 6 godzin. Resztę widać na zdjęciach. Choć z drugiej strony patrząc, to tak urokliwego otoczenia jeszcze nie widzieliśmy. Ubogie wioski, prości ludzie, pagórkowata okolica. Nie macie pojęcia, jak smakowało zimne piwo (600 CFA) i kawał wielkiej ryby z ryżem (600 CGA), w pierwszej, „asfaltowej” wiosce, która Mahon się zowie. Po 20 kilometrach granica. Najpierw, w punkcie N 11.08244  W 05.31364 żandarmeria spisuje samochód i dane kierowcy.  Potem celnicy zabierają kartę laissez passer i dają karteczkę z pieczątką na podniesienie szlabanu N 11.09214  W 05.32874. Potem policja graniczna N 11.09586  W 05.33338 sprawdza wszystkie możliwe dokumenty, w tym ubezpieczenie pojazdu. Z tym ubezpieczeniem OC, to jest tak. Zielona karta obowiązuje w Maroko. W Mauretanii trzeba wykupić ichniejsze ubezpieczenie. Na pozostałe kraje Afryki Zachodniej jest kolejne ubezpieczenie. Robiliśmy jakieś rozpoznanie w tej materii. Na kilka miesięcy pobytu tutaj, musimy wydać ładnych kilkaset złotych od samochodu. W miejscowych ubezpieczalniach. Jak ktoś z miejscowych zrobi nam krzywdę swoim zdezelowanym pojazdem, to o odszkodowaniu możemy zapomnieć. Jak my komuś, coś – to lepiej dać mu do ręki 20 EUR. Taką przyjąłem zasadę. Dlatego na granicy podałem żołnierzowi moją „zieloną kartę”. Rozłożył ją szeroko, potem złożył i oddał. Kilka kurtuazyjnych zdań i przemieszczamy się dwa kilometry. Do Mali. Tu znowu trochę afrykańskiego folkloru. Policja graniczna N 11.11977  W 05.36169. Paszporty, czy są wizy, podbijają wjazd i ……… kierują przed szlaban, do żandarmerii. Tam żandarmy spisują pojazdy. Ale nie wszystkie. Pytają, czy jest ubezpieczenie? Jak ma być, skoro dopiero wjeżdżamy do tego kraju. Pokazuję im „zieloną kartę”. Nawet na nią nie patrzą. Moim skromnym zdaniem, to było trochę szukanie haka, aby coś zarobić i podzielić się z kolegami pogranicznikami. Ponieważ nie przejawialiśmy żadnego zainteresowania, co i o czym do nas mówią, to podali rękę i życzyli miłej podróży. Kilkaset metrów dalej są celnicy N 11.12314  W 05.36581 Wypisują te swoje deklaracje celne pojazdu. Inkasują 5000 CFA i bez sprawdzania kto, czym i co wwozi – pojechaliśmy dalej.
Mali. PPO
        Trochę dalej, bo kolejne kilkaset metrów i opłata drogowa. Zawarczałem. Bo w pamięci mam ciągle fatalny stan dróg malijskich. Na tablicy informacyjnej są rysunki. Jak na foto obok. Samochód osobowy 500, furgonetki (tu i nas zaliczono) 1000.
Nocleg przy wodospadzie.
        Ponieważ późno już się robi, zmrok bliski, przejeżdżamy około 20 kilometrów i skręcamy w stronę wodospadu. Kilkaset metrów od drogi, droga polna, potem trochę jazdy po skalnej nawierzchni i całkiem fajne miejsce na nocleg udało nam się namierzyć. N 11.20970  W 05.44971. Woda szumi, choć to pora sucha. Wodospad ze 3 metry ma, ale obok ciekawe zjawisko krasowe. Wiele metrowej średnicy studni, a każda o głębokości 3-4 metrów. Tak sobie tu woda, w porze deszczowej harcuje. Kolejny dzień, kolejne 200 kilometrów za nami i o dziwo – stan drogi jest jak najbardziej ok! Bez dziur, bez objazdów, bez progów zwalniających, które tak bardzo nam uprzykrzały życie w sąsiednich krajach. Na mapie, droga którą jedziemy nazywa się „autostradą Sahelu” i jest nieporównywalna, do dróg w północnym Mali. Rewelka.
Znowu na sawannie. Nocny popas.
        Skręcamy z niej i kolejny nocleg znowu na sawannie: N 11.51612  W 07.54286. Temperatura o 22.00 , ponad 32 stopnie. Jak my przeżyjemy spotkanie z wiosenną Europą? Ale najpierw trzeba dojechać do Bamako. Po wizę Mauretanii, bo nijak nie idzie przejechać z południa Afryki do Europy, z pominięciem tego kraju. W tym miejscu chcemy podziękować wszystkim krajom i ich przywódcom, za niesienie pomocy i demokracji, dla uciemiężonych ludów Afryki i Azji Mniejszej. Dzięki Wam możemy swobodnie i bezpiecznie podróżować po świecie. Podróż do stolicy Mali przebiegła w miarę sprawnie.
Parking przed lokalem.
        Krótka przerwa na talerz ryżu z sosem i butelkę zimnego piwa, dała nam wgląd, do regionalnego zakładu gastronomicznego.
Lokal gastronomiczny w Sanankoroba.
Potem Bamako, niedzielne popołudnie. Pierwsze skrzyżowanie i zatrzymani przez policjanta. Dowód rejestracyjny poprosił, popatrzył na przednią szybę kampera, zobaczył kamerę, mina mu zrzedła i tylko cicho zapytał – kadu? Odpowiedziałem – no kadu.
Bamako. Most na rzece Niger.
        Oddał dokumenty i pozwolił jechać. 500 metrów kolejne skrzyżowanie i widzę kontem oka, ze jakiś niebieski biegnie i gwiżdże za mną. Po 400 metrach znowu skrzyżowanie, gdy ruszam na zielonym, Teresa mówi, ze jakiś wychylał się z za samochodu i coś gwizdał na gwizdku. Kolejny kilometr i przed skrzyżowaniem znowu jesteśmy zatrzymani. Tym razem wątpliwości nie było. Stop regulaminowy. Podchodzi łachudra w niebieskim mundurze i wymienia wszystkie dokumenty do kontroli. Ja mu na to, że jak będzie tak postępował, to dalszą służbę będzie pełnił w Timbuktu, a o kadu od nas może zapomnieć!
Bamako. Centrum sztuki. Fajnie posłuchać.
Bamako. Stoisko i przedmioty voodoo.
        Zrobiła się mała nerwówka. Podszedł jakiś cywil, zapytałem go, gdzie tu jest komenda główna policji. Nie komisariat, tylko komenda główna. Cywil zaczął mnie po angielsku coś tłumaczyć. Na to policjant zapytał cywila, co ja chcę, cywil odpowiedział, policjant powiedział – możecie jechać. Pojechaliśmy na zakupy, a potem na nocleg, niedaleko rzeki Niger, do dzielnicy ochranianych rezydencji, o których można by długo opowiadać. Tylko po co? To trzeba zobaczyć, to trzeba przemyśleć, pokręcić głową i pojechać. Do ambasady Mauretanii. Po wizę. Niestety tutaj klops. Ambasada wiz nie wydaje. Tylko na przejściach granicznych. Co za naród? Co za ludzie? W internecie tego nie wyczytasz, bo strony swojej ambasada nie ma. Idziemy więc pozałatwiać jakieś ostatnie sprawy aprowizacyjne w mieście. Ja na targ i centrum kultury (super pokaz gry na bębnach). Znalazłem stoiska z różnymi czary-mary i głowami zasuszonych zwierząt. Po południu kierunek Senegal.  Jeszcze tylko jakieś dwie „kontrole” policyjne. Spuszczone po przysłowiowej brzytwie. Opuszczamy Bamako i już gnamy na zachód. Przy wyjeździe z miasta bramka opłatowa N 12.77194  W 08.11335. Jeden tysiąc CFA jest nie nasze. Sto kilometrów dalej Celnicy zatrzymują nas. Nie bardzo wiadomo czego chcą. Tymczasem zaskoczyła nas jakość drogi. Jest bardzo dobra. W porównaniu z północnymi rejonami Mali, gdzie jechaliśmy w kierunku Timbuktu i gdzie utkwił nam w głowach fatalny stan dróg, to tutaj? Jest super. No prawie super.
Wioska Sitanikoto.
        Bo w każdej, która składa się czasami z kilku okrągłych chatek, są co najmniej dwa, a najczęściej 3-5 progi zwalniające. Czasami wymyślnej konstrukcji, która zmusza do przetoczenia się po nim. Z drugiej strony, mieszkańcy wykorzystują te progi do ……………. Zorganizowania w ich sąsiedztwie stoisk handlowych. Bo skoro pojazd ledwo jedzie, to i pasażerowie mają czas na spokojne popatrzenie na asortyment i decyzja o zatrzymaniu samochodu jest łatwiejsza, można wykonać gesty ręką, mówiące „pozdrawiam Cię” lub „stawaj mi tu ty biały”, no i dzieci mają czas na kilkakrotne wzniesienie okrzyków1) - KADU !!!
Wioska Kita i szkoła jednoklasowa.
        Ot, taka miejscowa tradycja.
Przed miasteczkiem Kita jest zlokalizowany kolejny punkt poboru opłat. N 13.02270  W 09.44364 Zwyczajowo już nie ma wywieszonej taryfy opłat. Po małym spacerze okazuje się, że jest. Nieczytelna wprawdzie, ale zamiast chcianych 1000 CFA płacimy tylko 500. Jak za pojazdy osobowe. No i jeszcze jedna niespodzianka.
Pojazd.
Spotykamy tu Adama z Krakowa, który samotnie podróżuje Toyotą terenową, a do Mali wjechał z Gwinei. Na nocleg stanęliśmy kilkaset metrów za punktem płatniczym, oczywiście po wcześniejszym zjechaniu w głąb sawanny. Długa nocna rozmowa rodaków, gdzieś na malijskiej prowincji, a rano ruszamy już powiększoną karawaną w stronę Senegalu. Małe zawirowanie ma miejsce w Kita. Nie wiemy, którą drogę wybrać.
        Są dwie w kierunku miasta Kayes (potem do przejścia granicznego). Południowa, nad jeziorem, którą spotkani motocykliści z Francji określili jako nieprzejezdną. Druga północna, po dokładnym rozpytaniu, o ile na tym kontynencie można coś takiego dokonać, czyli uzyskać wiarygodne informację, jest drogą gruntową. Na odcinku powiedzmy 200 kilometrów. Jest też droga trzecia , na głębokie południe. Prawie do granicy z Gwineą, której to drogi nie ma na dostępnych nam mapach, ale jest na nawigacjach MapsMe i Maverick. Zawierzyć mapom GPS? Tak zrobiliśmy. Droga, której nie ma na mapach, choć nie pierwszej młodości, to pozwala na jazdę z prędkością dowolną. Oczywiście należy pamiętać o progach wiejskich!
        I tak oto, po przejechaniu bez mała 300 kilometrów stanęliśmy na nocleg, kilka kilometrów przed granicą, na terenie ………… poszukiwaczy złota? Teren, na powierzchni setem metrów kwadratowych, zryty jest dołami o głębokości ponad 1 metr. Po powierzchni biegają ludziska z wykrywaczami metalu, czyli gorączka złota?
Rano granica. Najpierw Mali. Celnik nie rusza swojego tłustego dupska, tylko do kamperów wysyła jakiegoś chłopaka-pomocnika, a ten zbiera od nas papiery laissez passer i zanosi swojemu panu, leżącemu na leżaku. Sąsiedni barak, to policja graniczna Mali. N 12.92669  W 11.37972 Co jeden policjant, to lepiej odżywiony od drugiego, mundury przyciasne, klapeczki na brudnych nogach. Standard. Stoimy przed biurkiem. Sierżant pisze do grubego zeszytu. Dane z paszportu, z dowodu rejestracyjnego samochodów, pyta o zawód i gdy dowiaduje się, że stoją przed nim sami emeryci – nie wytrzymał! Lekko podniesionym głosem powiedział, że to niemożliwe, że niektórzy są za młodzi i jakim cudem? Dopiero spokojne wyjaśnianie, szczególnie młodszej ekipy „ekspedycji”, że jak się pracuje (tu wymiana różnych zawodów, potem oszczędza, potem pomnaża kapitał, to można szybko zostać emerytem – wcale nie przekonała do końca ciemnoskórego policjanta, Uspokoiła go zaledwie.         Dzięki temu przejechaliśmy most graniczny na rzece Faleme i stajemy przed celnikiem senegalskim N 12.93135  W 11.38000. Przed reprezentantem, tej słynnej kasty senegalskich celników. Co to się człowiek o nich nie naczytał? Czego nie nasłuchał? Sycylijska mafia, to przy nich przedszkole zaledwie. Opowieści dotyczą głównie przejścia w Rosso i rejonu do Dakaru. Wyłudzenie kilkuset EUR od turysty zmotoryzowanego? Żaden problem! 500 EUR zostawił motocyklista z Francji. Adam z Krakowa dał 200, bo inaczej musiał by (wg celników) zapłacić 300 EUR za eskortowanie pojazdu przez celnika, w czasie przejazdu przez Senegal. W innym przypadku samochód jest za stary, albo nie ma właściwych dokumentów, albo, albo, albo. Stary numer, to wydawanie warunkowej zgody na wjazd kampera (terenówki)  do Senegalu na okres 2, 3 lub 5 dni i konieczność przedłużenia tego okresu w urzędzie celnym w Saint-Louis, gdzie celnicy chcą wyłudzić nawet kilkaset EUR za tą czynność, lub w Dakarze, gdzie przedłużenie jest ………. bezpłatne. Ale to wszystko znamy z opowieści, teraz sami stajemy przed jego wysokością celnikiem. Przedstawić należy wszystkie dokumenty. Paszport, dowód rejestracyjny, prawo jazdy i …….. ubezpieczenie pojazdu.
        Zatrzymam się na moment przy tym ubezpieczeniu, bo zjawisko jest zaiste ciekawe. . W Maroko nie ma problemów, obowiązuje „zielona karta”. W Mauretanii wykupujesz ichniejsze OC na granicy, lub w najbliższym miasteczku. Ubezpieczenia i ceny są różne. Czy tylko na Maurę, czy też na wszystkie kraje Afryki Zachodniej? Opisałem to w blogu o mauretańskim etapie. Potem jest już tylko gorzej. Ubezpieczenie trzeba mieć, ale jego cena jest obrzydliwie wysoka. W przeliczeniu, nawet kilkaset złotych na miesiąc. Przy podróży kilkumiesięcznej? Hmmm. Więc zagadnienie traktujemy w kategorii: zobaczymy kto większym frajerem jest? Teraz praktyczne sytuacje, które nas spotykały. Przejeżdża ulicą setki miejscowych pojazdów, zardzewiałych, fizycznie bez świateł, z pasażerami na dachu itd. itd. Jednak bystre oko policjanta, bezbłędnie wyłuska tego jednego. Kampera z Europy, który zostaje zatrzymany i którego kierowca, w mniemaniu stróża prawa, pozwoli mu zakończyć budowę jego lepianki. Stoimy sobie na poboczu, podchodzi policjant, mówi po francusku „dzień dobry” i tu spotyka go pierwsza niespodzianka. Z pewnym zażenowaniem, a nawet zawstydzeniem odpowiadamy – niestety nie mówimy po francusku, tylko ciut, ciut po angielsku. Pierwsze niezadowolenie stróża prawa widoczne już jest, choć prawdę mówiąc, jeden warknął do mnie – tu jest Burkina, tu się mówi po francusku! Ja na to, do wydania wizy nie jest wymagana znajomość języka francuskiego. Amen. Ale to sprawy nie jeszcze załatwia. Zdesperowany łapownik ma prawo zażądać dokumentów i takowe dostaje do ręki. W zamian, o ile się nie mylę to w każdych krajach, zawsze mamy prawo zażądać jego policyjnej legitymacji. W Burkinie z tego prawa korzystałem.
        Ale wróćmy do legitymowania nas, a nie czarnoskórego policjanta. Tu już mamy całą gamę możliwych zachowań. Dureń z Mali, bo inaczej go nazwać nie można, stwierdził – wiza Mauretanii się skończyła! Inny próbuje wertować dowód rejestracyjny pojazdu. Obraca go na wszystkie strony, sam nie wie czego szukać. No i teraz kulminacja, czyli: masz ubezpieczenie pojazdu? Tak i otrzymują „zieloną kartę”. Rozkładają ją pieczołowicie, rubryk tam sporo, ale najważniejsze są dobrze widoczne. Numer rejestracyjny pojazdu i termin ważności. Potem jest, jak to w takich dokumentach bywa, dużo różnych napisów, przypisów, informacji itp. Tu już nie ma mądrego. Nawet komendant główny policji by się nie połapał. Czy ta polisa obowiązuje u niego w kraju, czy też nie? Sami sobie wyprodukowali taką biurokrację, że firm i polis mają całe sterty. Która tu ważna jest? Jeden bystrzak zapytał, czy ta zielona polisa u nas obowiązuje, to pokazało mu się napis w punkcie 1. Karty (nawet po francusku tam jest), że karta ubezpieczenia pojazdu jest MIĘDZYNARODOWA. Pytanie dodatkowe, przecież Wasz kraj należy do społeczności międzynarodowej? No, należy odpowiedział i zwrócił kartę bez gadania.
        Ktoś może zapytać, ładnie to tak robić w durnia miejscową władzę? Sam wielokrotnie podkreślam, że prawo danego kraju należy przestrzegać. Odpowiadam. TAK. Osobiście nie dopuszczam nigdy myśli, aby dawać „w łapę” miejscowemu draniowi, choć wiem, że w tej części świata korupcja zaczyna się od sfer rządowych, a kończy na ulicznych policjantach. Sam więc nie daję, a od policji oczekuję pomocy, jeśli taka będzie mi potrzebna. Jeśli natomiast taki drań w mundurze uaktywnia się tylko po to, aby przerwać bez przyczyny moją podróż i próbować wyłudzić jakieś pieniądze, to z osobistą satysfakcją udowadniam mu, że jest na niższym poziomie intelektualnym i jeszcze dużo musi się w życiu uczyć, by być mi partnerem do rozmowy.
     
        Tymczasem wracamy na granicę Mali-Senegal, do wnęki w baraku, gdzie urzęduje Pan Celnik. Wypisuje, pyta, wypisuje i daje dokument, który nazywa się Passavant de circulation pour vehicule i kosztuje tylko 2500 CFA. Połowa tego, co w innych krajach afrykańskich, przez które jechaliśmy. Brawo Senegal. Niestety, dokument ważny jest tylko 10 dni. W tym czasie trzeba dojechać do Dakaru i w urzędzie celnym przedłużyć ważność zezwolenia, na poruszania się swoim pojazdem po Senegalu o 14 dni. Bez sensu Senegal. Polacy nie potrzebują wizy do tego kraju i mogą tu przebywać do 90 dni, ale ……………. bez samochodu? Afrykański nonsens. I jeszcze jedno. Do tego „passavante” celnik wpisuje numer polisy OC. Teoretycznie można jej nie mieć, bo jeszcze nie wjechaliśmy do Senegalu. Nawet w Mauretanii możesz kupić polisę na granicy, lub w najbliższym mieście. Masz na to 48 godzin czasu. W Senegalu musisz pokazać polisę przed wjechaniem do tego kraju, więc pokazaliśmy „zieloną kartę”. Pan przepisał jej numer na dokument i można przejechać 100 metrów do policji granicznej.
Policjanci, nie powiem, mili. Witają się z każdym. Zapraszają do siebie, to znaczy pod drewniane zadaszenie i po przeglądnięciu paszportów mówią: nie możecie wjechać do naszego kraju, bo nie macie wizy Senegalu. Co jest? Mówimy, że Polacy nie potrzebują już wizy. Policjanci mówią, że wszyscy potrzebują, z wyjątkiem krajów Unii Europejskiej. Więc pokazujemy im okładki paszportów, gdzie jest napis „Unia Europejska”. Oni nie dają za wygraną i wyciągają jakiś swój dokument, gdzie mają wykaz europejskich państw. Jest, znaleźli Polskę w Europie i ta sprawa odfajkowana.
Teraz zapis do księgi. Samochód, dane samochodu i dane kierowcy. Teresa podaje swoje prawo jazdy. Pan policjant mówi NIE. Widziałem, że kierował on – i tu wskazuje palcem na mnie, Mówimy ok i ja daje swoje prawo jazdy, ale podkreślamy, ze i moja żona Teresa też czasami prowadzi ten wielki, biały samochód. Policjant zdziwił się nieco, bo kobieta prowadzi? Nie mniej, ostatecznie, Teresy dane też spisał do swojej wielkiej, grubej księgi.
        I tym sposobem wjechaliśmy do Senegalu. Paliwo (ON) kosztuje tu nieco mniej niż w Mali. Jedynie 595 CFA za litr. Teraz droga do Dakaru. Pierwszy odcinek około 100 kilometrów, do miasta Kedougou jest w porządku. Równy asfalt. Po drodze staramy się kupić jakieś karty telefoniczne z internetem, ale wszyscy mówią, że nie ma tu zasięgu netu. W Kedougou można skręcić w lewo i za kilka kilometrów wjechać do Gwinei, lub w prawo, na Dakar. My najpierw kupujemy kartę sieci Orange, w jakiejś dziwnej promocji i bez okazywania dokumentów. Za 5000 CFA mamy przez miesiąc 6 GB internetu i rozmowy telefoniczne w Orange free. Dość późno wyruszamy z miasta na północ. Przez pierwsze kilometry droga jest równa, bez dziur.
Senegal. Droga do Dakaru. Za Mako początek.
        Po kilkudziesięciu kilometrach zaczyna się jazda. Za miejscowością Mako są dziury? Nie, to są leje po małych bombach lotniczych! Okresowo pędzimy na 2 biegu. Generalnie pierwszy jest w użyciu. Czasami dziurzyska zachodzą na siebie, a zjazd na pobocze grozi wywróceniem kampera albo uszkodzeniem opony, na ostrej krawędzi resztek asfaltu, z epoki kolonialnej.
Nocleg w parku narodowym
I tak to, prawie o zmroku, dotoczyliśmy się do Parku Narodowego Niokolo-Badiar. Skręcamy z wertepów 200 metrów w bok i stajemy schowani przed ludźmi. N 12.95114  W 12.45772 Tylko przed ludźmi, bo w nocy jakaś zwierzyna kręciła się wokół. Dopiero potem zorientowaliśmy się, że do parku tego jest wstęp tylko ze strażnikiem i tylko pojazdami 4x4.
Guziec.
Małpia rodzina nad kamperem.
Ze zwierzątek mamy wszystko, co w Afryce żyje. Nawet jest tu siedlisko leopardów. Nie mniej wiadomo jest, że zwierzęta zjadają tylko złych ludzi, więc o poranku ruszyliśmy w komplecie dalej w kierunku Dakaru. Ruszyliśmy? Raczej toczyliśmy się po gigantycznych dziurach. Jakieś dobre 100 kilometrów.
Jak nie dziury do siwy dym. 
        Mogę teraz stwierdzić, ze poruszaliśmy się po różnych dziurawych drogach w Afryce. Niektóre ciągnęły się przez setki kilometrów i wydłużyły nam czas podróży, z zaplanowanych 2 do 3 dni. Ale te sto kilkadziesiąt kilometrów z Senegalu, to mistrzostwo świata, w konkurencji badziewnych dróg!
Senegalskie baobaby. Cudo.
Ale to nie koniec niespodzianek na ten dzień. Przed miejscowością Tambacounda, gdzie kończy się fatalny odcinek jezdni, miejscowe geniusze zaplanowały kilkukilometrowy objazd. Najpierw w kurzu, a potem po pralce. Ufffff. Jakoś to pokonaliśmy i zanocowaliśmy już w centralnym Senegalu, a kolejnego dnia, po gigantycznym „skoku” długości prawie 400 (!) kilometrów stanęliśmy nad Atlantykiem.
SP w Joal. Już z Adamem.
Most na wyspę Fadiouth
Obok dwóch, ciekawych miejscowości. Joal-Fadiouth. Ta druga nazwa, to wyspa zbudowana prawdopodobnie z muszelek, połączona z lądem drewnianym mostem, za który miejscowi kasują (chcą kasować) turystów po 5000 CFA za głowę.
Na wyspie wyszynk pod świętymi obrazami.
        Coś im się chyba w głowach pomieszało! Generalnie widać pazerność na pieniądze turystów, albo powiem inaczej. Z mojej pobieżnej obserwacji wynika, że połowa Senegalczyków to cwaniacy i oszuści. Druga połowa, to ludzie serdeczni, uśmiechnięci, bezinteresowni. Na kogo traficie? Przez 2 dni stoimy na cyplu za, albo na terenie szkoły (z możliwością zatankowania wody) N 14.14994  W 16.82865 Potem znajdujemy fajne miejsce, na kilkudniowy wypoczynek. Opuszczony od kilku lat ośrodek N 14.27672  W 16.90738, z sympatycznym czarnoskórym opiekunem o imieniu Lora.
Kilka dni nad Atlantykiem.
        Lora sam zaprosił nas do ośrodka, gdy zobaczył, że parkujemy obok niego. Zrobił to za darmo. To był ten miły Senegalczyk. Zapomniał bym jeszcze o jednej rzeczy opowiedzieć. Senegalska policja. Prawie w całości przeżarta korupcją. Są bezczelni i zachłanni. Na widok jadącego kampera wyskakują na drogę i zatrzymują. Potem kontrola wszystkich możliwych dokumentów. Próba sprawdzania kampera. Wmawianie wykroczenia drogowego. Metoda? Potraktować takie gadziny z góry! Grzecznie, ale stanowczo. Można ich wylegitymować. Można ostrzec złożeniem skargi. W żadnym wypadku nie dać się zastraszyć i dawać łapówki. To nasza metoda na głoda.
Śródmieście Dakaru.
        Potem już Dakar. Stolica, 3 miliony mieszkańców. Wrażenie? Najbardziej europejskie miasto, na trasie naszej wędrówki. Oczywiście z elementami afrykańskiego folkloru.
Muzeum Monoda.
Ja osobiście zajechałem do Dakaru za sprawą muzeum sztuki afrykańskiej Teodora Monoda.
Maski z muzeum Monoda.
Potem okazało się, że warto jeszcze popłynąć na wyspę Goree, skąd wywieziono do obu Ameryk kilka milionów niewolników. Do tego trzeba dodać konieczność przedłużenia ważności dokumentu celnego pojazdu tzw. passavant, trzeba dokonać w budynku głównego (?) urzędu celnego N 14.66831  W 17.43148, 4 piętro, po prawej stronie. Przedłużenie dokumentu powinno być dokonane na kolejne 14 dni. Można dokonać dwóch przedłużeń. Czyli komuś w Senegalu coś się pomieszało w głowie. Na terenie kraju możemy przebywać do 90 dni, ale ze swojego samochodu (kampera) korzystać tylko przez trochę ponad miesiąc. Ot, logika – bez logiki! Teraz miejsca do nocnego bytowania w kamperze. Udało nam się „namierzyć” dwa. Blisko portu i placu de Independance – gdzie jest w/w urząd celny, słupek z numerem „0” rajdu Paryż Dakar i kilka interesujących budynków. Wieczorem i nocą możemy się zatrzymać na małym P, który służy mundurowym N 14.67068  W 17.42423. Dobrze go opuścić przed godziną 10.00. Drugie miejsce, to większy nieco parking free, położony bliżej portu, traktowany też jako miejsce odpoczynku dakarskich taksówkarzy. W nocy, za sprawą bliskości portu, może być trochę głośny N 14.67124  W 17.42275. Ostatnia możliwość, to strzeżony parking w porcie, dla płynących promami. N 14.67496  W 17.43243 Dzień postoju kosztuje 1000 CFA. Można o trochę wody poprosić. Za dobę krzyczą sobie 2500, ale nie korzystaliśmy i nie negocjowaliśmy ceny.
Płyniemy na wyspę niewolników - Goree
        Korzystaliśmy natomiast z promu na wyspę Goree. Cena tam i powrót 5200 CFA (dla obcokrajowców). Po dopłynięciu jest jakaś kasa i jeszcze po 500 od osoby krzyczą sobie. Potem muzea: historyczne za 500 i niewolników też 500. Podam teraz kilka przykładowych cen z Senegalu. Dla przypomnienia 100 CFA = 70 (lub mniej) groszy. Mleko od 750 (promocja) do 1700 (normalna cena). Sery twarde > 10 tysięcy za kg. Pleśniowe około 4500 CFA. Bagietka mała 100, wielka do 500 CFA. Kilogram marchewki 750, fasolka zielona 690, kapusta 750 za kilogram. Jajka od 1800 za 30 sztuk. Piwo butelkowe od 1000. Puszkowe od 550. Cukier 750 za kilogram. Woda do picia, butelka 10 litrów, cena od 890 do 1500 CFA. Bilet wstępu do muzeum Monod’a aż 5000 dla obcokrajowców. Woda w butelkach półtora litra, pakiet 6 sztuk za 1700 (w promocji).
        Podam jeszcze koordynaty dość kultowego słupka kilometrowego Dakar „0”. Wkopany na rogu, przed lokalem N 14.67075  W 17.43218. Po dwóch dniach mieliśmy  dość stołecznego ruchu i wyjechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów na północ. Do Lac Retba. Jechaliśmy jedyną w Senegalu autostradą. Prowadzi na południe kraju. Podam ceny, bo nie jest ona zbyt tania. Pomiędzy dwoma zjazdami (kilka km w obrębie miasta) zapłacimy 800 CFA. Za 10 kilometrową przyjemność już 1500 CFA. Więcej nie próbowaliśmy, bo skręciłem do tak zwanego Różowego  Jezioro. No i tu problem, bo różowe wcale nie jest różowe – tylko normalne. Słone jest na pewno. Ale w zamian są super wydmy, które oddzielają jezioro od oceanu, a sama plaża morska jest bardzo interesująca, czysta i szeroka. Choć …….. praktycznie bez muszelek.
Trzech Polaków przy Różowym Jeziorze.
        Dość fajne miejsce tu namierzyliśmy. Nieco na uboczu N 14.84628  W 17.23548. Znowu 2 dni tu odpoczywamy i zbieramy siły na końcowy etap. Prawie 7000 km do Krakowa. I tak oto, 26 marca ruszamy już na serio, na północ, ku Europie.
Senegalska przygoda, z której wyciągały mnie
4 osoby. Dziękuję za pomoc całej ekipie.
        Pierwszy dzień to porażka. Najpierw, chcąc zrobić interesujące ujęcie ludzi, wydobywających z dna jeziora sól, skręciłem na pobocze. I tam już zostałem. W przechyle sugerującym możliwość położenia kampera na boku. Potem kilkadziesiąt kilometrów jazdy w korku, gdyż trafiliśmy na jakąś imprezę religijną. W sumie, przez dzień cały, nie przejechaliśmy nawet 150 kilometrów.
Nocleg z muezinem.
Nocleg w malutkiej, ale czystej wiosce bez nazwy N 15.41549  W 16.45662. Do zaplanowanego Saint-Louis zabrakło ponad 100 kilometrów. No, takim tempem, to ledwo na wakacje do kraju zajedziemy! Ale mniejsza z tym. Po godzinie 5.00 sąsiadujący z naszymi kamperami, piękny meczet z baobabem, rozgłosił ze swoich głośników, wszem i wobec, najdłuższą i najgłośniejszą modlitwę, jaką miałem okazję słyszeć. O spaniu nie ma mowy. Wczesnym porankiem, nabieramy trochę wody w pobliskiej szkółce koranicznej i kierujemy się na Sait-Louis. Droga ok, ruch nie za duży, więc koło południa jesteśmy już w zabytkowym mieście UNESCO. Zabytków1) nie zobaczyłem, natomiast potworne ilości much tak, oraz zapach śmieciowy też był niczego sobie. Więc tylko tranzyt. Bez wysiadania z kampera! Tylko potrzebna jest decyzja: przejście w Rosso, czy przejście w Diama? Rozważamy wszystkie za i przeciw. Rosso. Uznawane za najbardziej skorumpowane przejście na świecie, ceny promu, którym trzeba przepłynąć rzekę Senegal, trudne do ustalenia. Każdy wymienia inną kwotę. Już przed przejściem, policja wyprawia harce, sprawdza żółte książeczki, których od lat nikt już nie sprawdza w Afryce, zabierają dowody rejestracyjne itp. Droga z Rosso do stolicy Mauretanii jest dziurawa. To takie skrótowe informację.
Most graniczny w Diama.
        Diama.  Przejście nowe, odnowione w grudniu ubiegłego roku. Policjanci chcą 10 EUR za podbicie pieczątki w paszporcie. Przejazd przez most (tamę) to koszt 4000 CFA. Potem jakiś wstęp do Parku Narodowego. Droga, przez 30 km będzie szutrowa, ale przejezdna dla kamperów. Potem super asfalt. Czarek chce się zmierzyć z Rosso. Są dwa kampery, a wiemy, że najbardziej łupieni są przez „granicznych bandytów” (inaczej ich nie mam zamiaru traktować) osoby samotnie podróżujące. Wiadomo – nie ma świadków. My natomiast mamy dużo czasu, trochę elektroniki nagrywającej co się wokół nas dzieje i wiele bezczelności, w stosunku do wszelkiej maści oszustów i kombinatorów. To takie zapasy – na przewagę IQ. My, czy oni? Pozostałą część załóg średnio jest zainteresowana dokumentowaniem tych, czy tamtych łapowników. Niech się z tym uporają miejscowe władze. My jedziemy przez Diamę, bo bliżej. Droga do granicy ok. Wjeżdżamy przez bramę na plac, parkujemy i idziemy do lewego pawilonu, gdzie policjant wbija pieczątkę wyjazdową do paszportów. Gdy to zrobi, śpiewa (?) sobie cicho piosenkę: „teraz 10 euro, teraz 10 euro”. Odbieramy paszporty, nic nie płacąc. Po drugiej stronie budynek celników, siedzi jeden i coś wypisuje, kręcimy się nerwowo, a nawet można powiedzieć, ze rozpraszamy go. Pyta, o co chodzi? Chcemy wyjechać z Senegalu. To zostawcie dokumenty celne i możecie jechać. Pojechaliśmy. Jeszcze tylko dowiedzieliśmy się od pasażerów portugalskiej terenówki, która w tym samym czasie wjeżdżała do Senegalu, że musieli zapłacić 200 EUR za samochód, lub proponowano im celnika do samochodu za 300 EUR. Czyli proceder na granicy z Mauretanią trwa w najlepsze. Potem jeszcze tylko jakaś opłata miejscowa za 500 CFA (z rachunkiem oczywiście, innych nie płacimy) i wio przez most zaporę do Maury. Droga? Fatalna. Przejechać się da (pora sucha), ale to gruntówka z „pralką” i dziurami.
Park Djoudj nocną porą.
        I tak sobie dojeżdżamy do punktu poboru opłat Parku Narodowego Djoudj. Pan krzyczy 2000 ugiji od osoby. No i zaczyna się szkolenie kasjera. Pomalutku mu tłumaczymy, po francusku, że primo. Gdy przekraczaliśmy granicę jego kraju, to nie było żadnej informacji o opłatach drogowych przez park. Po drugie primo, to my nie chcemy do parku, ale do stolicy dojechać, a jedyna, nawiasem mówiąc dziurawa droga, prowadzi właśnie przez ten jego park. No i po trzecie primo, to skąd mamy mieć te jego mauretańskie ugije, skoro na przejściu nie ma żadnego banku, ani bankomatu? Facet powiedział, ze wobec tego powiadomi żandarmerie. My wyraziliśmy na to zgodę, chcąc zobaczyć w akcji funkcjonariuszy tej formacji. Jakim ilorazem inteligencji się popiszą? Nie zobaczyliśmy. Facet nie zadzwonił. O godzinie 18.00 zwinął interes i gdzieś poszedł. Więc my nie czekaliśmy dalej i pojechaliśmy szutrową, „gaarbatą” drogą na Nouakchott.
        Pojechaliśmy spokojnie, dostojnie, ze średnią prędkością kilkunastu kilometrów na godzinę. Szybciej się nie dało. Zapadał zmierzch. Przy drodze sporo guźców widać. Niektóre robią sobie wyścigi z kamperem. Po około 30 kilometrach jest jakaś buda i mostek. Wyskakuje facet nieokreślony i macha latarką. Nie zatrzymujemy się. To żelazna zasada w podróży. Na odludziu może nas tylko zatrzymać umundurowany funkcjonariusz, w oznakowanym samochodzie. Nie ma odstępstw od tej reguły, o ile chcemy zachować zdrowie, życie i dobytek. Ostrzegano nas również przed fałszywymi checkpointami w strefach przygranicznych. Naszym atutem w takich momentach są dwa samochody. Trudno takie jednocześnie zatrzymać i ewentualnie coś złego planować. Samotny podróżnik łatwiej ukryje się w tłumie, ale na drodze jest praktycznie bezbronny.
        Jak już o drodze mówimy, to od punktu N 16.55443  W 16.23882 zaczyna się dobrej jakości asfalt, który prowadzi aż do drogi N2 z Rosso, w kierunku stolicy. 30 kilometrów przyjemnej jazdy, po prawie pustej drodze. Prawie, bo jest już ciemno, a w tych ciemnościach, co pewien czas ukazują się anioły.  Klimaty są niebiańskie. Czarna nitka asfaltu, wokół złocą się wydmy, a miedzy wydmami ukazują się co kilka minut anioły, w swoich anielskich szatach. To wersja teologiczna. Tak naprawdę, to chodzą gdzieś, między niewidocznymi z drogi namiotami, mężczyźni w swych szarpanymi przez wiatr nakryciami, które bubu się zowią. Do tego oświetlają sobie drogę telefonami komórkowymi. Stąd to anielskie skojarzenie. Poruszają się nie wiadomo po czym, często wysoko, po wydmach, niczym po niebie, z rozpostartymi skrzydłami. W tym momencie kończy się cała przyjemność jazdy. Nocnej jazdy, której takim jestem przeciwnikiem w czasie podróży. Tylko, że od czasu wyjazdu z parku, jest jeden problem. Jest asfaltowa jezdnia, która przylega do piaszczystego pobocza, a za nim nie mniej piaszczyste wydmy. Czasami widać drogę prowadzącą gdzieś w bok. Niestety, piaszczystą drogę i nikt normalny nie wjedzie na nią kamperem. Czyli jazda, jazda, jazda. 10, 20, 50 kilometrów. Droga N2 w fatalnym stanie. Dziura na dziurze. Nocna jazda utrudnieniem dodatkowym jest. Widać jakiś wypadek, są ranni. Widać wraki na poboczu.
        Stajemy dopiero w miasteczku Tiguend, w bocznej drodze N 17.15918  W 16.03919. Minęła północ. Po męczącym dniu, nikt nie kręcił nosem, na mało atrakcyjne miejsce. Od rana obieramy kierunek Nouakchott. Pozostało 200 kilometrów. Drogi? Koszmarnej drogi. Jest jeden dziesięciokilometrowy nowego asfaltu. Pozostałe to tarka, dziury, jazda poboczem. Kurna, mają cztery drogi w tym kraju, na krzyż, bo wszystkie krzyżują się w stolicy. I niestety nie potrafią utrzymać ich na poziomie. Przed samą stolicą, wiadomo – policja, żandarmeria, celnicy. I tak na zmianę. Samo miasto traktujemy prawie tranzytowo.
        Prawie, bo najpierw zatrzymujemy się obok miejsca, gdzie produkowane jest miejscowe rękodzieło. Pamiątki wszelakie. Można zobaczyć jak powstają, w małych „barakowych” pomieszczeniach. Na przykład amulety. Albo hipopotamy rzeźbione w drzewie, przy pomocy ręcznej szlifierki. Można też zakupić  ……….  broń ręczną. Myśliwską, albo pistolety. Dwa nam pokazano. Jeden z amunicją. Drugi bez. Oficjalnie nie były na sprzedaż. Nieoficjalnie? Kompleks pamiątkarski mieści za murami i budynkiem szkoły? N 18.06205  W 15.97337 Wejście przez bramę. Potem miał być zakup materiałów tekstylnych o arabskich motywach. Materiałów nie było.
Korek w stoli Mauretanii.
        Był natomiast śródmiejski korek. Taki godzinny. Z możliwością obserwowania zachować mikstury samochodów, motorowerów, osiołkowych zaprzęgów, ciężarówek dostawczych, ręcznych wózków z towarem bazarowym i pieszych. Wszystko to spotyka się na skrzyżowaniu i wszyscy, bez nerwów oczekują jak ten problem się rozwiąże? Czasami ktoś wychodzi z samochodu i reguluje ruchem. Próbuje regulować. Czasami pojawi się jakiś policjant, jeden czy drugi. Czasami przesuniemy się 30 cm do przodu. Zasada jest jedna. Można trąbić, ale nie wolno okazywać zdenerwowania. Bo zdenerwowanie, to w miejscowej kulturze oznaka słabości.
Droga na północ. Do Maroka.
        No, ale jakoś pokonaliśmy ta trzymilionową stolicę i na nos stajemy w dobrze już znanej i opisywanej na blogu wiosce Tanit. Następnego dnia, późnym popołudniem, meldujemy się na mauretańskim przejściu granicznym. Ciekawi,. Czy nas pamiętają ze styczniowej akcji protestacyjnej? Pamiętają! Witają się koniki i policjanci. Policja odbiera paszporty z samochodu. Wolą, abyśmy nie wchodzili do ich pomieszczeń, jak to miało miejsce w styczniu. Celnicy spisują nas prawie w biegu. To znaczy nasze samochody spisują, że wyjeżdżają z Mauretanii. Tankujemy trochę wody, bo wiemy gdzie jest studnia. Wchodzimy do ostatniego baraku przy bramie wyjazdowej. Wchodzimy na minutę. I wszyscy pokazują nam kierunek wyjazdu. Widać, że chcą pozbyć się elementu, na którym zarobić się nie da, a jeszcze problemy mogą być. Czytali nasze sprawozdanie z przed kilku miesięcy? Nie wiem. Wiem, że po kilkunastu minutach pobytu na przejściu, bez kontroli pojazdów, opuszczamy Mauretanię. Nie może tak być zawsze? Miło, szybko i kulturalnie?
Kandahar. Pas ziemi niczyjej.
        Potem Kandahar. Wielokrotnie już opisywany „pas ziemi niczyjej”. Pamiętamy, że na początku stycznia, po awanturze spowodowanej budową normalnej drogi przejazdowej od strony Maroka, stały tutaj posterunki marokańskie, mauretańskie, UN i Polisario, a do tego jakaś policja hiszpańska. Co będzie teraz? Widzimy punkt obserwacyjny Polisario z flagą Sahrawi. Jedziemy jako drugi kamper. Drogi przejazdowej szuka Czarek. Nagle zatrzymuje się. Dookoła biegają umundurowani faceci, którzy wyskoczyli ze stojących nieopodal terenowych Toyot. Na Toyotach łopocą flagi Sahrawi. Czyli zatrzymało nas Polisario. Czego mogą chcieć? Na tym terenie nie powinni prowadzić żadnych działań! Pytamy przez CB – czego chcą? Nie wiadomo. Mówią coś w swoim języku. Nikt ich nie rozumie. Z równym skutkiem moglibyśmy rozmawiać z wielbłądami. Widzę, ze Czarek chcę ruszyć do przodu. Samochód terrorystów też się przesuwa. Za chwilę podjeżdża druga Toyota. Robią duże zamieszanie. Ustawiam trochę bliżej kampera, bo kamera pokładowa pracuje non stop. Co kilka minut obok nas przejeżdżają samochody mauretańskie. Również ciężarowe. Nikt ich nie zatrzymuje. Tylko nas. Kolor skóry? Religia? Nie wiemy. W naszym kierunku idzie jakiś staruch. Macha rękami. Nie widzimy nigdzie ich broni. Staruch podchodzi i ogląda kampera. Zobaczył naklejki na masce samochodu ogląda je i zaczyna machać rękami. Domyślam się o co mu chodzi. Na jednej są wydrukowane małe flagi państw, przez które podróżujemy. Jest między nimi flaga Maroko. Taka mała, 2x3 centymetry. Dureń wypatrzył ją i pokazuje, ze jeśli flaga nie zniknie, to dalej nie pojadę. Możemy wracać do Mauretanii. Nie reaguję na to. Widzę, że kilkaset metrów od nas, na wzgórzu, stoją samochody UN. Obserwatorów ONZ. Nawiasem mówiąc, jest między nimi i kamper. Z tego wzgórza zaczynają schodzić w naszym kierunku jakieś osoby. Czyli Polisario nam tutaj egzekucji nie zrobi. Z Czarkiem wychodzimy z kamperów. Nagle widzę, że Czarek stoi przy swoim, z podniesionymi do góry rękami. Obok kilku mundurowych. Jeden owija wokół swojej dłoni gruby pas ze sprzączką. Będzie bicie? Jednak pojawili się żołnierze UN. Jeden z Chorwacji, drugi z Arabii Saudyjskiej. Ten drugi służy jako tłumacz. Rozumie widocznie język „wielbłądów”. Przekazuje nam, że Polisario prosi, aby uszanować ich i Czarek ma wykasować zdjęcie, które im zrobił w czasie zajścia, a ja mam zerwać naklejkę z flagą Maroko. Czarek zrobił zdjęcie z wnętrza kampera, bo nie wiadomo było by, kto nas zatrzymał. Ja nie mam ochoty nic zrywać! Tłumacz nalega. Na bok odprowadza mnie oficer chorwacki i mówi po angielsku, ze Polisario już od pewnego czasu sankcjonuje tu swój punkt kontrolny. Niedawno zmusili motocyklistów hiszpańskich do zniszczenia flagi marokańskiej. Nie podejmuję dyskusji, choć mam ochotę zadać kilka pytań. Po co Wy tu jesteście? ONZ zezwala na takie rzeczy? Już ponad 20 lat utrzymujecie tą strefę buforową i jak długo jeszcze to potrwa? Dojdzie w końcu do tragedii, a każdy ręce umyje? Wiem, że ten człowiek przyjechał tu dla pieniędzy i ma ochotę bogatszy wrócić do Chorwacji. Nic innego go nie interesuje. Stan taki, w tym rejonie Afryki, utrzymują Amerykanie i Francuzi, bo mają w tym swoje cele. Dość polityki. Widzę, że Czarek upewnia się, czy będzie mógł pojechać jak wykasuje jedno zdjęcie. Mówią, że tak. DO mnie podchodzi staruch z Polisario i zaczyna sam zrywać naklejkę z flagą. Patrzą na to UN. Doszedł do nich jakiś trzeci ze Sri Lanki. Staruch nie umie sobie poradzić z naklejką, zaczyna się denerwować. Pomyślałem, że za chwilę weźmie kamienia i zacznie uderzać w marokańską flagę. Szkoda lakieru na masce samochodu. Upewniam się, czy jak nie będzie flagi, to spokojnie odjedziemy? Tłumacz pyta terrorystów i mówi, że tak. Trudno. Żegnaj reklamo podróży. Witaj nowy wrogu bandyckich Sahrawi. To ja. Nie interesuje mnie kto i co wam. Wiem, co wy mnie. Widziałem zachowanie tych młodych, w czasie gdy nas trzymaliście. Super wychowujecie swoją młodzież. Na wzorowych terrorystów, którzy atakują turystów. W czasie tej podróży nie zaatakowała nas ISIS, nie zaatakował Boko Haaram. Zaatakowali terroryści z Polisario. Może teraz coś wysadzicie w powietrze dzielni bojownicy?
        Pojechaliśmy dalej. Na granicy marokańskiej zgłaszamy zajście z terrorystami. Mówią, że obserwowali je. Proszą o wywiad przed kamerą. Czarek opowiada po angielsku o wydarzeniu. Jest już późno. Za moment przejście jest zamykane. Jednak wszędzie widzimy miłe przyjęcie. Ludzie czekają by nas odprawić. Mają tych punktów do załatwienia kilka. Wszystkie opisałem w czasie wyjazdu z Maroka. Więc powiem tylko, że o zmroku stajemy przy przygranicznej restauracji. Delektujemy się taginem i marokańskich chlebem. Nerwy pomału puszczają. Śpimy schowani za murem masztu radiowego. Opis naszego powrotu przez Maroko podaruję sobie. Robiłem to na blogu już kilka razy, a sami korzystamy teraz, w tym kraju, z dobrze znanych sobie miejsc – do spania, czy do tankowania wody. Z nowych rzeczy: zawitaliśmy do kamperowiska przed Dakhlą, a tam może 12 kamperów? Na przełomie roku było ich ponad setka.
Już w Maroko.
        Czyli początek kwietnia, to już koniec sezonu na Saharze. Cena paliwa (ON) bez zmian w Dakhla 7.10 za litr, ale już w  Laayoune po 6.90 DH. Internet doładowaliśmy na granicy, do starych kart Maroc Telecom. 50 DH za 5 GB internetu. W końcu normalnie można korzystać z tego dobrodziejstwa cywilizacji. Przez przypadek namierzamy fajne miejsce na SP.
Zjawiskowa wioska Chtoukane.
        Wioska, ze setką wraków łodzi rybackich. Chtoukane. Cztery kilometry od głównej drogi. Spokój (o ile nad oceanem może być spokojnie), prawie bezludzie, jakieś małe instalacje wojskowe. Niestety brak słodkiej wody N 24.69916  W 14.88388 Jadąc sobie w dwa kampery, często nie planujemy celu, ale zjeżdżamy sobie z drogi, w pustynie i delektujemy się ………….. szumem wiatru, który wieje o tej porze nie ze wschodu, jak to zimą ma miejsce, ale z północy. Wniosek? Pedałujemy setki kilometrów pod wiatr wiejący z prędkością 30-50 km/h (+ 1-2 litry większe zużycie paliwa, dla kamperów z alkowąL ).
Ręka, która czuwa.

        I to było by na tyle.
Jeszcze jesteśmy w Maroku.
Jeszcze kilka tysięcy kilometrów od domów.
Po powrocie postaram się jakieś podsumowanie napisać, bo może ktoś, kiedyś gdzieś?
Kto to wie? Jeszcze przed rokiem nie braliśmy pod uwagę tego kierunku, takiej trasy. Jednak się dało.
Warto wierzyć w siebie, warto zaufać dobrym współtowarzyszom podróży, bez których zapewne nie wyruszylibyśmy w te strony.






























Szukaj na tym blogu