wtorek, 23 września 2014

Kamperem za kołem polarnym. Część 12. Estonia, Łotwa, Litwa. Inaczej mówiąc, już do odwrotu ........


                    Pribałtyki. To trzy małe kraje, które przejeżdżamy w ciągu tygodnia, w drodze powrotnej. Można by szybciej, bo to zaledwie kilkaset kilometrów, ale. No właśnie, ale. Kilka miesięcy wcześniej, jadąc do Rosji, popatrzyliśmy na wschodnie rubieże tych trzech krajów. I wcale nie był to czas stracony! Teraz zaplanowaliśmy trasę bliżej bałtyckiego brzegu. Wnioski? Litwa, Łotwa i Estonia mają wspólną historię. Przez wieki okupowane przez swoich sąsiadów. Niemieckie zakony, Szwedzi, Rosjanie i Polacy. Trudno więc się dziwić, że historycznie rzecz biorąc, to na przykład Litwini, wcale nas nie mają za co kochać. Ale to już historia. Zostawmy ją różnym „zapamiętywaczom” z jednego, czy też drugiego kraju.
                Po opuszczeniu promu z Helsinek, spędzamy dwa dni w Tallinie. Bo jest, na co popatrzeć w estońskiej stolicy. Kamperem stajemy prawie w centrum, pięć minut piechotą od starego miasta. Starówka, to obowiązkowy punkt do zwiedzenia. Widać, że Estończycy wcale nie wstydzą się, bliskich kiedyś kontaktów z Rosją – nawet tą radziecką. Zresztą, w Estonii swobodnie możemy posługiwać się językiem rosyjskim. Gdy tymczasem taka Litwa, przeszłą już chyba cała na angielski.
Czyli jeden dzień spacerujemy po tallińskiej starówce, na której nie brakuje ciekawych zabytków, a dzień drugi poświęcamy na „przyległości”. Skansen Rocca Al Mare, pałac carski, muzeum sztuki współczesnej. To taki Tallinn w pigułce. Trzeba jeszcze dodać, że turystów tu nie brakuje. Wakacje w pełni, a my zauważamy ciekawy sposób na zarobienie kilku dodatkowych euro. Otóż w wielu sklepach, obok informacji o ofercie, jest też wywieszka o możliwości skorzystania z WC. Wstęp ujednolicony 1 EUR. Nie mniej ciekawa była dla nas natowska obecność. Wiadomo, ze Estonia nie ma swoich wojsk lotniczych. Oddelegowane są tam samoloty innych krajów, a w związku z napięciami na Ukrainie, byliśmy świadkami „demonstracji siły”. W południe, kilkakrotnie przeleciała nad Tallinnem, na małej wysokości, para F16. Narobiła tyle huku, że chyba każdy zrozumiał ich intencję – ręce precz od Estonii!!! Tak tylko przez moment się rozmarzyłem o paliwie, które te samoloty zużyły w ciągu kilku minut lotu. Starczyłoby tego paliwa (gdyby to był olej napędowy) na kilka lat podróży, dla kilku kamperów. Bo mowa tu o 10 (~) tonach paliwa lotniczego. Ale dość tego pacyfistycznego tonu.
            Z Tallinna jedziemy na zachód, wzdłuż bałtyckiego wybrzeża. Jakieś ciekawe klify są po drodze, jakieś fajne wodospady (Kejla-Joa). Potem miasto Haapsalu, z kilkoma interesującymi zabytkami: zamkiem biskupim albo starym dworcem kolejowym. Choć generalnie miasteczko to traktowane jest, jako miejsce startowe do zwiedzania estońskich wysp. Dokonujemy tu jeszcze jednego „odkrycia”. Po wielu miesiącach obcowania z czystymi wodami – czy to morskimi, czy wodami z jezior – w czasie spaceru po hapsalskiej plaży, oczom naszym ukazał się ...... totalnie brudny Bałtyk. O ile sprawiało mi przyjemność nurkowanie i focenie w wodach morza Białego czy Barentsa, to Bałtyk w Estonii zniechęcił mnie do jakiegokolwiek kontaktu z nim.
                 Potem czas na kolejne estońskie miasteczko, a właściwie to kurort – Parnu. Uważane jest za letnią stolicę Estonii. Jest tu dobre biuro informacji turystycznej i ciekawa Starówka. Tak w sam raz na 3-4 godzinny pobyt. Przy deptaku Ruutli zobaczymy kilka kilkusetletnich domów. Możemy tu też spotkać muzykujących przy ulicy ….. Peruwiańczyków (to Ci z Zakopanego?). Potem rzucamy okiem na średniowieczną Czerwoną Wieżę z oryginalną dachówką. Jeszcze tylko jeden, czy drugi kościół i jedziemy w kierunku Łotwy.

                 Ale po drodze robimy sobie jeszcze mały zapas ryb. Wspomnę tu o tym rybim  ewenemencie. Otóż jadąc kilka miesięcy wcześniej na północ, dokonaliśmy ciekawego odkrycia. Sklepowe ryby w Pribałtykach i Rosji są o niebo smaczniejsze od tych w Polsce. I to te wędzone, jak i w różnych marynatach. Co jest tego przyczyną? Ten sam Bałtyk. No, ale tacy Czesi, dostępu do morza nie mają a też potrafią mieć atrakcyjne smakowo ryby morskie. Stawiam więc na nasze ubogie przetwórstwo rybne.
              Przez Rygę przejeżdżamy późnym wieczorem, a następny dzień pracy zaczynamy od miasteczka Tukums, a dokładniej od położonego nieopodal pałacyku Durbe. To chyba najładniejszy klasycystyczny pałacyk na Łotwie. Za jakieś symboliczne grosze można obejrzeć jego wnętrza. Potem ruszamy w Kurlandię. Kurlandia, to historyczny region w zachodniej Łotwie. To tutaj, pod koniec II wojny światowej, dzielnie broniły się oddziały Lettland Legion. Łotewskie wojsko zorganizowane w ramach Waffen-SS. No cóż, Łotwa też ma trochę niechlubnej przeszłości za sobą. Dla nas to jest jednak tylko było-minęło. Bo w międzyczasie przejeżdżamy przez Sabile. Małe miasteczko, a raczej wioskę. Na chwil kilka, zatrzymała nas tutaj ekspozycja kukiełek ogrodowych, ciekawy kościół ewangelicki i kilka starych domów. Ale dopiero w kolejnym kurlandzkim miasteczku o nazwie Kuldiga, zatrzymujemy się na kilka godzin. Muszę powiedzieć, że tak urokliwego miejsca już dawno nie widzieliśmy. Są tutaj niespotykane wodospady. Może nie najwyższe, ze 2 metry mają, ale szerokie na 120. Najdłuższy w Europie most ceglany. Muzeum, kościół i kilka uliczek gdzie można się poczuć, niczym na planie filmu np. Noce i dnie. Są też restauracje, gdzie próbujemy kilku kurlandzkich potraw. Takie szprotki z ziemniakami? Palce lizać.

           Z Kuldigi kierujemy się prosto na południe, ku Litwie. Jeszcze tylko jedna przygoda nas spotkała. Jak nas Łotwa przywitała – tak i pożegnała. Na mapie wszystko ok. Droga czerwona. Nawigacja mówi ok. Tymczasem w realu znowu kilkanaście kilometrów drogi szutrowej!
Przeżyliśmy i kolejnego dnia Litwa, a dokładniej Żmudź i miasteczko Telsza. Można ominąć to miejsce. Z wyjątkiem dwupoziomowego kościoła, nie ma tu nic ciekawego do zobaczenia. Potem zaglądamy do Plunge. Pałac księcia Ogińskiego można oglądać tylko z zewnątrz. Od wielu lat trwa tu remont, choć miejsce to jest szczególnie ważne dla Litwinów. W Retowie zwiedzamy największy na Litwie neoromański kościół, a w rozreklamowanym, podkoweńskim miasteczku Czerwony Dwór nic już nie zwiedzamy. Jest sobota i w zespole pałacowo-zamkowym trwają ze trzy przyjęcia weselne. Kościół Tyszkiewiczów, pod wezwaniem świętej Teresy, nie zrobił na nas specjalnego wrażenia. Może to jednak już przesyt wielomiesięcznym "bieganiem po zabytkach"? Tak, to może być przyczyną.

                 Za kilkadziesiąt kilometrów Polska i spotkanie z bliskimi. Jeszcze tylko musimy pokonać ten krótki, ale jakże „ciekawy” odcinek pomiędzy Kownem i Suwałkami. Tutaj królują kierowcy wielkich ciężarówek, tirami zwanymi. Pomimo szeregu ograniczeń szybkości, ciągłej, czerwonej linii, o szerokości ponad pół metra, trwa walka o przetrwanie! Pęd po nagrodę szefa, w wysokości 10 EUR. Byle szybciej dojechać do celu. Kto uskoczy na pobocze, ten przeżyje. Kto nie zdąży, będzie bohaterem newsa w teleexpresie. Negatywnymi bohaterami są kierowcy z rejestracją turecką, rumuńską, polską i litewską. Naprawdę nie ma na nich sposobu?
                       Jednak tytułem tego naszego wpisu jest podróż powrotna przez kraje bałtyckie i tego się trzymajmy. Jakiś wniosek? Naszym zdaniem warto choć raz w życiu zwiedzić ten region geograficzny. Choć niekoniecznie w takiej kolejności, jak kraje są położone względem Polski. Najciekawszą jest naszym zdaniem Estonia. Nie mniej interesująca jest Łotwa. Litwa? Choć leży „za miedzą”, to zdobyła w naszym rankingu, trzecie medalowe miejsce. Dla wyjaśnienia – Wilno, Troki, czy też Górę Krzyży – zwiedziliśmy już przed laty.

Teraz czas na podsumowanie naszej wycieczki „Kamperem za Kołem Polarnym”.


              Najpierw podziękujemy najbliższej Rodzinie, która w czasie naszej kolejnej nieobecności w kraju, zajmuje się za nas wszystkimi przyziemnymi i nie tylko, sprawami. Przyjaciołom i znajomym, a szczególnie Sławkowi z malutkiego Waldwegu i Komplecikowi, którzy wspierali nas na różne sposoby. Dziękujemy EXIDE za dobre akumulatory. Olympusowi za użyczenie sprzętu fotograficznego, który idealnie wpasował się do naszego stylu podróżowania. Wydawnictwom Bezdroża i Bernardinum za przewodniki turystyczne, a National Geographic Traveler za wsparcie medialne. Dziękujemy również Marszałkowi Województwa Małopolskiego, Prezydentowi Miasta Krakowa, firmom Intrak, Truma, Glostar i Perfekt za kolejną pomoc udzieloną naszej kamperowej podróży.
 
Kamperem przejechaliśmy 11 182 kilometry, przez 7 krajów.
Podróż trwała 132 dni, w tym 42 dni przebywaliśmy za kręgiem polarnym,
z czego 3 dni w Arktyce (wyspa Vardo).
Osiągnęliśmy, najdalej na północ wysunięty skrawek kontynentalnej Europy – przylądek Slettnes.
Udało nam się zrealizować wszystkie założone cele, a wnioski z nich płynące to:

- dla polskiego “średniobudżetowego” emeryta, realne jest podróżowanie swoim kamperem, po północnych rejonach Europy,
- północna Norwegia, jest regionem przereklamowanym turystycznie, podobnie jak lud Saamów. Jeśli północna Norwegia, to raczej tylko na ryby.
- Finlandia, to kraj niedoceniany w turystyce, o dużym potencjale w tym zakresie. Tu znajdziemy ciszę, spokój i pogodnych, życzliwych ludzi.
- zachodnia Rosja zaskoczyła nas pozytywnie. Wbrew negatywnym, powszechnym opiniom, to kraj przyjazny do uprawiania indywidualnej turystyki. Mili ludzie o słowiańskiej duszy. Ciągle dzika przyroda północy.
Musimy też pamiętać, że uszczuplają nam się coraz bardziej pozaeuropejskie rejony świata, gdzie można bezpiecznie podróżować kamperem. Dlatego my coraz częściej spoglądamy na wschód. Ten daleki i ten bliski

               Jeśli kogoś interesują nasze praktyczne porady, z podróżowania kamperem na północ Europy, to zapraszamy za dni kilka. do "Praktycznych Porad Podróżnika". Nie będą to jednak namiary na campingi, czy inne renomowane restauracje i hotele. Podzielimy się jedynie uwagami z przekraczania granic, koordynatami miejsc postojowych na naszej trasie, cenami, czy też miejscami przydatnymi osobom uprawiającym karawaning.


EST Tallinn, widok ze wgórza Toompea


EST Tallinn, stara zabudowa wzgórza Toompea


 EST Tallinn, sobór Aleksandra Newskiego i F16


EST Tallinn, prawosławny sobór Aleksandra Newskiego
 
 
 EST Tallinn, wnętrze soboru
 
 
EST Tallinn, wieża Długi Herman z XIV wieku


 
EST Tallinn, sklep z pamiątkami i WC


EST Tallinn, spacer po Toompea


EST Tallinn, Plac Ratuszowy


EST Tallinn, kościół św.Ducha i 400 letni zegar


EST Tallinn, budynek Bractwa Czarnogłowych


EST Tallinn, spacer po Dolnym Mieście


 EST Tallinn, Muzeum Morskie


EST Tallinn, Muzeum Morskie i tablica pamiatkowa


EST Tallinn, skansen Rocca Al Mare


EST Tallinn, skansen Rocca Al Mare


EST Tallinn, skansen Rocca Al Mare


EST, Keila-Joa, wodospad


EST, Haapsalu, zamek biskupi z XIII wieku


 EST, Haapsalu, wody Bałtyku


EST, Parnu, stare domy


EST, Parnu, średniowieczna Czerwona Wieża


EST, Parnu, uliczne występy


ŁOT, Tukums, klasycystyczny pałacyk i my


ŁOT, Tukums, pałacyk i sypialnia dziecięca


ŁOT, Sabile, przydrożne kukiełki


ŁOT, Sabile, obraz na budynku


ŁOT, Kuldiga, najdłuższy w Europie most z cegły


ŁOT, Kuldiga, wodospad Ventas rumba


ŁOT, Kuldiga, stare domy


ŁOT, szutr przed litewską granicą


LIT, Telsza, katedra św.Antoniego Padewskiego


LIT, Telsza, katedra św.Antoniego Padewskiego


LIT, Plunge, pałac Ogińskiego


LIT, Plunge, fragment fasady pałacu Ogińskiego


LIT, Czerwony Dwór, kościół św.Teresy


LIT za kilka kilometrów PL


POL, spotkanie gdzieś na Mazurach.
Synowa i syn ruszają "śladami ojców",
czyli motorami przez Pribałtyki.
 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Kamperem za kołem polarnym 2014. Część 11. FINLANDIA południowa


         
           Kolejny dzień spędzamy w karelskim miasteczku Lieksa. Na przedmieściach zatrzymujemy się przy zabudowaniach, w których działa odpowiednik naszego „koła gospodyń wiejskich”. Jest tam, umieszczona w oborze, galeria miejscowych fotoartystów, jest minibar z miejscowymi produktami, sklep z rękodziełem. Jednak najwięcej czasu spędzamy w Pielielisen muzeum. To skansen karelskiego budownictwa. Podzielony tematycznie pozwala, choć trochę zrozumieć kilka zagadnień z życia Finów. Finowie to chyba naród bardzo „wiejski”, przywiązany do ziemi, lasu, wody. Praktycznie bez rewolucji przemysłowej, dokonał niedawno gigantycznego skoku do ery nowoczesnych technologii. Nokia, czy też Linux, to fińskie specjalności. Trzeba pamiętać, że przez długie lata Nokia była przodującym producentem gumiaków i prezerwatyw. Jednak te wiejskie korzenie Finów są nadal widoczne. Chyba każda rodzina, ma gdzieś nad jeziorem swój domek. Łatwo je namierzyć. Gdy patrzymy w boczne, polne dróżki, to na ich początku są skrzynki pocztowe. Kolorowe, często z kwiatami w doniczkach. Jednak bezbłędnie wskazują, że gdzieś za kilometr, pięć lub piętnaście, stoi na brzegu jeziora drewniany dom. Obok niego sauna zapewne.
               No właśnie, w temacie fińskiej sauny, to wydumaliśmy tak. Tu sauna, po rosyjskiej stronie bania. W końcu to jedna i ta sama Karelia. W Rosji banie odchodzą trochę do lamusa. W Finlandii tradycja ta jest bardziej pielęgnowana. Choć i tu i tam chodziło w przeszłości o normalne utrzymanie higieny osobistej. Teorię „dorobiono” do sauny później. Pamiętajmy, że zima na tych szerokościach geograficznych jest sroga i trwa wiele miesięcy, a tu myć się trzeba. W miesiącach letnich, każda próba obnażenia się, grozi atakiem owadów i to wcale nie tych popularnych komarów. To można przeżyć. Gorsze są wszelkiego rodzaju gzy i strzyżaki (muchy, czy inne muchówki). Są bezlitosne, sprytne, a ukąszenie jest widoczne nawet przez kilka miesięcy. Więc zwiedzając Pielielisen muzeum, widzieliśmy różne odmiany saun. Domowe, leśne, przybrzeżne, a wszystkie służyły zawsze zachowaniu higieny.

          Na inne atrakcje Lieksy zabrakło czasu, bo pojechaliśmy do kolejnego miasteczka położonego we wschodniej Finlandii, do Ilomatsi. Po drodze oglądamy ciekawą cerkiewkę, potem prywatny zbiór armat i dział wszelkiego kalibru, a w samym Ilomatsi spotykamy jedynego Polaka, na trasie naszej wycieczki. Poznański motocyklista, samotnie jechał na przylądek północny. Razem zwiedzamy dwa interesujące kościoły, a dokładniej to jeden luterański kościół i jedną śliczną cerkiew z XIX wieku. W Ilomatsi godnym zwiedzenia jest jeszcze mały skansen karelski, z ciekawą kaplicą, a niedaleko zobaczyć możemy dom generała Rappaana. To taki fiński bohater narodowy, który wsławił się w wojnie zimowej (1939). Mnie szczególnie zainteresowała gablotka z medalami generała. Rozpoznałem tam Order Odrodzenia Polski (Polonia Restituta), a powyżej niemiecki Krzyż Rycerski. I kto tu nadąży za Finami?

        Przez miasto Joensu tylko przemknęliśmy. Późne popołudnie, muzea pozamykane. Zapamiętałem z tego miasta jeden pomnik. Pomnik żołnierza. Ale nie takiego bohatera, który macha pepeszą lub innym mieczem. Nie takiego, jakich często widujemy na naszych placach, czy też skwerach. To żołnierz zmęczony. Siedzi z odłożonym karabinem i moim zdaniem ma wszystko w przysłowiowym nosie. Bo jakże często zapominamy, że wojny wywołują politycy, a krew przelewają zwykli żołnierze. I to nie generałowie, ale Ci w pierwszych okopach. Tymczasem my idziemy za „wojennym ciosem” i jedziemy kilka kilometrów za miasto, aby obejrzeć Bunkkermuseo. To muzeum, to nic innego, jak kilkusetmetrowy fragment Linii Salpa, umocnień, która miała chronić Finlandię przed atakiem Rosjan. Jednak samych bunkrów na terenie Skandynawii nie brakuje. Ale te w Bunkkermuseo, są wyposażone w oryginalne uzbrojenie i sprzęt wojskowy. Systemy obserwacyjne, działka, broń maszynowa – to wszystko można oglądać i dotykać. Fajna zabawa. Wieczorem, jak to bywa w czasie „białych nocy”, znajdujemy jeszcze kilka godzin czasu, na spacer „Szlakiem lisa”. Taki mały trekking.

Po południu „oddalamy się nieco od rosyjskiej granicy i jedziemy do Vaalamo. Tak dokładnie, to miejsce nazywa się Uusi Valamo, czyli „nowe Walamo”. Jest to klasztor prawosławny, wybudowany po wojnie zimowej (1939), gdy ponad setka mnichów uciekło z tego „prawdziwego” osiemsetletniego klasztoru Valamo, z nad jeziora Ładoga. Uciekli z terenów zajętych wtedy przez Rosjan, zabierając ze sobą większość zabytkowego wyposażenia. No i teraz na terenie Rosji mamy klasztor „bez wyposażenia”, a na terenie Finlandii „wyposażenie bez klasztoru”. Choć oczywiście w tym nowym Valamo są nawet dwie cerkwie. Jedna z 1940, a druga z lat siedemdziesiątych ubiegłego roku. Ale gdzie im tam do starych klasztornych murów? Mamy tutaj też i hotel i restaurację, klasztorne sklepy i ciekawe koncerty muzyki klasztornej. Trochę pikanterii dodaje fakt, że ten prawosławny monaster podlega ……. fińskiemu kościołowi protestanckiemu. Jak już jesteśmy przy tematach religijnych, to trzeba wiedzieć, że w Finlandii głową kościoła jest Prezydent kraju. Aby było jeszcze ciekawiej, to powiem, że poprzednia Prezydent Pani Tarja Halonen (2000-2012), w czasach, gdy studiowała, wystąpiła z kościoła protestanckiego. Jednak po wyborze na Prezydenta, automatycznie została głową Kościoła  protestanckiego. Można pojąć tych Finów?

               A my dalej na południe. Do Savonlinna. Miasto kurort, pięknie położone na kilku wyspach. Trafiamy akurat w moment, gdy miasto zmienia się w najważniejszy fiński salon. To za sprawą dorocznego festiwalu operowego. Spektakle odbywają się w średniowiecznym zamczysku Olavinlinna. Niestety, ceny na jeden koncert, oscylują koło 100 EUR od osoby. Więc nasze wieczorowe kreacje pozostają w kamperze, a my zwiedzamy muzeum regionalne. Ups, takiego muzeum dawno nie zwiedzałem. Dużo multimediów. Osobne ekspozycje dla dzieci. Videoprezentacje. Popatrzyłem dłużej na rosyjskojęzyczny wykład, o architekturze krajobrazu i zmieniłem swój pogląd o ochronie każdego drzewa w naszym środowisku. Na pokazie posługiwano się samymi przykładami. Widok na cerkiew, klasztor, fragment miasta, czy też wiejskie zabudowania. Jak wyglądały przed 100 czy więcej lat, wkomponowane w krajobraz i najbliższe otoczenie, a jak wyglądają obecnie. Zarośnięte wysokimi drzewami, ogrodami itp. Wstęp do muzeum regionalnego pozwala nam na zwiedzenie starych parowców, zacumowanych przy pobliskim molo. To też kawał historii Karelii. Kolejnego dnia zdążymy jeszcze dojechać do pobliskiego Sulkava, gdzie w drugim weekend sierpnia, odbywają się wyścigi łodzi wiosłowych. Takich regionalnych, czasami trzywiosłowych, na dystansach nawet 60 kilometrów. Tylko, że tłumy tam straszne, a nie wszystkie informację, czy komunikaty w języku fińskim, do nas docierają. Więc postanawiamy. Koniec tej harówki. Są wakacje, okres urlopów, więc i my udajemy się na zasłużony wypoczynek!
               Na 3 dni zaszywamy się w uroczym miejscu, nad brzegiem jeziora Saimaa. Teraz tylko kąpiele, nurkowanie i wycieczki rowerowe.

        Zazdrościmy tym, którzy mają 2-3 tygodnie urlopu i wyjeżdżają na camping, gdzieś do Włoch, albo innej Grecji. My, po zaledwie 3 dniach obcowania z przyrodą, ruszamy dalej.
            Najpierw do Imatra, aby o godzinie 19.00 zobaczyć spektakl wodno-muzyczny. Otóż codziennie, o tej właśnie godzinie, ze zbiornika wodnego na rzece Vuoksi, wypuszczana jest woda. Wszystko to przy muzyce Sibeliusa – największego fińskiego kompozytora. Spektakl, z pobliskiego mostu, oglądają dziesiątki turystów. No tak, kilkanaście kilometrów od Imatra, jest przejście graniczne z Rosją i turystów ze wschodu tutaj nie brakuje. I tych zwiedzających i tych kupujących. Przy okazji dodam, że Rosja i Finlandia chciały wprowadzić między sobą ruch bezwizowy. Z oczywistą korzyścią dla obywateli obu krajów. Sprzeciwiła się temu ……. Unia Europejska. No tak, jak za dużo obywateli UE będzie jeździła na wschód, zobaczą jak tam się żyje, co i za ile można kupić, to potem żadne czary-mary wygłaszane w TV lub innych gazetach, będą „psu na budę”. Zostawmy jednak politykę i jedźmy dalej.

              Do Lappeenranta. Miasta, kiedyś rosyjskiego, z dużą ilością ciekawych miejsc do zwiedzenia. A to kościół zbudowany na planie podwójnego krzyża, a to ratusz z początku XIX wieku, czy też stary rosyjski dom. Nas osobiście zainteresowały inne miejsca. Wystawa rzeźb z piasku. Po raz pierwszy widzimy takie kilkumetrowe cuda. Mnie osobiście piasek kojarzył się z „babkami” robionymi wiaderkiem. Kolejna ciekawostka to muzeum sztuki. To znaczy nie tyle samo muzeum, co ekspozycja tam umieszczona. Eksponowana tam właśnie była ……. sztuka polska. No dobra, nie mamy czasu zobaczyć w Krakowie dzieł współczesnych polskich artystów, więc tu – szok! Nie tak wyobrażałem sobie sztukę współczesną. Nie taką sztukę oglądaliśmy w muzeach Petersburga, czy na południu Europy. Chyba ktoś chciał ośmieszyć nasz kraj, ale z drugiej strony, to przecież ekspozycja wypożyczona z naszych krajowych muzeów, które te „dzieła” zakupiły od „twórców”. Daruje sobie omówienie całej ekspozycji. Powiem tylko, że szczególne wrażenie zrobiły na mnie obrazy przedstawiające mix Maciarewicza (?) z Bogiem, Solidarnością, pedofilią i emblematami faszystowskimi. Drugie dzieło, to tryptyk przecudnej urody – kobieta robiąca kupę. Tak oto nas widzą za granicą.
        Jednak największe wrażenie zrobiło na mnie spotkanie z pewnym staruszkiem. A było to tak. Wszedłem do malutkiej galerii fotograficznej, a tam zdjęcia lotnicze z samolotami ze swastykami. Między nimi pomalutku porusza się staruszek. Właściciel galerii przedstawił mi go: to Ilmari Juutilainen, nasz największy as myśliwski z okresu wojny zimowej. Ma równo 100 lat, a zaliczył prawie tyle samo zwycięstw powietrznych. Ale gratka. Był on bohaterem na zdjęciach w tej galerii, a i sam kilka ujęć pozwoliłem sobie w tym miejscu zrobić. Magia miejsca i czasu.
                  Na koniec dnia jeszcze ciekawe spotkanie. Wracamy do swojego kampera, a tu z pewnej odległości widzę coś dziwnego. Na ogół jestem przyzwyczajony, że to nasz „biały domek”, o długości 7 metrów, robi dostojne wrażenie przy innych kamperach. Tymczasem widzę, że obok nas zaparkował kamper, przy którym wyglądamy wielkością jak maluch przy Goliacie. Tymczasem to był tylko Detleffs XXL, takie coś o ponad 9 metrowej długości. Kierowcą był sympatyczny Andriej z Puszkina. Pozdrawiamy.

          Teraz czas, aby dotrzeć w końcu do morza. Tym razem to Bałtyk, dokładnie to Zatoka Fińska. Docieramy do miasteczka Hamina. Warto tu zatrzymać się na 2-3 godziny. Tyle zajmie nam spacer po śródmieściu, wśród kilku kościołów, starych drewnianych domków i wojskowych koszar. Taki romantyczny spacer, wśród niewielu turystów.
              Potem wypada zatrzymać się w Porvoo. Tu chyba zatrzymują się wszyscy turyści zwiedzający południową Finlandię. Stare, malownicze Porvoo. Średniowieczny układ architektoniczny, drewniana, trzystuletnia zabudowa i te plenery! Plenery malarskie, fotograficzne, a nawet dla poetów stworzone. Zrobiłem tu chyba najwięcej zdjęć, w ciągu jednego dnia. Mój Olympus, tylko dzięki zapasowemu akumulatorowi to wytrzymał. Wieczorem nogi odmawiają posłuszeństwa, a my już w nocy docieramy do Helsinek.
          Najpierw nocujemy przy muzeum lotnictwa. Położone koło lotniska, eksponuje swoje zbiory w dwóch hangarach. Jest tam kilka ciekawych egzemplarzy, a nie muszę już chyba dodawać, że większość płatowców na skrzydłach ma czarne krzyże. Potem przenosimy się na wyspę z ZOO i tam cumujemy na 3 dni.

                      Helsinki. Nas zauroczyły, na równi z Petersburgiem, choć oba miasta są nieporównywalne. Leżą na dwóch różnych płaszczyznach zachwytu. Sankt Petersburg, pełen oszałamiających zabytków i cudownych muzeów. Helsinki, to praktycznie brak historii, a swoją tożsamość zawdzięczają Szwecji i Rosji. Ale przede wszystkim, to podziwiamy stolicę Finlandii za jej urodę, wdzięk i atmosferę. To miasto nie zauroczy nas niczym, jeżeli potraktujemy je, jako port przeładunkowy, w drodze na północ. My dopiero po 3 dniach zaczęliśmy odczuwać sympatię i podziw do ludzi, którzy „stworzyli wygląd” Helsinek. Stworzyli i nadal tworzą ten magiczny urok i czar stolicy. Wymienić tu muszę Carla Engela i znakomitego Saarina. Urbanistów i architektów, którym Helsinki zawdzięczają swój obecny kształt. I jak dotąd, od stu czy dwustu lat, nikt ich „dzieła” nie zepsuł. Ktoś zapyta, o co dokładnie chodzi? Otóż w Helsinkach mamy przełamane pewne schematy. Nie ma rynku, wyodrębnionego punktu centralnego. Brak wieżowców, kontrastów architektonicznych. Wszystko, co ważne, skupia się przy nabrzeżu. Pałac prezydencki jest taki …… normalny. Na targu rybnym spotkać można generała w mundurze i reklamówką z zakupami. Rzeźby fińskich (ale i rosyjskich) bohaterów są takie ……. życiowe. Trudno na podróżniczym blogu rozpisywać się o magii jednego miasta. My widzimy Helsinki w ten sposób. Symbioza designu i architektury na najwyższym poziomie. Dopiero tu zrozumiałem, że zwykły dom może projektować architekt-rzemieślnik, albo artysta.  Że drobny element „czegoś tam”, umieszczony na fasadzie budynku sprawi, że obiekt nabiera innego wyglądu. Czy trzeba było przyjechać aż tutaj, aby przewartościować swoje poglądy o miastach i miasteczkach? Że „ładne” to nie tylko rynek z ratuszem i odchodzące od niego ulice? Trudno wymienić, co najbardziej zapamiętaliśmy z wielogodzinnego szwendania się po Helsinkach? Może kościół w skale, po którego dachu można jeździć rowerem, albo opalać się? Może promenady i wygodne ścieżki rowerowe? Grający pomnik Sibeliusa? Małe, skaliste wysepki, z pojedynczymi domkami? Może jednak miejską elektrociepłownie z blokami mieszkalnymi wokół? Tak, zapewne każdy znajdzie tu coś urokliwego dla siebie. Pod warunkiem, rzecz jasna, że potrafi dostrzec piękno i harmonię w swoim otoczeniu. Do tego jednak potrzeba nam ……….. czasu.

                        Traktując Finlandię tylko, jako „dojazdówkę” do północnej Europy, nigdy nie zobaczymy jej piękna. Nigdy też nie zrozumiemy – co Finowie mają w głowie? Dlaczego są nad wyraz mało i prawdomówni? No i w końcu, dlaczego w Finlandii niebo jest wyjątkowo niebieskie?

              Wszystko ma jednak swój koniec. Pewnej niedzieli, tuż przed północą, wjeżdżamy przez uniesiony dziób, do wnętrza wieloryba (prawdę napiszę, prom to był), ostatni raz patrzymy na Helsinki, a potem slalomem, wokół dziesiątek skalnych wysepek, kierujemy się do Tallinna.

Skandynawia pozostaje za nami.
 
Joensuu. Gospodarstwo pokazowe


Joensuu. Karelskie potrawy: rusipyoronen, karjalan purakka.


Lieksa. Muzeum Pielisen. Karelski dom z XIX wieku


Lieksa. Muzeum Pielisen. Karelski dom z XIX wieku


 Jezioro w okolicy Hattuvaara


Tsasouna. Prywatny skansen broni


Ilomantsi. Cerkiew Proroka Ilii z 1892 roku


 Ilomantsi. Wnętrze cerkwi


Ilomantsi. Kościół luterański z 1796 roku


 Ilomantsi. Spacer "Szlakiem lisa"


Ilomantsi. Skansen Parppeinvaara. Kaplica WŚ


Ilomantsi. Dom generała Raappana


Ilomantsi. Dom generała i jego medale


 Ilomantsi. Boczna droga


Joensuu. Miasto rowerów


Joensuu. Pomnik żołnierza


Joensuu. Bunkkerimuseo


Joensuu. Bunkkerimuseo, Wnętrze schronu.


Uusi Valamo. Kościół klasztoru


Uusi Valamo. Wnętrze cerkwi


Karimaki. Największy na świecie drewniany kościół z 1847


Karimaki. Wnętrze kościoła


Karimaki. Wnętrze kościoła 2


 Karimaki. Widok z dzwonnicy


Savonlinna. Widok na zamek Olavinlinna z 1475 roku


Savonlinna. Statek muzeum


Savonlinna. Przewóz drzewa przed 100 lat


Sulkava. Wyścigi wioślarskie


Jezioro Saimaa. My na urlopie wypoczynkowym


Jezioro Saimaa. Rowerem wokół jeziora


Jezioro Saimaa. Gęsia rodzina


Imatra. Wodospad z muzyką Sybeliusa


Imatra. Wodospad i Sybelius


Lappeenranta. Kościół dwukrzyżowy Lappe z 1894


Lappeenranta. Polskie dzieło w Muzeum Sztuki


Lappeenranta. Polskie dzieło w Muzeum Sztuki


Lappeenranta. As myśliwski z 1939 roku


Lappeenranta. Rzeźby z piasku


Lappeenranta. SP dla kamperów


Hamina. Kościół prawosławny


Hamina. Kościół prawosławny. Wnętrze


Hamina. Karelski dom Aldina


Hamina. Ratusz z 1796 roku


Porvoo. Gotycka katedra z XIII wieku


Porvoo. Czerwone spichlerze i katedra


Helsinki. Muzeum Lotnictwa. Symulator SAAB J35


Helsinki. Muzeum Lotnictwa. Radziecki I-16


Helsinki. Bunge ze 150 m za 150 EUR


Helsinki. Wyspa Valkosaari


Helsinki. Plac targowy i Tuomiokirkko


Helsinki. Pomnik Kivena przed Fińskim Teatrem


Helsinki. Plac Dworcowy. Budynek dworca


Helsinki. Zachodnia część śródmieścia. Hare Kryszna


Helsinki. Temppeliaukion kirkko z 1969


Helsinki. Jazda rowerem po dachu kościołą w skale


Helsinki. Demonstracja antyżydowska


Helsinki. Zachodnia część śródmieścia. Esplanada


Helsinki. Senaatintori. Katedra luterańska i pomnik cara


Helsinki. Uspenskin katedrali z 1868


Helsinki. Wnętrze katedry Uspenskin


Dodaj napis


Helsinki. Na rogu Kauppaqtori i Etelaranta


Helsinki. Kauppatori. Pałac prezydencki


Helsinki. Widok z nabrzeża promowego


Helsinki. Widok z nabrzeża nasz prom


Na horyzoncie Helsinki, Minęła północ


Dwie godziny później. Na horyzoncie światła Tallinna
 

Szukaj w tym blogu

Ładowanie...