piątek, 20 stycznia 2017

Mauretania i dalej .......... , czyli jak, kiedy i co będzie się działo?

Szanowni Czytelnicy!
     
        Nasza podróż trwa w najlepsze. To już trzeci miesiąc w drodze mija. Za nami Maroko, Sahara Zachodnia i Mauretania. Przed nami kolejne kraje, regiony, miasta i ludzie.
Poruszamy się jednak w dość specyficznym regionie Afryki i przez niektóre kraje będziemy musieli niedługo wracać do Europy.
        Blog - praktyczne porady, powstaje prawie codziennie. Jak zwykle jest aktualny i prawdziwy, co może komuś, gdzieś, kiedyś się nie spodobać i  dlatego opublikujemy go, gdy będziemy się czuć komfortowo.
Czyli początkiem kwietnia br.
        Przepraszamy za ten nietypowy komunikat i zapraszam do spojrzenia na kilka zdjęć z naszej dotychczasowej drogi.

Gdzieś na Saharze Zachodniej.

Mauretania. Tanit. Wioska rybaków senegalskich.

Mauretania. Szukamy noclegu przy "Drodze Nadziei"

Mauretania. Wjazd do miasta, a piaskiem zawiewa.
PS. Aktualizuję o link do wywiadu popełnionego kilka dni temu.
      W czasie podróży, gdzieś na pustyni:

http://fajnepodroze.pl/kamper-dom/




































czwartek, 22 grudnia 2016

Afrykańska odyseja - 03 (drugi miesiąc w Maroko)

        Z wioski Assaka jedziemy w stronę wybrzeża.
Tiznit. Jedna z bram do medyny.
Na moment zatrzymujemy się w mieście Tiznit. Odwiedzamy Aziza, znajomego z przed lat. Na spotkaniu obowiązkowa herbata marokańska, krótka rozmowa z mamą i babcią Aziza i czas na zakupy – bo już dawno w większym mieście nie byliśmy. Teraz czas na wybór miejsca na obóz. Pamiętam, że niedaleko są urocze klify oceaniczne Parku Narodowego Souss-Massa, z zatokami, jaskiniami, gejzerami wody, która strzela na kilkanaście metrów w górę, a wszystkiego pilnują ibisy. Ptaki podobne do kormoranów. Konsultuję swój pomysł z Panem Uriukiem, który wiele lat spędził w tym rejonie Maroka. W czasie rozmowy internetowej, Pan Uriuk powiedział, że pomysł jest dobry.
Tassila. Miejsce urocze choć zdradliwe.
         Trzeba dojechać do wioski Tassila   N 29.858950°  W-9.752145° i tam skręcić w drogę gruntową w lewo. Jechać w kierunku oceanu, a na rozwidleniu dróg skręcić w prawo. Tam można biwakować N 29.885217°  E -9.779810° i zwiedzać kilometry ciekawego brzegu oceanicznego. Tak też uczyniliśmy, częściowo uczyniliśmy. Bo do momentu zatrzymania się w domniemanym miejscu obozowania. Czarek wypatrzy lepsze, bardziej równe miejsce – na lewo od rozjazdu dróg. Pojechaliśmy jego kamperem to sprawdzić. Po pozostałe kampery wróciłem już na piechotę. Podjechaliśmy wszyscy do miejsca, gdzie przymusowo stał Czarek. Aby nie zanudzać szczegółami zakopywania się i wypychania poszczególnych kamperów, powiem tylko, że ostatni kamper uwolnił się z piaskowej pułapki, następnego dnia, w godzinach przedpołudniowych. Nikt już nie miał ochoty zwiedzać parku narodowego. Pojechaliśmy więc na południe, wzdłuż wybrzeża.
Nasz SP przed portem Sidi Boulfdail.
        Stajemy dopiero przed wjazdem do portu Sidi Boulfdail. N 29.667132°  W -9.982417° Można tu stanąć po prawej i lewej stronie drogi. Choć preferowana jest raczej prawa strona. W porcie, malutkim porcie, gdzie łodzie rybackie wynoszone są z wody przez traktor, są dwa malutkie sklepiki z chlebem, wodą i jakimiś warzywami. Chleb tylko rano. Wieczorem odbywa się giełda ryb, które rybacy przywożą z łowisk. Jednak ryby można kupić dopiero od pośredników. Ceny są baaaardzo wysokie. Skrojone zapewne pod turystów francuskich. Jak kogoś „przyciśnie”, to w porcie jest studnia z wodą. Nieco słonawą, choć pochodzi ta woda prawdopodobnie ze źródełka. N 29.668885°  E -9.983062°. Do studni można podjechać kamperem. Spędziliśmy w tym miejscu 3 dni. 
          Były i polowe „andrzejki” i imieniny Bibi obchodzone.
Port Sidi Boulfdail.
studnia w porcie.
         Kolejne miejsce, to znowu klif, położony 11 kilometrów na południe od portu. Nie podaję koordynat, gdyż na tym odcinku wybrzeża, co kilka kilometrów są gruntowe zjazdy w stronę klifu, gdzie można zjechać i nocować z dala od drogi. Pod jednym wszakże warunkiem. Musi być sucho.
Czekamy na osuszenie terenu.
Jest czas na foto i video

        W czasie naszego noclegu spadł deszcz. Taki krótki, ale intensywny. Rano okazało się, że żaden kamper nie może ruszyć z miejsca, a jak już ruszy, to stanie kilka metrów dalej. Powodem jest nawierzchnia w tym rejonie wybrzeża. To coś bardzie przypomina ciemnoczerwoną glinę, niż piasek, czy też ziemię. Trzeba więc było czekać do godzin popołudniowych, aby wyjechać z tej błotnej i przemieścić się na miejsce bardziej cywilizowane.
Na plaży Imi Ntourga.
        

        Na pusty, o tej porze roku parking. Przy plaży Imi Ntourga. W miejscowości Mirleft. N 29.590460°  W-10.037115° Miejsce jest znane kamperowcom, w sezonie chyba drobnopłatne. Jedyny minus, to brak mediów. Choć my wypatrzyliśmy małe ujęcie wody, przy głównej drodze. N -9.983062°  W-10.031839°. Woda wypływa z rury w ścianie. Samo miasteczko Mirleft jest dość interesujące. Ma swoją historię o hippisach. Prawdopodobnie Hendrix też tu, w jednym z hoteli mieszkał. Obecnie jest tu cicho i spokojnie. Bez natłoku turystów i wysokich cen. Na suku spotkamy i sprzedawcę biżuterii Tuaregów i chleb Berberów. Można usiąść na szklaneczkę herbaty w podcieniach niebieskich domów, wzdłuż głównej ulicy miasteczka i poobserwować mieszkańców, choć niektórzy z nich przypominają bardzo już zwiędnięte „dzieci kwiaty”, które albo tu osiadły, albo przyjechały w poszukiwaniu minionych lat. Ja miałem też okazję zrobić kilka fajnych fotek, wykąpać się w oceanie i zwiedzić ruiny hiszpańskiego (francuskiego?) fort z początku XX wieku. 
Na suku w Mirleft.
Główna ulica miasta.


Ruiny fortu nad Mirleft.
Łuki i jaskinie na plaży.















        W dzień odjazdu mieliśmy jeszcze ciekawe spotkanie z francuskimi kamperowcami. Przyjechali w 3 kampery. Jeden z leaderów przyszedł się przywitać i zapytać o możliwość postoju. Każdy z nas odpowiadał na jego powitanie w znanym sobie języku. Po angielsku, niemiecku.
Czarek szkoli Francuzów.
Zdziwiony Francuz mówi do nas, dlaczego nie mówimy po francusku, skoro to międzynarodowy język?  Każdy z nas lekko się zagotował, ale to nic. Zachowujemy stoicki spokój. Pytamy czy jadą na południe, czy już wracają? Bo my dopiero na południe jedziemy. Na to jeden przynosi mapę Maroka i dumnie pokazuje, ze oni już są na powrocie, ale zrobili wielką pętle. Przez Atlas dojechali po połowy Maroka, a teraz wracają już na północ. Zapadła cisza. Zebrana wokół mapy szóstka Francuzów oczekuje od nas pochwały i podziwu. Tego nie wytrzymał Czarek. Do jednej z Francuzek, która kumała po angielsku powiedział: chodźcie, zobaczycie naszą trasę i przyprowadził ich przed naszego kamper, gdzie jest naklejona planowana trasa „Odyseji”. Mówiąc spokojnie i dużymi literami, poinformował nasze francuskie koleżanki i kolegów, że to niepełna trasa, że zamierzamy dojechać do Zatoki Gwinejskiej, że wracamy w maju przyszłego roku itd. itd. Odszedłem na bok, aby zrobić zdjęcie zmniejszających się w oczach dumnych Francuzów. Był to widok bezcenny.

Kampery w Legzir.
Pozdrawiamy turystów z Moskwy.
             Tymczasem my przemieszczamy się o kolejne 20 kilometrów na południe i stajemy nad kamiennymi łukami. Legzira. N 29.443557°  W-10.116328°. Miejsce bardzo widokowe. I na spacery i na bardziej wyczynowe sporty (paralotnie?). Spotkaliśmy tu szóstkę sympatycznych młodych Rosjan. Mieszkają na co dzień w Moskwie, a spędzali urlop w Agadirze. Do Legzira przyjechali na trzech wypożyczonych skuterach. Pozdrawiamy!

Samiec nie pozwolił mi zbliżyć się do swojej samicy.
Nawet mnie troszkę odpędzał.












Sidi Ifni. Na lotnisku.
Nasz SP w Sidi Ifni.
Łuk i cień.
        











        Po dwóch dniach pada na naszych licznikach kolejna dwudziestka. Kilometrów. Jesteśmy w Sidi Ifni. Miasteczko zdominowane przez francuskich turystów. W ciągu dnia możemy parkować na wielkim placu w centrum. Mało kto chyba wie, że jest to ….. lotnisko polowe. N 29.377203°  W-10.175653° Wiatr zamiata tam tumany kurzu, a przed zmrokiem pojawiają się służby mundurowe, które informują, że nocleg tylko na kempingu (są ze 3 w tym mieście) i oczekują na nasz odjazd. My rezygnujemy z ich porady i jedziemy, na wcześniej namierzone miejsce, w bocznej uliczce, schowani za domami. Było spokojnie. N 29.377536°  W-10.179981°
        Rano ruszyliśmy w kierunku Guelmin, bo wszyscy zgodnie stwierdzili, ze szumu oceanu mamy znowu dosyć, a i woda morska nie działa zbyt dobrze na nasze kampery.
Studnia z wodą w Kizi.
Po drodze Czarek wypatrzył studnie z wodą, w małej osadzie Kizi. N  29.193297°  W-10.093238° Choć w Guelmin nie powinno być z wodą problemów. Jednak stara karawaningowa zasada mówi: masz okazję – tankuj wodę, jest stacja – dolewaj paliwa do pełna. Mowa tu oczywiście o podróżach w bardziej egzotycznych rejonach świata.
        Guelmin, jak to Guelmin. Ostatnie duże, marokańskie miasto przed Saharą Zachodnią. Niby nie zmieniło się za bardzo od ostatniego tu naszego pobytu, przed czterema laty. Choć pizza nie jest już taka, jaką poprzednio jedliśmy. Wybudowano na przedmieściach wielki Marjane,  N 28.968044°  W-10.033247°. gdzie zrobiliśmy duże zakupy, a Bibi i Waldek mogli do woli pobuszować między półkami. Dostaliśmy też namiar, na jedyną w mieście ........ melinę z alkoholem. Wiadomym jest, że Maroko to kraj muzułmański i oficjalna sprzedaż alkoholu (prawie) nie istnieje. Oficjalnie nie, ale nieoficjalnie można kupić prawie wszystko. Trzeba tylko wiedzieć gdzie. W Guelmin, w rogu małego placu, są jak gdyby pomieszczenie garażowe, a w nich? Piwo, wino, wódka na półkach stoi. N 28.98214  W-10.057106 

Plac z meliną.
            Ceny tu niestety wysokie. Butelka marokańskiego wina czerwonego 70 DH. Więcej nie kupowałem. Tymczasem w naszym szwendaniu się bez planu, kamperem po Maroko, nastąpił punkt zwrotny. Czarek nie chciał już jechać niżej, bo za dni kilka odbierał będzie z lotniska swojego pierworodnego, który przybywa na święta. Dlatego będzie wracał do Marrakeszu. Waldek chcę szybko dojechać do Dakhli, gdzie prawdopodobnie będzie ciepło. Ja nie chcę niczego. Korzystam z ostatnich spokojnych dni przed wyruszeniem w głąb Afryki i staram się dokończyć pisanie swojej książki. I tak oto, stajemy 20 kilometrów na wschód od Guelmin. W miejscu, gdzie kończą się góry Antyatlasu, a zaczyna Sahara. 
                Obok oazy Tighmert. Miejsce urokliwe, nad rzeczką. Na dni wiele można się tu zakotwiczyć. No i jest co robić, jeśli ktoś aktywnie chce spędzać czas. Dzięki Panu Uriukowi wiemy, że w oazie są dwa ciekawe muzea, ze zbiorami, nazwijmy to etnograficznymi. Wstęp do Muzeum Karawanseraj kosztuje 25 DH. Spacer po oazie, która należy z pewnością do najciekawszych takich miejsc w Maroko, zajmie nam co najmniej kilka godzin czasu. Zobaczymy tysiące palm daktylowych, ruin starych zabudowań i ……. kilka „kempingów”. 
Otoczenie oazy Tighmert.

Zachód słońca i robal w tle.

Dzień gospodarczy.

Muzeum Karawanseraj.

Ekspozycja i właściciel muzeum.

Skrzynka ze skarbami Tuaregów.

Kampery w oazie.

Pożegnanie z Habibem. Właścicielem muzeum.

Wąwóz i cień.
        Za pobliską miejscowością  Fask, w odległości 3 kilometrów pieszego marszu, znajduje się urokliwy wąwóz, o kilkunastometrowych, pionowych ścianach.
Zejście do wąwozu.
Zejście do wąwozu, nie dla osób o lekach wysokościowych. W okolicach oazy są też szlaki do wędrówek pieszych. Ponieważ wody każdy z nas nawiózł sobie z Guelmin, więc jeden dzień poświęcony był na świąteczne pranie. Tak oto minęło 5 dni, na wędrówki, zwiedzanie, biegi i prace gospodarcze w kamperach. Dnia szóstego, po kolejnej wizycie w Marjanie, ostatnią wspólną noc spędziliśmy obok targu wielbłądów, na południowych przedmieściach Guelmin
Guelmin, Targ trzody wszelakiej.
        N 28.982340°  W-10.072420° Są tu duże parkingi, lecz miejsce do nocowania trzeba wybrać czujnie, by nie słuchać przez całą noc odgłosów wielbłądów, baranów, kóz, albo pokrzykiwania handlarzy trzody. Rano dajemy parkingowemu 2 DH i rozjeżdżamy się. Czarek wraca na północ, a Waldek i my jedziemy na południe. Droga taka sobie. Trzeba już uważać na skraj asfaltu, który lubi być głęboko ścięty, a to jest zabójcze dla opony, jeżeli zjedziemy na pobocze drogi. Wiatr sprawił nam miłą niespodziankę. Wieje dość mocno. Z północy. Czyli w plecy.
Jacek w drodze do Dakhli.
        Za miejscowością Labjar niespodzianka. Widzimy rowerzystę z polską flagą. Jest okazja na zamienienie kilku słów. To Jacek z opolskiego. Wyjechał z kraju w sierpniu. Objechał już Włochy, a teraz zmierza do Dakhli. Pytamy, czy czegoś nie potrzebuje i umawiamy się na spotkanie w czasie świąt, na południu Sahary Zachodniej.


Orszak weselny
Diabelska dziura.
        W miasteczku Tantan mijamy orszak weselny. Na przedzie jadą tuarescy wojownicy. W kolumnie samochody marek "takich sobie". Na końcu samochód dostawczy, załadowany rzeczami osobistymi panny młodej, wszystko przykryte dywanami, która wprowadza się tego dnia do domu męża.




        Na przerwę obiadową zatrzymujemy się obok dziury w ziemi. która zowie się Trou du Diable

Takie dwie ryby zakupujemy za 60 DH

O poranku rybacy płyną na łowisko.
        Na postój stajemy w Parku Narodowym Khenifiss. W tej chwili opisuję miejsca, gdzie już byliśmy, w czasie naszej poprzedniej podróży do Maroka. Dlatego tylko w skrócie reporterskim podaję informację i nowe zdjęcia.

        Tarfaya wita nas spektakularną tęczą. Po drodze mamy naprzemiennie deszcz i słoneczną pogodę. Wiatr cały czas silny z północy. Często nawiewa piasek na jezdnię.

        Skręcamy z drogi głównej do miasta Tarfaya, a tu niespodzianka. Na jezdni pracuje ciężki sprzęt, który przenosi wydmy piaszczyste na zawietrzną stronę drogi. Tak to się odbywa na pustynie, Żadne spychacze, żadne kombinacje. Trzeba zgodnie z prawem natury i kierunkiem wiatru - przenosić tony piasku.

       Za miastem "odwiedzamy" wrak starego promu, który kiedyś wylądował na plaży. Znak ostrzegający przed wielbłądami też warto przypomnieć.






        Miasto Tah. Przed "zielonym marszem" marokańczyków, była tu granica Maroka i Sahary Zachodniej. Na bilbordzie portret króla. Trójkąt za nim oznacza granicę, której już nie ma.
Drogi na terenie Sahary Zachodniej.

Takie zwierzątka tam żyją.



SP przed klubem w Boujdour.
        Kolejne miasto to Boujdour. Za nim już tylko Dakhla i kolejny kraj. Mauretania. Jeździmy trochę po tym Boujdour i szukamy miejsca na nocleg. Waldek i Bibi gdzieś się zapodziali. Pojechali przodem, nie wiemy dokąd. Taki widocznie mają styl i filozofię jazdy kamperem. Prawdę mówiąc, to nikt z nikim cyrografu tu nie podpisywał i każdy może robić co chce. Choć przed wyjazdem nieco inne ustalenia były robione. Bo bezpieczeństwo, bo liczenie na siebie. Nie mniej takie właśnie są uroki grupowych wycieczek objazdowych i to trzeba uszanować. 
Zakład szkutniczy i typowe dla tego regionu łodzie.
         Wróćmy do miasta. Wytypowaliśmy na nocleg ślepą uliczkę, obok jakiegoś muru położoną. N 26.1287533   W-14.4987750 Wyszedł z bramy ochroniarz. Pokazał jak i gdzie się zatrzymać. Moja ciekawa natura zagnała mnie jednak za ten mur. Koło czego my stoimy? W środku ładny budynek. Młody człowiek władający angielskim wytłumaczył mi, że to klub miejski i zapytał, czy gram w szachy. Po chwili siedzieliśmy już w środku, przy szachownicy z filiżanką kawy i zaczęło się. Ja czarnymi obrona francuska. Młody człowiek dobrze gra. Wypuszcza jednak końcówkę i 1:0 dla mnie. Chwila przerwy na powiadomienie Teresy, że właśnie reprezentuję kraj w międzynarodowych rozgrywkach i wracam do środka. Białymi zaczynam partię angielską. Przeciwnik zna debiuty. Tylko potem nieco gorzej. 2:0
Zaraz po opuszczeniu Boujdour. Równo i sucho.
Zbiera się mała grupka marokańczyków (saharyjczyków?), którzy doradzają coś w swoim języku mojemu rywalowi. 3:0. W międzyczasie podszedł jakiś starszy pan i zapytał, czy ja z tego kampera? Czy nie wolał bym na kemping? Skoro nie, to naradzał się z kimś, gdzie nas umieścić. On czuł się odpowiedzialny, bo był z miejscowego urzędu miasta i odpowiednika powiatu (województwa). Obawiali się, że jakiś pijak może nam coś. Ja się pytam, skąd tu pijaki w kraju bezalkoholowym? Ostatecznie stanęło na tym, że będzie na nas miał baczenie jakiś ochroniarz, 4:0, 5:0 i przeciwnik podał mi rękę. Nie zdążyłem się nawet umówić na kwietniowy rewanż. Rano tankujemy wodę w klubie i pokonujemy ostatnie 330 kilometrów do Dakhli.
Zjazd z drogi głównej do Dakhli.

        Po drodze jest kilka punktów kontroli policji i żandarmów. Rozdajemy kilka "fiszek" z naszymi danymi personalnymi. Późnym popołudniem stajemy na znanym kamperowisku, kilkanaście kilometrów przed Dakhlą. Wśród 70 kamperów z Niemiec, Francji, kilku Włochów, jednego Austriaka oraz Szwajcara jest i Waldek. Lokalizacja tego miejsca to N 23.902072°  W-15.787335° W tym roku dodano na miejscu możliwość zatankowania wody. Za darmo, choć woda nie za bardzo nadaje się do picia. Mocno zmineralizowana (?) Jest i knajpka mała, choć ceny w niej wcale nie są niskie. Tagine z owocami morza, całość mieści się na dłoni, to wydatek 70 DH. Mało do pojedzenia dla jednej osoby. 
Kamperowisko przed Dakhla. Etap pierwszy podróży.
      W takim oto miejscu spędzimy nadchodzące święta i nowy rok. Mamy kilka dni na przygotowanie się i zaplanowanie dalszej drogi. Poznajemy Marzenę z Polski, która zacumowała tu ze swoim hiszpańskim chłopakiem. Dojechał też rowerzysta Jacek. Ale nie na rowerze, który chwilowo utracił zdolność jazdy, ale z młodymi Polakami. Zabrali go do swojego kampera, 200 kilometrów przed Dakhlą. Witamy i podziwiamy Cię Jacku!
I tak oto minęły nam 2 miesiące w podróży po Europie i Maroku. To już ostatni mój wpis z tego etapu.
         Następne, mam nadzieję ukazywać się będą z kolejnych afrykańskich krajów, z podróży po której, tak wiele sobie obiecujemy.




Szukaj na tym blogu