wtorek, 25 grudnia 2018

Mongolia z lotu ptaka. Świątecznie.



Świątecznie. 
                   Wszystko posprzątane (jak gdyby dwa tysiące lat temu nie urodził się Jezus, tylko powstał sanepid), pogotowane, popieczone. Nawet poświętowane, przy tradycyjnym stole wigilijnym. Zasiadłem więc do stołu monterskiego, zebrałem pliki dronem nakręcone. 
Dodałem trochę ujęć dokonanych gimbalem (to takie urządzenie, dzięki któremu obraz video nie trzęsie się) i popełniłem to co widać powyżej. 
Sam się dziwię ile tego materiału nazwoziliśmy z wyjazdu tegorocznego.
WESOŁYCH ŚWIĄT. 
Wesołego oglądania. 

piątek, 7 grudnia 2018

Azja 2018 część druga trasy: Rosja-> Ałtaj -> Mongolia

Trasa od Uralu do Mongolii.
        
Nasza trasa pomiędzy 26 maja, a 6 czerwca 2018 roku.
     
        Czy po przekroczeniu Uralu, a nawiasem mówiąc, to nawet nie odczuliśmy kiedy to nastąpiło, coś się zmienia w otoczeniu? Prawdę mówiąc, to trudno zauważyć różnicę. Wioski są do siebie podobne.
Zauralskie widoki
Wioska Bor
        Brzozowe lasy i zagajniki dominują na horyzoncie. Dużo oczek wodnych po niedawnych roztopach. Mówiono nam, że zima ustąpiła przed dwoma tygodniami. UPS. To może dobrze, ze mieliśmy miesięczny poślizg z wyjazdem na wschód? Mamy drobny poślizg. Sporo czasu spędziliśmy w Ganina Jama, gdzie węgierscy "czerwonoarmiści" w 1918 roku, spalili i ukryli zwłoki, ostatniej carskiej rodziny. Mało dzisiaj przejechaliśmy, więc jedziemy dalej po zachodzie słońca.
        Na obwodnicy miasteczka Pyszma stop. Zatrzymują nas młodzi policjanci z drogówki. Co to będzie? Proszą mnie o dokumenty. Dostają paszport. Starszy stopniem bierze go do ręki i mówi: ja tu nic nie rozumiem, dajcie rosyjskie tłumaczenie. W tym momencie robię minę jak Jaś Fasola i pytam: co? Na to policjant, że już nie trzeba, że sobie poradzi. Potem przez kilkadziesiąt sekund przeglądał paszport, niczym przedszkolak kolorowankę, aby w końcu oddać go i podziękować.
Po czasie ktoś nam wytłumaczył, że młodzi chłopcy zobaczyli dziwne samochody, więc chcieli się z nimi zapoznać. Przy okazji zrobili sobie samokształcenie z wyglądu paszportu obcokrajowca.     
Wioska Zavjalovo. Odjeżdża delegacja.
        Na nocleg stajemy już o zmroku, zjeżdżając kilka kilometrów od głównej trasy. Rano kierunek Tiumeń. Miasto bogate, z super drogami.
       Staramy się nawiązać kontakt z miejscowym księdzem katolickim. Kościół zamknięty. Ojciec Leszek nie odbiera telefonów. Czy my za Uralem spotkamy jakąś Polonię?
        W ciągu dnia robimy ponad 400 kilometrów. Stajemy w małej wiosce, oczywiście obowiązkowo zjeżdżając z głównej trasy, Zavjalovo. Bez problemu tankujemy wodę. Rano mamy odwiedziny.
 
Wioska z parkiem rozrywki.
        Podjeżdża Niva, wysiada z niej dwóch mężczyzn. Jeden przedstawia się. Jest szefem miejscowej administracji. Zobaczyli nas i chcieli dowiedzieć się skąd my, czy wszystko w porządku, czy czegoś nam nie trzeba? Kilka kurtuazyjnych zdań i odjechali.
        Wszedłem jeszcze do małego wiejskiego sklepiku, aby ..... kupić jakieś świeże bułeczki na śniadanie. Bez szans. Są tylko słodkie. O bułkach, takich na śniadanie, mogę na długie miesiące zapomnieć.
        Ruszamy na wschód. Pogoda się psuje. Pomimo, że nie jest to zima, to dopada nas jeszcze silny, zimny wiatr z północy. Buran. No cóż, widziały gały gdzie wyjazd planowały.
        Skręcamy do większej wioski, albo małego miasteczka Tiukalińsk. Na zakupy. Mnie zaskoczyła tu jedna rzecz. Mały park, a w nim wielkie koło młyńskie. Stoi tu chyba od lat, bo samym wyglądem, nie budzi zaufania. Kto tego jeszcze używa?
Syberyjskie wioski. Bieda i serdeczność.
        Do Omska wjeżdżamy późnym popołudniem. Dobrze, że wszystkie ważniejsze zabytki tego miasta, skupione są przy jednej ulicy. Ulicy Lenina. Jedziemy więc główną ulicą, nawiasem mówiąc, po raz pierwszy to napiszę, o okropnym stanie nawierzchni i staramy się skręcić w prawo. Na Lenina. Wszędzie zakazy skrętu. Do tego poruszamy się w sporym korku. Nie mamy jednak ochoty, biegać blisko kilometr, do ulicy wodza rewolucji, a innych pomysłów nie mamy.
        Opuszczamy więc Omsk i nocujemy byle gdzie, za miastem. Wiatr i deszcz nie odpuszczają przez całą noc. Kamper kołysze się na boki, więc szybko usypiamy. Nocna temperatura, to tylko +4 stopnie.
Wakacyjne dzieci.
        Kolejny dzień to jazda, jazda, jazda. Ponad 500 kilometrów. Po zmroku wjeżdżamy do jakiejś wioski i stajemy obok domów. Rano odwiedzają nas dzieci. Budzimy zainteresowanie. Zaczynam konwersację. Jest koniec maja, a one ....... już na wakacjach. Mają 3 miesiące letniego wypoczynku. Tylko pozazdrościć. W ramach nawiązywania dobrosąsiedzkich stosunków, zaopatrujemy dzieciaki w materiały o Krakowie i Małopolsce. Przedszkolaki nieczytate, otrzymują inne gadżety.
Ałtajski Kraj.
        Siadamy do śniadania, a tu puk, puk. Stoi dwoje młodych. Jeden już obdarowany przyprowadził swojego brata, który by też chciał ....... więc też mu wydałem materiały propagandowe. Wracam do stołu. Puk, puk. To dziewczynka z koleżanką, która by też chciała. Dość!
        Ustalam zasadę, kto przeczyta ma pożyczyć następnemu i basta. Śniadanie dokończyliśmy już spokojnie.
Dzieci na całym świecie są podobne.
        Gdzieś po drodze tankuję propan. Swoim patentem, przez wlew do tankowania osobówek. Butli, oficjalnie w Rosji nie zatankujemy. Drożeją paliwa. W zachodniej Rosji było najtaniej.
        Obwodnicą omijamy Nowosybirsk. Zostawiamy sobie, to ciekawe miasto, na drogę powrotną. Gdy będziemy wracali z Mongolii, przez Bajkał, do Kazachstanu.
Pomnik ofiar promieniowania.
        Wjeżdżamy do Kraju Ałtajskiego. Dużo sobie po tym regionie Rosji obiecuję. Znam Polaków, którzy wielokrotnie przyjeżdżali, do oddalonych o tysiące kilometrów Gór Ałtaj. No i jeszcze jeden plus. W kraju Ałtajskim, ceny paliw, spadły automatem o 10 rubli.
        Po ponad 500 kilometrowym maratonie, stajemy na nocleg w mieście Bijsk.
Tajemniczym mieście Bijsk. Dzieją się tutaj, od wielu już lat, dziwne rzeczy. Pisano o nich książki, artykułu. Realizowano programy telewizyjne. Czy to za sprawą szamanizmu, który sięga w te rejony?
Groby polskich zesłańców i Władysława Jaruzelskiego.
My stajemy obok pomnika ofiar promieniowania, w okresie katastrofy czarnobylskiej. Pułk wojsk chemicznych, który tu stacjonował w czasach ZSRR, był skierowany do Czarnobyla. Stąd setki ofiar choroby popromiennej.
        Kolejnego dnia muzem Czujskiego Traktu i odwiedzenie grobu ojca generała Jaruzelskiego.
Miałem w planie, jako żołnierz wyklęty LWP, zapalenie znicza pod Lenino. Tym razem nie udało się. Terminy wiz tranzytowych nas pogoniły. Ale nadrobię. To jestem winien poległym pod Lenino.
        W Kraju Ałtajskim, co krok są jakieś atrakcje, muzea, skanseny, galerie itp.
To wszystko, to dopiero wstęp do Republiki Ałtaju, do której zmierzamy.
Diorama z Czujskim Traktem.
        W sumie, to te 100 kilometrów, dzielące nas od Gornoałtajska, jechaliśmy cały dzień. Tyle było ciekawostek po drodze.
Stajemy na noc, obok muzeum Ałtaju. Wieczorem degustujemy wino z miodu ałtajskiego. Takie sobie.
Jak dla mnie: wino to Włochy, jak Włochy to wino chianti. No ewentualnie montepulciano. No i jeszcze coś z Gruzji.
         Tymczasem jesteśmy w muzeum Ałtaju, gdzie numerem jeden jest księżniczka, przy której zasuszone mumie egipskich faraonów, to pikuś. No, może nie pikuś, ale coś równorzędnego. Tak odebrałem tą ekspozycję.
Dział poświęcony szamanizmowi.
Szamańska ekspozycja.
Trzeba wiedzieć, że wjechaliśmy już w obszar Azji, gdzie dominuje szamanizm i buddyzm. Skoro mowa o takich religiach, to i nie może zabraknąć symbolu szczęścia, którym jest swastyka. Tylko u nas traktowana jest ona wybiórczo, jako symbol faszyzmu.
        Mamy jeszcze kilka dni wolnego. W tym rozumieniu, że mamy jeszcze czas, na wjazd do Mongolii.
        Trzeba bowiem wiedzieć, że do Mongolii musimy wjechać w ciągu 3 miesięcy od momentu wydania wizy.
Z tego prawie miesiąc oczekiwaliśmy w Polsce, na wydanie mi właściwej wizy rosyjskiej. Teraz nadrobiliśmy już stracony czas i możemy zwolnić, odpocząć. Zresztą jak tu przegnać przez Ałtaj, skoro można tu spędzić wiele tygodni na wędrówce?
Szamańska ekspozycja
        Zatrzymujemy się na dwa dni w rezerwacie przyrody, nad rzeką Kamun.
Obok wioski Ust-Sema.
        Za postój na polanie płacimy 300 rubli za noc. Gdzieś w okolicy, można było znaleźć miejsce bezpłatne, ale zauroczyła nas nasza polanka, źródło z pitną wodą, wokół wiosenne kwiaty i delikatny szum pobliskiej rzeki.
Ujeżdżam tu rower i przekonuje się, ze na utwardzone, równe drogi, elektryczny rower, na wielkich, grubych kołach, wcale nie jest niezbędny. Może dalej?
        Za to bardzo sprawdził się dron. Mógł bym go godzinami utrzymywać w powietrzu, aby oglądać okoliczne góry i doliny
Roman Kułtubajev z żoną (po lewej)
        Jak tak się włóczę po okolicy, to zainteresowała mnie galeria z obrazami Romana Kułtubajeva  http://www.kutlubaevartist.com/index.html#home
        Kolejnego dnia poznałem samego artystę i zaciekawiła mnie jego metoda pracy. Bierze płótna, farby i co tam jeszcze potrzeba, rusza na wiele dni w góry. Gdy jakiś motyw go zainteresuje, rozkłada majdan i przez kilka godzin maluje.
Potem rusza dalej, na szlak.
Kupiłem dwa jego obrazy. Bardzo do mnie przemawiają. Ałtajem.
Pomnik "Chłopiec z susłem".
        Kolejne dwa dni spędziliśmy w dolinie Karakol. Tajemniczej i świętej dla mieszkańców Ałtaju.
Znowu rower i znowu DJI Mavic. Choć do tego drugiego, to pogoda nie rozpieszcza. Wieje, a więc o nieporuszonych zdjęciach, można tylko pomarzyć. W samej dolinie zlokalizowanych jest kilka wiosek. Żyją tu ludzie, którzy chyba nigdy się nie uśmiechają. Zahartowała ich przyroda? Czy duchy zmarłych, które przemierzają tę okolicę?
Mamy dużo czasu dla siebie. To pierwsze miejsce w Rosji, gdzie nie ma zasięgu internetu. Z tego, ale nie tylko z tego powodu - również z braku czasu w podróży - o pewnych rzeczach dowiaduję się dopiero teraz. Gdy wywołuje zdjęcia , z formatu RAW, a każde chcę opisać.
Tajemnicze kamienie Doliny Karakol.
         Przykładowo pomnik bez twarzy. Ustawiony przy wlocie do doliny Karakol. Tam ciekawostka, a teraz już wiem, że przedstawia i przypomina lata II wojny światowej. Gdy w okolicach panował zatrważający głód. Wtedy wiele istnień ludzkich zostało uratowanych przed śmiercią głodową, dzięki ....... susłom, które były pożywieniem dla ludzi.
Stąd złoty pomnik "Chłopiec z susłem".
Wiem to wszystko dzięki trzeciemu etapowi podróży.
        Zdradzę teraz swoją filozofię podróżowania.
Najpierw etap pierwszy. To przygotowanie do drogi, kompletowanie materiałów poznawczych, wertowanie książek i internetu.
Etap drugi, to droga, w czasie której żal każdej straconej godziny. Tyle ciekawych rzeczy dzieje się wokół nas. Nie ma czasu ani na pracę z grafiką, filmami, czy też pisanie bloga. Ledwo, nocami postawimy jakieś informacje, w swoich mediach społecznościowych, Że żyjemy, jesteśmy tu i kierujemy się tam.
Trzeci etap następuje po powrocie z podróży.
Wiejska biblioteka. Są takie u nas?
        Nazywam go "konsumowaniem podróży". To okres katalogowania zdjęć, wywoływania plików foto, montowania filmów, pisania bloga i obiecanych artykułów.
To też jest czas na zaskoczenie i ........... rozczarowanie.
Zaskakuje mnie wielokrotnie informacja, że ten rejon, ta rzecz, ten zabytek to ........... Rozczarowuje, gdy przy okazji dowiaduję się, iż niedaleko naszego miejsca pobytu, było coś zajefajnego! Coś, czego już w życiu nie zobaczymy, bo drugi raz tą samą drogą już nie pojedziemy.
        Tymczasem chciało by się w dolinie Karakol pozostać tu na dłużej. Jednak do Mongolii mamy jeszcze 400 kilometrów, a po drodze?
Nasz postój w Dolinie Karakol. Widok z drona.
        Po drodze mamy do przejechania dwie przełęcze czujskiego traktu.
        Dwa słowa, co to jest ten Czujski Trakt? To górska droga, o długości ponad 500 kilometrów. Przed wiekami trakt handlowy, prowadzący stromymi dolinami, łączący regiony zaałtajskie z Mongolią. Obecnie cała droga, aż do granicy, jest asfaltowa, w bardzo dobrym stanie.
        Droga prowadzi nas malowniczą doliną rzeki Katuń. Potem wzdłuż mniejszej, ale jeszcze bardziej urokliwej rzeki Chuya. Ta pierwsza ma długość prawie 700 kilometrów i wypływa z lodowców wysokiego Ałtaju. Druga rzeka jest jej dopływem, a na stokach doliny, przez który przepływa, zlokalizowane są miejsca, z tysiącami petroglifów. kopce oowo, a okoliczne widoki powalają nas swoim urokiem.
Pierwsze oowo na naszej drodze
Naskalnych rysunków. I małe syberyjskie wioski. Nie skanseny, ale wioski, gdzie toczy się trudne życie miejscowej ludności. Gdzie przenikają się kultury ościennych krajów. Gdzie napotykamy pierwsze, jeszcze nieśmiałe, kamienne
Około południa, dnia 6 czerwca 2018 opuszczamy Rosję. Przesuwamy swoje zegarki o 6 godzin do przodu.







I jak tu nie zauroczyć się Ałtajem?


Pomnik budowniczego Czujskiego Traktu, na przełęczy Chike-Taman.
















Zakola rzeki Chuya. W promieniu wielu kilometrów nie spotkamy żadnego człowieka.

















Panorama na świętą górę Biełucha - najwyższy szczyt gór Ałtaj (4506 m), w paśmie gór Katuńskich











Czujski Trakt. Wioska Jodro. Do Mongolii około 100 kilometrów.

















Miejsce zwane Chuy-Oozy. Tu zaczyna się centrum petroglifów. Naskalnych rysunków. W ich największym skupisku, zwanym Kalbak-Tash, udostępniono do oglądania tylko ich część. Na inne, położone na północ od drogi,  nie zgadzają się miejscowi szamani.















Słońce pozostawiamy na zachodzie, a sami kierujemy się dalej. Na wschód. Do Mongolii







  

wtorek, 24 lipca 2018

Azja 2018 część pierwsza trasy: Rosja-> Ałtaj -> Mongolia

Trasa do Uralu, czyli do granicy Europy


Witajcie!

Nasza trasa pomiędzy 16, a 26 majem 2018.
           Kolosalny poślizg w blogowaniu, ale dopiero teraz, po dwóch miesiącach od wyjazdu z Polski, udało nam się zwolnić tempo i wrócić do wolnego przemieszczania się. Takiego, jakie lubimy.   
Startujemy z okolic Pałacu Kultury.
Nie dla szpanu, ale tu mogliśmy
najszybciej odebrać swoje paszporty. 
        Przyczyny początkowego zamieszania były dwie: miesięczny poślizg z otrzymaniem jednej wizy (jakaś panienka permanentnie wpisywała zły numer paszportu na wizie) oraz wyjazd w grupie, z nieznanym nam wcześniej karawaningowcem.
        Jednak powyższe problemy są już za nami i obecnie dojeżdżamy do rosyjsko-kazachskiej granicy.
        W pierwszej części przekażemy kilka praktycznych porad, dla jadących, swoimi domkami na wschód.
W kierunku granicy z Mongolią.
        Pierwszy punkt docelowy, to Moskwa. My już tam byliśmy, ale nasz znajomy nie, więc niech zobaczy. Z Warszawy najkrótsza droga wiedzie przez Białoruś. Dalej jest przez Pribałtyki, a dodatkowo Estończycy wprowadzili prawdopodobnie, jakieś internetowe zgłoszenia do odprawy celnej.
Więc załatwiamy "od ręki", za 10 EUR wizę tranzytową przez Białoruś i kierunek Brześć. Przed granicą grzebię jeszcze w internecie i zaskoczenie! Miałem chytry plan: Brześć -> Mińsk -> Smoleńsk.
Po drodze zapalenie znicza pod Lenino, a tymczasem nici z tego!
Białoruś, podobnie jak Kazachstan, weszła w unie z Rosją i praktycznie znieśli granice. Prawie, bo jest jeszcze uzgadniane, kto jest persona non grata w Rosji, a kto na Białorusi? Ale to problem polityków.
        Jadąc więc zaplanowaną przez nas trasą, wiedziemy do Rosji i tu są dwie możliwości, opisywane przez innych turystów w sieci. Zaraz po opuszczeniu Białorusi, trafimy na rosyjski patrol policji i w czasie kontroli dokumentów okaże się, że do Rosji wjechaliśmy nielegalnie. Zostaniemy odstawieni na Białoruś. Jeśli nie trafimy na kontrolę policyjną, to mamy drugą możliwość.
W czasie próby wyjazdu z Rosji okaże się, że byliśmy w niej nielegalnie, nie mamy karty migracyjnej, pieczątek odprawy granicznej itd.
Czyli będzie kara i na wiele lat możemy zapomnieć o uzyskaniu rosyjskiej wizy.
Cóż zatem czynić?
Jest legalne wyjście i tak sami zrobiliśmy. Ale o tym za moment.
        Najpierw odprawa graniczna. Polska, albo jak kto woli Unijna.
Obok nas przejeżdża z 10 samochodów małego ruchu granicznego. To tacy młodzi, miejscowi chłopcy, którzy na Białoruś po paliwa jadą. Znają się ze strażnikami, więc myk, myk i pojechali.
Tymczasem, z nami zaczyna jazdę jakiś młody funkcjonariusz SG.
Czyj to rower?
Mój.
Drogi?
Drogi.
Jakieś dokumenty zakupu?
Nie mam.
Cel wyjazdu?
Miałem odpowiedzieć: handel rowerem, ale zgodnie z prawdą mówię, że półroczny wyjazd do kilku krajów azjatyckich.
        Strażnik poszedł na konsultację. Wrócił po dłuższej chwili z drugim, starszym  strażnikiem.
Proszą o otworzenie komory silnika. Drugi strażnik zauważył po chwili, że tabliczka znamionowa z numerem VIN pojazdu, przymocowana jest dwoma różnymi nitami. Mówię, że jeszcze z 10 miejsc jest w pojeździe, gdzie wybito numer VIN i można go porównać.
Mówi, że nie trzeba i po godzinie jedziemy dalej.
Mam takie spostrzeżenie.
        Przejechaliśmy blisko 50 krajów, wiele granic znanych z przemytu i nielegalnego wwozu samochodów, ale tak przebiegłych strażników, nie spotyka się za często. Stawiamy znak równości ze strażnikami senegalskimi, którzy upierali się, że wjazd do ich kraju, bez wizy, dozwolony jest dla krajów UE, a Poland chyba w Europie nie leży.
        Potem Białorusini.
Dosłownie kilka minut.
Wypełnienie karty migracyjnej, rzut okiem na kampera i "witamy na Białorusi".
Białoruski parking. Czysto tu.
        Teraz czas powiedzieć, jak legalnie wjechać z Białorusi do Rosji?
Trójstyk granic.
Dawniej zwany Trzema siostrami.
Można tego dokonać wyłącznie przez jedno przejście graniczne. Kiedyś zwane "Trzy Siostry". Znajduje się ono na trójstyku granic Białorusi-Ukrainy-Rosji. N 52.11200  E 31.78173
W tym miejscu wjeżdżają do Rosji wszystkie samochody z UE.
Ponieważ to przejście położone jest na samym dole, więc nie bardzo jest sens jechać płatną autostradą przez Mińsk. Zaryzykowałem licząc, że boczne drogi na Białorusi nie będą takie złe.
Białoruska droga.
        Aby ta sztuczka się udała, zaraz po wyjechaniu z przejścia granicznego, trzeba skręcić w prawo, na drogę P17, a po około 40 kilometrach, skręcić w lewo na Kobryń. W Kobryniu, po przejechaniu nad autostradą, skręcamy na światłach w prawo i taką małą obwodnicą miasta, z kilkoma sklepami (po kilkuset metrach, z parkingiem po prawej stronie - polecamy napój z brzozy) i bankomatami, dojedziemy do drogi M10.
Dalej trasą poprzez Drohiczyn i Homel, dojedziemy do przejścia granicznego.
Stan drogi nie budzi zastrzeżeń.
Nocleg na Białorusi.
       Na Białorusi spędziliśmy jedną noc. W spokojnej wiosce. N 52.26899  E 26.93845
Kałonki, czyli hydranty z wodą, są dostępne tak, jak w Rosji.
Szczegóły w naszych wcześniejszych poradach.
        Granicę z Rosją pokonujemy bez problemów, z tym że rosyjscy celnicy są bardziej dokładni. Otwierają wyrywkowo 2-3 szafki. Pytają o lekarstwa. No i trzeba, jak przed laty, wypełnić kartę migracyjną (to jest proste) oraz deklarację celną (tu już lepiej znać język rosyjski). Część A karty migracyjnej zostawiamy na wjeździe, a część B trzeba oddać w czasie wyjazdu z kraju. Dlatego pilnujemy jej, niczym paszportu swego. I jeszcze zostaliśmy skierowani do okienka, gdzie wykonano ksero paszportów kierowcy i dowodu rejestracyjnego kampera. Koszt 60 rubli.
Droga na Moskwę.
        Zaraz za granicą tankujemy tani, rosyjski olej napędowy w cenie 42 ruble za litr. Jeden rubel to 6 groszy w bankowym rozliczeniu. Czyli literek o połowę tańszy, niż w Polsce!
Płatności oczywiście kartą.
Jedziemy na Moskwę drogą M3, tak zwaną "ukrainką". Po drodze dwa punkty poboru opłat. Jeden na N 54.61758  E 36.11540, na którym płacimy za kampera 160 rubli, a cena zależy od wysokości pojazdu. Drugi punkt poboru opłat jest na N 54.86756  E 36.34818, gdzie opłata wynosi 100 rubli.     
Moskwa wieczorową porą.
        Do Moskwy wjeżdżamy już późnym wieczorem. Ruch spory, ale wielkich korków nie odczuwamy. Kierujemy się na Sokolniki. N 55.81571  E 37.67679
Camp Sokolniki.
        To już klasyka w stolicy Rosji. Nic mądrzejszego się w tym mieście nie wymyśli. Słyszeliśmy wprawdzie o polskich kamperach, nocujących gdzieś na parkingach w centrum miasta,. w cenie 1000 rubli za noc, przy hotelach, albo nawet pod mostem. W Sokolnikach opłata za dwie osoby + kamper to kwota 1400 rubli za dobę. Podłączenie prądu dodatkowe 250 rubli.
Zabawy na Placu Czerwonym.
Korzystanie z komunikacji miejskiej w Moskwie, to koszt 50 rubli, za bilet jednorazowy.
        Po dwóch dniach jedziemy dalej. Nieubłaganie zbliża się koniec ważności naszych wiz, na wjazd do Mongolii. Wizy te wyrabialiśmy jako pierwsze, nie wiedząc jeszcze o problemach z moją wizą do Rosji.
Nocleg w Nowogrodzie.
        Niżny Nowogród. Stajemy w spokojnym miejscu N 56.33115  E 44.00432. Mam tylko kilka godzin na zwiedzanie, a warto tu zostać nawet kilka dni. Największe wrażenie zrobiła na mnie Wołżańska Akademia Transportu Rzecznego. Jedyna na świecie szkoła wyższa, kształcąca specjalistów żeglugi śródlądowej.
Za moment jest już ok.
       
Są takie odcinki drogi.
Stan dróg nadal dobry. Jednak jest sporo remontów nawierzchni, albo mostów. Tak z perspektywy patrząc, to około 5% odcinków dróg, którymi jechaliśmy przez Rosję, było remontowanych. Jazda zastępczymi drogami, albo po zerwaniu asfaltu, jest wtedy dość uciążliwa.
        Sprawa kolejna, to fotoradary. Są stałe, zamontowane przy drodze, w skrzynkach koloru szarego, oraz mobilne, umieszczane obok, albo na dachu samochodu osobowego, zaparkowanego przy jezdni. Nie obsługuje tego policja, ale jakieś firmy zewnętrzne, albo osoby fizyczne? Na zasadzie umowy? W sumie, to mądre rozwiązanie.
W tym miejscu dodam niepotwierdzoną, ale pochodzącą od Polaka zamieszkałego, od dłuższego czasu w Moskwie, że zdjęcie samochodu obcokrajowca, nie skutkuje sankcjami, gdyż nie ma systemu powiadomień na przejścia graniczne.
Stanowisko nawigatora wycieczki:
nawigacja+mapa z punktami+
rejestrator+mapa papierowa.
Druga informacja to ta, że limit na fotoradrachach ustawiony jest na +20 km/h.
Info też nie potwierdzone!
Jeśli już przy ruchu drogowym jesteśmy, to pamiętajmy że piesi w Rosji śmiało wchodzą na pasy, a kierowcy zatrzymują się, aby ich przepuścić!
Generalnie kultura jazdy wydaje nam się wyższa niż w ......... Polsce. No, może z wyjątkiem zmiany pasa, albo włączania się do ruchu. Tu trzeba być bezwzględnym, szybkim i odważnym. Nie wpuszczają!
        Kolejnym etapem naszej drogi był Swiżajsk. Miejsce przeurocze, godne poświęcenia kilku godzin. Nawet swoim Mavicem PRO tu zalatałem i materiał z powietrza zmontowałem. Jeśli dodamy do tego spokojne miejsce noclegowe (niestety bez mediów) N 55.76860  E 48.65105, tuż przy zabytkach, to dalsza rekomendacja wydaje się zbędna.
Kazań i jego kreml.
        Kazań. Tu być trzeba. Dogodnym miejscem do zatrzymania się, a wydaje mi się, że i noclegu, jest wielki parking obok stadionu. N 55.79633  E 49.10106  Oczywiście darmowy. Położony kilkaset metrów od najważniejszych zabytków miasta.
Urocza rzeczka i komary.
       Kolejny nocleg spędzamy w wiosce  Enaberdino. Nad uroczą rzeczką, nieopodal źródła z krystaliczną wodą. N 55.97618  E 52.33035 Wybieranie takich miejsc noclegowych przychodzi "z czasem". Po iluś miesiącach, czy też latach w podróży, nabywamy pewnego doświadczenia. Czasami jest "pudło" i trzeba jechać dalej, ale w większości przypadków instynkt nas nie zawodzi. Trzeba też pamiętać, że Rosja to największy kraj na świecie.
Rosyjskie widoki.
     Mamy tu wiele wspaniałych miejsc, krajobrazów, choć oczywiście nie wszystkie punkty są dostępne dla naszych kamperów. Musimy też pamiętać, że większość bocznych dróg, do wiosek i osad, które są oddalone nawet o kilkadziesiąt kilometrów, nie jest utwardzonych.

Granica dwóch kontynentów.
        Po ośmiu dniach jazdy zatrzymujemy się na małą sesję foto i video, przy obelisku z końca XIX wieku, uznawanym za granicę Europy i Azji. Nieopodal miasta  Pierwouralsk. Na małej przełęczy N 56.87020  E 60.04737.
        Dla nas jest to dodatkowa atrakcja. Dojechaliśmy do czwartego krańca kontynentalnej Europy, gdzie można dojechać kamperem. Za nami hiszpańska Tarifa (południe), Cabo da Roca w Portugalii (zachód), przylądek Slettnes w Norwegii, a teraz Pierwouralsk w Rosji.
Jest nam miło.




niedziela, 13 maja 2018

Przygotowania do podróży - teoria i praktyka

        Minęło sporo tygodni od czasu ostatniego wpisu na bloga. Byliśmy w tym czasie pochłonięci przygotowaniami do kolejnej podróży.
Teraz jest chyba dobry moment, aby podzielić się spostrzeżeniami jak, naszym zdaniem oczywiście, należy przygotowywać się do karawaningowego wyjazdu.
        "Naukowo" rzecz ujmując, to wygląda tak:

Przygotowania teoretyczne. 

        Zaczynają się kilka miesięcy przed podróżą. Na ogół wtedy decydujemy gdzie i na jak długo pojedziemy? Jeśli ktoś wyjeżdża na krótki urlop, albo w miejsce dobrze sobie znane, to dalsze czytanie tego wątku, może sobie darować. Podobnie Ci, którzy jeżdżą kamperem bez planu, bez celu. 
        Najpierw analizujemy ile mamy czasu. Potem wyznaczamy cel. Mamy strategię, aby póki zdrowie dopisuje jechać jak najdalej. Na krótkie, bliskie wyjazdy przyjdzie pora, gdy trzeba się będzie stawiać do doktora. 
Potem trasa dojazdu do celu. 
        Prawie nigdy nie wracamy tą samą drogą. No, może z wyjątkiem Mauretanii i Sahary Zachodniej, gdyż tam jest tylko jedna droga. 
Każda podróż to droga, cel i powrót do domu. 
        Obliczamy ilość kilometrów, sprawdzamy ceny paliwa. Stać nas? Pamiętajmy o kilku zasadach. Im wyższa cywilizacja, tym droższy pobyt. Im dłuższy wyjazd, tym niższe koszty podróży. Potem trzeba trochę po inwestować. 
Kupujemy mapy papierowe i przewodniki. 

        W Polsce liczą się praktycznie dwa wydawnictwa: Bezdroża i Pascal. Jadąc w bardziej egzotyczne miejsca, posiłkujemy się czasami wydawnictwem Globtrotera. Choć tu z poziomem merytorycznym różnie bywa. Jeśli ktoś kuma po angielsku, to jest, choć wcale nie tani, Lonely Planet. Arystokracja wśród przewodników.        
 
     
   
        W temacie map, to próbowaliśmy różnych. Ostatecznie stanęło na mapach Reise Know-How. Niebieskie okładki mają. Aktualne i cholernie wytrzymałe, gdyż drukowane na płótnie papierowym. Cokolwiek to znaczy. Na wszystkie inne, papierowe mapy, zużyliśmy już wiele metrów taśmy samoprzylepnej.
        Nasza droga staje się coraz bardziej szczegółowa. Wiemy jaką trasą pojedziemy. Wiemy co chcemy zobaczyć. Teraz czas na internet i wyszukiwarkę google. Na wschodnie kierunki, lepsza jest yandex.com. Staramy się wyszukać jakieś blogi, albo specjalistyczne grupy dyskusyjne. Tam ludzie podpisują się swoimi nazwiskami i głupot nikt raczej nam nie zapoda. W internecie sprawdzamy pogodę i klimat na naszej trasie. Obyśmy nie byli zaskoczeni, jak jedna z naszych karawaningowych podróżniczek, która napisała, że "w czasie wakacji, w Maroku jest cholernie gorąco" (!) Gdy już grzebiemy w internecie, to nie zapomnijmy poczytać o aktualnej sytuacji społecznej i politycznej w danym regionie świata. Czy są to miejsca stabilne? Czy zbliżają się jakieś wybory? Jaka religia dominuje? Czy mają miejsca konflikty na tle religijnym lub narodowościowym?
     Kolejne nasze przygotowanie dotyczy znajomości języka kraju, do którego się udajemy. 
Nie, nie uczmy się go na kursie, ale zróbmy sobie "ściągę" z kilkoma podstawowymi zwrotami: tak, nie, dzień dobry, dziękuję, ile kosztuje ......... takich, kilkanaście zwrotów. Z liczebnikami łącznie.
Jeśli będą chęci, to więcej nauczymy się już na miejscu.
        Czas na sprawy zdrowotne i zagrożenia z tym związane. Generalne pytanie - czy i na co należy się zaszczepić? Preferujemy spokój. Nie zalecamy przesady. Raczej posiłkujmy się doświadczeniem innych podróżników. Jeśli będziemy się konsultować z lekarzem medycyny tropikalnej, to najchętniej zaszczepi nas na, a raczej za ........ powiedzmy 2 tysiące złotych na głowę. 
        Sami też jesteśmy często pytani, czy ubezpieczamy się na czas podróży? Odpowiadamy zgodnie z prawdą, że nie. Ubezpieczyć można się na 2-3 tygodniowy urlop, ale 6 miesięczny wyjazd, to wydane kolejne tysiące złotych. My zabieramy ze sobą potencjalnie niezbędne nam lekarstwa i środki opatrunkowe. Łącznie z gipsem. Sami najwięcej wiemy o swoich dolegliwościach, co nam się może przytrafić w drodze.
Na targu w Mali
Sery z Togo.
      Patrzymy w sieci internetowej na ceny produktów i ich dostępność w danym kraju. To zagadnienie pozostawiam najczęściej Teresie, która wie co i ile kosztuje? Wyruszając do krajów egzotycznych, powinniśmy sprawdzić, na jakie produkty żywnościowe mamy szanse na miejscu. Jakie warzywa, jakie mięsa, czy wędliny. Co za tym idzie, będziemy mogli zaplanować, czego i ile zabrać.
Co zabierać do jedzenia? Osobiście mamy swoje zwyczaje. Na czas, jak to nazywamy "przerzutu", czyli szybkich i długich odcinków jazdy, zabieramy z domu mrożonki i gotowe dania w słoikach lub puszkach. Nie tracimy wtedy czas, na przygotowanie obiadokolacji.
Śniadanie Wielkanocne.
Druga składowa naszych zapasów żywnościowych, to posiłki "na
czarną godzinę". Są to puszki lub gotowe dania typu kaszotto. Leżą sobie one długo w garażu i służą nam awaryjnie.
Poczęstunek w górach Riff (Maroko)
        Generalnie, całe nasze zapasy żywnościowe są dobrze zaplanowane i uzależnione od kierunku i pory roku naszej podróży. Bo jeśli wypadają w międzyczasie jakieś tradycyjne święta, to i na takie okoliczności jesteśmy przygotowani. Tradycja to tradycja.
        Ostatni okres przed wyjazdem, to wizyta na witrynie naszego MSZ. Jest tam dział dla podróżujących i ostrzeżenia dla turystów. Warto się zarejestrować w systemie Odyseusz, który jest serwisem konsularnym. My się zawsze rejestrujemy, choć nigdy nam ten system nie zadziałał. Za to doskonale działają serwisy informacyjne ministerstw spraw zagranicznych Francji i Wielkiej Brytanii. Warto z nich korzystać. Szczególnie w czasie wyjazdów do Afryki. Można jeszcze rzucić okiem na mapę ostrzeżeń dla turystów. Jednak z dużym dystansem, gdyż polskie MSZ przyjęło zasadę, że najlepiej by było gdyby Polacy nie włóczyli się po świecie.
        Waluta. Kupować w kantorze, brać gotówkę, czy karty? Próbowaliśmy już wszystkich opcji. Teraz tylko karty z małą ilością euro lub dolarów, na wszelki wypadek. Ta mała ilość, to może być i 300 i 500 banknotów, o nie najwyższym nominale. Resztę załatwią karty. Najlepiej różne - visa i master. Jeszcze lepszym rozwiązaniem jest otwarcie konta w banku, który oferuje wypłatę z zagranicznego bankomatu, bez prowizji.
        Jaką nawigację przygotować? Próbowaliśmy i tego i owego. Obecnie korzystamy z aplikacji do telefonów z androidem. Sygic, MapsMe i Navitel. Mapy do tych programów pokrywają cały świat. Na własny użytek, korzystam jeszcze z aplikacji Maverick. Zaznaczam na niej POI, czyli interesujące mnie punkty, a w ich opisie umieszczam dodatkowo ....... zdjęcie.

        Jak już mamy wszystko zaplanowane, to kilka tygodni przed wyruszeniem, przystępujemy do praktycznych przygotowań.

Przygotowania praktyczne.

        Od lat praktykujemy pewien podział pracy i zakresu działania, przed wyruszeniem w drogę. Wszystko (prawie), co dotyczy wnętrza kampera, to domena kobiety.
Na zewnątrz jest moje królestwo.

..... zewnętrzne.

        Dokumentacja kampera. Sprawdzamy ważność przeglądu rejestracyjnego pojazdu. Jeśli kończy się w trakcie podróży, to przed wyjazdem dokonujemy wcześniejszego przeglądu. Pamiętajmy, że bez aktualnych badań technicznych nasze ubezpieczenie może nie działać. 
Jak już o ubezpieczeniu mowa, to obowiązkowe OC powinno obejmować okres naszego wyjazdu. Jeśli koniec okresu ubezpieczenia przypadnie nam w trakcie podróży, to powinniśmy postarać się o zawarcie nowego - kilka miesięcy wcześniej. Dobry agent ubezpieczeniowy poradzi sobie z takim problemem. Do ubezpieczenia OC koniecznie, przy podróży za granicę, pamiętajmy o "zielonej karcie". To ona działa poza granicami Polski.
        Kolejna sprawa, to międzynarodowe prawo jazdy. Ważne kilka lat, kosztuje koło 30 PLN, a zapotrzebować go można w wydziale komunikacji, nawet przez internet. W sieci znajdziecie wykaz krajów, gdzie takie prawo jazdy jest wymagane. 
        Tylko uwaga, są dwie konwencje międzynarodowe i dwa różne wzory tych praw jazdy. Trzeba wiedzieć gdzie, poza Europę jedziemy i dobrać właściwy wzór. Z drugiej strony patrząc, to w czasie naszych wyjazdów międzynarodowego prawa jazdy, jeszcze nigdy nie okazywaliśmy. 
Wybór czy wyrabiać? Należy do Ciebie. 
        Czas popracować fizycznie.
 Zacznijmy od silnika. Każdy jest inny. Każdy ma inne, choć podobne, zasady eksploatacji. Wymiana oleju. Wymiana filtra powietrza, paliwa. Rozrząd, co pewien czas i takie inne rzeczy, których wykonanie powierzam na ogół wykwalifikowanym mechanikom. Jeśli nasz wyjazd trwa, powiedzmy 20 tysięcy kilometrów, to zabieram ze sobą zapasowe filtry i olej, który wymieniam gdzieś w trasie. Jadąc do Afryki, tego nie zrobiłem. Za to teraz 2 x wymieniłem olej i wszystkie filtry. 
Części zapasowe firmy FAST
        Zapasowe też zabieram ze sobą, bo: będzie znowu ponad 20 tysięcy kilometrów i chyba spore zapylenie. Bo i stepy i pustynie też w Azji Centralnej są. Części zapasowe? Są różne szkoły w tym temacie. My mamy pasek klinowy, linkę i pedał sprzęgła, komplety żarówek i bezpieczników. Filtry, olej. Jakieś tam jeszcze drobiazgi. Na obecny wyjazd, w części zapasowe zaopatruje nas hurtownia CELKAR z Niepołomic. Jest ona dystrybutorem części zamiennych włoskiej firmy FAST, a te cieszą się dobrą opinią. Nie tylko w Europie.
Tym razem wyjątkowo zabrałem też kompletny rozrusznik, który zaczął mi szwankować, a którego nie zdążyłem wymienić przed wyruszeniem. Najwyżej w drodze odkręcę 3 śruby i dokonam wymiany podzespołu. Czy warto coś zabrać więcej? Często jesteśmy pytani: czy nie mamy dużych awarii kampera? Boimy się, jeśli coś stanie się z pojazdem, na terenie Europy, gdzie sam wjazd na kanał kosztuje, powiedzmy 100 EUR, a naprawia się samochody poprzez komputer. Jeśli coś się dzieje niedobrego poza Europą, to jesteśmy pewni, ze miejscowe "złote rączki" naprawią wszystkie mechanizmy. 
Droga przez Afrykę.
        Bieżnik w oponach mamy wystarczający do zaplanowanych kilometrów. No i do kierunku wyjazdu dostosowany? W ciepłych klimatach i przy przeładowanym kamperze, nie trudno o przygody, jakich kilka mieliśmy na terenie Afryki Zachodniej. Można też rozważyć wrzucenie na dach kampera 1-2 dodatkowych opon? Najlepiej w pokrowcu, bo słoneczko tam praży!
        Nim przejdę do omówienia zasilania części pokładowej kamper, w energię elektryczną, to powiem o pewnej zasadzie, którą się kierujemy od kilku lat.
WSZYSTKO MAMY ZDUBLOWANE.
        W czym rzecz? Otóż, jeżeli wyjeżdżamy na kilka miesięcy, często w rejony, gdzie nie ma dostępu do sklepów specjalistycznych, to wtedy wszystkie ważne dla nas wyposażenie jest podwójne. Nie możemy sobie pozwolić na pozbawienie się możliwości normalnego funkcjonowania.                   Korzystania z komputera, łączności, edycji zdjęć, montażu filmów, właściwego oświetlenia do czytania, nawigacji i wiele, wiele innych. Przykładowo: elektryczna maszynka do golenia i dwa kable ją zasilające, zasilacz do komputera na 220v i drugi na 12v.
         Laptop jeden, ale w zastępstwie czeka tablet 10 cali z dodatkową klawiaturą. Taki prosty, tani OVERMAX z 2 MB pamięci RAM. Można coś na nim po edytować i popisać też. 
Smartfona każdy w załodze ma swojego, ale dodatkowy, nie używany już telefon, też jest na podorędziu. Gdy za granicą kupimy kartę prepaid z internetem, a wtedy swój krajowy numer trzeba gdzieś przełożyć. 
        Kable do ładowania urządzeń z USB -> mikro, mamy w ilości +4. 
        Potem zapakowałem do kampera coś z "wyższej półki". Ponieważ nasze karawaningowe podróże są ściśle związane z wykonywaniem przez nas zdjęć i filmowaniem, gdyż ta dziedzina ciągle nas "kręci", więc zabieramy ze sobą dwa aparaty fotograficzne. Główny i zapasowy i ............... jeszcze jeden, do zdjęć podwodnych. Nie są to żadne lustrzanki, bo takich (ciężar!) nie używa chyba żaden podróżnik, ale bezlusterkowce z optyką 4/3. 
Panasonic
        Głównym naszym aparatem tej podróży jest Lumix GH4, użyczony przez Panasonic Polska. Aparat z funkcją nagrywania video w jakości 4k, do zastosowań profesjonalnych. Pomny awarii aparatu, w czasie naszej afrykańskiej odysei, zapakowałem też korpus Olympusa EP-5. Szkła, czyli obiektywy aparatów fotograficznych od Olympusa, pasują oczywiście do Panasonica. 
Olympus
        Firma Olympus zaopatrzyła nas również, w jeden z ich najlepszych obiektywów: 12-40 PRO. Do zdjęć podwodnych, a na trasie będziemy mieli i Bajkał i mongolskie jeziora, dostaliśmy Olympusa Tough TG-4. Trzecią rzeczą od Olympusa, w naszym wyposażeniu, jest rejestrator dźwięku DM-650. Tak sobie wymyśliłem, że dobry obraz video powinien mi dać Lumix GH4. Dźwięk niekoniecznie. Myślę, że warto będzie wspomagać się rejestratorem, a potem to wszystko połączyć. W film zawierający wspomnienia z wakacji.
Jednak powiedzmy sobie szczerze. 
         Jeśli ktoś nie ma  zacięcia do fotografii artystycznej, to w zupełności wystarczy mu fotografowanie smartphone. Do pokazania zdjęć rodzinie, jako swoje wspomnienia, czy też umieszczenia w mediach społecznościowych, wystarczy z powodzeniem zdjęcie z telefonu. 
        Tu taka mała dygresja. W czasie naszej wędrówki przez Włochy, obserwowałem turystów zwiedzających atrakcje turystyczne. Czym wykonują zdjęcia? Około 80% robi je ......... telefonem, kilkanaście procent (15) jakimiś małymi kompaktami, a pozostałe 5% obwieszonych jest dużymi aparatami.
       
        Czas na prąd. Zrobiłem mały rachunek sumienia i wyszło mi, że w czasie obecnego wyjazdu, będziemy potrzebowali trochę więcej prądu. Więcej zdjęć, filmowania, czy też pracy komputera, to mały pikuś. Ale jedzie z nami dron Mavic PRO, z firmy DJI ARS z Warszawy oraz rower elektryczny firmy Ecobike z Wrocławia. Jeżeli, a na pewno tak, będziemy oba te urządzenia intensywnie eksploatować, to zapotrzebowanie na prąd będzie większe.
        Dlatego poprosiliśmy amerykańską firmę EXIDE (jak to ładnie zabrzmiało), a dokładniej jej polski oddział w Poznaniu, z którym mamy przyjemność współpracować już wiele lat, o dodatkowy akumulator żelowy. W sumie mamy więc 120+120+85 Ah. Dużo i jeżeli nie mamy takiej potrzeby, to nie przesadzajmy. Akumulatory sporo ważą. Dwa zamontowałem pod siedzeniem, w części mieszkalnej. Jeden pod fotelem kierowcy. 
Pierwsza uwaga. WSZYSTKIE akumulatory powinny być wykonane w tej samej technologii. Jeśli AGM, to AGM. Jeśli Gel, to gel. Sprawa druga, to sposób podłączenia - koniecznie jak na załączonym szkicu. Sprawa trzecia, to odpowiednia średnica okablowania, która zależy od wielkości akumulatora i długości podłączenia.
        No tak. Zamontowałem dodatkowy akumulator, a teraz trzeba to jakoś doładowywać! Przez lata, miałem założony na dachu jeden panel 100W. W czasie podróży po Afryce, prądu mieliśmy na przysłowiowy styk. 
        Zacząłem więc czytać, pisać i dzwonić po różnych firmach fotowoltaicznych. Na konsultacje. Chodziła mi też po głowie turbina wiatrowa. Taka dedykowana do pojazdów karawaningowych. Dobry kwadrans, na rozmowę telefoniczną, poświęcił mi Paweł. Właściciel firmy EcoSystem. Bogata wiedza plus przyjemny kontakt zaowocował montażem na naszym kamperze, dwóch dodatkowych paneli elastycznych, po 100W każdy. Jednak, nie to jest najważniejsze.
        Zostałem uświadomiony i przekonany do wymiany regulatora. Z popularnego typu PWM na droższy o powiedzmy 200 PLN regulator MPPT. Aby się nie wdawać w rozważania teoretyczne powiem tylko, że MPPT daje o 20-30% większy prąd ładowania z paneli słonecznych. Czyli nawet do pojedynczego panelu warto taki regulator zainstalować. Na koniec jeszcze jedna uwaga. Możemy sobie dokupić dedykowany kabel do regulatorów Tracer, który pozwala nam na podłączenie regulatora do smartphone lub laptopa i uzyskiwanie szeregu parametrów ładowania i stanu naładowania akumulatorów. Wygodniejsze to, niż wpatrywanie się w wyświetlacz Tracera.

TUTAJ POZWOLĘ SOBIE PRZYTOCZYĆ W CAŁOŚCI UWAGI, JAKIE OTRZYMAŁEM OD DOŚWIADCZONEGO UŻYTKOWNIKA KAMPERA, ZWANEGO POTOCZNIE HAMAK
Oto treść:
1.Akumulatory powinny być  tego samego producenta , typu , pojemności  i wieku i połączone jak najbliżej siebie ( u mnie stara 95 pożarła nową 105 w 2 lata) ( tą 85 bym odłączył)
2.Regulator MPPT jak najbardziej ale może nie koniecznie chiński tani Tracer to po pierwsze
Po drugie MPPT pracuje najwydajniej przy panelach o napięciu 2 x większym niż wyjściowe . Mam nadzieję że połączono Ci panele tego samego typu szeregowo.
3.Przetwornica   -  jest ok) ale każda pobiera sporo prądu w czasie spoczynku więc powinna być bezwzględnie wyłączana poza okresem korzystania z niej .
Przewody zasilające o min przekroju tutaj 50 mm2 i nie dłuższe niż 1m! zabezpieczone stosownym bezpiecznikiem.

           
        Data wyjazdu zbliża się coraz szybszymi krokami. Prąd jest, ładowanie akumulatorów jest. No tak. Potrzeba jeszcze napięcia 230V. Choć by do roweru elektrycznego. Jego akumulator potrzebuje sporego poweru. No i na czasie, z polskiego oddziały firmy DOMETIC, przyszła propozycja użyczenia nam, na czas podróży, konwertera DSP 1512. Zobaczymy jak się sprawdzi w życiu. Jego moc stała to 1500W, a plusy to: pełny sinus na wyjściu i zdalne sterowanie. Zamontowałem. Dotychczasową naszą przetwornice oczywiście też zabrałem. 
Zgodnie z opisaną powyżej zasadą. ZDUBLOWANIE najważniejszych elementów.
Co jeszcze zapakowałem do kampera?
        Kanistry plastikowe. Na wschodni kierunek zabrałem 2 x 30 litrów na wodę i jeden dwudziestolitrowy na paliwo.

..... wewnętrzne.

       Domena Teresy. Część kuchenna. Łazienka. Garderoba. Ja dbam o jedną rzecz. O właściwe rozłożenie środka ciężkości. Najcięższe rzeczy umieszczamy na poziomie podłogi. Najlżejsze pod sufitem.
        Osobiście wykorzystujemy całą powierzchnie alkowy na magazyn. Umieszczamy tam skrzynki  pozyskane z kiosków warzywnych. Takie lekkie, plastikowe. Mieści się ich około dziesięciu. Jest tam umieszczona elektronika, prezenty, które otrzymujemy z urzędu miasta Krakowa (foldery, smyczki, długopisy). Kolejna skrzynka zawiera suweniry otrzymane od Marszałka Województwa Małopolskiego. Albumy, wydawnictwa turystyczne reklamujące Małopolskę.
Jest tam też miejsce na skrzynkę z lekarstwami, zapasy papierów wszelakich, zapasową pościel i suche artykuły spożywcze.
Z przysłowiowego jedzenia zabieramy rzeczy "na drogę" oraz "na czarną godzinę". Więcej nic nie napiszę, bo każdy ma swoje preferencje żywieniowe.
Warto tylko pamiętać, że jakieś słoiki, puszki warto umieścić w miejscu chłodniejszym. My je ustawiamy w skrzynkach, w garażu - czyli z tyłu kampera.
        Jest tam też miejsce na turystyczną pralkę. Taką za 200-300 PLN, zasilaną 230V. Przy dłuższych wyjazdach jest ona niezbędna.

Przed każdym wyruszeniem w drogę. 


Swoista CHECK LIST'a:

Samochód:
- zamocowanie haka holowniczego, połączenia elektrycznego, linki awaryjnej, nacisku na hak
- ciśnienie w ogumieniu (łącznie z zapasem),
- poziom oleju, paliwa, płynu hamulcowego, chłodnica, spryskiwacz
- oświetlenie zewnętrzne

Przyczepa kempingowa i kamper: (jak wyżej oraz dodatkowo)
- zamknięcie wszystkich okien, w tym dachowych
- zamknięcie drzwi szafek oraz lodówki (zabezpieczamy)
- zakręcenie butli gazowych, o ile nie posiadamy reduktora umożliwiającego korzystania z gazu w czasie jazdy (np. reduktor TRUMA duo control)
- przełączyć zasilanie lodówki na 12V
- zabezpieczyć wszystkie luźne przedmioty leżące na stole, półkach, na piecu
- zabezpieczyć wyposażenie łazienki przed wypadnięciem z półek
- zwolnić hamulec i podnieść koło manewrowe w przyczepie
- podnieść podpory (nogi)
- odłączyć kabel zasilania 230V
- sprawdzić poziom wody, opróżnić kasetę WC i zbiornik wody szarej
- usunąć i zabrać kliny najazdowe
- zdjąć z kół osłony przeciwsłoneczne
- w czasie obchodu wokół zestawu lub kampera, sprawdzić zamknięcie zewnętrznych klap
- do nawigacji wprowadzić cel podróży

Warto pamiętać: 
aby wyrobić w sobie nawyk obejścia wokół kampera lub zestawu, gdy wszyscy pasażerowie są już wewnątrz. To ostatnia czynność przed ruszeniem w drogę.
Po każdym, nawet obiadowym postoju na poboczu. Unikniemy wtedy wielu niespodzianek.

Szczęśliwej drogi !!!

Szukaj na blogu