czwartek, 23 maja 2019

Azja 2018 - co polecamy 2.

        Kolejna porcja rzeczy i wyposażenia kampera, z których korzystaliśmy, w czasie naszego wyjazdu w kierunku Azji, w 2018 roku.

Co nam przypasowało, a co było błędną decyzją?

1. Na pierwszy rzut idzie krakowski ELCAMP i ich podpowiedzi, w temacie wyposażenia kampera.
Przed wyjazdem, namówili nas na okno dachowe Fiamma Turbo Vent. Dzięki Wojtek! Okazało się bardzo przydatne. Mieliśmy znacznie większy komfort. W ciągu dnia, jak i w nocy. Dwukierunkowy ruch powietrza. Cicha praca, na najwolniejszych obrotach. Są różne wersje tego wywiecznika: z ręcznymi wyłącznikami, na sensorach (to nasza) i sterowana pilotem, z czujnikiem deszczu, który automatycznie zamyka pokrywę dachową. Okno mamy zamontowane nad łóżkiem i korzystaliśmy z jego dobrodziejstwa również w czasie snu.
        Jeśli już wspominam o montażu, to mogę się pozytywnie wypowiedzieć o pracy serwisu w Elcampie. Przed wyjazdem wymienili nam dwa okna. Dachowe i boczne. Wszystko wytrzymało mongolskie bezdroża. 
Nakładka na podłogę też spełnia swoją rolę. Choć to chyba mój awangardowy pomysł, aby na podłogę położyć dodatkowe panele. Poradzili sobie, poprzycinali (stolarza mają w załodze?) i jest ok.

2. Fotografia w podróży. Tym razem otrzymaliśmy do testów aparat Lumix GH4 marki Panasonic.
To już nasze kolejne podejście do dużych aparatów, dużych firm. Chcieliśmy spróbować coś nowego w podróży. 
Od lat korzystamy, z leciwego już Olympusa i mamy do niego kilka obiektywów. Dlatego naturalnym było skierowanie się do Panasonica, który korzysta z takiego samego systemu mocowania obiektywów, tak zwane Micro 4/3. Moje wnioski są zaiste niefotograficzne (!). Lumix robi dobre zdjęcia, kręci dobre filmy (choć gorsze od kamer video, ale to problem wszystkich aparatów fotograficznych), ale do wykorzystania w podróży nadaje się niestety średnio.
Jego ciężar i rozmiary, znacząco utrudniają zabieranie na całodniowe szwędanie się po okolicy, czy też jazdę rowerem.
Drugi minus, to brak modułu GPS w aparacie. Zapewne podniosło by to cenę korpusu o dobre trzy dolary, ale ........ dało znaczący komfort w czasie podróży. Moje argumenty, w czasie rozmów z różnymi "fabrycznymi" fotografami, trafiają od lat w próżnię. Różni ambasadorzy marek, mistrzowie fotografii podróżnych, uważają GPS jako zbyteczny dodatek. 
        Zapewne mają rację, gdy jadą na tydzień, w daleką podróż na Kamczatkę, czy inną Grenlandię. Wtedy doskonale pamiętają, gdzie wykonywali swoje zdjęcia.
        Gdy jesteśmy w drodze, przez kilka miesięcy i jedziemy przez kilka krajów, to co najmniej połowa zdjęć pozostaje bez dokładnego opisu. Nie pomagają tu żadne "czary mary", z dodawaniem geotagów, czyli koordynat miejsca wykonani zdjęcia, uzyskiwanych "po czasie" z jakiejś aplikacji smartfona. 
Bo, albo zapomnimy włączyć aplikacji, a zdjęcie trzeba strzelić szybko, albo złapiemy złe koordynaty czasowe, albo apka zeżre nam baterię.
        Wiem, wiem. Jestem wymagający. Zapewne większości wystarczy opis zdjęcia: "dom w Maroku" i będzie zadowolony.
Czas na wnioski.
        Osobiście rezygnujemy z zabierania w drogę dużych lustrzanek, czy bezlusterkowców, na rzecz fotografowania i filmowania (z gimbalem) naszymi podstarzałymi smartfonami. 
Jakość na socjal media będzie wystarczająca. Do zrobienia czegoś na ścianę (duży format) zabierzemy Olympusa E-P5.

        3.  W tym punkcie mamy jasność. Przed ponad rokiem znalazłem nieopodal Krakowa, dużą hurtownię części do busów, czyli ..... do kamperów też. Mieli wszystko, czego potrzebowałem. Do tego, w dobrych cenach. Przed wyjazdem dokonałem wymiany wszystkich wymaganych płynów i filtrów. 
Tak nawiasem mówiąc, to nasz kamper dostaje wszystko, co mu się należy. Może dlatego, od wielu lat odpłaca się nam samym dobrym, a spędziliśmy już razem 150 tysięcy kilometrów. O wcześniejszych kilometrach nie wspomnę.
Wracając do wcześniejszego Celkaru, a obecnie, po zmianie nazwy, Firmy VanKing.
Na drogę zapakowaliśmy i zabraliśmy ze sobą, jeszcze sporo rzeczy eksploatacyjnych, a nawet zapasowy rozrusznik.
Wszystko było w dobrej jakości i dobrych cenach.
Więc dlaczego nie? 
W tym roku bardziej kompleksowo podeszliśmy do sprawności kampera.
Ale o tym, w innym temacie. Teraz dokonujemy samooceny 2018 roku.

4. Sprawy żywotne zaczynamy od energii elektrycznej. Bez niej nie ma w kamperze światła, ciepła, wody, zasilania - nie ma NIC. 
       
        Tymczasem drugi sezon w drodze, spędziły z nami akumulatory Gel ES 1300 (2 x 120Ah plus jakaś seteczka pod fotelem kierowcy) marki EXIDE Technologies Poznań. Samej marce jesteśmy wierni od kilku lat. Ich akumulatory, nigdy nas jeszcze nie zawiodły. Ani te pokładowe, ani rozruchowy. Nasze wcześniejsze przygody z prądem, w przyczepie, a potem w kamperze, opisywaliśmy przed laty.
Ta radość, związana z brakiem prądowych problemów w drodze, obwarowana jest jednak kilkoma uwagami - dbałość eksploatacyjna, właściwe połączenia, właściwe doładowywanie itp. Takie kompedium wiedzy karawaningowca - elektryka, popełnimy jeszcze w tym roku. Sami, na podstawie naszych praktycznych doświadczeń.
Tymczasem, jakże ważnym dodatkiem do najlepszych nawet akumulatorów, musi być instalacja solarna (fotowoltaika), czyli panele słoneczne na dachu przyczepy albo kampera, które doładowują nasze "magazyny prądowe".  
        Do naszej azjatyckiej wycieczki, przygotowywał nas ECO System z Międzyrzecza Górnego k/Bielska. Wprawdzie specjalizują się Oni w dużych projektach fotowoltaicznych, ale jak trzeba, to i kampera okleją.
Napisałem okleją, gdyż zastosowaliśmy u nas cienkie i lekkie panele słoneczne. Od roku wszystko pięknie działa, nic nie odpada, czyli dobrze wykonana robota. 
Nasze długie rozmowy i konsultację z właścicielem Pawłem, były dla nas bardzo inspirujące technicznie.
Trzeci element naszej prądowej układanki, to inwerter DSP 1512, czyli mówiąc popularnie przetwornica, która z prądy stałego o napięciu 12V "zrobi" nam prąd o napięciu 230V i charakterystyce pełnej sinusoidy. Inwerter przekazała nam firma DOMETIC, która bardzo nas wspiera, w naszych emerytalnych podróżach.
Tymczasem, czego to myśmy wcześniej nie mieli?
Z jakich przetwornic nie korzystali? Były takie różne, fajne, bo tanie. Dzięki nim straciłem i ładowarkę indukcyjną szczoteczek do zębów i zasilacz laptopa. Teraz wszystkie problemy odpadły.
DSP 1512 jest łatwy w montażu, wentylator, o ile się włączy, to jest cichy, a 1500 wat mocy, zadowoli nawet właścicielkę suszarki do włosów. Muszę jeszcze dodać, że inwerter znosił bez problemu ośmiogodzinne ładowanie akumulatora do roweru elektrycznego. Już nie rozstaniemy się, w czasie naszych wyjazdach, z przetwornicami Dometica.

5. Sprawy lżejszej wagi, ale żadna podróż bez nich się nie obejdzie. Media i wydawnictwa.
 
       W tej materii mamy różne doświadczenia i odczucia. Na nasz wniosek, patronatem medialny objęło nas Radio Kraków. Podpisana umowa, wyłączność, kontakt z redakcją sportową itp. To na początek. Wydawało nam się, naiwnie jak się okazało, że radio będzie dobrym nośnikiem, do propagowania ciekawego trybu życia dla emerytów, że są oni naturalnym słuchaczem tej rozgłośni, że fajnie będzie pokazać iż jacyś tam mieszkańcy Nowej Huty włóczą się od lat po świecie.
Nic bardziej błędnego. Zero kontaktu przed naszym wyjazdem, w trakcie i po powrocie z Azji. Nie odpowiadają na maile, zero kontaktu telefonicznego, zero zainteresowania.
Wybaczcie, ale nas już nie kręci, jeden czy drugi pustak, czyli pusty sponsor.

Tymczasem dwa wydawnictwa z nami współpracują i jesteśmy z tego dumni.

        Wydawnictwo Bernardinum oraz Wydawnictwo Bezdroża. Z naszego punktu widzenia oba się uzupełniają. Bernardinum wydaje sporo dobrych książek podróżniczych, które przyjemnie wziąć do ręki. Ja poświęcałem im codziennie trochę czasu, jako książki do poduszki.

            Natomiast Bezdroża szybko wydaje przewodniki rodzimych autorów. Szybko, to znaczy z aktualnymi informacjami, na których można polegać. Niestety, swoim zasięgiem nie obejmują wszystkich krajów, ale to wynika raczej z braku autorów. My korzystaliśmy, w czasie ostatniego wyjazdu,  z dwóch pozycji: Trasy Transsyberyjskiej i Azji Środkowej. Codziennie wieczorem, w czasie planowania kolejnego dnia: przewodnik, mapa i internet.

niedziela, 12 maja 2019

Azja 2018 - co polecamy 1.

        Jeszcze nie zakończyłem omówienia naszej trasy po Azji Centralnej, a tu już zaczynamy kolejną wycieczkę. Więc wszystko na raz. Byle nie pogrążyć się w zaległościach na blogu.
        Dzisiaj podzielę się spostrzeżeniami o kilku rzeczach, które zabraliśmy w drogę.
Przypomnę tylko, że nie jest moim zamiarem dokonywać porównań i stanowić jakieś rankingi, w poszczególnych kategoriach.
Nie. Ot, po prostu coś zagościło w mojej głowie, coś zabraliśmy w drogę, co miało nam ułatwić wędrówkę, a podróż sprawić przyjemniejszą.

Co nam przypasowało, a co było błędną decyzją?

1. Zacznę od rzeczy, z której korzystamy już od 8 lat! W roku 2011 nowością było jeszcze zawieszenie pneumatyczne tylnej osi kampera. Skorzystaliśmy z oferty warszawskiej firmy
INTRAK i nie żałujemy tego.
        Osobiście nie wierzyłem, że te gumowe miechy, tak długo wytrzymają. Tyle lat i 130 tysięcy przejechanych kilometrów. Ostatnie dwa lata, to były wymagające trasy po Afryce Zachodniej i do Mongolii. Oceniam, że przejechaliśmy kamperem, kilka tysięcy kilometrów po bezdrożach. Niewiele mniej kilometrów, to były trasy po nie najlepszych drogach: kilkakrotnie na Ukrainie, po Albanii, Tunezji, Mauretanii czy też Gruzji.
        Pamiętam nasze 2-3 podskoki, gdy wjechaliśmy niespodziewanie na jakieś wybrzuszenia w drodze, kamper wykonał podskok, a w środku pojazdu była nie zła demolka.
Biorąc pod uwagę nasze trasy, wiodące w odległe krańce Afryki, czy też Azji, zaopatrzyłem się w jeden zapasowy miech gumowy, trochę przewodów powietrznych i jakieś złączki. Wszystko to wożę ze sobą niewykorzystane.
        W przeciągu tych ośmiu lat, podjechałem dwukrotnie na przegląd zawieszenia do INTRAK'u. Wszystko jest w dobrym stanie.
        Trzeba jeszcze pamiętać, że nasze kampery, a przynajmniej mój, jest zawsze trochę przeładowany. Tak to bywa w czasie półrocznych wycieczek. Nie zaszkodziło to zawieszeniu pneumatycznemu.
Czy mogę coś powiedzieć o poprawie komfortu jazdy? Nie podejmuje się, gdyż zapomniałem już, jak prowadzi się pojazd bez poduszek powietrznych.
Mogę za to napisać, że poduszki ciągle pomagają nam przy poziomowaniu kampera na noc. Wypuszczając powietrze z jednej strony i dopompowując z drugiej, jestem w stanie uzyskać różnicę poziomu do 15 centymetrów. W większości to wystarcza do komfortu spania i nie trzeba nogą zgarniać wodę w brodziku, po kąpieli.

2. Rower elektryczny. W podróży do Mongolii korzystałem, z dość wypasionego modelu X5 firmy ECObike. W drodze widziałem wielokrotnie takie elektryczne pojazdy, na których poruszali się karawaningowcy. Więc może i mnie to ułatwi wędrówkę?
Tym bardziej, że z roweru korzystam prawie codziennie, a pokonanie trasy kilkadziesiąt, czy ponad 100 kilometrów, nie robi na mnie specjalnego wrażenia.
W przeciągu blisko roku, przejechałem na e-rowerze prawie 2 tysiące kilometrów i doszedłem do wniosku, że to nie dla mnie! Że w czasie podróży rower elektryczny jest mało przydatny. Tak na 100 procent, przydał się jedynie 3 razy:
- na poligonie atomowym w Semipałatyńsku (aby nie wdychać kurzu),
- w czasie jazdy w Kirgistanie, na wysokości ponad 4 000 metrów (zadyszka)
- w czasie jazdy po piaskach pustyni Gobi (zwykły rower musiał bym pchać przez kilka kilometrów)
Minusy to:
- znaczny ciężar, z wyposażeniem dodatkowym, to prawie 30 kilogramów,
- praktyczny zasięg, na powiększonym akumulatorze, to około 60 km (nie 110 km)
- ładowarka ma moc 50 wat, a czas ładowania to około 8 godzin. Trzeba mieć nie złą elektrownię.
- silnik elektryczny przegrzewa się często, w czasie jazdy pod górę i wyłącza się.
Wnioski: rowery elektryczne przeznaczone są głównie dla seniorów i osób z przewlekłymi chorobami. Mają też zastosowanie w miastach, w czasie dojazdów do pracy.
        W czasie podróży karawaningowych, e-rowery są raczej nieprzydatne.

3. Płyn do toalet firmy AGACHEM . Bez chemii toaletowej raczej nie można się obejść. Wprawdzie znamy "kaskaderów", którzy są innego zdania, ale my jesteśmy tradycjonalistami w tej materii.
         W czasie kilkunastu lat, gdy aktywnie uprawiamy karawaning, korzystaliśmy z trzech różnych środków chemicznych. Agachem jest czwartym i pozostaniemy przy nim dłużej.
     Po prostu spełnia nasze oczekiwania.
Poprzednio, stosowane środki różnych producentów, niekoniecznie nam pasowały.

Plusy Mobile Toilet to:
- mocny koncentrat, nie trzeba wlewać podwójnej porcji
- miły zapach utrzymuje się nawet 5 dni
- spełnia dobrze swoją rolę rozpuszczalnika
- zachowuje swoje właściwości przy temperaturach od kilku, do prawie 30 stopni. Wyższych temperatur w Azji nie mieliśmy.
- dobry stosunek ceny do ilości i jakości

        Ten płyn możemy spokojnie polecić, do stosowania w czasie karawaningowych podróży.

        Inne rzeczy, z których korzystaliśmy w Azji, ocenimy oczywiście subiektywnie, mam nadzieję, w ciągu najbliższych dni.

        Tymczasem dziękujemy firmom, które przekazały nam do wykorzystania i oceny, powyższe produkty.

czwartek, 11 kwietnia 2019

Azja 2018 - Mongolia 2

Przez Mongolię. Z zachodu na wschód.
część 2 

Od Bajankchongor do rosyjskiej granicy.


        Po dwóch dniach szwendania się po mieście i okolicach czas w drogę. Tankujemy diesla, ale uwaga, po raz pierwszy tylko za gotówkę! Tuż za ostatnimi budynkami szlaban, budka i opłata drogowa. Za kampera 1000. Mówią, że to opłata autostradowa.
Co to za autostrada, na której bawią się dzieci i chodzą zwierzęta hodowlane? No, ale trzeba przywyknąć. Będziemy płacić, już do końca pobytu w Mongolii. Boli jeszcze to, że na tej "mongolskiej autostradzie" asfalt potrafi zniknąć na wiele kilometrów, a jak już jest, to tak dziurawy, że ćwiczymy slalom w czasie jazdy.
        Po 150 kilometrach, widzimy w oddali, po lewej stronie coś dziwnego. Zatrzymujemy się. To świątynia .... koni. Nigdzie o niej nie czytaliśmy, a warto tu skręcić.
Nieco dalej stajemy przy kilkunastu małych domkach . W każdym jest jadłodajnia. Wiem, że jednym smakuje takie jedzenie, innym nie. Należę do tych pierwszych. Fajnie jest siedzieć przy stole i obserwować, jak gospodyni przygotowuje w kuchni posiłek. Wcześniej trzeba ustalić menu, ale kobiety pokazują w garnku, co dzisiaj oferują.
        Nocleg zarządzam w ajmaku Ajworcheer. Rano tankowanie diesla, znowu gotówka. Droga wyraźnie poprawia, to znaczy stan asfaltu jest już ok.
Z drogi na UB skręcamy w lewo, w kierunku historycznego centrum Mongolii.
Są tu miejsca, znajdujące się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Prawie autostrada. Płatna.
MOP, czyli miejsce obsługi podróżnych.


Wnętrze jadłodajni, czysto, przytulnie i tanio.
Najpierw podano mongolską herbatę.


Świątynia Koni.
Na każdym pomniku jest tablica z opisem.























 

        Jedziemy w kierunku Karakorum. Na drodze pojawia się sporo terenowych aut. Trochę bez sensu, bo droga dobrej jakości. Chyba, że ludziska jadą gdzieś dalej?
Tymczasem zatrzymujemy się na kolejnym punkcie poboru opłat, gdzie kobieta krzyczy 2000. Wiemy, że jesteśmy już na obszarze turystycznym, a więc można tu leszczyć turystów. To taki światowy trend. Wcale nie specjalność Mongolii.
Ja mówię 1000, ona 2000. Ja jej pokazuję na tablicę opłat, że żaden z nas autobus, ani wielka ciężarówka, tylko pojazd do 3,5 tony, a ona swoje. Ja jej pokazuję opłacone do tej pory 5 bilecików, po 1000 każdy, a ona swoje. Trochę samochodów się zebrało za nami, więc mówię do kobiety, że wycofujemy się i zadzwonimy po policję, aby rozstrzygnęła spór. Kobieta wycofuje samochody, my nawracamy i stajemy kilkadziesiąt metrów przed szlabanem.
        Biorę telefon, aby zadzwonić najpierw do znajomych w UB - brak zasięgu. Próbuję przez internet - brak sieci. Widzę, że kobieta obserwuje nas z oddali. Numer 112, też nie działa. No to dupa. Chyba wygrała, ale ..... trochę teatru nie zaszkodzi. Trzymam przez moment telefon przy uchu i udaję, że rozmawiam i nawet ręką machałem. Kobieta znika w budce, po chwili wychodzi i kiwa na nas ręką, aby podjechać. O ty jędzą! Nic z tego. Nie reaguję na jej gesty. Podchodzi bliżej i pokazuje, aby jechać. Ja nic. Podchodzi do okna i wręcza bilet za 1000, coś tam po swojemu gulgocząc. Teraz ok. Płacimy jej 1000 i jedziemy dalej.
        Taka to ze mnie franca. W końcu 1000 tugrików, to żaden wielki pieniądz. Powiedzmy półtora złotego. Ale mam taką zasadę w życiu, że nie lubię być leszczony. Czy to przez polski rząd, czy przez prostą, mongolską kobietę. To taki szacunek do siebie i swoich pieniędzy. No i lepiej się z tym czuję.
Wieczorem stoimy już pod tybetańskim klasztorem Shankh.
Nasz pierwszy kontakt z buddyzmem. Rano, o godzinie 10.00 uczestniczymy w modlitwie mnichów. Poznaliśmy ich dzień wcześniej. Wykonywali prace budowlane, przy jednym z budynków klasztornych. Myślałem, że to budowlańcy. Nawet wodę od nich brałem.
Potem zachciało nam się zobaczyć mongolski kurort, z termalnymi wodami. Khujirt. Za dużo tego kurortu nie było widać, ale za to miejscówkę mieliśmy nad źródełkiem, kilometr za uzdrowiskiem. W tym czasie i pogoda się zmieniła. Było chłodno i przelotne opady deszczu nas zaskakiwały. Dookoła zielono. Stada koni się pasą. Inna Mongolia nam się jawi.
W promieniu 100 kilometrów mamy wszystko to, co w historii Mongolii jest najważniejsze. Historyczne centrum, wielkiego onegdaj imperium.
Następnego dnia stajemy pod murami Karakorum. Starej stolicy mongolskiej potęgi.

Stoimy przy klasztorze Shankh z XVII wieku
Główna świątynia Shankh


Sala modlitw
Środkowa Mongolia, to kraina koni.


Uzdrowisko Khujirt. Pełna komercja
Tak wyglądają mongolskie wodociągi.


Uzdrowisko nas zawiodło, to choć rowerem pokręciłem
Dużo trawy. Dużo zwierząt. 
Konie królują w centralnej Mongolii
Resztki klasztoru Erdenedzuu.


Miejsce kultowe dla Mongołów
Klasztorne świątynie


Świątynia Lavrin
Na modlitwę nigdy nie jest za późno




































































  
        Trochę poza tematem.
Walczę z tym bloggerem od kilku lat. Już mnie niczym nie zaskoczy! Zdjęcia ładnie poukładane, a finalnie blogger robi wszystko po swojemu.
To co widać, układ na ekranie , nie jest więc moją radosną twórczością, ale siłami wyższymi.
     

        Prosto z Karakorum, po dwóch noclegach pod murami starego klasztoru i kupieniu souvenirów, bo miejsce szalenie turystyczne - jedziemy do doliny Orkhon (UNESCO). To tutaj narodziła się cywilizacja stepowa, a jaki był jej wpływ na historię świata? Kto ciekaw, sam się dowie.
Nocleg spędzamy dokładnie w tym miejscu, gdzie przed wiekami mieszkali .......... współcześni Turcy. Tak, tak. Turcy wcale nie pochodzą z Turcji.
Dla takich ciekawostek, dla bycia w miejscach interesujących, ważnych i pięknych - warto podróżować.
        Kolejnego dnia zwiedzamy kolebkę Turków, a po południu wracamy do Karakorum i tankujemy wodę. Po 5 badziewiaków za jeden litr. Cena jednakowa: dla miejscowych i dla nas. To uczciwe.
Wieczorem stajemy w kolejnej turystycznej atrakcji Mongolii. Oddalonych o 100 kilometrów, przy drodze do UB, wydmach w tak zwanym Mongol Els.
Miejsce jest fotogeniczne i z tego korzystam. Pieszo i na rowerze. Sporo materiału z tego miejsca mam na dysku. No, ale czas goni, jak chcemy jeszcze UB poznać. Od stolicy kraju dzieli nas z 300 kilometrów. Czyli najpierw etap 150 km i nocleg na zielonym. Bo zapomniałem jeszcze dodać, że skończyliśmy przygodę z piaskami Gobi i górami Ałtaj. Teraz bardziej stepowo jest. Konie i wielbłądy królują wokół. Po drodze spotykamy sporo innych wędrowców. Na rowerach, motocyklach i turystów w 4x4.
        Na przedmieściach  Ułan Bator tankujemy wodę w jakiejś firmie, a na postój wybieramy miejsce, w odległości kilometra od centrum metropolii, czyli Placu Czyngis-chana.
        Potem biegamy po mieście, spotykamy się ze znajomymi, dzięki którym lepiej zaczynamy rozumieć Mongolię. Kraj, który nie można oceniać i porównywać do innych krajów. Przynajmniej z pośród tych pięćdziesięciu, które mieliśmy okazję zwiedzić. Tu jest Azja. Lecz Mongolia różni się też od Chin, z którymi przez wieki rywalizowała. Jest inna od krajów jedwabnego szlaku. Po prostu jest  inna od wszystkich innych.
        Mieszkający w UB Udim, znany mongolski pilot paralotniowy,  poświęca nam dużo czasu i uczy Mongolii. Dzięki niemu jesteśmy wszędzie tam , gdzie być wypada, co warto zobaczyć. Oczywiście na miarę wolnego jeszcze czasu. Dziwie się tym, którzy mówią, że w UB nie ma nic ciekawego do zobaczenia i gnają, prosto z lotniska na pustynię Gobi.
Z drugiej strony trudno się dziwić, skoro mają kilka dni, tydzień, dwa, na zobaczenie czegoś ciekawego w tym kraju. Wtedy ujawnia się sztuka dokonywania wyborów, w czasie urlopowego wyjazdu.
        My w UB spędziliśmy cztery dni. Moim zdaniem, to takie minimum, jeżeli się ma jakieś zainteresowania. Był to czas na zwiedzenie parlamentu, czy na piwo z Hongorcul, Uugandbolem i Batchulunnem. Ale imiona, co?! Można się od samej wymowy przekręcić? Szczególnie po piwie i rozmawiając po rosyjsku.
Przykładowe ceny. Bilet do Muzeum Sztuki Zanzibara 8 000, Muzeum Dinozaurów 5 000.

Dolina Orkhon. Stepowe cywilizacje.
Święty kamień narodu tureckiego.


Wydmy i góry Elsen Tasarkhai
Rowerem (na prąd) po wydmach




Kierunek UB. Już bezpiaskowo.
Spotkanie w drodze. Miły przerywnik w podróży. 


Wjeżdżamy do stolicy Mongolii. Karawaną.
Centrum Ułan Bator. Metropolia.


UB. Tylko ścieżki rowerowe im nie wyszły. Za cienkie!
Mongolski kamper. Da się?


































 



       

        Będąc w Ułan Bator, wypada wyruszyć na jednodniowe wycieczki za miasto. Nawet kilka wycieczek. Najważniejszym punktem, który każdy powinien zaliczyć, to zlokalizowana pięćdziesiąt kilometrów na wschód od UB, statua Czyngis-chana na koniu. Kompleks, bo statua umieszczona jest w dużym kompleksie muzealno-wystawienniczym, położony jest w Tsonjin Boldog. Pomnik został postawiony w 2008 roku. Ma 40 metrów wysokości. Za 8 500 MNG możemy wjechać windą, lub wejść przez nogę konia do środka pomnika.
Następnie idąc żołądkiem, kierujemy się na wschód i przez przełyk wychodzimy na punkt widokowy, znajdujący się na głowie konia.
Widok z góry jest dość sympatyczny, choć okolica jest trochę monotonna.
        W dzień wyjazdu z UB idziemy z Teresą na tak zwany "czarny rynek". To znaczy, może kiedyś był to jakiś oryginalny plac targowy. Obecnie wygląda jak każdy inny. Przynajmniej takie sprawia wrażenie.
Mnie zależało na zakupieniu akcesoriów szamańskich, a prawdopodobnie "czarny rynek" jest jedynym miejscem, gdzie takie rzeczy można kupić. Minęło trochę czasu, nim udało się dowiedzieć od kogoś (ta cholerna bariera językowa!) gdzie są stoiska dla szamanów. Potem okazało się, że Ci szamani, to muszą być cholernie bogaci ludzie, bo cena ich narzędzi pracy była niczego sobie.
No, ale coś tam nabyłem.
Na początkujące praktyki szamańskie zapewne mi wystarczy.
Jeszcze jakieś prezenty dla najbliższych i wyjeżdżamy z miasta.
        Wyjeżdżamy spokojnie, bo trwa to ponad 2 godziny. Takie korki na drogach.
Stan drogi psuje się zaraz za miastem. Dziury w jezdni, albo nierówna nawierzchnia.
I ostatecznie udało się przejechać do wieczora niecałe 200 kilometrów. Nocleg obok czegoś (?), a rano ruszamy dalej.
Do wieczora robimy 160 kilometrów. Szkoda nam na tej drodze rozklekotać kampera. Po drodze opłaty drogowe po 1000. Dojechaliśmy do miasteczka Darchan, krótka wizyta w klasztorze buddyjskim i zapadamy w ostatni sen na mongolskiej ziemi.
W następnym dniu, pozostało nam do pokonania 120 kilometrów. Z przerwą na wypróbowanie ajraku (lekko alkoholowe mleko kobyły), kumysem inaczej zwanego. Jednak sam punkt sprzedaży tego specjału, był dobrze oznakowany, obok drogi, to nie jestem pewien, czy był to napój bardziej dla turystów, czy taki prawdziwy, mongolski.
        Na granicy w Altanbulag, kolejka przed szlabanem nie była za duża. Może kilkanaście samochodów. Ale po godzinie zorientowałem się, że prawie nie poruszamy się do przodu. Poszedłem do mongolskich strażników granicznych, Ci skierowali mnie do jakiegoś oficera, a ten pozwolił wjechać boczną bramą.
        Nie wiem, co było przyczyną takiego zastoju przed szlabanem?
Ale wiem, że odprawa po stronie mongolskiej strasznie się ślimaczyła. Na środku stoi duży budynek i spróbuj się człowieku zorientować, gdzie masz iść? Napisy po mongolsku. Obowiązujący język, oczywiście mongolski. Chodzę, szuka, pytam. Ten nie podpisze, jak wcześniej nie podpisze tamten. Jeden pogranicznik wziął mnie za rękę i zaprowadził do pokoju, gdzie dostałem pieczątkę, upoważniającą mnie do otrzymania innej pieczątki.
Gdzie są celnicy? Cholera wie. Wsiadamy do kampera i zaczynam jeździć wokół wielkiego budynku, przed którym stoi wiele ciężarówek. Pomyślałem, że wyjdzie w końcu jakiś gość, zainteresowany naszym zachowaniem. Przy drugim okrążeniu tak się stało, ale był to jakiś naciągacz. Pogoniłem go. Potem znalazł się ktoś w mundurze, który mówił po rosyjsku. Kazał najpierw dokonać opłaty za coś, w wysokości 2000. Idę we wskazane miejsce.
Nic tam nie ma. Ściana budynku. Zaczepiam kogoś i pokazuję mu pieniądze, kiwa głową i prowadzi mnie do małego okienka, w które trzeba zapukać. Jak się zapuka, to okienko się uchyla i pokazuje się łapa. Łapa bierze pieniądze i wypisuje jakiś kwit. Potem jeszcze ze dwa miejsca do obskoczenia i można wyjechać z przejścia.
        Spora różnica, pomiędzy obsługą na wjeździe do Mongolii. Tam była kultura i uśmiech. Tu totalne olewanie i brak organizacji.   

Straż w muzeum Bogd Khaan.
Tsonjin Boldog, statua Czyngis chana.



Ruch drogowy w UB.

Międzynarodowa droga z Chin do Rosji przez UB.
Darhan, klasztor Dara Echin.
Brama do miasta granicznego z Rosyjską Federacją.































        Nic to. Za 2-3 dni Bajkał !!!
Żegnaj Mongolio.
       Szkoda, że nie udało nam się zobaczyć grobu Czyngis-chana.
To było by wydarzenie! Widział go ktoś, to znaczy grobowiec?  :-)





Azja 2018 - co polecamy 2.

        Kolejna porcja rzeczy i wyposażenia kampera, z których korzystaliśmy, w czasie naszego wyjazdu w kierunku Azji, w 2018 roku. Co n...