poniedziałek, 12 września 2016

Ukraina 2016 - raczej wschodnia

Przygraniczne klimaty. Gdzie tu wojna?
        Pas ziemi niczyjej. Niczym na granicy z Mauretanią stoją tu jakieś wraki samochodów. Potem znak stop. No to stajemy, Po minucie, czy dwóch z budki wychodzi jakiś mundurowy i zdenerwowany macha, aby objechać jego budkę z drugiej strony i podejść do okienka. Dostałem tam karteczkę, że 3 osoby + samochód. Pełna kultura. Wjeżdżamy dalej. O kurczę! Na pasach stoją jakieś zapory strzelnicze zbudowane z desek. Na rosyjskie czołgi? Odprawa graniczna bez uwag. Natomiast potem wkracza do akcji celnik. Nurkuje z latarką pod kampera, zagląda w każdy zakamarek. Przegląda dokładnie torebkę Teresy. Justa pyta mnie szeptem, czy wezmą ją na rewizję osobistą? Odpowiadam, że nigdy nie wiadomo. Potem bierze się za lekarstwa. Mamy tego sporo na pokładzie. Ogląda każde opakowanie. Udaje, że się na tym zna lepiej od farmaceuty. Trwa to dość długo. Potem podnosi materace, przegląda kabinę kierowcy i każe mi iść z paszportami do budki celników.             Wchodzę tam, podaję paszporty i siadam na krześle przy biurku celnika. Po chwili już wiem, że zachowałem się źle, a nawet karygodnie. Każdy z podchodzących najpierw się nisko kłania, potem podaje paszporty do wyciągniętej ręki, kłania się jeszcze raz i cofa za próg. Przypomniały mi się czasy chłopów pańszczyźnianych. Nasze paszporty są wertowane i dostaję dodatkowe pytania. Skąd jedziemy, ile kosztuje kamper, czy celnik coś u nas znalazł (najbardziej durne pytanie), czy wieziemy broń lub narkotyki i na końcu jakieś pytanie o euro? 
Głuchiw. Nasz SP
        Nie zrozumiałem, bo szeptem wypowiedziane, może ile wieziemy waluty? Mówię, aby wyraźniej powiedział, bo nie zrozumiałem. A ten funkcjonariusz celny mówi do mnie pokazując na swoje biurko: daj kilka euro na piwo. Masakra!!! Odpowiedziałem NIET i pokręciłem przecząco głową. Spojrzał na mnie, oddał paszporty i powiedział – możecie jechać. Czyli generalnie grzeczne z niego chłopisko. No i pojechali. Jeszcze jeden szlaban. Za szlabanem jakieś babuszki podchodzą i chcą walutę wymienić. Nie wiemy, co i jak, więc jedziemy dalej. 
        Po 30 kilometrach skręcamy do pierwszego małego miasteczka Głuchiw. Oj biedę tu widać na każdym kroku. Nawet krawężniki się rozpadają. Stajemy w centrum, przed dwoma cerkwiami. N 51.67568  E 33.91116. Teresa stroi jakiś obiad, a my z Justą do bankomatu, potem do marketu, gdzie na półce leżą startery telefonii komórkowej. Na „chybił trafił” wybraliśmy sieć Vodafone. Za 50 grywien (1 grywna 17 groszy) mamy mieć 2 GB internetu i jeszcze jakieś rozmowy i SMS’y. Wracamy i wszystko działa. Może nie jak w Rosji jakieś G, ale E, czy E+ funkcjonuje. Rano świeże bułeczki z pobliskiej piekarni i idziemy pokukać w miasto. Jedna cerkiew, druga chyba inna, bo krzyż na niej inaczej wygląda. Nie odróżniamy jeszcze wszystkich religii na Ukrainie. Jest ich tu chyba kilka.
Deski na wieży widokowej.
Obchodzimy pomnik z czołgiem, który wyzwolił miasto i idziemy do wieży ciśnień, która jest przerobiona na punkt widokowy. Wstęp 5, Justa 3. Oj, już w czasie wchodzenia trochę się dziwimy. Trzeba było zabrać latarkę, bo miejscami nic nie widać. Za to na górze!  Justa zbaraniała. Ale nie ze względu na widoki, ale lekko spróchniałe deski ze szparami, po których trzeba było chodzić w koło. Barierki, to kompilacja rurek i drutu. Kto to dopuścił do użytku???? Zeszliśmy bardzo szybko na dół. W międzyczasie Teresa zobaczyła, ze pozostało nam 1 MB internetu. Co za licho? Szukamy jakiegoś salonu, czy innego sklepu z telefonami. Jakiś młodzieniec tłumaczy nam, że aby mieć 2 GB trzeba doładować numer za 50. No tak, mogłem się uczyć języka. Idziemy doładować, co robi się w specjalnych automatach „doładowawczych”, rozmieszczony w różnych miejscach, sklepach, lokalach. Takie niby bankomaty. I pełni optymizmu jedziemy dalej. 
       
Za kamperem cudowne źródełko.
Na zachód. W stronę Kijowa. Po drodze skręcamy na moment w las, gdzie kierują nas znaki. Do „Cudownego źródełka” N 51.60489  E 33.57193. Można się zatankować dobrą wodą. My to zrobiliśmy wcześniej, przy kałonce w Głuchiwie. 
        Po kilkudziesięciu kilometrach Baturyn. Wioska, osada? Co by to nie było, to miło nas zaskoczyło. Czytelne kierunkowskazy i informację. Również po angielsku. To hetmańska stolica Ukrainy. Brawo! Obok pięknie odrestaurowanego pałacu hetmana Rozumowskiego parking na wiele pojazdów N 51.33246  E 32.89415. Można nocować.
Baturyn. SP obok pałacu.
Oglądamy mapkę tej miejscowości. Sporo tu atrakcji. Jedziemy do fortecy. Z zewnątrz wygląda imponująco. Bilety po 10 i 5 grywien dla młodzieży. Wchodzimy, a tu wszystko pozamykane, a ta forteca to tylko dwie ściany ma. To raczej fragment rekonstrukcji, jak to przed wiekami bywało. Przed nią wielki pomnik. Chyba czterech miejscowych hetmanów, którzy nad czymś radzą. Wokół utwardzone miejsca parkingowe, gdzie można spokojnie zostać N 51.34301  E 32.88403. jednak nas namówiono, aby zjechać kilkaset metrów dalej, nad brzeg rzeki i tam przenocować. No to może i kąpieli rzecznej zażyjemy jeszcze?
Nad Sejmem.
Wjeżdżamy na teren, przypominający pole namiotowe. N 51.34730  E 32.88618 Opłata?  Pojazd 20 grywien za dobę. W tym jest i możliwość zatankowania wody i grillowania i korzystania z „małyszówek” i kontenery na śmieci. Dokładnie podam – 3 złote 40 groszy za nasz pobyt, za dobę. Wszystko nad rzeką Sejm, która ma tu swoją plażę z piaskiem. Bezpieczne dno. W tym kompleksie, który nazywa się BRZEG jest i mała restauracja z ciekawymi cenami i kilka domków drewnianych do wynajęcia, a wszystkim zarządza Wołodia – brat właścicielki tego kompleksu. Zostajemy na noc? Zostaliśmy i jeszcze dodatkowo na 5 kolejnych, bo ciągle żar leje się z nieba, a nam się nigdzie nie śpieszy. Raz tylko musiałem pojechać po pieniądze do bankomatu, którego w Baturynie nie ma. 

Droga do Kanotop.
Jedna z plaż Baturyna.

        To znaczy był, ale kiedyś podjechała ciężarówka, załadowali bankomat i go wywieźli. Policja sprawców nie odnalazła. No to wsiadłem na rower i popedałowałem do oddalonego o ponad 30 kilometrów miasteczka Kanotop. Wszystko było by ok. odległość to żadna, gdyby droga nie była zbudowana z betonowych płyt, z dziurami, jak onegdaj nasza wrocławska autostrada. Głowa mi potem podskakiwała przez pół nocy, ale gotówkę zdobyłem. Jest jeszcze jeden minus. Nie ma w tym rejonie zasięgu internetu. Po Rosji, tak trochę odcięci się czujemy na tej Ukrainie. Nie mamy informacji od rodziców Justy, którzy obecnie podróżują motorami gdzieś po zachodniej Europie.
Teraz trochę humoru. Baturyn - mocno dofinansowany. Świetne drogi, chodniki, sporo zabytków, pomników. Trudno się dziwić. Ukraińcy szukają swojej tożsamości. Swoich historycznych korzeni. 
        W ostatnich latach wpadli na pomysł, że zapewne są spadkobiercami Kozaków! O udowodnienie tej tezy nich się teraz historycy martwią. I się martwią. W Baturynie powstało małe muzeum archeologiczne. Małe, ale bardzo aktywne. Ta aktywność przejawia się szczególnie w regulaminie,  z którym każdy zwiedzający musi się zapoznać i przestrzegać. Muszę przyznać, że tak nie rozbawiły mnie nawet muzea afrykańskie. Oto kilka perełek:

- nie przychodzić do muzeum pijanym
- nie wprowadzać zwierząt, nie jeść i nie pić na terenie
- nie opierać się o ściany
- do eksponatów nie podchodzić bliżej niż 25 cm
- chodzić powoli, bez przyspieszeń
Wystarczy? 

        I jeżeli nie będziemy się przyznawali, że akurat wracamy z Rosji, co spotyka się z krytyką, co najmniej wzrokową, to generalnie da się tu żyć. Więc żyjemy. Dalej. 
SP przed muzeum w Czernichowie.
       Jak już odżyliśmy i wypoczęli te kilka dni, to pojechaliśmy do Czernichowa (Czernihiv).  Na mapie znajdujemy muzeum historyczne im.Tarnowskiego i tam znajdujemy fajne miejsce na nocleg. Ponieważ muzeum znajduje się w parku, więc i noc upływa spokojnie N 51.48914  E 31.30905 Dodatkowym atutem tego miejsc jest bliska odległość od wszystkich ważniejszych zabytków i muzeów tego miasta. Kilkaset metrów spacerkiem. Co jeszcze możemy powiedzieć o Czernichowie?
Zabytki Czernichowa.
Upewniliśmy się, że na Ukrainie (przynajmniej mamy takie doświadczenie) nie ma co marzyć o punktach informacji turystycznej. Zapytanie, gdzie można by się dowiedzieć czegoś w temacie turystycznym – zaprowadzono nas do jakiegoś biura turystycznego, gdzie miła pani zaoferowała nam oprowadzenie po mieście. Więc zakupiliśmy w kasie muzeum „putivnik” po Czernichowie i obłasti (województwie), w cenie około 10 złotych. Ładne wydanie, niestety po ukraińsku. Nie mniej, jak ktoś kuma po rosyjsku, to ukraińskiego nie ma się co bać.
Fatalny stan miasta.
Druga porada, to na Ukrainie raczej nie kupować starterów telefonicznych, czy też internetowych na ulicznych stolikach, albo w sklepach spożywczych. My tak postąpiliśmy i po kilku dniach skończył się internet, bo nie wpisaliśmy jakiegoś kodu w czasie aktywacji. No i trzeba było szukać salonu Vodafone, aby tam przywrócili nam łączność. ‘Po trzecie, jak mamy czas, to warto powłóczyć się po mieście to tu, to tam. Zobaczymy przejścia podziemne w fatalnym stanie. No cóż, kraj się trochę sypie. Ale poczujemy też atmosferę wschodniej Ukrainy, a przy okazji można spotkać ciekawych ludzi. Tym sposobem w Czernichowie trafiliśmy do nietuzinkowego człowieka.
Piwniczny Wektor
Oleksandr Jasieńczuk. Przypomina nacjonalistę, ale jest sympatycznym człowiekiem i gawędziarzem. W centrum miasta prowadzi, nazwijmy to punkt informacyjny (Piwniczny Wektor), również dla turystów. Można tu kupić mapy i przewodniki, w dobrych cenach. Tym samym wyręcza sztab urzędników. Oby można było spotkać na swojej ukraińskiej drodze, więcej takich osób. Dla zainteresowanych  N 51.491812°  E 31.301889°.

        W stronę Kijowa wyjechaliśmy dopiero wieczorem. Więc trzeba jakiś punkt etapowy wyznaczyć, aby po stolicy Ukrainy nocą się nie włóczyć. Po 80 kilometrach, obok miasteczka Kozielec, przewodnik ukraiński reklamuje ciekawy żeński monastyr, w wiosce Danivka.
SP przed monastyrem Georgijewskim.
        N 50.876780°  E 31.177930° Stajemy przed zamkniętą bramą. Odpoczywamy w ciszy. Podeszła mniszka i zapytała, czy czegoś nam nie trzeba? Rano zwiedzamy monastyr i jedziemy do Kijowa.
Kijów. Najpierw jedziemy do Olgi, córki przyjaciela, która mieszka w pewnym oddaleniu od centrum miasta. W trzy milionowym mieście, to "pewne oddalenie od centrum" skutkuje dojazdami trolejbusem i metrem. W sumie 2 godziny w jedną stronę. Czyli, tak się nie da. Żegnamy gospodynię i jedziemy czegoś poszukać blisko centrum. No i trafiamy. Bliżej już się nie da. Jeśli przyjmiemy, że centrum Kijowa tworzy Majdan Niepodległości, to my stoimy 100 metrów dalej. N 50.45122  E 30.52639 
SP w centrum Kijowa
Na strzeżonym parkingu, oddzielonym od ruchliwej ulicy, z dostępem do wody, możliwością zrzutu szarej. To wszystko za 100 hrywien/doba. Czyli 17 złotych. Ale jest i dodatkowy atut tego miejsca. Poznajemy Aleksandra z Doniecka. Dorabia tu jako parkingowy. Na wschodzie zostawił dwa mieszkania i przyjechał do Kijowa. Wiele czasu spędziłem, słuchając jego opowieści o Majdanie, Doniecku i Ługańsku. I komu tu wierzyć?
Aleksander ze wschodu.
Dziennikarzom TVP, czy człowiekowi stamtąd?

        Nie jest to blog polityczny, więc zostawiam sobie te informację dla siebie, a co możemy zapodać o Kijowie? Jest takich kilka spraw, które nas zaskoczyły kompletnie. Przykładowo. Nie powinno się mówić, że jedziemy do (z) Rosji. Gdy pomni tych ostrzeżeń, jednemu ze znajomych Ukraińców powiedzieliśmy, że my tak ogólnie podróżujemy sobie po wschodniej Ukrainie, to usłyszeliśmy - dobrze, że w Rosji nie byliście, bo na pewno by was tam zabili. Co za "nakręcony" naród!?
Majdan Niepodległości.
Zapowiadają "wykończenie" Putina w rok, najwyżej dwa. Ale na pytanie, co dalej z Ukrainą? Jak jeden mąż wzruszają ramionami i odpowiadają - nie wiem. Nie przeszkadza im wcale, ze ich prezydent Poroszenko, który prowadzi naród na wschodnią krucjatę, sam posiada w Rosji fabrykę czekolady. Tam robi interesy i tam płaci podatki.

Ojej. Miało nie być o polityce, tylko o "praktycznych poradach ....."! Czyli ......
Mapka Kijowa
Punkt IT.
Wnętrze punktu.
        Informacja Turystyczna. Lepiej zadbać o mapy i przewodniki przed wyjazdem. Wprawdzie na terenie Kijowa spotkaliśmy takie punkty, ale przypominały one raczej kioski niż miejsca wartościowe dla turysty indywidualnego. Oto przykład. W środku siedział Pan, bez znajomości języków obcych. Dostałem od niego mapkę, która do niczego nie mogła służyć, a za nieco większą już zapłaciłem, choć była nafaszerowana reklamami knajp i zapewne też była gratisowa. Oczywiście żadnego dowodu sprzedaży nie uświadczysz.
Teraz będzie o zabytkach. 

Widok z dzwonnicy Kijowskiej Sofji.
        Sofia Kijowska. Jeden z najwspanialszych zabytków tej części Europy. Wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To chyba do czegoś zobowiązuje? I co? I nic. Przy wejściu dostaniemy jakieś papierowe wydruki z kasy fiskalnej. Nie wolno ich pomiąć, bo przy różnych wejściach są nadrywane na różne sposoby.
O jakimś planie do zwiedzania można zapomnieć. Jest jedna tablica informacyjna przy wejściu i zwiedzający powinien sobie ją utrwalić w głowie. Tak oto jest traktowany chyba najważniejszy ukraiński zabytek.
Bilety do Sofji.

W Kijowie możemy skorzystać z autobusu, tak zwanego City Tour. To taki typowy piętrus, bez dachu, znany z innych miast Europy. Cena 250 hrywien od osoby - do przyjęcia. Ale realizacja? Już nie do przyjęcia. Do dyspozycji mamy słuchawki (bez języka polskiego), jednak to co w nich słyszymy, nie zgadza się z tym co widzimy. Potem zostaliśmy poinformowani, że zgodnie z regulaminem trasa autobusu może ulec zmianie i wtedy mamy już taki spacerek po mieście.
Nasz SP przy Ławrze i Parku Pamięci.
        Na zwiedzenie południowej części Kijowa zjechaliśmy kamperem w rejon drugiej atrakcji turystycznej tego miasta. Peczerska ŁawraByło trochę problemu ze znalezieniem miejsca na postój kamperem. Późnym wieczorem (parkingi pustoszeją, każdy chowa swój samochód w bezpieczne miejsce) stanęliśmy w N 50.43049  E 30.55811. Dość spokojne miejsce, ale za to blisko do okolicznych atrakcji. Oprócz Ławry (jest tu część kościelna, zadbana i interesująca ze względu na historię oraz część świecka - powiedzmy szczerze - "taka sobie") jest Park Pamięci gdzie interesująco spędzą czas i dorośli i mniej dorośli.
Pomnik Matka-Ojczyzna, którą można zwiedzać
i wejść na tarczę. Tylko pełnoletni.

Dość ciekawa ekspozycja techniki wojskowej.
Nawet ze spychacza czołg można było wystrugać.
       
Skansen Pirogovo.
Na obrzeżach Kijowa, w rejonie osiedla Pirogovo (Pyrohiv), zlokalizowany jest dość ciekawy skansen architektury drewnianej. Do jego zwiedzania wypada mieć rowery. Można je wypożyczyć przy wejściu. Trudno jest w ciągu jednego dnia objechać wszystkie obiekty muzealne, czy też zwiedzić ich wnętrza. No i oczywiście nie był by to obiekt ukraiński, gdyby nie ustrzegł się kilku wpadek. Przykładowo. Stoi sobie dom, już na pierwszy rzut oka widać, że stary okrutnie! Ładnie jest odrestaurowany. Robi wrażenie. Pytam pilnującego go (prawie każdy obiekt na terenie skanseny ma swojego "opiekuna"), co to jest. Mężczyzna mówi, że to najstarszy dom w skansenie, przełom XVII i XVIII wieku z rejonu zakarpacia.
SP przy skansenie.
No to pytam, dlaczego zwykłej kartki papieru nie powiesili, co to jest? Odpowiedział, a co to moja sprawa? Administracja niech się martwi. Ma chłopina rację. Przed skansenem jest dużo miejsca na nocleg. N 35289  E 30.430 Teren jest oświetlony, a wodę nabierzemy sobie ze studni zlokalizowanej kilkadziesiąt metrów od wejścia.
Żytomierz (Житомир) W połowie drogi pomiędzy Kijowem i Lwowem. Takie "nic ciekawego". Dostępne nam przewodniki milczą na jego temat. Już po zmroku udaje nam się stanąć "na tyłach" różnych urzędów, w centrum miasta. N 50.25223  E 28.66450. Nasz plan był prosty. Nocleg, a rano zobaczyć Muzeum Kosmonautyki. Bo coś takiego wyczytaliśmy w internecie. Tymczasem rano zdziwienie.
Przed Muzeum Kosmonautyki.
To jest całkiem sympatyczne miasto. Urodził się tu
Siergiej Korolow - odpowiednik amerykańskiego Wernhera von Brauna.Jest sporo innych zabytków. W tym i z polskimi korzeniami.
Jednak z braku czasu, koniec wakacji już za pasem, decydujemy się na Muzeum Kosmonautyki. N 50.25305  E 28.67722 Bez specjalnego parcia - bo wiadomo - Ukraina. Tymczasem pozytywny szok. Pomimo, że jest to poniedziałek i muzeum nieczynne, Dyrektor muzeum Irina Diaczuk, gdy dowiedziała się, że my turyści z Polski, udostępniła nam możliwość zwiedzenia, sama po ekspozycji nas oprowadzając. Bardzo to było miłe. No i sama ekspozycja robi wrażenie. Ktoś, kiedyś, przez roztargnienie lub inne zaniedbanie, w czasie rozpadu ZSRR, zapomniał zabrać do Rosji eksponaty dotyczących techniki kosmicznej.
Fragment ekspozycji muzealnej.
No i obecnie tylko w Żytomierzu można zobaczyć oryginały pojazdów kosmicznych lub ich bliźniaczych egzemplarzy. Wiadomo, że wszystko co latało w kosmos było budowane w 2 egzemplarzach. Jeden poleciał, zapasowy został na ziemi. I właśnie najczęściej te "zapasowe oryginały" możemy zobaczyć obecnie tylko w Żytomierzu. Ale to jeszcze nic. Cała muzealna ekspozycja pokazana jest w sposób multimedialny: światło i dźwięk. To jedyne takie miejsce jakie spotkaliśmy w czasie naszych podróży po Ukrainie. Jako wisienkę na torcie możemy potraktować możliwość zwiedzenia domu rodzinnego Korolowa. Położony jest na przeciw muzeum. Da się? Da się. Więc wyjeżdżając z miasta, możemy z czystym sumieniem polecić do zwiedzenia Żytomierz. Choć sami go jeszcze dobrze nie zwiedziliśmy.
Piracik drogowy.
Jedziemy sobie do tego Lwowa. Znamy go dobrze. Mamy tam wielu przyjaciół. Z nudów zajmuje się fotografowaniem "ukraińskich piratów drogowych". Są porównywalni do kierowców z Gruzji, czy też Tunezji, więc po kilkunastu zdjęciach znudziło mi się to.
Obecny stan pomnika w Olecku.
Potem wpadłem na pomysł, aby Juście pokazać piękny pomnik konia w czasie skoku. Zlokalizowany obok Olecka. Na miejscu szok. Z pomnika zostało tylko rusztowanie. No i resztki kopyt, z których nie dało się zerwać nierdzewnej blachy. Napotkanego rolnika pytamy, co się stało z pomnikiem?
Widok z przed 8 lat
Odpowiada - to był nasz wróg! Ciekawe ile butelek wódki za to dostali? Widać, że w wielu Ukraińcach polska krew płynie.
We Lwowie skracamy pobyt, bo zostaliśmy ostrzeżeni, że większość naszych znajomych jest na etapie przygotowań do wojny z Rosją, wykończenia Putina w ciągu roku - góra dwóch i tym podobnych działań. Ponieważ nie jest to nasza bajka, więc rezygnujemy ze spotkań i jedziemy do Polski.
Najpierw próba na przejściu w Krakovcu, ale gdy Justa zrezygnowała z liczenia samochodów oczekujących w kolejce do szlabanu - przy liczbie 350 - pojechaliśmy na przejście Szeginie-Medyka. Warto pamiętać, że w środę i czwartek tysiące Ukraińców wraca samochodami i busami do pracy w różnych Angliach, Beneluxach, czy też innej Hiszpanii. Stąd te kolejki i propozycje: za 50 EUR możemy Was przesunąć pod szlaban. 
        Tak oto w nocy śpimy już w Przemyślu, choć przebudzenie wcale nie było miłe. Obudził nas umundurowany Szwejk, żądając przepustki, zezwalającej na przebywanie w twierdzy Przemyśl. 
Ale to już zupełnie inna bajka. :-)

        Teraz jesteśmy już w Krakowie i siedzimy nad mapą.
Gdzie spędzić nadchodzącą zimę?


2 komentarze:

  1. Witam i pozdrawiam
    Pierwsze pytanie to gdzie byliście w tym roku? Polecam Rumunię .
    Drugie - jak było z bezpieczeństwem podczas podróży po Ukrainie ?
    Trzecie - gdzie planujecie 2018?
    Pozdrawiam
    Ryszard
    ryszard@paker.euv

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam, W tym roku byliśmy w Afryce. Rumunię już nieco znamy z przed lat. W czasie podróży po Ukrainie nic złego nas nie spotkało. Na 2018 planujemy wschód, raczej ten dalszy. Kazachstan, Mongolię, kawałek Chinami ?
      Pozdrawiamy

      Usuń

Szukaj na blogu