 |
Nasz domek na Saharze |
Rano budzą nas policjanci.
Pytają czy wszystko ok. Po śladach na piasku widzę, że już trzeci raz
podjeżdżają do kampera. Jedziemy po pieczywo i robimy śniadanie. Podjeżdżają
policjanci i pytają czy wszystko ok. Po śniadaniu zatrzymujemy się obok Muzeum
Sahary (wstęp 5 TND) ponownie zjawia się radiowóz i pytanie ok? Samo muzeum
składa się z obsługi czteroosobowej + dyrektor + jedna sala ekspozycji muzealnej,
ponieważ od czasu naszej podróży do Mauretanii jestem wielce ciekawy wszystkiego,
co dotyczy Sahary, więc i ta mała ekspozycja była mi bliska.
 |
Namiot nomadów. |
Szczegóły z życia
nomadów czy też tatuaże na twarzach kobiet berberyjskich. Inny dla każdego
plemienia. Na czole, nosie, policzkach i brodzie.
 |
Berberyjskie tatuaże. |
Jeśli chodzi o tatuaże to uważam,
że i współcześnie nie była by to rzecz bezsensowna. Nawet w naszym kraju.
Teresa jest zupełnie odmiennego zdania. Potem pojechaliśmy zgodnie z
harmonogramem do miasteczka Kebili.
 |
Klimaty w drodze do Kebili. |
Trochę
okrężną drogą, brzegiem Chott del Jerid.
Trochę na wyrost zaplanowałem tutaj 2 dniowy pobyt. Wprawdzie są tu gdzieś
źródła termalne, ale gdzie? Obejrzeliśmy jedynie ruiny starego Kebili,
zatankowaliśmy propan-butan, zwany tutaj GPL i szukaliśmy miejsca na noc, co
nie było sprawą łatwą.
 |
Postój w Kebili. |
Ostatecznie policjanci ulokowali nas na placu przed
swoim komisariatem, potem coś chcieli, ale nie byliśmy absolutnie kompatybilni
językowo, więc dali sobie spokój. Co do gazu, to widzimy, że jego cena jest
urzędowa i taka sama w całym kraju. Za litr 0.737 TND – trochę ponad złoty
pięćdziesiąt. Da się żyć. Jedyny minus tego południowo-zachodniego regionu
Tunezji, to brak zasięgu sieci Orange.
O ile do chwili obecnej i rozmowy z tunezyjskiego numeru i internet działał
generalnie dobrze, to po opuszczeniu Matmaty sieci brak. Są inne tunezyjskie
sieci, roaming działa, ale to zabawa dla lepiej sytuowanych: minuta odebranej
rozmowy 4.03 zł., rozmowa wykonywana 6.05 zł., wysłanie SMS 1.51, a jeden
megabajt (1 MB) danych internetowych to prawie 45 PLN !!!
 |
W czasie podróży musimy uważać na ubytki
asfaltu, które mogą nam rozciąć bok opony. |
To już lepiej gołębia
pocztowego sobie sprawić. No, ale to nic nowego. Od lat, gdy przebywamy w
jakimś kraju dłużej niż miesiąc, kupujemy miejscową kartę telefoniczną
„prepay”.A jak wygląda sprawa z TV, a dokładniej z telewizją satelitarną, a
jeszcze dokładniej z zasięgiem satelity Hot Bird? Na 60 cm antenie, zgodnie z
wykresami wszelakimi, powinien się zakończyć w połowie Sycylii. Nie zakończył
się i odbiór był wszędzie.
Potem Tunezja. Na północy był. Gdzieś tak koło
Sfaxu, czyli prawie w połowie kraju zniknęła TVP2 i programy z jej paczki.
Mówię tutaj o nc+, gdyż takowego operatora posiadamy i ich mały 12V tuner SagemCom. Trochę niżej zamilkł TVN, w
kolejny dzień zniknęła cała telewizja Kurskiego i pozostał praktycznie
TVN24BiS, Kino Polska itp., a tu już za oknem Sahara przecież. Czyli nie jest
wcale źle.
 |
Stoimy w Kebili, obok policji. |
Wieczorem wyskoczyłem jeszcze do pobliskiego lokalu na kawę.
 |
Ruiny starego Kebili. |
Cena
0.750 TND za espresso. Do tego poprosiłem hasło do WiFi, ale jestem ciemny!
Jakie mogło być hasło? Wiadomo, cała Tunezja piłką nożną stoi, więc? fifaeuro Chyba w całym kraju hasła są
jakieś fifowate. Rano marsz po bagietki. Przy okazji powiem, jaka będzie moja
odpowiedź na pytanie – co kojarzy Ci się z Tunezją? BAGIETKA. Tego się będę
trzymał. Po śniadaniu poszwendaliśmy się trochę po mieście, oczekując, że nas
czymś zainteresuje.
 |
Oznaczenia dla czołgów Rommla z 1943 roku. |
Ponieważ nic takiego nie nastąpiło, więc odpaliliśmy
kampera, zatankowaliśmy paliwo, tu zwane „gazoil”
i ruszyliśmy niczym dzielni żołnierze Rommla w 1943 roku przez Chott El Jerid –
na zachód. Ten Chott, to nic innego jak największe słone jezioro w Afryce, ale
obecnie, to już tego jeziora chyba nie ma? Wyparowało? Prowadzi sobie przez ten
Szott droga na grobli wybudowanej dopiero w 1979 roku (?), przez tunezyjską
armię, bo już troszkę za dużo było wypadków zaginięć w czasie przepraw.
Policzono, że od XIV wieku w wielkim
szottcie (tak powinno się pisać?) zginęło około 1000 karawan. Potem ginęły
też samochody. Po prostu warstwa wyschniętego błota zapada się i …… Dla mnie
interesującym było, że dopiero na początku XX wieku wymarły tu ostatnie
krokodyle, tak zwane krokodyle Afryki Zachodniej. W czasie naszego pobytu w
Mauretanii planowałem zobaczyć tego gada, który w tym kraju jeszcze występuje.
Nic z tego nie wyszło. Sama jazda przez Szott jest dość ciekawa. Zmienia się
nawierzchnia, opuszczone stoiska kramarzy, pale wbite w dno, które wytyczały
drogę przeprawy czołgów generała Rommla.
Oto kilka zdjęć z naszej przeprawy.
 |
Czasami spotkamy jakieś futurystyczne ozdoby. |
 |
Praktyczne budowle czyli .... WC na trasie. |
 |
Wszędzie równo i pusto. Wysokość 0 metrów npm. |
 |
Ten autobus zapędził się przed laty. |
 |
Fatamorgana. |
 |
Pod ścianą "Camping Tozeur" |
 |
Tozeur, to stolica daktyli. |
Po 100 kilometrach wjeżdżamy do Tozeur. Ups. Jest problem.
Zaplanowaliśmy sobie 2 dni na kempingu. Minął kolejny miesiąc i trzeba by
jakieś większe pranie zrobić. Siebie też doprowadzić do błysku. Tymczasem
jednego kempingu nie ma, drugiego już nie ma. O, jest coś, tabliczka, wchodzę i
tu właściciel pokazuje mi placyk na dwa samochody między domem i murem.
Twierdzi, że prąd się jakoś podłączy. Wodę trzeba by jakoś donieść, Brudną wodę
jakoś trzeba by. No dobra, pytam za ile te udogodnienia. 30 TND za dobę. Czyli
jakieś sześćdziesiąt kilka złotych. Akurat rozmawiałem ze znajomym, który na
Sycylii zimuje z kamperem. Płacą za miejsce nad morzem 7 EUR dziennie! Połowę
taniej niż w Tunezji. Tunezjo! Myśl trochę! Na pewno nie jesteś turystycznym
pępkiem świata. Owszem, we Włoszech ceny skaczą w czasie wakacji kilkakrotnie
do góry. To ma uzasadnienie. Ale nie w
 |
Tozeur - medyna. Ciekawa medyna! |
 |
Jak wyżej - zakamarki. |
 |
Układ cegieł, charakterystyczny dla Tozeur. |
martwym sezonie! Turyści wystraszeni
terroryzmem, a dziadzio z ubitego kawałka ziemi za domem chce kokosy mieć. Już
nie wystarczy na desce napisać dużymi literami „Camping”. Trzeba jeszcze coś zaoferować. Wsiadam do kampera,
podjeżdża jakiś samochód terenowy z dwoma facetami i pytają, czy szukamy miejsca.
Mówię tak. Tutaj nie może być? Mówię nie, bo cena z kosmosu, za nic. No to mamy
jechać za nimi. Pytam, a Wy to, kto? Pasażer mówi my policja i pokazuje …………
pistolet. No, z takim argumentem się nie dyskutuje. Zaprowadzili nas do hotelu
w strefie turystycznej. Ok., widać chłopcy mają rozeznanie i już nie raz, w czasie
naszej wędrówki po Tunezji korzystaliśmy z takich policyjnych podpowiedzi. W
hotelu pogadali chwilę z menadżerem i wyszli. Więc teraz ja. Proszę o możliwość
zatrzymania się na parkingu hotelowym. Myślę, będą mieli trochę urozmaicenia. Żywej
duszy dookoła nie ma. Żadnych samochodów. To cud, że ten hotel, a zwie się on Hafsi Tozeur , jeszcze
funkcjonuje. Menadżer upewnia się po angielsku: dwa dni i jedna noc,
potwierdzam. On na to, po chwilowym namyśle, 200 dinar. Pomyślałem sobie, pewno
coś pomylił, więc poprosiłem, aby napisał co miał na myśli. Wyjął firmową
kartkę i napisał 200.000. Prawie 450 złotych za PARKING !!!. Są chwile, gdy nie
komentuje się pewnych spraw i zachowań. Tak też zrobiłem. Odwróciłem się i bez
słowa wyszedłem, przeszedłem obok
 |
Ciekawy minaret. |
 |
Zatroskany brakiem turystów, dorożkarz. |
stojących policjantów i odjechaliśmy z przed
hotelu. Myśl była jedna – jakaś pieprzona mafia. Potem Teresa jakieś zakupy
robi, a ja miejscowych rozpytuje o mądry parking w mieście. Prawdopodobnie nie ma
takiego. Ktoś zauważa naszą naklejkę National Geographic i pokazuje w telefonie
swoje zdjęcia, czy takie mogą być? Mówię, że oczywiście mogą. Ktoś inny mówi,
że jest czynny kemping, jakieś 10 kilometrów za miastem. To dobrze. Jedziemy
tam. Znowu deska przybita do palmy z napisem „Camping”. Wchodzę do gaju palmami
daktylowymi, bo wjechać tam się nie da. Liście z palm wiszą tak na 2 metrach.
Warunki na miejscu niczym na tym pseudo-kempingu w Tozeur. Tylko cena lepsza.
Stanęło na 20 dinarach za dobę. Tylko jak ja tu mam wjechać, pytam. Jest druga
droga. Tam mniej palm. Przejedzie się. Mówi właściciel. Idę na oględziny. Mniej
palm jest. Tylko w jednym miejscu jakieś drzewo w grubymi konarami, które z
pewnością pozbawi mnie wszystkich kominków i wywietrzników na dachu kampera. Właściciel
nawet nie poszedł ze mną, aby coś z tym zagadnieniem dojazdu zrobić. No kurczę,
to ja mam tu biegać jak ubogi krewny? Czy tym południowcom rozum słońce
wypaliło. Wsiadamy i odjeżdżamy bez pożegnania. Znajdziemy sobie coś sami. Obieramy
kierunek na atrakcyjne miejsca w rejonie Chebika i Tamerza, przy granicy z
Algierią.
Ale to ponad 50 kilometrów, ładny zachód słońca się zaczyna, więc
trzeba do jakiejś wioski i do kogoś się „przytulić” na jedną noc. Wjeżdżamy do
wioski Ennemlet. Na poboczu stoi
samochód Garde Nationale.
Tutaj dopowiem, że w Tunezji policja znajduje się i zabezpiecza teren miast i
miasteczek. W wioskach zadania policyjne spełnia właśnie gwardia. Pytam o
możliwość zatrzymania się na noc koło ich siedziby. Sierżant odpowiada, że
oczywiście, po nocy lepiej nie jeździć, kilkaset metrów dalej mają siedzibę,
tam sobie staniemy. Super. Jedziemy. Ładny budynek, otoczony murem. Wychodzi
nam na spotkanie dyżurny. mówi nawet
dobrze po angielsku. Wita nas w Tunezji i zgadza się na postawienie kampera. No
to gra, bo za chwilę ciemno będzie. Wybieramy miejsce, jakieś kilkanaście
metrów, za ich murem obronnym, a tu powtórnie przychodzi gwardzista i mówi, że
rozmawiał ze swoim szefem i mamy odjechać. Ja pierdykam. Co jest grane? Jakieś
działania wojenne będą zatrzymać? To przecież organ powołany do zapewnienia
bezpieczeństwa odsyła turystów w siną dal? Dobrze, że mamy swoją wieloletnią
odporność na takie zdarzenia. Sami sobie coś znajdziemy fajnego. Zasada jest
tylko taka. Jak już stawać, to lepiej to robić po zmroku, gdy trudniej jest Cię
namierzyć, kto ty i co ty. I Zasada druga – nie stoimy dwie noce pod rząd w tym
samym miejscu. Czyli nie dyskutujemy z funkcjonariuszami, bierzemy za dobrą
monetę ich decyzję, szanujemy prawo. Odjeżdżamy i przypominamy sobie, że kilka
kilometrów wcześniej przejeżdżaliśmy koło jakiegoś, chyba szpitala? Wracamy w
to miejsce. Tak jest szpital. Wprawdzie stróż przy bramie nie może nas wpuścić
na wewnętrzny parking, ale obiecuje, że będzie miał baczenie na nas. Teren
oświetlony, cisza wokół, rano będzie piękny widok na Wielki Szott. Jest ok.
Wysyłam tylko internetowe info do Abdela, naszego tuniskiego dobrego ducha, że
gdyby nas ktoś szukał, to jesteśmy tu, a tu. Chyba za dużo szczegółów podałem,
gdyż po chwili zadzwonił Abdel i powiedział, że źle zrozumieliśmy recepcjonistę
w hotelu Hafsi, gdyż on mi podał cenę
za pokój z prysznicem, o który ja go prosiłem. Mówię do Abdela,że jest wszystko
ok., my już pokąpani, gotowi do snu, do nikogo pretensji nie mamy. Jest nam po
prostu dobrze. Dość tych przygód z szukaniem miejsca postojowego. Jutro mamy w
planie wodospady, kaniony i jeziorka. I w tym miłym nastroju kończymy rozmowę. Jeszcze
siedzę sobie, coś tam wystukuje na klawiaturze, Teresa swoje zaległości internetowe
odrabia, a tu koło północy zatrzymuje się koło nas samochód gwardzistów. Stoją
kilka minut. Pewno coś sobie spisują. Nie otwieramy, nie ujawniamy się. Mamy
już dość kontaktów z miejscową władzą. Uffff. Odjechali. Za oknem czasami słyszymy,
że jakieś dziecko na świat przyjdzie, bo chyba obok położnictwa jakiegoś
stoimy. Godzina pierwsza w nocy. Znowu podjeżdżają gwardziści. To już wyraźna
nadopiekuńczość z ich strony. Gaszę światłą, aby przez zasunięte żaluzje, jakiś
promyk nas nie zdemaskował. Nic z tego. Najpierw włącza się alarm, czyli jakiś
intruz naruszył strefę bezpieczeństwa wokół kampera, a potem pukanie w drzwi.
Kurna – godzina pierwsza w nocy! Nie znają tu zasad spokoju nocnego? Nawet nasz
minister Ziobro drzwi wyważa dopiero o szóstej rano. No, ale tu Tunezja, wolę
otworzyć, bo wiem ile nowe drzwi do kampera kosztują. Najpierw miłe powitania.
Potem ustalenie języka konwersacji. Kilka słów po angielsku zna jeden z
gwardzistów. Tu nie możemy stać, musimy jechać do miasta, do strefy
turystycznej. Tłumaczę mu, że ze strefy turystycznej w Tozeur, to nas się policja pozbyła swoimi działaniami kilka godzin
temu. Potem pozbyła się nas gwardia, a teraz znowu chcą nas wszyscy chronić.
Nie, tu nie możemy zostać. Mówię, że jest jasno, jak w dzień, a ciągle nam się
powtarza, aby w Tunezji nie stać w ciemnościach. Miejscowy stróż, który nota
bene ciągle zerka ze swojej stróżówki, co to za nocne akcje koło jego szpitala,
też obiecał nam swoje baczenie. Więc? Ale tu nie można, powtarzają, bo tu jest
„very dendżers” – bardzo niebezpiecznie. Widać nas z oddali w tym świetle
okolicznych latarni i tu pokazują na kierunek od granicy algierskiej. Teraz zaskoczyłem,
to z tamtej strony spodziewany jest wróg. Po dwóch minutach widzę, że nie ma dalszej
dyskusji. Gdzieś mamy za nimi jechać. Teresa wstaje z łóżka, ja coś na swoje
nocne ubranko zaciągam. Muszę dopowiedzieć, że obaj gwardziści byli jak
najbardziej ok. Grzeczni, jeden nawet najazdy z pod kół pomógł mi pozbierać.
Jedziemy za nimi. Przypominamy sobie naszą podróż po Gruzji. Tak też kilka razy
byliśmy pilotowani przez różne mundurowe służby, z jednego na drugie miejsce.
Na ogół się to kończyło fajnym noclegiem, a nawet miłymi przyjęciami nocnymi. No,
ale tu nie Gruzja zobaczymy co nam zafundują tutejsze służby? Na pierwszym
punkcie kontrolnym przed miastem gwardziści przejeżdżają, a nas zatrzymują.
Trzech mundurowych się z nami wita, a jeden mówi, że wita nas w jego strefie
turystycznej. To już wszyscy wiedzą, że nas eskortują gdzieś? Na drugim punkcie
wyjazdowym w kierunku miejscowości Nefta, zatrzymujemy się. Podchodzi do nas
dwóch cywili i mówią, że są z policji i teraz, aby jechać za nimi. No to jedziemy.
Po kilometrze oni wjeżdżają do ……… tak, do hotelu Hafsi Tozeur. Tego, gdzie
parking 200 dinarów stoi. No tak, poszły chłopy po rozum do głowy. Pierwsi
wchodzą do recepcji. Recepcjonista ten sam, co nam cennik podał. Coś po arabsku
dyskutują dłuższą chwilę. Potem recepcjonista zwraca się do mnie po angielsku
słowami: specjalnie dla przygotowałem specjalną ofertę naszego hotelu, za pobyt
dwóch osób i kampera tylko 100 dinarów (220 złotych!). Ja do niego spokojnie:
kamper to nasz dom, my tam śpimy, mieszkamy, żyjemy. Jeszcze nigdzie na świecie
nie płaciliśmy za nocny postój tylu pieniędzy!!! Poza tym, 10 samochodów, które
teraz stoją na parkingu hotelowym (na kilometr widać, że miejscowe) też płacą
po 100? Odpowiedział że musimy tyle zapłacić, a samochody są gości hotelowych.
Skończyłem z nim rozmowę, bo w końcu facet ma rację (chyba). To policjanci dają
d... na całego. Ale to ich problem. Mówię do policjanta, że dziękujemy za
gościnę, my teraz wracamy do ...... Tunisu, bo to jakaś parodia!
 |
Rozkoszny nocleg przy wylotówce z miasta. |
On mówi, że teraz do
Tunisu nie możemy jechać, że pojedziemy w bezpieczne miejsce na noc, a rano
pojedziemy sobie, zgodnie z planem do miejscowości Nefta. I zaprowadzili nas,
do najbardziej uroczego miejsca w całym Tozeur. Kazali zaparkować na chodniku,
przy skrzyżowaniu wjazdowym do miasta, gdzie był policyjny punkt kontrolny.
SUPER. Dziękujemy Wam policjanci miejscowi. Nie wiemy, czy to wasza głupota,
brak szacunku, czy też indolencja waszych przełożonych. Dzięki takim
zdarzeniom, już teraz na kilka tygodni przed zakończeniem naszej podróży po
Tunezji możemy napisać. TUNEZJA NIE DLA TURYSTYKI KARAWANINGOWEJ. NIE DLA
TURYSTYKI INDYWIDUALNEJ. Jeżeli kiedykolwiek coś się zmieni, to tylko
przyjmowanie turystów zbiorowych, zamykanie ich w gettach – przepraszam – w
strefach turystycznych, dostarczenie rozrywek prostych, jak przykładowo basen,
plaża, wyjazd jeepem na pustynie, wielbłądem za drugą wydmę, spacer po medynie.
Byle się towarzystwo po kraju nie rozlazło! Wiemy, że takie formy są
najbardziej ekonomiczne, generują dochody i na takie pobyty 7, 10 czy 14 dni
jest największy popyt na świecie. Jednak my czegoś innego w Tunezji szukamy, bo
ciągle szukamy i szukamy. Nawet po tej koszmarnej nocy. Ja na rower i w miasto.
Medyna tu w Tozeur inna, niż te, które do tej pory widziałem. Muzeum sobie
darowałem, bo to jakieś naciąganie. Fajną ekspozycję fotografii miasta z przed
1940 roku spotkałem, dziewczyny były super przygotowane do opowiadania o
zdjęciach tu zamieszczonych.
 |
Łza się w oku zakręciła. |
Potem poszukałem nowego miejsca dla kampera.
Parking przed miejscowym lotniskiem. N 33.93465
E 08.11104. Piękne, nowe lotnisko, duże parkingi, tylko wszystko puste.
Nie ma czarterów, nie ma turystów, jest dużo ochrony. Na płycie lotniska stoją
dwa olbrzymie Jumbo Jety. Wielkie pasażerskie Boeingi 747. Farba z nich zeszła.
Piaskiem pokryte. Ciężko było od kogoś wydobyć informację. W tym kraju wszystko
tajne, a inne rzeczy są tylko poufne. Dopiero jak zapytałem jakiegoś szefa
ochrony, dlaczego Tunezja nie dba o swoje samoloty, to zdradził, że to nie ich,
że to irackie stoją tu od czasu inwazji na ten kraj.
 |
Super miejsce obok nieczynnego lotniska. |
Tak mu się widocznie
wyrwało, bo poprawnie powinien powiedzieć, że od czasu wprowadzenia w Iraku
demokracji przez armię USA i ich sprzymierzonych. Woda zatankowana do kampera z
ujęć lotniskowych i stoimy sobie samotnie przed rozświetlonym lotniskiem „
Tozeur-Nefta”. Oby tylko policja nas tu nie znalazła. Ale raczej nie, bo już
druga w nocy minęła, i całą noc spokojna była.
 |
Symbol Nefty - lisek pustyni. |
Nowy dzień, zwyczajowo słoneczny.
Jedziemy nieco ponad 20 kilometrów na południe, do Nefta. Przewodniki pieją pozytywnie o tym miejscu, ale to jakaś
„ściema”! Medyna? Jak można skupisko nijakich domów, pobudowanych w ostatnich
latach, medyną nazywać? Plac de la Liberation? Sklep Gwiezdne Wojny? No cóż,
mam wrażenie, że do tego miasta nie wszyscy autorzy dotarli.
 |
Nefta. Medyna. |
Upewniła mnie w
tym informacja, że do miejsca, gdzie kręcono filmową sagę Lucasa, można
dojechać samochodem z napędem 4x4. Pomyślałem sobie – pojadę tam jutro rowerem.
Te 15 czy więcej kilometrów dam radę, ale po południu, gdy miałem coraz więcej
wątpliwości o prawdziwości danych przewodnikowych, zapytałem kilka osób o drogę
do „miejsca filmowego”.
Jest ok.
 |
Spotkanie na pustyni. |
Droga asfaltowa, kamperem się dojedzie, więc
pojechaliśmy, bo i tak nic więcej nie było interesującego do zobaczenia. Droga
wiedzie przez pustynię, wybudowana z pewnością w czasach kręcenia filmów.
Odcinek około kilometra lekko pofałdowany, trzeba jechać wolniej. Po
kilkudziesięciu minutach, z przerwami na fotografowanie pejzaży i wielbłądów, docieramy
na miejsce. Natychmiast zjawia się kilkunastu młodych dzieciaków.
 |
Obsługa ruchu turystycznego. |
 |
Dumny właściciel fenka. |
 |
Gwiezdne wojny? |
 |
Pojazd żebrzących biedaków. |
 |
Sahara. Na horyzoncie Algieria. |
 |
Wszyscy odjechali. Tylko my i ...... |
 |
Nocna jazda powrotna. |
Każdy chce
nam sprzedać jakieś bzdurne koraliki, przekrzykują się i przepychają. Robią
duże zamieszanie. Młodsi, 7-8 latkowie boją się tych starszych. Widoczna jest hierarchia.
Najbardziej wkurzają mnie dwaj, którzy trzymają na sznurkach liski pustyni -
Fenki. Zwierzęta są przestraszone. Widać to po ich zachowaniu i oczach.
Gówniarze chcą 1 dinara za zdjęcie fenka, mówię i pokazuję mu – wypuść, to
dostaniesz dwa. Stawia fenka na piasek, zwierzę wyrywa się, ale jest jeszcze
przywiązane sznurkiem za szyję. Pokazuję mu, żeby odciął sznurek. Gówniarz, że
nie. I potrząsa kieszenią z pieniędzmi. Zrozumiałem wtedy i ja. To nie wina
tych chłopców, że tak się zachowują, że łapią i męczą zwierzęta. Upewniłem się
w swoim domyśle, gdy nadjechało kilka samochodów terenowych z rozbawionymi
turystami. Zadowolonymi, bo zjechali, niczym na rajdzie Dakar z
kilkunastometrowej „dyżurnej” wydmy Prawdziwi Tuaregowie! Pogromcy Sahary za 50
EUR od osoby, w terenowych Toyotach z miejscowym kierowcą. Mają tu krótką
przerwę. Czas na zdjęcie na wielbłądzie. Czas na foto z lisem pustyni za 1
dinara. Będzie czym się pochwalić po powrocie do Europy. Co to dla was te pół
euro? Dla was nic, ale dla miejscowych dzieciaków to duża krzywda. Jestem
przekonany, że dzieci oddają te pieniądze komuś. Nie przeznaczają ich na naukę
czy też swoje zainteresowania. Nie chodzą do szkoły, męczą zwierzęta, bo jest z
tego biznes. Wy oczywiście zwierząt nie męczycie, tylko pół minutki je
potrzymacie, rączką po uszkach pogłaszczecie. Prawda? Miejscowe dzieciaki
dobrze wiedzą, że frajerzy - przepraszam, turyści - dowiezieni w takie miejsce,
w ramach fakultatywnych wycieczek, płacą! Gdyby jeden, czy drugi nie robił
głupoty, to te dzieciaki zniknęłyby z tego miejsca dość szybko. Po co stać,
skoro nikt nie jest zainteresowany ofertą? Zwierzęta też by skorzystały z tego.
A co ja zrobiłem, jakie było moje zachowanie? Gdy odszedłem od kampera i pomimo
tego nie mogłem zrobić zdjęcia, gdyż wszędzie w kadrze były te natrętne
dzieciaki? Stanąłem, uniosłem rękę do góry, niczym pewien facet na Górze Synaj
i ryknąłem po polsku na cały głos: Jestem Polakiem i nie zapłacę ani grosza
za te wasze pieprzone rzeczy. Zrozumiano? No,może
tam były jakieś 2 brzydkie słowa dodane? Nie pamiętam. Jeden z młodych
powiedział cicho: italiani. I odeszli. Jedyna pociecha, choć i tak wątpliwa to
fakt, że dzieci nie rozumiały i nie starały się nawet mówić w żadnym innym
języku, z wyjątkiem francuskiego. To widocznie wystarczy. Turysta francuski
nigdy nie zawiedzie! Turysta francuski da. Turysta francuski jest dopiero
zdziwiony we Francji. Ale to nie temat na tego bloga. Mieliśmy w końcu czas dla
siebie, bo przyjechaliśmy w miejsce, gdzie kręcono kilka odcinków Gwiezdnych Wojen. Powstała scenografia
jakiegoś osiedla. Choć nie jesteśmy fanami tej filmowej sagi, a osobiście, to
nawet nie odróżniam ich bohaterów, jakiegoś tam Skay... coś tam, od Togi- ładne-
nogi? Ale miejsce jest niewątpliwie ciekawe. Wszędzie można wejść, wszystkiego
dotknąć. Pochodzić po okolicznych wydmach, zobaczyć zachód słońca nad Saharą.
Przy odrobinie szczęścia, jako jedyni turyści, jeśli już poskromimy dzieci i
ustawimy sobie 2-3 miejscowych sprzedawców róż
pustyni i jakiegoś poganiacza wielbłądów, to będzie już cisza i spokój.
Jeszcze lepiej jest pozostać w tym miejscu do samego końca. To znaczy najpierw
mieliśmy tu zanocować. Noc na Saharze. We dwoje. Jednak popełniliśmy taktyczny
błąd. Gdy podjechał samochód gwardii - jakiś żandarm przywiózł swoją rodzinę –
stwierdziłem, że jest okazja zgłosić mu nasz pobyt i nocleg tutaj. Mówię i
pytam, czy będzie ok.? Mówi tak, możemy spokojnie tu zostać, będzie
bezpiecznie. No, ale lepiej by było stanąć kilometr wcześniej, obok namiotów
nomadów. Widzieliśmy coś takiego jadąc w to miejsce. Może być! Wieczorem
przestawimy się. Widzę jednak, że żandarm gdzieś dzwoni. Tak, tak, 20 kilometrów od cywilizacji jest łączność
telefoniczna i nawet jakiś internet. Zadzwonił, czyli zapewne zgłosił nas gdzie
trzeba. Po 2-3 minutach żandarm odebrał telefon. Krótka rozmowa i zwraca się do
nas, że nie możemy tu nocować, że jego „generał”, tak go nazwał, nie godzi się
na to i na noc powinniśmy zatrzymać się obok siedziby Gwardii w Nefta. Trudno,
nocleg na Saharze poszedł się bujać. Oglądamy zachód słońca. Jemy obiad.
Dzieciaki gdzieś zostały wywiezione, sprzedawcy przykryli szmatami swoje towary
i też odjechali. Zostaliśmy sami. Zapadła noc. Do granicy z Algierią 20-30 kilometrów.
Nikt nie przenikał, nikt do nikogo nie strzelał. Pustynna cisza, niczym
niezmącony spokój. Trzeba jednak wracać. Nakaz miejscowych władz. Do Nefty
jedziemy pomalutku, bo nie chce się opuszczać takich miejsc. Wiemy, jakie ma
ograniczenia kamper, jakich dróg wymaga. Jak trudno znaleźć miejsce, gdzie
będziemy sami?
 |
Poranny widok z kampera w Nefta. |
Potem znajdujemy strażnicę gwardii, a miejsce obok nich, to
piaszczyste boisko do gry w piłkę nożną. I to przy samej drodze przelotowej
przez miasto. Wniosek. Gwardziści nie mają pojęcia, gdzie powinno się stawiać
domy na kółkach…. że trochę ciszy, że w miarę dojazd, że raczej twardo i płasko,
bo inaczej wody nie odpływają i tym podobne zasady. Przypomniało mi się
zdarzenie z naszej podróży po Turcji. W nocy stajemy obok koszar tureckich jandarmów, na sporym parkingu. Na murze
worki z piaskiem poukładane. Idę do bramy zgłosić nasz postój. Wraca ze mną
jakiś oficer. Patrzy, myśli i mówi, aby stanąć 10 metrów w lewo, bo tu mają
akurat kierunek ostrzału. Tak. Mundur, to mundur i swoje racje zawsze ma!
Dzisiaj też wycofujemy się spokojnie, znajdujemy inne fajne miejsce i stajemy
na nocleg.
 |
Kierunek Chebika. Przez kolejny chott. |
Rano kierunek zachód. Jedziemy do oaz górskich, sporych atrakcji
turystycznych Tunezji. Po cichu planujemy mini urlop w tym rejonie. Jakieś 2-3
dni. Poprzedni nam nie wyszedł, więc może tu? Jedziemy 50 kilometrów przez
płaski jak stół odcinek pustyni. Na horyzoncie, a następnie bliżej i bliżej
wyrastają góry. Robi to wrażenie.
Wjeżdżamy do Chebika. Pierwszej górskiej oazy. Zero turystów. Cichutko przejeżdżamy
obok siedziby gwardii, do końca drogi. Dalej stoją sprzedawcy pamiątek, jakaś
knajpka w opłakanym stanie. I właśnie koło tej knajpki, właściciel zaproponował
nam postój. Ofi
 |
Co to rośnie na pustyni? |
cjalny parking sąsiaduje z cmentarzem, to było by jakoś nie
tego. Pytam o prąd? Jest prąd, za 5 dinarów dziennie. Europejska cena, niech
będzie. Wieczorem pierwszy, zapoznawczy spacer po wąwozie i trochę po
okolicznych wzgórzach. Zachód słońca nad pustynią. Już wiem jak wygląda raj. Kolorowe otoczenie, zieleń, śpiew
ptaków, szum wody.
 |
W tle, po lewej widoczna oaza. |
Tak, to na pewno tak musi wyglądać! I w tym przekonaniu
otwieram komputery, dyski, edytory, programy graficzne i zabieram się do pracy.
Dzień drugi ma charakter gospodarczy. Ktoś, kto uprawia karawaning, będzie wiedział,
o czym mówię. Po południu jest czas na rower. No to - kierunek Sahara! Boczne ścieżki asfaltem pokryte. Tylko ten wiatr.
Jak przychodzi podmuch, to trzeba się zatrzymać, bo zmiecie z drogi! Jakiś pustynny
halny, czy co? Po 20 kilometrach sprawa się rozwiązała sama. 2 x przebita
opona, więc czas do domu, bo zapasy naprawcze mi się skończyły.
 |
Rowerem po Saharze. |
Takim małym
doświadczeniem rowerowym się podzielę: oponę przebijały uschnięte kolce jakiejś
miejscowej roślinki. Nota bene, to na pustyniach wszystkie rośliny mają kolce,
albo są niejadalne. Inaczej kozy i wielbłądy by je zjadły. Po drugie, jak można
znaleźć miejsce przebicia i zastosować łatkę skoro nie ma wody, aby zanurzyć
dętkę, a wieje tak, że nie ma szans na znalezienie dziury w inny,
organoleptyczny sposób. Jakieś sugestie? Jak załatać dętkę na pustyni? W
międzyczasie przyszedł do kampera jakiś taki dziwny człowiek.
 |
Znany wodospad Chebika. |
Powiedział, że
jest miejscowym „ormowcem” i pomaga gwardzistom i poprosił o nasze dane
personalne. Po weryfikacji okazało się to prawdą. Wiadomo, kilka kilometrów od
granicy, to i mieszkańcy pomagają władzy. To tylko w Polsce nie opłaca się
władzy pomagać, bo potem jakieś IPN cię ciąga, żeś zdrajca narodu. No, ale tu
nie Polska. Tu ludzie swój rozum mają, ale i problemy inne też. Dzień trzeci.
Właściciel knajpki, albo tego, co z niej zostało, proponuje nam już któryś raz
kuskus. Dobra, umawiamy się na wieczór. Niech sobie człowiek dorobi, a i my
spróbujemy czegoś innego.
 |
Stara Chebika i pyszne góry. |
 |
Samotny górski turysta. |
Ja wyruszyłem w góry, a Teresa chciała mieć dzień
wolny, więc biorę plecak, picie, aparat i na azymut. Dokładnie tak, na nosa,
według słońca, bo żadnej mapy turystycznej tego regionu nikt nie ma. Mapy do
nawigacji offline, są mniej niż skromne, jeśli chodzi o ten region. Tymczasem,
tuż za naszym kamperem, zaczyna się pasmo górskie, które wyrasta wprost z piasków
pustyni, a kończy się w Maroko. Góry te nazywają się Górami Atlas. Wychodzę na
pierwsze pasmo, idę takim czymś, wydeptanym przez kozy. Już tu zaczynają się
widoki. Teraz wiem, że pierwsze pasmo nazywa się Jbal Zwatin,a góry mają wysokość 500-700 metrów wysokości. Niby
niewiele, ale trzeba pamiętać, że sama wieś Chebika
położona jest na 100 m npm. Tak jak otaczający ją początek Wielkiego Ergu Wschodniego, czyli mówiąc wprost – Sahary. Za dużego
wyboru w wędrówce po okolicznych górach nie mamy. Dołem idzie piaszczysta
dolina. W kierunku północno-wschodnim. W lewo skos prowadzi trasa do Tamaghza. Tyle zobaczyłem na jakiejś
mapce, którą mi pokazano już po powrocie. Ja wybrałem trasę dolinną. Widoki
cały czas są PRZEPYSZNE. Droga wiedzie lekko pod górę. Po dwóch kilometrach
mamy kilka odgałęzień. W takie mniejsze, skaliste doliny. No i zaczynam
rozpoznawać, jako początkujący geolog amator, jak te góry są zbudowane. Jedna
nazwa mi wpada do głowy - Góry Gliniaste, bo to budulec jakiś taki. Jakieś
gliny, zlepieńce, margle, piaskowce, iły i czort wie, co jeszcze? Z daleka
wygląda to jak widzicie na zdjęciach – tylko 2 x lepiej. Z bliska, to trzeba
się natrudzić, aby gdzieś zacząć się wspinać i nie spowodować małej lawiny, czy
innego obrywu skał. O jakimkolwiek oznakowaniu można zapomnieć, a na piasku i
ścieżkach, tylko kozie kopytka odbite! Zapomnieć też można o widoku ludzi. Ze
zwierząt widziałem tylko małe ptaszki. Cisza. Cisza. Cisza. Jak zacząłem gdzieś
tam się grzebać ku wierzchołkowi, to było to mało komfortowe. Świadomość, że
jak sobie coś złego zrobisz, to masz duuuuuże problemy. Wróciłem do kampera
przed zmrokiem.
 |
ZŁOTY kuskus. |
Teresa mówi, że facet od kuskusa już nogami przebiera. Umówieni
jesteśmy na 18.00. Tak też zameldowaliśmy się na plastikowych krzesłach.
Widzimy, że gospodarz targa gdzieś z wioski jakieś garnki, dzieciaki mu
pomagają. Naładował nam po kopiatym talerzu kuskusa. Wszystko wyglądało jak na
zdjęciu. Kto wie, to wie, a kto nie wie, to dopowiem, że takie danie jest
bardzo popularne w Tunezji i kosztuje od 7 do 10 TND, no z dodatkami, sałatkami
i popitkiem to góra 15 dinarów. Smaczne to nasze nawet było. Pikantne jak
trzeba. Co do tej pikantności, to Teresa ma z goła odmienne zdanie. Po posiłku
mówimy, aby nas skasował, łącznie z 3 dniami korzystania z prądu, bo jutro
wyjeżdżamy. Gospodarz coś tam liczy pod nosem i mówi – za wszystko 100 dinar.
Może być w euro. Co? Myślałem, że źle go zrozumiałem. Biorę kartkę i piszę: 15
dinar to prąd, zgadza się? Mówi, tak. Reszta to kuskus. Pytam, czy on był ze
złota? Robi się nieprzyjemnie. Awantura wisi na włosku. Dzwonię do naszej
znajomej, aby upewnić się, co do cen porcji kuskusa. Potwierdza cenę, jaką
podałem powyżej. Pytam postronnego Tunezyjczyka, kiedy otwarty jest posterunek
policji.
 |
Ten się już najeździł. |
Na to nasz karmiciel obniża cenę do 80. Mówię, zapomnij! Takie naciąganie
to tylko w Maroko. W Tunezji po raz pierwszy nam się trafiło. W końcu facet
pyta, ile dasz? Ja mówię, z prądem, dwie szklaneczki soku z pomarańczy, kuskus
po 15TND - to max. Masz 50 i to wszystko. Mówi, dobrze. Opisuję zdarzenie, w
miarę dokładnie, aby pokazać, że pomimo bardzo uczciwego podejścia, jakie nas
spotykało przez dotychczasowy, kilkutygodniowy pobyt w Tunezji, zawsze może nam
się trafić łajdak, który chce nas naciągnąć. Bywało tak, że przy kupnie chleba,
czy bagietki, wydawano nam 20 milimów reszty. To jakieś 4 grosze. I takie
zdarzenie z kuskusem pozostawiło niesmak po pobycie w Chebika.
 |
Ruiny wioski i wąwóz Mides. |
Z Chebika
skierowaliśmy się dalej na zachód, do kolejnych górskich oaz. Na moment wpadamy
do małej wioski Foum El Khanga.
Według przewodnika (pisanego) ma tam być (w środku wioski) ciekawa skała. Nie
było, więc pojechaliśmy wprost do Mides.
Znowu podpieramy się przewodnikami. Jedne twierdzą, że czasami żołnierze nie
wpuszczają tam prywatnych samochodów, więc chcemy sprawę wyjaśnić. I co? I nic!
Dojechaliśmy do opuszczonej wioski (starego Mides), tam wyprzedził nas jakiś
jegomość na motorku i wskazał miejsce postoju. Ki- diabeł, skoro droga prowadzi
dalej. Ale szanujemy wskazówki miejscowego, parkujemy, wysiadamy, a ten otwiera
swoje kramy z kamieniami i „kup pan”, „kup pan”.
 |
Po targu przybijamy żółwika. |
Nic nie kupujemy, więc
jegomość wyciąga jakieś okrągłe kamienie i mówi, że to meteoryty z innych
planet. Kup pan. Odchodzimy w kierunku wąwozu, a po chwili przejeżdża obok nas
samochód, który parkuje spokojnie na końcu drogi. Już się zagotowałem. Znowu
jakiś cwaniak tunezyjski zrobił nas w konia, bo chciał meteoryty sprzedać! Nie
wiem jak Wy, ale ja osobiście odbieram takie zachowanie negatywnie. Brak
szacunku, więc trudno wymagać, aby ktoś również ich szanował! Przychodzą
żołnierze pogranicznicy. Pytamy, czy można podejść dalej, na początek wąwozu.
Nie ma problemu, choć do granicy algierskiej kilkaset metrów. Robi wrażenie
zaczątek takiego cudu natury.
 |
Tu zaczyna się wąwóz. |
Z małej dziurki, po kilkudziesięciu metrach jest
wykrojony jest wykrojony piękny wąwóz. I tak teraz, sięgam pamięcią wstecz, czy
były na naszej trasie ładniejsze wąwozy? Chyba nie. Ani na Krecie, ani w
Czarnogórze, w Hiszpanii, w Maroko? Idziemy sobie tym wąwozem Mides, tu zdjęcie, tu przystajemy. Dochodzi nas rodzina
francuska z miejscowym przewodnikiem. Ten przewodnik potrzebny jest jak „psu zupa w upalny dzień”. No, ale nie nasza
sprawa. Gdzieś tak w połowie wąwozu jest wyjście z niego. My idziemy dalej, bo
ciekaw jestem jego zakończenia. Przewodnik zobaczył to i krzyczy za nami –
dalej nie wolno, policja zabrania! Ki- diabeł, gdy czegoś nie wolno, to są od
tego stosowne znaki lub napisy. Ile można jednego dnia słuchać cwaniaków
lokalnych? Idziemy dalej i wpadam na rozwiązanie problemu.
 |
Droga przez wąwóz Mides. |
Facet zainkasował od
Francuzów i nie ma zamiaru włóczyć się z nimi nie wiadomo ile. No, więc poszli
sobie do góry, a my dalej. I warto było, bo po kilkuset metrach wąwóz zmienia
się, prawie tak, jak się zaczął. W wąski zacisk, na szerokość jednej osoby.
Dalej nie poszedłem, zrobiło się już późne popołudnie. Wracamy przez dość
zjawiskowe ruiny starej wioski Mides, zawieszonej kilkadziesiąt metrów nad dnem
wąwozu. Koło kampera znowu ktoś mnie zaczepia słowami „mister”. Odpowiadam bez
odwracania się, że nic nie kupuję! I słyszę – jestem policjantem! Na dowód, że
mówi prawdę pokazuje mi ………….. tak,
macie rację, pistolet w kaburze za paskiem.
 |
Klimaty Mides. |
To już drugi taki przypadek
legitymowania się, jaki spotyka nas w Tunezji. Oj, zejdzie kiedyś, ktoś słabszy
na serce, zejdzie. W sumie okazali się to dwaj sympatyczni policjanci. Daliśmy
swoje kartki z danymi personalnymi („fiszki”) i zapytali nas, gdzie chcemy
nocować. Mówię, że koło wielkiej kaskady. Oni na to, że lepiej nie, że nam
pokażą lepsze miejsce. Jadą za nami, potem przed nami i wskazują fajny placyk w
wiosce Tamerza, którą jutro mamy
zamiar zwiedzić.
 |
Nasz SP w Tamerza. |
Wieczorem idziemy na spacer po oazie i zaraz się z niej
wycofujemy, gdyż są tu prawie same śmieci i ruiny dookoła. Dziwny to kontrast
po oazie Chebika, która naprawdę była BEZ ŚMIECI. Czyli się da? W Tamerza pewno
myślą, że i tak frajerzy przyjadą, więc po co sprzątać. Niech tak dalej myślą. Nazajutrz
spacer po starej wiosce – szkoda czasu.
 |
Wielka kaskada Tamerza. |
Następnie „Wielka Kaskada”. Malowniczo
wygląda z punktu widokowego, ale z bliska? Wziąłem „sprzęt do kąpieli”, ale z
niego nie skorzystałem. Pod wodospadami pływają śmieci. Sprzedawcy pamiątek kit
wciskają. Przykład? Przekonuje nas taki jeden, że buty są tunezyjskie.
Tymczasem są na nich naklejki producenta chińskiego. Łykają to ludzie?
 |
Kaskada Tamerza. |
Niech
sobie kupują takie pamiątki z Tunezji. I od tego momentu zaczynamy swój
geograficzny odwrót. Nie powrót z podróży, bo ten, naszym zdaniem zaczyna się
już z chwilą wyruszenia w drogę, lecz powrót w kierunku, z południa na północ.
Najpierw do Tunisu, a potem przez Włochy do Polski. Do miasta Metlaoui, gdzie zaplanowaliśmy kolejny
etap niewiele, niecałe 100 kilometrów. Po drodze przejeżdżamy przez okrutnie
zaśmiecone, a nawet śmierdzące miasteczka górnicze. To gdzieś w tych rejonach
Tunezji wydobywa się ich naturalny skarb.
 |
Rejon wydobycia fosforytów. Fotogeniczne miejsce. |
Fosforyty. Krajobraz czasami jest
księżycowy. Rozkopane wzgórza. Olbrzymie hałdy. Miasteczko Metlaoui wybraliśmy
ze względu na pociąg Lezard Rouge.
Taki miejscowy Orient Express. Okazuje się, że niestety nie jeździ. Brak
turystów. No, ale pytamy na stacji, jakieś funkcyjne osoby, czy możemy
zatrzymać się na ich terenie. Stacja ogrodzona, obok Czerwona Jaszczurka, czyli
stoi historyczny pociąg, można zatankować wody. Nawet niemieccy kamperowcy z
tego miejsca korzystali. Rozkładamy się na noc.
 |
Pociąg "Czerwona Jaszczurka". |
Przyjeżdża policja. Tu stać nie
możecie. Proszę jechać za nami. OK. Pełen szacunek. Poszedłem podziękować
kolejarzom za krótką gościnę i jedziemy. Do centrum miasta. Każą nam zaparkować
naprzeciw bramy wjazdowej do koszar gwardii. Przy przelotowej drodze przez
miasto! Obok jakiejś knajpy. Odjechali. Stoimy , ale jesteśmy w szoku, samochód
za samochodem. Gwar z knajpy, faceci z krzesełek jakieś znaki „v” nam pokazują.
Nie wiem, co to znaczy? Czy nas zwyciężą?
 |
Największa wpadka tunezyjskiej policji. Super SP! |
Czy to miało być zapewnienie nam
bezpieczeństwa? Po drugiej stronie ulicy jakiś mundurowy z karabinem, za
beczkami z piaskiem się chowa, a my? Choć by nas jakimiś workami poobstawiali.
Jakieś kolczatki rozłożyli, a tu nic. Czujemy się jak kaczki, na polowaniu.
Możemy sobie skrzydełkami pomachać. Mamy być przynętą dla jakiegoś samobójcy,
czy innego wariata? Poza tym, nie ma tu szans na spędzenie spokojnego wieczoru,
czy też nocy! Co nimi kieruje? Chcą nam dać w przysłowiową dupę i zniechęcić do
dalszego podróżowania po Tunezji? Sami w swoich domach odgradzają się od
otoczenia wysokimi murami, a turystę zagranicznego wystawiają, jako cel do
zaczepek, czy innych zdarzeń? Nie wiem.
My dziękujemy za taką pomoc i w minutę podejmujemy decyzję. Szukamy innego,
spokojnego miejsca na noc. Do kogoś się już nie „przytulimy”, jest za późno, ale
kilkaset metrów dalej jest szpital. Wjeżdżamy na teren, a w izbie przyjęć
pytam, czy możemy tu zostać do jutra. Pracownik izby przyjęć popatrzył. Wskazał
miejsce bardziej oświetlone i ok. Po chwili telefon od koordynatora z Tunisu.
Gdzie jesteście? Koło szpitala. Dlaczego nie wykonujecie zaleceń policji?
Trochę ostra wymiana zdań przez telefon….
Na koniec usłyszałem: to „róbta
co chceta”.
 |
Nasza asysta na terenie szpitala. |
Kolejny telefon, po angielsku, gdzie
jesteście? Koło szpitala. Za chwilę pojawia się dwóch mężczyzn – to ochrona
szpitala. Będziecie tu stali? Tak. Uzgodnione? Tak, na izbie przyjęć pytaliśmy
i dostaliśmy zgodę, poza tym stroimy przecież na ogólnodostępnym parkingu. Po
chwili kolejny telefon, gdzie jesteście, bo policja w Gafsa was szuka, następnie telefon
z policji, gdzie jutro jedziemy? Potem znowu telefon z Tunisu, gdzie jesteście?
Koło szpitala Was nie ma, nie mogą was znaleźć! Mówię, biorę latarkę i idę na
piechotę poszukać policji, która nie może nas znaleźć. Upewniam się na izbie
przyjęć, czy to jedyny szpital w mieście? Tak. Jedyny - szpital regionalny. ( dobrze,
że nikt nas nie porwał, bo nikt by nas tu chyba nie odnalazł . Wychodzę na ulicę.
Jedzie radiowóz. Trzech policjantów. Pytają, czy tu będziemy stali? Tak, bo tu
cicho i spokojnie, a poprzednie miejsce wskazane przez Was było nie do
zaakceptowania. Ustalamy, że jak by coś, to możemy dzwonić na ich numer
alarmowy i jeszcze jeden numer dodatkowy. No i spokój. Poszli jeszcze do kogoś
w szpitalu, zapewne coś ustalić i jest super. Mogę spokojnie pisać bloga, a
Teresa błogo sobie śpi. Co przyniesie jutro? Przyniosło! Rano znowu rozmowa z
policjantami, z kim ustaliliśmy tutejszy postój, czy było bezpiecznie itp.
Odpalamy kampera i jedziemy po pieczywo. Samochód policyjny za nami. Teresa
wychodzi do piekarni. Jeden policjant za nią. Jedziemy na stację zatankować
wodę. Następuje zmiana radiowozu. Teraz 3 mundurowych z długą bronią. Wyjeżdżamy
za tablicę z przekreślonym napisem Metlaoui
– policja zawraca. Zatrzymujemy się na śniadanie. Naszą przygodę z policją
w Matlaoui opisałem dość szczegółowo, aby każdy, szczególnie karawaningowcy,
mogli wyrobić sobie pogląd jak obecnie wygląda podróż po Tunezji? Na co trzeba
być przygotowanym? Co jest prawdą, a co nazwijmy to niedopowiedzeniem. Mamy
tutaj już sporo znajomych i nagle wszystko staje się bardziej jasne!. Dostajemy
nieoficjalny „cynk” po górach, pomiędzy Metlaoui, a Gafsą – gdzie dzisiaj jedziemy
– ścigane są osoby podejrzane o terroryzm. Ręce opadają.
 |
Droga do Gafsa. |
Przejazd do Gafsa to zaledwie 40 kilometrów, po
drodze pomachaliśmy sobie z maszynistą, który ciągnął skład z fosforytami.
Skarbem tych ziem. Stajemy blisko medyny. Wypada zobaczyć, a może i wykąpać się
w basenach rzymskich? Nic z tego.
Woda w nich ciepła, albo inaczej. Wpływa do nich woda ze źródła termalnego o
temperaturze prawie 30 stopni i tu staje się ściekiem. Z różnymi śmieciami,
plastikami, petami. Brawo Tunezyjczycy. Pytam o informację turystyczną – czynna
była w ubiegłym roku. Pytam o dwa ciekawe domy, zamienione na mini muzea? Oba
zamknięte. No to idę na spacer. Ups Widzę sporą grupę młodych ludzi, namioty,
transparenty, jakieś karimaty.
 |
Gafsa. Baseny rzymskie. |
Wszystko obok budynków z flagą Tunezji. Z jednej
strony tego obozowiska stoi transporter opancerzony i kilku żołnierzy, z
drugiej radiowóz z policjantami. Podchodzę z wolna, idę powoli, podchodzą do
mnie młodzi protestujący i mówią, że są studentami miejscowego uniwersytetu i
protestują przed budynkiem gubernatorstwa, ponieważ sprawy w Tunezji idą w złym
kierunku. Proszą o zrobienie im zdjęcia i poinformowanie o ich proteście.
Odpowiadam, że studenci na całym świecie przeciwko czemuś protestują i to jest
normalne. Jak się dowiedzieli, że jestem Polakiem to pytają, dlaczego tak się
teraz w Polsce dzieje? Czy ja się mam za PiS tłumaczyć do cholery.
Powiedziałem, że nie wiem, bo od dawna w tym kraju nie byłem. Zdjęcie mogę
zrobić, jak mi policja pozwoli, która przysłuchiwała się naszej rozmowie.
Policja nie pozwoliła, no to zdjęcie musiałem zrobić dopiero po odejściu, z
„przyczajki”. Ale wtedy podjechały już dwa albo trzy samochody „osobowe”, które
zasłoniły protestujących od strony ulicy.
 |
Fajne miejsce na postój. Ale nie wolno!!! |
Na tym skończyło się nasze zwiedzanie
tego zakurzonego, górniczego miasta. Wybrałem z mapy ciekawe miejsce na nocleg.
Są duże parkingi przy lotnisku pasażerskim. Będzie ok., spokojnie, a i policja
miejscowa będzie zadowolona zapewne. Przed lotniskiem bariery i zapory, ale
podchodzi do mnie ochraniarz. Mówi ok po angielsku, pyta czy jestem
Amerykaninem. Wyprowadziłem go z błędu, trochę popolitykowaliśmy o jankesach, a
potem wezwał szefa ochrony lotniska. Przyszedł „szef” i powiedział – lotnisko nieczynne, więc
zatrzymać się tu nie można. Patrzę z żałością, piękne parkingi na 200
samochodów stoją puste. Trudno, odwracam się na pięcie i szukamy dalej.
Lądujemy przed hotelem Gabes Palac.
 |
Miejscówka przed hotelem w Gafsa. |
Na parking wewnętrzny nie można - chyba, że pokój wynajmiemy. Samego parkingu
nie mogą sprzedać, bo mają komplet gości hotelowych. Takie tam arabskie gadanie.
Tak sobie teraz myślę. Jeździmy po tej Tunezji raczej, jako jedyny kamper.
Przykładowo, dajmy na to, że z promu wytacza się 10 kamperów, 5 ekip na
rowerach, tyle samo samochodami terenowymi i ze trzy „autostopy”. To już
sytuacja nie do ogarnięcia w tym kraju! Żadne siły policyjne nie opanują
takiego najazdu. Ktoś musi w końcu powiedzieć: TUNEZJA – NIE DLA TURYSTY INDYWIDUALNEGO!!!
Ten kraj nie jest przygotowany na ten rodzaj turystyki. Co innego to turyści
hotelowi. Umieszczeni w Zonach Turystycznych. Oznakowani tablicami. Ochraniani
przez specjalnie do tego celu powołaną brygadę policji turystycznej, przez
ochronę hotelową. Eskortowani w czasie autobusowych wycieczek fakultatywnych.
To tak. Jeśli komuś sprawia przyjemność spędzanie urlopu w takich warunkach, w
turystycznych gettach? To jego sprawa, jego pieniądze, jego wybór i jego życie.
Bo ktoś tu zapomniał jeszcze o jednej rzeczy. Na terenie Tunezji trwa cały czas
nabór młodych mężczyzn, jako najemników państwa islamskiego. Do Libii. Codziennie
docierają tutaj do nas informację o sukcesach i porażkach w walce z państwem
islamskim. Do Polski nie dociera nawet 1% tych informacji. Bo i po co? MSZ
ogłosił 2 stopień zagrożenia dla turystów i ………….. ma rację, więc za
przeproszeniem, przestańcie nam Państwo pieprzyć, że Tunezja jest już
bezpiecznym krajem i masowa turystyka powinna tu wrócić jak najszybciej. Wiemy,
rozumiemy. Chęć wzbogacenia się, zysku. Sprawa jasna. Ale nie za cenę czyjegoś
zdrowia, czy życia! Znowu przyspieszyłem z tymi wnioskami z podróży, ale przez
tych kilka ostatnich dni, nic raczej się nie zmieni w tej materii. Dość na
dzisiaj. Jutro też jest dzień i planujemy go spędzić wśród rzymskich ruin w
mieście Sbeitla. I tak się stało.
 |
Pierwsze wrażenie - urocze ruiny. |
100 kilometrów za nami. Parkujemy obok muzeum
parku archeologicznego Sbeitla.
Najpierw dopadł nas miejscowy frojnd. Zaoferował do sprzedaży coś z wykopalisk.
Został odesłany „do diabła”. Zjawił się drugi. Zaoferował starożytne pieniądze.
Potem podeszło dwóch, ale okazało się, że to policja turystyczna nas powitała.
Ponieważ nie wylegitymowali się, więc pozwoliłem sobie obmacać ich w rejonie
pasa. Broni przy sobie nie mieli, bo to niedziela. Ponieważ nic nie oferowali
do sprzedaży, więc stawiałbym, że to funkcjonariusze policji raczej. Bilety do ruin
i do muzeum po 7 + 1 TND na osobę. Jeden to za aparat fotograficzny i biegamy
po starożytnym mieście. Albo raczej po tym, co z niego pozostało, a pozostało
niewiele, ale nie ma to jak radosna twórczość tunezyjskich archeologów.
 |
To już radosna ekspozycja - na murku. |
Murki,
setki metrów murków wszędzie, jednakowe i mają uwydatnić istniejące przed
wiekami obiekty. Czasami współcześni budowlańcy tak się rozpędzili, że
zamurowali całe pomieszczenia. Nie
wiadomo jakie i w jakim obiekcie, bo
nawet połowa odbudowanych konstrukcji nie jest opisana. Właściwie, to dobry
pomysł z tą małą ilością informacji, bo włóczysz się gdzie chcesz i sam jesteś
zmuszony do myślenia. Co to było ? Zwyczajem tunezyjskim jest również, nie
otrzymywanie w czasie zakupu biletu jakiejkolwiek broszury, czy choćby szkicu,
jak chodzić!!! Obecnie domyślam się, że jest to radosna zmowa z przewodnikami
wszelakiej maści, którzy atakują turystę po wejściu na teren wykopalisk. Czyli
cena biletu + 20 dinarów (w Sbeitli) za przewodnika. Kupując bilet można dostać
co najwyżej folder po włosku lub hiszpańsku. Ale to jeszcze nie wszystko.
Biegam po tych ruinach dość szybko, bo jeszcze muzeum jest do „zaliczenia” na
ten sam bilet. Zostawiam sobie na to 40 minut. I co?
 |
Wejście do muzeum w Sbeitli. |
Muzeum już zamknięte!
Zostało zamknięte godzinę wcześniej – doniesiono mi. Trudno, jutro też jest
dzień, więc dokończę zwiedzanie, pewnie dzisiaj obsługa spieszyła się na
spotkanie. Jedno trzeba ruinom Sbeitla przyznać, że część obiektów, na przykład
świątynie bóstw kapitolińskich, są szalenie fotogeniczne. Jednak już
baptysteria w ruinach kościołów bizantyjskich, były szalenie trudne do
odwzorowania fotograficznego. I tu znowu przychodzi mi na myśl moja teoria, że
nie sztuka pisać książki lub artykuły o fotografowaniu w podróży, ale sztuką
jest podróżować i fotografować jednocześnie. Osobiście, od kilku wyjazdów
korzystam z aparatu Olympus E-P5 i jestem z niego zadowolony. Jest tak zwanym
bezlusterkowcem, czyli aparatem dużo lżejszym od lustrzanek. To bardzo ważne w
podróży. Wracając do zwiedzania. Chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz.
Obojętnie gdzie przebywamy, czy to w Turcji, Maroko, czy Tunezji.
 |
Nielegalny handel zabytkami kwitnie. |
Jeśli
zaniosło nas do jakiejś atrakcji turystycznej, miejsca często odwiedzanego
przez turystów, to wystrzegajmy się jak ognia wszelkich okazjonalnych zakupów,
„oryginałów”, staroci z przed wieków itp. propozycji zakupu. Nie macie
najmniejszych szans z przemysłem robiącym doskonałe podróbki. Ze specjalistami
od postarzania przedmiotów. Powiem tak, jeśli coś mi się podoba i widzę to, jako
pamiątkę z mojej podróży, która przypominać będzie jakieś miejsce, to dyktuję
cenę i nic mnie nie wzrusza. Tak w Turcji kupiłem „monetę bizantyjską” za 5
TRY. Cena wyjściowa była ….. 100! W Albanii nie kupiliśmy rzeźbionych tac z
drzewa oliwnego, bo były …… plastikowe. W Mauretanii nie kupiliśmy starego
bębenka Tuaregów, bo był „Made in Chine”, a sprzedająca przyznała w końcu, ze
skóra z kozy, na tym bębenku jest mauretańska na 100%.
 |
W ruinach bazyliki Bellatora. |
Przykładów mogę podać
jeszcze kilka. Trzymajmy się zasady. Odpędzajmy oszustów, bo większe szansę na
wygraną mamy w Lotto. Jeszcze tylko druga kontrola dokumentów, przez inny
komplet policjantów, jeszcze tylko moja naiwność, że ruiny są w nocy oświetlone
(sporo lamp jest zamontowanych) i już można iść spać. Rano idę ponownie do muzeum.
Zamknięte na 3 kłódki, żadnej informacji, tabliczki o godzinach czy dniach
otwarcia oczywiście nie ma. Już mam podniesione ciśnienie. Brama wejściowa na
teren archeologiczny otwarta, no to może w ramach rekompensaty zobaczę teatr
antyczny, bo dopiero w nocy, w internecie o nim doczytałem. Dogania mnie jakiś
facet i mówi, że wczorajszy bilet, na wczoraj, a dzisiaj trzeba nowy.
 |
Świątynie kapitolińskie. |
Ma rację.
Uszy po sobie i wychodzę. Pytam go o muzeum, które wczoraj ktoś wcześniej
zamknął. Dzisiaj otwarte jest, mówi dobitnie. Pokazuję mu zdjęcie z kłódkami i
pytam, co to? Gdzieś dzwoni i mówi spokojnie – zamknięte. Idę, więc do
reprezentacyjnego budynku z kasą biletową i pytam o muzeum. Dzisiaj muzea są
zamknięte, mówi pani. Ale ruiny otwarte? Tak, ruiny czynne. Pytam o cenę biletu
łączonego z muzeum: 7 TND, a dzisiaj bez muzeum? Też 7 TND. Pytam o jakąś informację wizualną na
ten temat. Pani głupio się uśmiecha. To ja mam tylko jedno pytanie w tym
momencie. Kto w tym kraju, za ten burdel turystyczny odpowiada? Brzydkie słowo,
ale skoro turystów nęci się do przyjazdu na wszystkie możliwe sposoby, a potem
traktuje jak rodzime śmieci, to inne określenie tu nie pasuje. Może ktoś nie
widzi tego będąc na wycieczce fakultatywnej, oragnizowanej przez biuro podróży. Ale my takie sytuacje
mamy prawie na co dzień! Mogę się
pokusić o jeszcze jedno stwierdzenie – największym problemem Tunezji, w sumie
pięknego kraju, o zróżnicowanym krajobrazie, zabytkach, wybrzeżu morskim, są ……..
Tunezyjczycy. Tunezyjczycy …… mężczyźni! Bo sam nie wiem, jakim cudem może
istnieć kraj, który ma nawet jakieś aspiracje do struktur europejskich, gdzie
widać dookoła pracujące kobiety, a mężczyźni całymi dniami przesiadują w
knajpach a niektórzy, co najwyżej handlują czymś przy ulicy lub na sukach?
Wiem! Nie wszyscy, ale piszę tylko o tym, co widzimy włócząc się od kilku
tygodni po Tunezji, obserwując praktycznie 24 godziny życie, jakie tu się
toczy.
Do granic miasta odprowadza nas samochód
policyjny z trzema funkcjonariuszami. Potem 100 kilometrów samotnej jazdy. Tak
sobie myślimy, w mieście nikt nam krzywdy nie zrobi, bo obstawa 24 godziny, ale
pomiędzy miastami? Wieś gminna niesie, że od kilku dni jest „bieganina” po
okolicznych górach za terrorystami. I co? I Nikt nie zaprzecza, ani nie
potwierdza.
 |
Nasze miejsce w Kairuan. |
Wjeżdżamy do Kairuan. To
już coraz bliżej Tunisu. Duchowa stolica Tunezji. Nasze ostatnie większe
zwiedzanie w tym kraju. Trzeba się przygotować. Dostajemy namiar na fajną
miejscówkę N 35.68636 E 10.09704. Przed
hotelem Continental. Różnica pomiędzy za ogrodzeniem hotelu, czy przed
ogrodzeniem jest warta 54 złote za dobę. PRzygotowuje się do zwiedzania, coś
tam czytam, a po godzinie są. Policja. Nic nowego. Grzeczna wymiana zdań i
pytanie na ile? Ja mówię, że miasto ciekawe, to i z 3 noce tu spędzimy. Widzę
trwogę na ich twarzach. Może do hotelu na ten okres? Ja mówię, że nie, że to
jest nasz dom i jeśli tu nie można, to oczywiście przepraszamy i przeniesiemy
się w inne miejsce. Nie, nie, można oczywiście. Dostali karteczkę z naszymi
danymi personalnymi. Potem widziałem instruktaż udzielony ochronie hotelu, następnie
ochraniarzowi biura promocji turystycznej, bo koło niego właśnie stoimy, a na
koniec policjanci z drogówki, z pobliskiego skrzyżowania przenieśli się nieco
bliżej. I jest fajnie. Coraz więcej programów TVSat udaje się zlokalizować.
Minęły dwie godziny. Stukanie. Policja inna. Proszą paszporty do kontroli.
Pytają, czy my z ……… Kanady? Nie. Tu będziemy stali? Tak. Spisują dane z
paszportów. Karteczek nie rozdajemy, bo liczyliśmy ich ilość na jedną dziennie.
Tymczasem rozdajemy ich więcej. Potem widzę, jak kolejny instruktaż mają
udzielany obaj ochraniarze. Prężą się przed stróżami prawa. Biedni są Ci
ochraniarze.
 |
Perełka Kairuan. Wielki Meczet. |
Rano czas na zapoznanie się z tym najbardziej konserwatywnym, jak
twierdzą przewodniki pisane, miastem w Tunezji. Do tego medyna, jako pomnik
UNESCO, religijność itp. Jest to czwarte - co do ważności - miasto wyznawców
islamu, po Mekka, Medyna i Jerozolima. No to start. Najpierw trzeba udać się do
biura turystycznego, na szczęście stoimy obok niego. Proszę o bilet. Jest jeden
na 6 zabytków miejskich za 10 TND plus 1 za możliwość foto. To jeszcze pikuś,
ale do wypełnienia dostaję kartkę po francusku. Trzeba wpisać dane personalne,
potem jakieś punkty.
 |
Co ja podpisałem? |
Co to? Oby to nie było zobowiązanie do przejścia na islam,
albo innej współpracy. Na wszelki wypadek ujawniam to, aby nie było z takim
jednym, co go jakiś IPN ściga teraz. Potem ruszam w kierunku Wielkiego Meczetu. W drodze, gdzieś na
ulicy Ibn El Jazzar, zostałem
przywitany przez miejscowych małolatów. Troszkę mnie kamieniami obrzucili, ale
tylko troszkę! Bezboleśnie, bo i kamienie były małe. Nawet trochę dokumentacji
tego faktu wykonałem, bo na miejscowych kamieniarzy najlepsze jest wyciągnięcie
aparatu. Metoda sprawdzona po raz drugi. Do meczet trafić nie jest trudno, choć
wcale nie jest tu pomocna „mapka”, którą dostajemy przy zakupie biletu.
 |
Wnętrze Wielkiego Meczetu. |
Totalnie nieczytelna, bez informacji, w jakich godzinach otwarte są
poszczególne zabytki, a jest tu spory rozstrzał. Bilet ważny jest jeden dzień i
trzeba zwiedzanie dobrze rozplanować. Tymczasem meczet jest interesujący. Pod
względem historii i architektury. Szkoda, że dopiero dwa dni później
dowiedziałem się, że można było wejść do wnętrza meczetu. Na terenie Tunezji
jest to zabronione dla niewiernych. Tymczasem rzuciła mi się w oczy jedna rzecz
i pewna analogia. Na terenie Krety widziałem rzymskie zabytki zbudowane z
greckich kamieni z napisami. Na Sycylii kościoły z rzymskich świątyń
postawione.
 |
Symboliczna lampa z meczetu. |
Tutaj w minaret wbudowane są również rzymskie kamienie, niektóre z
napisami „do góry nogami”. Czy nie ma religii, która by szanowała inne
wyznania? Nawet te z przeszłości? Po Wielkim Meczecie staram się zlokalizować
pozostałe zabytki. Na terenie medyny nie jest to proste. Zwyczajowo brak tablic
informacyjnych lub strzałek. Jak wieczorem popatrzyłem na swój track, czyli
ślad w telefonie, to wyglądał niczym marsz pijanej muchy po szybie. Ale
przynajmniej dokładnie zwiedziłem medynę, nawet bardzo dokładnie!
 |
Medyna w Keiruan. |
No, jakoś udało
się zobaczyć trzy mauzolea, każde inne i każde daje nowe spojrzenie na historię
islamu. Na koniec zostawiłem sobie baseny
Aghlabitów. Najważniejszą na świecie konstrukcję hydrotechniczne arabskich
inżynierów. Służyły one, jako zbiorniki wodne dla miasta i do nawadniania
okolicznych terenów. Kiedyś tych cystern było 14. Jednak pod koniec dnia
okazało się, że zabraknie czasu do zobaczenia ostatniej pozycji na bilecie – muzeum Rokkada, które położone jest 11
kilometrów od miasta. Trudno. Drugiego dnia wjeżdżamy na teren hotelu, bo trzeba
uzupełnić zapasy wody i zrzucić ścieki. Potem staramy się znaleźć miejsce,
gdzie można kupić oliwki. Większą ilość, które planujemy zabrać do Polski. Nic
z tego. Na sukach dominuje plastik z Chin. Okolice Kairuan, to głównie
plantacje drzew oliwnych. I co? I tylko można pomarzyć o Maroko, gdzie oliwki i
to w dużym wyborze, kupić można było wszędzie i w dobrej cenie. Zapewne
przyjdzie nam dokonać zakupów na terenie Włoch. Tymczasem kilka migawek z tego ciekawego miasta, gdzie skrajność goni skrajność.
 |
Jedna z ciekawszych medyn w Tunezji. Keiruan. |
 |
Sklep z dywanami. |
 |
Zawija Sidi Abid el Ghariani |
 |
Zawija Sidi Amor Abada |
 |
Specjalność Kairuan. Ciasteczka makrouda. |
 |
Studnia Bir Barrouta. Napędzana wielbłądem. |
 |
Medyna i przewaga plastyku z Chin. |
 |
Zawija Sidi Sahbi czyli meczet Fryzjera. |
 |
Do grobu fryzjera wstęp chyba wzbroniony. |
 |
Kairuan nie jest wyjątkiem w Tunezji. |
 |
Kairuan. Rzeczka po regulacji brzegów. |
Wieczorem spotykamy się z nowo
poznanym małżeństwem, Sylwią i Fredj Aziz. Grubo po północy kończymy długie i
interesujące rozmowy. Fredj kończył studia medyczne w Polsce, bronił tam pracę
doktorską. Ćwierć wieku temu, wraz z żoną
przyjechali do Tunezji. Fredj, to skarbnica wiedzy o Tunezji i jej
sąsiadach. Mamy zbieżne poglądy o rolach Izraela i Amerykanów, w niesieniu
wolności i demokracji, na terenie Afryki i Półwyspu Arabskiego.
 |
Zwykły sufit domu naszych tunezyjskich przyjaciół. |
I właśnie takie
spotkania najbardziej sobie cenię w podróży. Spotkania i rozmowy z żywymi ludźmi
są cenniejsze nawet od zwiedzania zabytków. Dalszą część spotkania przekładamy
na dzień kolejny. Poza tym zapadła decyzja, co do terminu naszego powrotu do
Europy. Nie wiem, czy przypadkiem nie wyczerpaliśmy już limitu bezpiecznego
pobytu w tym kraju? Właśnie dowiadujemy się, że w nocy zastrzelono na granicy
libijskiej 5 terrorystów, w czasie próby przedostania się do Tunezji. Potem
okazuje się, że to nie próba, ale 3 samochody terenowe wjechały już na teren
kraju, a bitwa rozegrała się jakieś 60 kilometrów od rejonu naszego szwendania
się po południowej Tunezji. Mamy tylko nadzieję, że sprawność miejscowej służby
bezpieczeństwa jest wysoka? Ale to tylko nadzieja, bo przecież kilka lat temu
tunezyjska „bezpieka” została przez obecne władze „rozmontowana”, łącznie z jej
aktami. Wiadomo jednak, że w ciągu 5 lat można, co najwyżej technikum skończyć,
a nie zorganizować „od zera” sprawnie działające służby. Tymczasem miejscowi
potwierdzają nam, posiadane wcześniej informację, że w górach środkowej Tunezji
istnieją grupy uzbrojonej młodzieży. Oczywiście żaden policjant Wam tego nie
potwierdzi, również miejscowe agendy ONTT, czyli ministerstwa turystyki, będą
powtarzać, że jest zaje-bezpiecznie i masowo należy wracać na wypoczynek do
Tunezji. Niestety tym razem przychylamy się do komunikatu polskiego MSZ „odradza się podróżowania po Tunezji”.
Moja diagnoza jest jeszcze gorsza…, ale o tym na koniec. Tymczasem postanawiamy
skierować się już w stronę Tunisu. Jeszcze kilka spraw mamy tam do załatwienia,
zaległe spotkania, rewizyty itp. No i muzeum Bardo. Bezapelacyjnie. Za nami już
2 miesiące podróży po Tunezji. Mogliśmy zobaczyć może jeszcze z 2-3 miejsca.
Pozostałe wymagałyby zmiany nazwy wyjazdu. Z podróży po Tunezji, na misję
samobójczą po tym kraju i przysłowiowym igraniem z ogniem, czyli jutro autostrada
i kierunek Tunis. Bez pośpiechu. I tak też się stało. Wjeżdżamy na autostradę,
to znaczy na prawie autostradę, bo na poboczu pasą się, co pewien czas barany.
Przyznać jednak trzeba, że nie wychodzą na jezdnię. Na bramkach płacimy 2 x
3.200 TND, czyli w sumie jakieś 14 złotych za 90 kilometrowy odcinek.
 |
Spacer z Hanną, Anną i dziećmi uroczymi. |
Późnym
popołudniem zajeżdżamy do Hanny, gdzie ponownie spotykamy Annę i jej urocze córki.
Hanna i Anna to „polonistki”, czyli tunezyjska polonia. Oczywiście nie cała, bo
w tym kraju jest kilkaset kobiet polskiego pochodzenia i ……… o ile dobrze
pamiętam jeden mężczyzna. W miłym towarzystwie słuchamy tunezyjskich opowieści,
sami coś paplamy, a z mężem Hanny – Mustafą nawet politykujemy. Jest o czym, sprawy w Tunezji nie wyglądają wcale dobrze.
Wczoraj, po naszym wyjeździe z Kairuan, aresztowano 4 ekstremistów. Dzisiejszej
nocy grupa 40 terrorystów napadała w rejonie Sidi Bouzid na kilka prywatnych domów
w poszukiwaniu jedzenia. Kilka dni temu jeździliśmy po tamtym gubernatorstwie.
Czyli można powiedzieć, że nasza podróż po Tunezji obdarzona jest dużą dozą
szczęścia. Wszystkie groźne wydarzenia mają miejsce od kilkunastu godzin, do
kilkunastu dni od momentu opuszczeniu przez nas jakiegoś rejonu czy też miasta.
Tylko czy na tym polega turystyka? Czy raczej jest to miejsce dla łowców
przygód i sztuki przetrwania? Wiem i już słyszę te oznaki wzburzenia: przecież
nasze hotele są dobrze chronione i jak ktoś nie będzie je opuszczał, to ….. No
właśnie, co to? Nie wiem jak wygląda sprawa tunezyjskiego hotelarstwa. Nie znam
miejscowych realiów, cen, standardów. Nie wypowiadam się w tym temacie. Jak już
wspominałem, jeśli komuś odpowiada taka forma wypoczynku urlopowego, to jego
sprawa – za jego pieniądze. W „zonach turystycznych”, pod opieką turystycznej
policji. Ma duże szanse na powrót z wakacji w całości. Może tak trochę
przejaskrawiam swoją relację, przeplatam wiadomościami „z drogi” i z aktualnej
sytuacji w Tunezji. Prawie codziennie rozmawiamy o naszym bezpieczeństwie.
Takiej podróży jeszcze nie mieliśmy. Nawet w Gruzji, Mauretanii czy też
Albanii. To jest zupełnie nowe doświadczenie w naszym kamperowaniu. Ale tak już
jest. Jutro niedziela i wizyta w polskiej Ambasadzie. Będziemy świętować Dzień
Kobiet, ale przed spotkaniem w ambasadzie udajemy się na spacer po miasteczku Boumhel. Pięknie wyglądają pola
kwitnącego rzepaku. Nie mniej interesujące jest gospodarstwo ogrodnicze El Bahri. Kiedyś największe w Tunezji,
choć lata świetności ma dawno poza sobą, to i tak miło było pospacerować wśród
wiekowych okazów.
 |
Święto kobiet w polskiej ambasadzie. |
Następny dzień to - ambasada i spotkanie z okazji Dnia
Kobiet, w którym udział wzięło około 30 Polek zamieszkałych na terenie Tunezji
i kilku panów różnej narodowości. Były życzenia Pani Konsul RP, pogaduszki przy
ciastkach własnego wypieku, wspólne foto i nawiązywanie nowych znajomości.
Trochę mnie zdziwiło, że nikt z „panów mężów” nie złożył życzeń w imieniu
przedstawicieli „płci mniej atrakcyjnej”, ale widocznie taki tu zwyczaj. Tym
bardziej, że przekonywano mnie, że kobiety w Tunezji mają jeszcze jedno święto
kobiet, w dniu 13 sierpnia. Zapewne wtedy jest świętowanie! Rano dowiadujemy
się o walkach na terenie Ben Guerdane,
na południu Tunezji. Kilkadziesiąt osób zabitych, lotnictwo w akcji. Wyspa
Djerba zamknięta, bo to w jej pobliżu mają miejsce te manewry. Czyli generalnie
miło i spokojnie podróżuje się po Tunezji, jest tu słonecznie i bezpiecznie. My
jednak kupujemy przez internet, bilet promowy do Salerno. Dosyć przeciągania
struny. Limit szczęścia chyba wyczerpany. Jeszcze ostatnie spotkania, telefony,
załatwianie spraw odłożonych na ostatnie dni. Może wypad na kawę do La Marsy?
Dobry pomysł. Jemy pyszne naleśniki, w towarzystwie Doroty, Marioli i Adama.
Podsumowujemy swoją wędrówkę po Tunezji. W nocy przemieszczamy się w rejon Muzeum Bardo. Trzeba przejechać cały
Tunis. I znowu nowe doświadczenie. Ruch drogowy ma charakter bardzo
demokratyczny. Jazda samochodem „pod prąd”? - jeżeli nie za daleko, to można.
Przejazd skrzyżowania na czerwonym świetle? - jeżeli nic nie jedzie, to jest
wskazane, ze względu na upłynnienie ruchu. Aby miejscowi kierowcy nie posądzali
mnie o tchórzostwo, sam to zrobiłem ze 2 razy. Fajne odczucie. Proszę kiedyś
spróbować, byle nie w Europie! Aż się
cisną na usta słowa: Tunezyjczycy! Wam demokracja z anarchią się pomyliła! W
końcu docieramy w rejon Barda. Parking zamknięty, obiektu pilnuje policja.
Stajemy nieopodal. Za chwilę wizyta policji, legitymowanie i można iść spać. A
propos legitymowania. Kilka razy pisałem, że policjanci mili i uprzejmi nam się
trafiali. Potwierdzam. Dzisiaj przyszli mundurowi, bez czapek, oglądający
paszporty trzymał papierosa w zębach. Wyglądało to okropnie. Rano wjeżdżamy na
parking National Museum BARDO. Przy bramie stop i policja myszkuje po kamperze.
Otwieram garaż, wchodzi do środka, potem lusterkiem podwozie kampera. Obok
samochodem osobowym wjechało trzech cywilów. Pokazali przez szybę plakietkę z
napisem Press. Wyglądali bardziej terrorystycznie niż my. No, ale przepis
przepisem i prawo trzeba przestrzegać. To nasze credo wyjazdowe. Szanujmy prawo gospodarzy!

Przy wejściu
do budynku muzeum jest tablica z nazwiskami ofiar ataku terrorystycznego z
przed roku. Odnajduje nazwisko brata mojego przyjaciela z wojska. Potem bilety
po 11 TND + 1 za fotografowanie i ……… Staramy się ustalić gdzie jest początek
zwiedzania. Otrzymaliśmy wprawdzie „z pod lady” coś na kształt planu
ekspozycji, ale jako osoby o zbyt niskim IQ, przez kilka minut nie mogliśmy się
domyśleć, co autor tej grafiki miał na myśli, bo na parterze są sale od numeru
37, a jedna z pracownic mówi nam, że numer 1 jest na II poziomie, ale to
niezgodne z chronologią dziejów Tunezji. Postanowiliśmy, więc iść przez parter
mając ścianę po prawej stronie. No i nawet fajnie nam szło.
 |
Sarkofag za 1 mln dolarów. |
Niedawno jedna z
koleżanek, lokalnych przewodniczek powiedziała nam, że Tunezja wcale nie musi
się wzorować na muzealnictwie europejskim! I ma rację. Szanujemy to. Tylko, że
zwiedzający tunezyjskie muzea, też wcale nie muszą tego pochwalać, i dobrze się
o placówkach kulturalnych wypowiadać. Chodzimy sobie swoim tempem przez sale.
Gdzieś w dziale sarkofagów pilnujący pyta, czy chcemy coś ciekawego zobaczyć?
No pewno. Dodaje jeszcze, że jesteśmy drugimi Polakami w tym roku. No i prowadzi
nas korytarzem, który był zagrodzony wcześniej sznurkiem. Zobaczyliśmy tam
piękne sarkofagi, w tym jeden „nówkę”, odkrytą przypadkowo w ubiegłym roku w
Kartaginie.
 |
Narzędzia chirurgiczne z przed 1700 lat. |
W czasie budowy sauny właściciel dokopał się do niego, a potem,
jako że był narodowości francuskiej, dostał nagrodę w wysokości 1% wartości
zabytku, czyli w tym przypadku jeden milion dolarów. Jak powiedział nam
pracownik muzeum, gdyby dokopał się do tego sarkofagu Tunezyjczyk, to by dostał
dwie „bransoletki” ( kajdanki) na ręce. Potem, jako dodatek pokazał nam leżącą
w kącie zawartość sarkofagu, ze szczątkami - ojca Hannibala – Hamilkar Barkas się nazywał. Potem
nastał czas na zwiedzenie największych sal z pałacu bejów. I znowu zdziwienie w
naszych oczach. Wyobraźmy sobie: sufit wykonany w stylu osmańskim, drewniana
lekka konstrukcja, a na ścianach dookoła i na podłodze romańskie mozaiki.
 |
Najpiękniejsza mozaika "Wirgiliusz i muzy" |
Wokół
ustawione masywne posągi z tego samego okresu. No tego nie przełknie żaden
student architektury wnętrz. To teraz nas nie dziwi jedno z pytań ankieterek,
które przy wyjściu z muzeum stały: „Czy według Ciebie właściwe jest
eksponowanie zabytków w tutejszym muzeum?” Ale nim wyszliśmy z muzeum, pokazano
nam miejsce, gdzie rok temu miał miejsce atak terrorystyczny i gdzie ginęli
turyści.
 |
Pozostałości po terrorystach. |
 |
Ślady po kulach. |
Pozostały tam ślady po pociskach, na ścianach, w gablotach, drzwiach i
oknach. To robi wrażenie. Tego się nie zapomina i to umacnia człowieka w
pewnych poglądach. Godzina szesnasta. Za późno już na zwiedzenie Narodowego Muzeum Wojskowego, które
znajduje się 3 kilometry za Bardo. Jedziemy tam i znajdujemy super miejscówkę,
na terenie campusu uniwersyteckiego. Jest tu knajpka, gdzie dobrze i tanio dają
jeść.
 |
Super nocleg w kampusie. |
Jej właściciel zadzwonił do Dyrektora campusu z zapytaniem, czy możemy tu
zostać na noc, a potem dał nawet swój numer telefonu, że gdyby coś. I tak oto
zakończyliśmy tegoroczny Dzień Kobiet. Ostatnią rzeczą, jaką chciałem zobaczyć
w Tunezji, to Narodowe Muzeum Wojskowe. Mieści się na przedmieściach (?)
Tunisu, w Manouba. Trudno go
namierzyć, bo mieści się w jednostce wojskowej. Wstęp 1 TND, fotografowanie 2
razy więcej. Opiekę nade mną obejmuje sierżant pełniący rolę kasjera, kustosza
i przewodnika, mówi, że pisze artykuły. Jak na to, że też jestem wojskowym.
Rozmawiamy po angielsku.
 |
Muzeum wojskowe w Manouba. |
Muzeum mieści się w pałacu tureckiego dostojnika.
Obiekt odrestaurowany. Sama ekspozycja mądrze wkomponowana w zabytkowe
pomieszczenia. Da się? Jest dział dotyczący Kartaginy. Widać, że Tunezyjczycy
chętnie wracają pamięcią do tamtych czasów i czują się spadkobiercami
Hannibala. Oj, gdyby Hannibal o tym wiedział! Potem znacząca ekspozycja
dotycząca czasów otomańskich, czyli tureckiego zwierzchnictwa nad terenami
obecnej Tunezji. Czyli Rzymianie potraktowani zostali, jako okupanci. W połowie
zwiedzania sierżant zapytał, czy dam mu jakieś kadu?
 |
Ja i armatka. |
Udawałem, że nie rozumiem,
o co chodzi. No to się chłopisko zniechęciło. Zaczął chyba opuszczać
pomieszczenia, potem wyprowadził mnie na zewnątrz. Stoi tam sporo sprzętu
ciężkiego. Podeszliśmy do jednego czołgu. Sherman? Bez informacji, a sierżant
zamilkł. Chciałem iść dalej, jakieś transportery, artyleria. Sierżant
zadecydował – koniec zwiedzania. Jak koniec, to koniec. Wróciłem do kampera, a
był zaparkowany kilkaset metrów od jednostki. Opowiadam Teresie co i jak, a tu
pukanie. Patrzę, a tu pieprzona sierżancina! Otwieram drzwi, a on: daj mi kadu.
Co za dziad? Szedł za mną i żebra, choć mundur na nim opięty z otyłości. Cała
tunezyjska armia jest taka? Dostał długopis, kilka pudełek zapałek i smyczkę.
Był szczęśliwy jakby, co najmniej sam Ben Guerdane oswobodził z rąk
terrorystów.
 |
Sklep mięsny,. Tu jednak inna kultura dobrego smaku. |
Jedziemy zatankować butle LPG (GPL tutaj zwane). Cena bez zmian:
0,737 TND za litr. Paliwo na full, ostatnie zakupy. W tym kilka kilogramów
oliwek. Jestem pies na nie. Zarażony przed kilkoma laty, podczas podróży po Krecie. Wieczorem stajemy
na parkingu, czyli ślepej uliczce, kilkaset metrów od portu w La Goulette. Przyjeżdżają starzy i nowi
znajomi na pożegnalną kawę. Poznajemy miłą, starszą panią Dorra Bouzid. Ikonę tunezyjskiego dziennikarstwa. Przyjeżdża też
policja. Legitymują nas i zalecają przesunięcie się (to normalne, na ogół każde
spotkanie z miejscową władzą kończy się jakimś mniej lub bardziej bezsensownym
zaleceniem) bliżej skrzyżowania, czyli 10-20 metrów, gdyż tu gdzie obecnie stoimy,
zbierają się pijaczki.
 |
Pożegnanie ze znajomymi. Za moment, z turystów staniemy się terrorystami. |
Nie dyskutujemy. Znajomi odjeżdżają. Minęła godzina 22 i
nagle walenie czymś twardym w kampera z jednej, drugiej strony. Jakieś krzyki.
Co jest? Napad w środku miasta? Niedaleko portu. Wyskakuje do kabiny. Z przodu
stoi jakiś człowiek z automatem wymierzonym w szybę. Z boku stoi drugi, też
celuje do mnie. Obrona w takiej sytuacji nie ma sensu! Kontem oka widzę, że
biegnie jeszcze jeden. Wszyscy ubrani w jakieś drelichy ciemne. Jeden w czapce,
drugi bez. Ten, co dobiegł coś krzyczy po francusku. Cholera go wie, co? Poddać
się mam? Macha karabinem jak lekko popieprzony. Pytam go spokojnie, czy jest
problem? On na to, że jakieś „newy” ( Marynarka Wojenna ).
 |
Miejsce szarży tunezyjskich wojsk na kampera. Troszkę ucierpiał kamper. |
Ja do niego, że tu
jest parking, taki jest znak. On, że nie ma parkingu, że papiren. Domyśliłem
się, że o paszporty chodzi. Podaliśmy. Oddał je facetom z wycelowaną bronią. Ci
poobracali je i zwrócili mi. Nawet broń opuścili i coś mi się wydaje, że wcale
nie byli zadowoleni z tego zwycięstwa nad dwójką starszych turystów w białym
kamperze, stojącym na parkingu. Mniemam, że nie byli to terroryści, bo Ci by
strzelali lub pojmali żywcem. Pospolici przestępcy zapewne by obrabowali. Ale
nie dopuszczam nawet myśli, że tak zachowuje się jakaś armia, czy też inne
zbrojne ramię państwa, które trąbi na lewo i prawo – Turyści! Wracajcie do
nas! Tu jest bezpiecznie! Więc co to było. Wsiadło to do samochodu, który
po chwili podjechał. Jakiś półciężarowy? Pozostały tylko ślady po uderzeniach
(kolbą?) w bok kampera. Będzie pamiątka z Tunezji. Teresa nieźle wystraszona,
ja jeszcze bardziej zdziwiony, że takie mamy pożegnanie, w tej turystycznej
perle północnej Afryki.
 |
Kontrole przed sklepem Geant. |
Tylko w tym momencie proszę, bez komentarzy w rodzaju, bo wiecie, ciężkie teraz chwile przeżywamy,
walczymy z terroryzmem itp.” Uwierzyłem, że w Tunezji jest ok., że jest
bezpiecznie i miło, że możemy tu przyjechać jako indywidualni turyści i
podróżować po kraju. Zapewniano nas o tym przed przyjazdem, miedzy inny Tunezyjski
Urząd ds. Turystyki i wiele indywidualnych osób z branży turystycznej. To samo
powtarzano nam już w czasie pobytu w Tunezji. I wcale nie okazało się to
prawdą. Gdy grupa naszych karawaningowych znajomych spędza spokojnie czas na
terenie Sycylii, Hiszpanii, czy Maroka, to my ciągle jakieś „przygody” w mamy.
Myślę, że gdyby nie nasze wieloletnie doświadczenie w podróżowaniu, w tym
pobyty w Albanii, Gruzji, Armenii, czy Mauretanii, to nasza przygoda
skończyłaby się w ciągu 48 godzin od czasu wjazdu do Tunisu. Natychmiastowym
opuszczeniem tego turystycznego raju. Ale mamy nadzieję, że za kilkanaście
godzin i tak go opuścimy. Może już bez zaskakujących zdarzeń? No, prawie bez.
Godzina 7.30 Dobijanie do drzwi. To jakiś odważny lump chce rozdawać jakieś
karteczki na prom, w zamian za piwo. Strzeliłem mu drzwiami przed nosem. Przed południem
kupujemy pieczywo i jakieś słodkości, za ostatnie dinary. Koło 14 dojeżdżamy
brakujące 300 metrów do portu.
 |
Karta pokładowa, bilety promowe i kolejne ankiety do wypełnienia: imię zawód, po co był? |
Biorę wydrukowane bilety promowe. To znaczy po
zakupie dokonanym przez internet, dostaje się maila potwierdzającego. Z jego
wydrukiem idę do kasy, gdzie sprzedaje się bilety na linię Grimaldi Lines. Podaję paszporty, pan sprawdza w komputerze i
wydaje już prawdziwe bilety promowe, kartę pokładową z informacją ile osób i do
jakiego portu płynie oraz dwie ankiety do
wypełnienia. Ankiety po francusku i arabsku, dla tunezyjskich władz.
Zapomniałem jeszcze podać ile bilet promowe kosztują. Trasa Tunis – Salerno
(port obok Neapolu) to koszt 260 EUR, a w jego skłąd wchodzą 2 osoby + kamper
(7 metrów długi, ponad 3 metry wysoki) za 190 EUR i 70 EUR za kabinę, bez okna.
Pytanie dlaczego do Salerno? Bo ekonomiczniej. Prom do Palermo to koszt około
120 EUR bez kabiny. Do tego trzeba się przeprawić z Sycylii na kontynent za 60
EUR i przejechać jeszcze 700 kilometrów na kołach. Płyniemy do Salerno, a potem
przejedziemy na wschodnie wybrzeże Włoch i zaczniemy wędrówkę tym nieznanym nam
regionem. Nim jednak to nastąpi stajemy w kolejce samochodów, przed bramą numer
13. Nie muszę chyba dodawać, że jesteśmy JEDYNYM pojazdem, który ma coś
wspólnego z wędrowaniem. Pozostałych 100 czy 200 samochodów to pojazdy ludzi
jadących za chlebem. Planowa godzina wypłynięcia 17.00. Brama otworzona po
piętnastej. Najpierw podjazd do budek policji granicznej. Ruchem kierują
pracownicy linii promowej, w żółtych kamizelkach. Podaję paszporty. Policjant
skanuje je w czytniku. Odbiera wypełnione kartoniki. Wbija pieczątki do
paszportów i z miłym uśmiechem życzy miłej podróży. Super. Oby tak dalej.
 |
Tu byli tunezyjscy celnicy: 3 x 2 sztuki !!! Po każdej parze wycieranie podłogi. |
Kolejny stop na miejscu pracy celników. Tu już trzeba poczekać. Jest ich sporo,
ale ruszają się jak inwalidzi wojenni. W końcu dwóch podchodzi. Lustracja
garażu, wszystkich szafek, próba wyrwania drzwi lodówki (jest zabezpieczona),
jeszcze jakieś zakamarki kontrolują. Mówią ok., oddają paszporty, a stawia w
nich pieczątkę jakiś facet w budce obok. No i jeszcze trzeba oddać im
zielonkawą kartę, którą dostaliśmy w czasie wjazdu do Tunezji, jako dowód
wpłaty 30 TND za odprawę pojazdu. Teraz każą nam się ustawić w kolejce przed
promem. No to za moment … za moment, to
przyszło dwóch celników i kontrolują wszystkie pojazdy od początku. Paszporty,
włażenie z zabłoconymi butami do kampera, otwieranie, a na podłodze błoto, bo
debil takie ślady zostawił. Teresa stoi z pianą na ustach. Przed wjazdem do
portu wyczyściliśmy sobie ten nasz mały domek, więc znowu szmata w ruch, ja za
aparat, aby uwiecznić działanie tunezyjskiego urzędnika. Dopowiem tylko, że z
takim zachowaniem nie spotkaliśmy się w żadnym cywilizowanym kraju. No, ale
trudno tu wymagać czegoś takiego. Trudno. Siadamy i czekamy na ………. Nie! Znowu
od czoła idzie kilku i kontrolują samochody! Uwierzycie? Po raz trzeci
paszporty, łażenie po kamperze, otwieranie szafek. Ci przynajmniej mieli czyste
buty. Jakieś wnioski? Nas już nic w tym
kraju nie jest w stanie zaskoczyć.
 |
Jak tu się podpiąć do tego? |
W końcu wjeżdżamy. Załoga lokuje nas gdzieś
daleko, daleko pod pokładem. Możemy podłączyć się do 220V, o ile ma my jakąś
okrętową przejściówkę. Oczywiście nie mamy. I do kabiny. Prowadzi nas jakiś boy. Jakieś zachowanie
inne tych Włochów? Z uśmiechem, spokojnie. Kabina czysta, łazienka, prysznic.
Tylko za mocno grzeją, a nie da się zmniejszyć nawiewu. Idziemy na obiad, STOP.
Na promie restauracje są nieczynne!
 |
W końcu u siebie. Kajuta. |
Trudno się dziwić. Wszędzie na fotelach, w
przejściach, na korytarzach koczują ludzie. Porozkładane koce, powyciągane nogi.
Jedzą na podłodze. Trzeba ich omijać. To ich ostatnie „godziny wolności”. W
Europie albo dostosują się do innego zachowania, albo …….. ktoś napisze o braku
tolerancji w europejskich krajach. Nie ma lekko! Co do braku restauracji na
promie. Kto ma niby to kupować w niej, jak turystów brak, a Tunezyjczycy nie
będą z niej korzystać? Nie przemyśleliśmy sprawy. No to po kanapce i na koje, z
komputerem.
Następnego dnia, po
wypłynięciu promu z Palermo, gdzie większość wysiadła, nawet bar został
otwarty. W końcu można było zjeść coś na ciepło. To już Włochy. Ty samym koniec naszej ponad dwumiesięcznej wędrówki po Tunezji.
EPILOG
Wszystko, co zostło napisane powyżej, to swoisty mój eksperyment. Rodzaj pamiętnika, pisanego prawie codziennie, wieczorem. Obecnie wydaje mi się to dobrym pomysłem. Oddaje bowiem nasze odczucia i przeżycia z podróży po Tunezji, nie z perspektywy czasu, lecz bezpośrednio w czasie realnym.
Już po pierwszej części tego swoistego "pamiętnika z Tunezji", na fejsie miał miejsce histeryczny atak na mnie. Zacytuję kilka wypowiedzi:
Może dlatego, że jestem
lokalną patriotką zabolały mnie słowa ...
...... mnostwo opiniii,ktore
dla Tunezji i Tunezyjczyków sa krzywdzące i które często wynikaja z niepelnej
wiedzy i niezrozumienia realiów.
Nie bójcie sie,
wynajmijcie profesjonalego przewodnika albo jedźcie na dobrą zorganizowaną
wycieczkę.
wyruszyliscie w podroz z nastawieniem na wylowienie negatywow. poprzez
pryzmat ostatnich wydarzen, riun i smieci
Dobry
przewodnik to absolutna podstawa.
Jest
to przykład doskonałej riposty dla zblazowanych, szpanerskich, pozbawinych
elementarnej kultury i wiedzy pacanów poszukujących wyłącznie blichtru i
celebryckości.
Tunezja
to piękny kraj. Fantastyczni ludzie uśmiechnięci zadowoleni choć wszyscy wiemy
jak jest im ciężko.
I wszystko było by ok, każdy ma prawo do swojego zdania, nawet taki trol jak Paweł Pohorecki, który kilka wulgaryzmów pod naszym adresem użył, gdyby nie jedno ALE. Kierowanie się li tylko swoimi względami materialnymi, nie patrząc na bezpieczeństwo turystów, jest wielce przykre i nieuczciwe. Wiem i rozumiem. Większość piszących - turyści wracajcie do Tunezji - to osoby tam zamieszkałe. Swoje życie związały na dobre i złe z tym krajem. Tam one i ich Rodziny zarabiają na turystach. Dla nich, to być albo nie być. Tylko zapytam: dlaczego kosztem zdrowia, czy życia innych osób? Mało mamy jeszcze nieszczęść z tym związanych?
No, ale życie samo weryfikuje realia. Większość krajów odradza wyjazd do Tunezji. Turystów tam jak na lekarstwo. Na nic zdają się akcje internetowe, zapraszanie na bezpłatny pobyt celebrytówtam itp agitacja.
Tymczasem coraz bardziej przekonany
jestem, że Tunezji daleko jeszcze do przyjmowania turystów. Może z wyjątkiem
turystów zbiorowych, których umieści się w hotelach i przy odrobinie szczęścia zapewni (lub nie -> Sousse)
bezpieczeństwo w czasie pobytu.
Natomiast turystyka indywidualna? Na
to chyba jeszcze nikt w Tunezji pomysłu nie ma. Począwszy od tego, że do chwili
obecnej spotkaliśmy może 2-3 policjantów, którzy na podstawie europejskiej tablicy
rejestracyjnej, potrafili określić naszą narodowość, a kończąc na wiedzy, gdzie
postawić na noc kampera, czy rozbić namiot. Przecież taki kamper to jest nasz dom, tutaj mieszkamy, jemy,
śpimy. Chcemy odpocząć i przygotować się do kolejnego dnia podróży, czy też
zwiedzania. Jeżeli władze posiadają wiedzę, że w kraju, czy też danym rejonie
jest z jakiegoś powodu niebezpiecznie, to powinni nas o tym powiadomić lub po
prostu zabronić wjazdu. Tymczasem na każde pytanie słyszymy odpowiedz, że jest
wszędzie bezpiecznie, nic nam nie grozi, a potem wystawia się nas w najbardziej
absurdalnych miejscach na postój! Ale już teraz, po ponad dwumiesięcznym
pobycie w Tunezji, możemy powiedzieć jedno. Inspiruje się różne organizacje,
osoby, media, aby namawiały do podróży do Tunezji, do powrotu turystów, a z
drugiej strony …………… przecież tutaj ciągle jest stan wyjątkowy. Niedawno
zniesiona została godzina policyjna. W czasie naszej podróży z północy, dookoła
miały miejsce blokady dróg, starcia z policją, strzelaniny, ginęli ludzie. Tego
się nie nagłaśnia. Natomiast zaprasza się do Tunezji Przewodniczącego
Parlamentu Europejskiego, obwozi opancerzonym samochodem z 20 ochraniarzami, a
on potem bredzi (!) publicznie – turyści, wracajcie do Tunezji! Tu jest super
bezpiecznie!
My swój cel podróży osiągneliśmy. To co zobaczyliśmy, to tu opisaliśmy. Tymczasem prawdziwymi wrogami Tunezji są Ci, którzy nic negatywnego nie widzą, albo udają, że wszystko w tym kraju jest ok.
Naszym zdaniem Tunezja ma dwa wielkie skarby, których Tunezyjczycy nie są w stanie zepsuć. Wspaniałe, czyste morze i dużo dobrej pogody. Tylko czy potrafi te dary natury wykorzystać naród, któremu ostatnimi laty demokracja pomyliła się z anarchią?