poniedziałek, 10 grudnia 2012

Portugalia. Będzie zwięźle, aby już nie zanudzać.

Trochę za dużo tego pisania ostatnio było. Więc już bardziej skrótowo.


Przez jeden dzionek byliśmy w Obidos. Miasto okrzyknięte jest wielką atrakcją turystyczną. Mamy nieco odmienne zdanie. Duży plus za ograniczenie wszelkie samowoli budowlanej, w granicach murów obronnych. Wszystkie partery budynków przeznaczone są alo na lokale gastronomiczne, albo na sklepy z pamiątkami. Ceny takowych pamiątek są o wiele wyższe, w porównaniu do innych miast nie mniej zabytkowych. Zamek wiele stracił na swojej tajemniczości, bo jest w nim już hotel klasy lux.


Nie mniej pospacerować po miasteczku trzeba. Zrobiliśmy to trzy razy, w tym jeden, za namową renomowanego przewodnika, w nocy. Ten nocny spacer można sobie darować.


W dzień później zajechaliśmy do miejscowości Peniche, a właściwie to na półwysep Carvoeiro. Jest to drugie, po Cabo de Roca, najbardziej na zachód wysunięty punkt Europy. Tej kontynentalnej - nie wyspiarskiej. Dla nas było o tyle fajnie, że można tutaj nocować, co na Cabo de Roca jest nie do pomyślenia! Więc możemy zagwarantować, że bezcenne jest obudzenie się rano, z widokiem na Nowy Jork ........... no może trochę przesadziłem, ale w zarysach coś tam na horyzoncie było widać :-).


W miasteczku Peniche jest fajne muzeum, w XVI wiecznej fortalezie. Na zdjęciu stare kotwice kutrów rybackich. Ale forteca zasłynęła też z pewnego wydarzenia. Otóż za czasów Salazara, więziony tam był przywódca komunistów portugalskich. Pewnego razu (lata sześćdziesiąte) wskoczył do morza i ....... po pewnym czasie zabrał głos w radio Moskwa. Najprawdopodobniej była to jedna z bardziej brawurowych ucieczek w XX wieku. Najpierw do łodzi, potem radziecka łódź podwodna itd itd.


W Peniche też staliśmy się też "konchistami" czyli kolekcjonerami muszli :-). Nie, nie - to nie są nasze zbiory. Te są muzealne, my dopiero zaczynamy.


Potem przemknęliśmy przez Gibraltar. Ha, ha - nie ten, o którym wszyscy myślą. Tylko małą wioskę gdzieś w Portugalii.


Dwa dni, deszczowa pogoda zatrzymała nas w rybackim porcie Ericeira. Ciekawym o tyle, że kutry rybackie, te małe i te większe, po przypłynięciu są traktorami (dawniej wołami) wciągane przez piaszczystą plażę, na brzeg. Po prostu port ten nie ma osłony od pełnego morza (raczej oceanu) i tylko w ten sposób jest szansa na uprawianie rybołóstwa.


Potem Cabo de Roca. Jak wszyscy, to wszyscy. Najbardziej na zachód wysunięty punkt Europy. Pi, to znaczy wieje tam bardzo. W czasie naszego pobytu godzinnego, szybkość wiatru oceniam w porywach do 100 km/h. Czterotonowym kamperem ruszało na lewo i prawo. Na wietrze można się było prawie oprzeć na stojąco.


No i czas na Sintrę. Kto był w Portugalii tanim lotem weekendowym, albi inne last minut zaliczył, to zapewne i Sintrę musiał zobaczyć. Więc my pozwolimy sobie tylko swoje zdanie wypowiedzieć. Trochę szkoda czasu i pieniędzy na zwiedzanie tego miejsca. Albo inaczej - trzeba tu być, aby przeknać się samemu, że szkoda było czasu i pieniędzy. Nie mniej walą tutaj tłumy. Zaliczają co trzeba, a wieczorami błogi spokój opanowuje to miasteczko. Na zdjęciu zamek Maurów, więc ja "z obowiązku" być tu musiałem :-).


Kolejne "bezgustowie" to zamek Sintra. Przynajmniej naszym zdaniem. Jest to mix kilku stylów architektonicznych, kolorystyka wprost z dziecinnej malowanki. Dla Portugalczyków miejsce ważne, gdyż z tego miejsca wyjechał na wygnanie ostatni król Portugalii. No i nie wszystko zdążył zabrać ze sobą. My jedziemy kilkanaście kilometrów dalej. Do Lizbony.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu