poniedziałek, 6 stycznia 2014

Turcja północna 2010

 

Droga na Kaukaz czyli …….. podróż północną Turcją.   
Czas nadrobić zaległości. No może nie zaległości, gdyż w czasie, gdy odbywaliśmy wcześniejsze podróże kamperem, nie było jeszcze tego blogu. Doszedłem jednak do wniosku, iż nasze uwagi i spostrzeżenia, z przed 3-4 lat, mogą się komuś przydać. Pomimo fatalnego materiały foto, ale w tych zamierzchłych czasach zdjęcia wykonywaliśmy kamerą video.
Więc tak to wszystko się zaczęło. Wiosną 2010 roku zamieniliśmy przyczepę kempingową na kampera i ................  
 
     ...... i początkiem 2010 roku zaplanowaliśmy wyjazd kamperem w rejon Kaukazu. Najpierw było jak zawsze. Do wspólnego wyjazdu kilkoro chętnych ze swoimi kamperami. Z kraju, a nawet z zagranicy. Potem zostaliśmy sami.
            Ostatecznie z Krakowa wyjeżdżamy dopiero 14 sierpnia. Uprzedzę teraz wypadki i powiem, że podróżowanie jednym kamperem ma swoje plusy i minusy. Wyjazd solowy pozwala jednak bardziej zbliżyć się i lepiej poznać miejscowych ludzi. Łatwiej w dwie osoby i jeden pojazd, poprosić kogoś o możliwość zatrzymania się, zatankowania wody, wspólną rozmowę czy też przysłowiową biesiadę.
            Droga przez Słowację i Węgry klasyczna, choć bez opłat autostradowych. Potem Serbia. Autostrada do Suboticy bezpłatna. Pokonujemy ten kraj "prawą stroną" - patrząc od góry (od północy). Niestety odcinek około 20-30 km, między Suboticą, a Nowym Sadem, jest koszmarny. Krzywe płyty betonowe.

            Za to znaleźliśmy fajne miejsce na nocleg, przed miejscowością Baćka Topola. Bezpłatny, plaża nad jeziorem, sanitariaty, woda. W nocy cicho i jasno.
Potem program nawigacyjny iGo prowadzi nas bezproblemowo przez przedmieścia Belgradu, drogą wzdłuż autostrady, w kierunku miejscowości Nis. Robi się późno, więc rezygnujemy z szukania noclegu w okolicznych miejscowościach, jedziemy „do oporu” i zatrzymujemy się przed północą, na parkingu stacji benzynowej. Przy autostradzie, pomiędzy Nis, a granicą BG. Ten odcinek autostrady jest free.
   
Stajemy nieco dalej od dystrybutorów, aby było ciszej. Było, ale tylko do godziny 2 w nocy. Wtedy obudził nas jakiś stuk przy kabinie kierowcy. Wykazałem czujność i zaświeciłem latarkę.
Nikogo.
            Jednak po kilkunastu sekundach usłyszałem i zobaczyłem odjeżdżający          z piskiem czarny VW Transporter,                 z zaciemnionymi szybami, który stał zaparkowany w pobliżu. To nic, wolno mu.
     Dopiero rano okazało się, że do prawych drzwi nie można włożyć kluczyka. Zamek jest uszkodzony. Jednak jest to dla nas kolejna nauczka - nie dawać okazji !!!
            Od wielu już lat mamy swoją metodę na „nocleg w drodze”. Od głównego szlaku (autostrady) staramy się zjechać kilka kilometrów w bok, do jakiejś miejscowości i tam stanąć przy jakimś „zagadanym” gospodarzu. Warunkiem jest, abyśmy znaleźli taki nocleg jeszcze przed zmrokiem !
                        Potem Bułgaria, winietka na 7 dni za 10 EUR lub 20 ichniejszych lwów i po 360 km zatrzymujemy się na nocleg w małej wiosce Byala Reka. Tutaj dokonuje kolejnego obliczenia średniego zużycia paliwa na dotychczasowej trasie. Po zatankowaniu do pełna wychodzi mi 8,6 l/100 km. Silnik mojego białego domku to FIAT 2,8 JTD, a w czasie jazdy staram się nie przekraczać szybkości 70 km/h.
            Zbliżamy się do granicy tureckiej. Na stacji benzynowej „Blue Petrol” w miejscowości Pirot, chcą nam sprzedać tureckie winietki w dobrej cenie. Odmawiam, jakoś nie mogę się przełamać do Bułgarów. Za to namierzam przy tej stacji dość fajne miejsce na nocleg.
            Potem przejście graniczne, sławetne Kapitan Andrejewo. Omijamy kilkukilometrową kolejkę TIR'ów. Tuż przed szlabanem tankujemy, na jednej z kilku stacji benzynowych, eurodiesel "pod korek" i wjeżdżamy na przejście. Można tu pozostawić kampera przed budkami i odszukać biura z napisem "wiza", gdzie dostaniemy za 20 USD naklejkę do paszportu. Kolejna budka z wpisaniem do paszportu naszego pojazdu. Dalej normalnie: kontrola paszportowa, celnicy i …. po angielsku: witajcie w Turcji.
Jedziemy w kierunku Edirne.
            Zastanawiam się, dlaczego większość turystów omija to miejsce i gna do Istambułu. Moim skromnym zdaniem na Istambuł trzeba przeznaczyć co najmniej  7 dni na zwiedzanie. Chyba, że chcemy pospacerować tylko po tym mieście.
Natomiast w Edirne znajduje się perełka architektury, której na próżno można szukać w Istambule - Selimiye Camii (czytaj: dżami, czyli meczet). Jest to bez wątpienia najpiękniejszy meczet w Turcji. Meczet jest dziełem Sinana, największego osmańskiego architekta, który ukończył swoje dzieło w 1569 roku.
W samym Edirnie można i warto zatrzymać się na 2 dni. W końcu jest to stolica europejskiej części Turcji - czyli Tracji.
            My jednak późnym popołudniem jedziemy w kierunku miejscowości Silivra z zamiarem znalezienia nocleg na nadmorskiej plaży.
Z tym noclegiem na plaży w Silivra to nam nie wyszło. Ładnie to wyglądało na mapie bo w realu trzeba pamiętać o zachowaniu stosownej odległości od Istambułu. Wszystko co jest bliżej niż 100 km od miasta, nie jest przyjazne do spokojnego nocowania. Ot, po prostu te ponad 13 milionów mieszkańców gdzieś ma swoje domki letniskowe, wyjeżdża na weekendy lub mieszka za miastem.  TO od strony północnej. Natomiast 100 km za Istanbulem, to same porty, składy złomu, cementownie, huty itp. Nie ma więc sensu szukać spokojnej plaży w tych rejonach.
Ostatecznie nocujemy więc na dużym, spokojnym parkingu przed szpitalem, w centrum Silivra i Następnego ranka ruszamy do Azji.
           Najpierw most na Bosforze, a przed nim bramki.
Tu warto się trzymać prawych pasów ruchu. Tu bowiem są bramki do płacenia gotówką. Oczywiście w lirach tureckich. Na prawej bramce można kupić kartę autostradową KGS za 50 lub 100 lirów. Za sam przejazd przez most skasują nam z tej karty 10 lirów. Przykłada się ją do czytnika na bramce, a na wyświetlaczu widzimy jaka kwota nam jeszcze pozostała do wykorzystania.
            W Turcji autostrady są tanie. Spora ich część jest jeszcze bezpłatna. Na odcinku do rozjazdu na Ankarę zapłaciliśmy z karty jeszcze kilkanaście TRY.
           
Jak już wspominałem, Istanbul zostawiliśmy sobie „na zaś” - do dokładniejszego zwiedzenia. Natomiast skręciliśmy za miastem w lewo do "polskiej wsi" czyli miejscowości Adampol. Wprawdzie z polskości tej wioski już niewiele zostało, cmentarz, trochę polskich nazw, jakiś dom-pseudomuzealny, no ale skoro nasz Papież i Wałęsa tu byli ......
Po kilku godzinach wracamy na autostradę.
Przez pierwsze 100 km nie ma na czym oka zawiesić. Przemysłowe przedmieścia Istambułu. Sporo cementowozów, tirów itp. Potem już spokojniej. Możemy tu oddać, na kilkaset kilometrów, kierownicę naszym kobietom, a sami udać się w głąb kampera na zasłużony relaks.
Gdzieś po 500 km zatrzymaliśmy się na nocleg, na stacji benzynowej.
           
 Potem zostawiamy autostradę do Ankary po prawej stronie i kierujemy się dalej na wschód drogą E80 do Kastamonu i Inebolu, na wybrzeże Morza Czarnego.
Po drodze zwiedziliśmy tylko to pierwsze miasto i jego XII wieczny bizantyjski zamek. Sporo interesującej historii.
         
      Pewnego wieczoru witamy się z Morzem Czarnym i ruszamy prawie 1000 km jego wybrzeżem, w kierunku Gruzji. Pierwszy wniosek – brak piaszczystych plaż.
Potem nocleg w porcie małej wioski, koło koszar jandarmerii. Trochę się krzywili na naszą obecność, bo ograniczyliśmy im pole ostrzału, zza ich worków z piaskiem, którymi mieli obłożony budynek. 
      
 
           Przy okazji kolejna dygresja. Warto pamiętać, że Turcja ma chyba ze 40 niezakończonych wojen. Samych wrogów dookoła. Tak naprawdę, to najważniejszą władzą w kraju jest MGK czyli turecka Rada Bezpieczeństwa Narodowego, która jest zdominowana przez wojskowych, i która tak naprawdę rządzi Turcją.
Stąd dominująca rola, daleko przed policją – żandarmerii, czyli młodych chłopców, którzy odbywając służbę wojskową, dostali duże uprawnienia w stosunku do wszystkich obywateli.
Ale generalnie nigdy nie byliśmy zatrzymywani lub kontrolowani przez tureckich mundurowych, co jeszcze 3 - 4 lata temu było na porządku dziennym.
I jeszcze jedna moja skromna uwaga. Aby poczuć klimat tej części Turcji, warto zapoznać się nieco z mitologią grecką. Bo to tutaj mieszkały mityczne Amazonki, tutaj miały miejsce wyprawy Jazona itd itd.
Uważam też, że aby zrozumieć Turków i ich sąsiadów - trzeba sięgnąć do historii tych ziem. Turcy wcale tu nie zamieszkiwali, są elementem napływowym, z całymi tego konsekwencjami.
           
        Naszą przygodę z Morzem Czarnym zaczynamy więc od miejscowości Inebolu. Jak zapewniają przewodniki, wcześniej nie ma sensu przebijać się do tego wybrzeża – sam przemysł.
Kolejny nasz dłuższy postój ma miejsce w Sinop. Stolicy mitycznych Amazonek. Sporo tu zabytków i w końcu piaszczyste plaże do wykorzystania. Wcześniej nadmorskie noclegi zapewniały tylko rybackie porty. W Sinop zatrzymaliśmy się na portowym, strzeżonym parkingu, za 5 TRY dziennie. Można było spokojnie buszować po meczetach, muzeach, odwiedzić więzienie i …..  filozofa mieszkającego w beczce.
Urzędowa cena biletu do przeciętnego muzeum to w Turcji 3 liry. Większe atrakcje są nieco droższe. Tylko w turystycznym rejonie, czyli na południu kraju, cena biletów wstępu dochodzi do 20 lirów od osoby.
Kolejny odpoczynek w porcie Yakakent.  Tu dopiero łapię pierwsze WiFi za free. Wcześniej bez szans na internet.
 
        Za miejscowością Sinop, praktycznie do granicy z Gruzją jedziemy bezpłatną, nadmorską autostradą. Nie ma jej jeszcze na mapie. Po drodze mijamy dwie ciekawe krainy.
Giresun - czyli stolicę orzecha laskowego, gdzie akurat w czasie naszego pobytu były zbiory tego łakocia, a orzechy suszyły się na każdym skrawku wolnego terenu. Na ulicy, chodnikach, boiskach sportowych, przed blokami itp.
Oczywiście stosownych zakupy dokonaliśmy w ilościach kilogramowych.
Drugi obszar, na wschód od Trabzonu, to stolica tureckiej herbaty.
I w przypadku orzechów jak i herbaty, niesamowite wrażenie robią, dziesiątkami kilometrów ciągnące się krzewy jednej czy też drugiej rośliny.
   
         I jeszcze muszę wspomnieć o najważniejszej atrakcji turystycznej północnej Turcji.
       Jest to grecki klasztor Sumela. Zabytek pochodzący z VI wieku, położony w mistycznej dolinie Gór Pontyjskich. Warto zboczyć te 40 kilometrów od Trabzon aby zobaczyć to dzieło człowieka.
"Bytując" w rejonie klasztoru, skorzystałem z okazji i zrobiłem kilka ciekawych wypraw rowerowych w nieodwiedzane miejsca okolicznych gór.
          Po kolejnych 200 km wjeżdżamy jedynym (jak nam się wtedy wydawało) przejściem granicznym do Gruzji.
Za nami 3322 kilometry i 14 dni jazdy.
Przed nami KAUKAZ.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu