piątek, 5 kwietnia 2013

Maroko. Sztuka negocjacji.

          Pierwszy przystanek robimy w mieście Arfud. Miasto założyli w 1930 roku Francuzi, jako garnizon wojskowy, gdyż ciągle mieli problemy z okolicznymi plemionami Berberów. Koloniści odeszli – miasto i Berberzy zostali.

 
       Z pobliskiego wzgórza, roztacza się wspaniały widok na miasto i okolicę. Szczególnie pustynna okolica jest ciekawa. Kilka dni temu austriackie Towarzystwo Astronautyczna, zakończyło w tym rejonie, testowanie przyszłych pojazdów marsjańskich. Okazuje się, że okolice Arfud, najlepiej na naszym globie, odpowiadają powierzchni planety Mars.
 

           Potem, na krótko zatrzymujemy się w miasteczku Maadit. Miało być jakieś małe zwiedzanie, ale szybko z tego pomysłu rezygnujemy, gdy otacza nas grupa rozkrzyczanych dzieciaków, domagających się prezentu, długopisu, cukierka lub dirhema. Widać, że znajdujemy się znowu, na trasie tych diabelskich, francuskich kamperów.          Podkreślić trzeba, że o te żebracze, czy też roszczeniowe zachowanie, nie obwiniamy ani dzieciaków, ani nawet dorosłych Marokańczyków. Nauczyli ich tego bezmyślni „turyści” z Francji czy też Niemiec, którzy stanowią przeważającą większość w tym kraju.

 
        Dalej nic miało nie być, a tymczasem zobaczyliśmy, niedaleko od drogi, fajną rzecz. Duży gejzer, z kilkoma małymi wywierzyskami. Można tu nawet przenocować. Niestety woda jest mocno zasiarczona, a miejscowy sprzedawca pamiątek twierdzi, że jest szkodliwa dla skóry (?).

 
          Na noc zatrzymujemy się koło źródła Ajt Maski. Wypływa ono z jaskini i wpada wprost do basenu legionistów. Basen naprawdę wybudowali żołnierze francuskiej legii, a po całodziennej jeździe przyjemnie było wskoczyć do jego chłodnej wody.
 
       Następnego dnia, dużo czasu zajmuje nam rozwiązanie problemu kończącego się gazu. Trzeba znaleźć zakład gazowniczy i załadować butlę. Problem polega na tym, że w Maroku jest pięciu dystrybutorów butli gazowych. Każdy ma swój kolor butli. Tą, którą kupiliśmy na zachodzie Maroka, nie możemy wymienić na wschodzie.
        Ale jakoś to rozwiązaliśmy, a po południu długo szukamy miejsca postojowego. Nasza trasa prowadzi teraz przez Atlas Wysoki, no prawie jego wschodnie zakończenie, ale jednak to góry.


          Dopiero późnym popołudniem, zjeżdżamy do wioski Hamat Ali Cheri. Znajdujemy fajne miejsce w centrum, a z okien kampera widzimy taki oto widok.
          Dopiero lokers tłumaczy nam, że za tym wałem, nad brzegiem rzeki, jest mały basen termalny. Kąpią się w nim osobno mężczyźni i osobno kobiety. To zrozumiałe, ale kiedy i na jakich zasadach odbywają się zmiany? Tego nie mogliśmy zrozumieć
 

      W końcu docieramy do miasta Midelt. Miał to być tylko jakiś etap, a zrobił się trzydniowy pobyt. Wszystko to za sprawą kolorowych kamyczków – czyli minerałów, naszego ostatniego hobby.


        Tuż przed miastem zatrzymujemy się obok przypadkowo wytypowanego sklepu z minerałami. Młody właściciel to Bilel Żagurz. Zaprasza nas, do zatrzymania się za swoim domem i zaczyna oprowadzać po swoim sklepie.


            Ciekawie opowiada (po angielsku) o minerałach.


        Ostrzega przed kolorowymi podróbkami, które turyści łykają jak pelikan gorące kartofle. Pokazuje trzy certyfikowane meteory, które są w jego posiadaniu (b.drogie).


        Jak mówimy, że chętnie coś sami poszukamy, odpowiada, że pokaże nam miejsca, gdzie wydobywa się niektóre minerały.

 
           I tak oto, kolejnego dnia jedziemy do Mibladene. Kiedyś wioski górniczej, a kiedy wydobycie rud (ołowiu i miedzi) stało się nieopłacalne, a kopalnie zamknięte – ludzie zmienili fach na poszukiwaczy minerałów. Po drodze, dołączyli do nas, turyści z francuskiego kampera.
 

            Przy świetle latarek wchodzimy w podziemne korytarze. Bilel pokazuje gdzie i co można wydłubać. Sami też szukamy, a nasze kieszenie stają się coraz cięższe od znalezionych skarbów. Niestety nie od złota, albo innej platyny.

Kolejny dzień poświęcamy na preparowaniu okazów geologicznych. Wieje jakiś huragan i nawet o rowerze nie ma co marzyć!

 
           Po dociążeniu kampera kolejnymi kilogramami kamieni, rozpoczynamy jazdę w stronę Parku Narodowego Ifran, gdzie w cedrowych lasach, żyją sobie małpy makaki, a dokładnie makaki magot. To najdalej na północ występujący gatunek małp. Małpki z Gibraltaru, to zaledwie  niewielka kolonia sztucznie utrzymywana na wolności.      Tutaj, wysoko w górach, spędziliśmy z nimi noc. Długo można by obserwować ich zachowanie na wolności i co tu dużo mówić …….. ich małpią złośliwość.

 
        Rano zostawiamy sympatyczne małpki i zjeżdżamy do miasteczka Azrou. Na słynny wtorkowy targ, gdzie okoliczni Berberowie sprzedają swoje towary.
 

          Targ rzeczywiście olbrzymi, a jak targowisko, to i nosiwody nie mogło zabraknąć. Chodząc między sprzedawcami, głośno zachęca do wypicia kubka wody, którą nosi w skórzanym pojemniku na plecach.
 

             Z Azru niedaleko już di Ifran. Miasta notabene królewskiego, to znaczy z pałacem dla króla, o którym nic dobrego powiedzieć się nie da. To znaczy o mieście, nie o królu. Więc jak szybko do niego wjechaliśmy – tak i szybko wyjechaliśmy.


       W kierunku Tazy, a dokładnie jej parku narodowego. Otoczenie robi sie coraz bardziej europejskie. No, powiedzmy południowoeuropejskie. Skończyły się upały, a zaczęły .......... pierwsze problemy z kamperem. Dokładnie mówiąc z chłodnicą, z której płyn robi kap, kap, kap.
        Tracimy prawie cały dzień, na znalezienie warsztatu, a potem na ustalenie zakresu i kosztu naprawy. I wszystko wydaje się ok do chwili, aż mechanik wraca z chłodnicą z sąsiedniego miasteczka, gdzie miał dokonać zaspawania nieszczelności i ............. zabiera się za jej klejenie.
Kiedy skończył montowanie, cały dumny ze swego dzieła, podniósł cenę z uzgodnionych 400 dirham, na 600. Dodatkowy dowcip sytuacji polega na tym, że mechanik mówi tylko po arabsku!
Rozmawiamy więc za pomocą ołówka, gestów i ........... internetowego translatora, który sprawdza się, powiedzmy w 30%. W pozostałych siedemdziesięciu marokańczycy robią "wielkie oczy".
     Ale wróćmy do mechanika. Płacę mu połowę ustalonej kwoty, gdyż nie wykonał naprawy tak jak ustaliliśmy. Na to on, nieważne co było ustalone ważne, że już nie cieknie. Dochodzą do nas jacyś miejscowi mężczyźni. Mechanik zgadza się na 300 dirhamów. Ja nie. Nie widzę opcji, aby za 2 godziny pracy mechanika płacić więcej niż 200. Znamy już dość dobrze marokańskie realia.
To i tak jest dla niego duży zarobek. Jeden z mężczyzn mówi trochę po angielsku. Tłumaczy, że jak naprawią francuskie auto, to dostają pieniędzy, ile powiedzą. Inni mężczyźni zaczynają głośno najeżdżać na mechanika. Ja spokojnie swoje. Nie taka umowa, nie taka zapłata.
Ostatecznie proponuję, aby ktoś zadzwonił po policję, która rozstrzygnie, kto ma rację?
Wtedy jest inna rozmowa. Nie ma problemu, 200 dirham wystarczy, wszyscy się kłaniają i uderzają ręką w serce.
                  Tu przedstawiłem, może nazbyt szczegółowo, jeden ze sposobów sztuki negocjacji obowiązujący w Maroku.


       W miejscowości Taza dopada nas front. Atmosferyczny oczywiście. Jeszcze przed miastem podziwiamy okwiecone łąki. W kilka godzin później zrywa się wiatr i zaczyna padać. Trzeba znaleźć jakieś spokojne miejsce i przeczekać.
Sami jesteśmy sobie winni !
Za bardzo zbliżyliśmy się do Europy.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu