Maroko
powitało nas dokładnymi kontrolami na granicy. Wypełnianie różnych dokumentów.
Na osoby, na samochód. Nadanie numerów identyfikacyjnych. Pytania o broń.
Trzeba jednak przyznać, że wszystko odbywało się grzecznie i uprzejmie. Po nocy
spędzonej w porcie Tanger Med. (prom dopłynął już po północy), obraliśmy
kierunek odwrotny, od preferowanego przez innych kamperowców. Nie wzdłuż
wybrzeża na Rabat, ale na południe, do naszego pierwszego marokańskiego miasta
Tetouan.
Od samego początku krajobrazy są zachwycające. Robimy sporo przerw, na sesje
foto i video. Czasami na poboczu widzimy czarnoskórych kandydatów, do
nielegalnej emigracji na stary kontynent. Generalnie drogi dobre, choć widoczna
jest mniejsza ilość budowli z gatunku cywilizacyjnych.
Z dala spoglądamy na miasto Ceuta (po marokańsku Septa). To jakaś
historyczna pozostałość po układach pokojowych? Miasto należy do Hiszpanii, choć leży w Maroku.
W Tetouan zatrzymujemy się na 3 dni. Na parkingu zlokalizowanym za murami
mediny. Medina po arabsku oznacza „miasto”,
a dla turystów to stare miasto, otoczone murem, z bramami
i wieżyczkami
obronnymi. Do tego plątanina wąskich uliczek.
Pierwsze kroki skierowałem do punktu informacji turystycznej. To
znaczy w Maroku nie ma punktów znanych nam z Europy. Są przedstawicielstwa
ministerstwa turystyki. Jak jest ministerstwo, to musi być okazały budynek,
okazałe pomieszczenie i ……. okazałe biurko, za którym siedzi urzędnik
państwowy. Miejsce turysty jest na niższym stołku, w bezpiecznej odległości.
Choć muszę przyznać, że urzędnik był super uprzejmy, posiadał mapy i informacje
o swoim terenie. Biegle mówił po angielsku. Po francusku zapewne też.
Zaopatrzeni w potrzebne informację, ruszyliśmy w
medinę. Jest tu i pałac królewski. Nie zabytek, ale dokładnie pilnowany
obiekt użyteczny, w którym panujący w Maroko król – obecnie jest to Muhammad VI
– prawdopodobnie lubi spędzać letnie miesiące. Ciekawostka. Pałacu pilnują
przynajmniej cztery (!) różne formacje mundurowe. Tylu się doliczyłem. To
bardzo dobre rozwiązanie gwarantujące, że króla nie „obali” ten czy inny
oponent.
Potem idziemy przez
suki. Nowe
słowo. Jest to bazar z różnymi towarami i usługami. Na ogół towary pogrupowane
są asortymentem. Jest więc s
uk warzywny,
piekarniczy, ze słodyczami, a nawet ……. z flakami różnych zwierząt. Aby jednak
zachować się jak rasowy turysta, pozwolę sobie przedstawić zdjęcia „przyzwoite”
czyli: oliwki, daktyle i przyprawy.
No i muszę wspomnieć kilka słów o „frojndach”.
Otóż frojnd, jest to osobnik płci męskiej, który posiada dar wyłuskania
zagranicznego turysty w tłumie ulicznym. Frojnd rozmawia kilkoma językami, już w
pierwszym zdaniu przedstawia się jako Twój przyjaciel i proponuje oprowadzenie
po mieście. Swoją ofertę zaczyna od 10 EUR, ale gotów jest zadowolić się i
kwotą 2 EUR za oprowadzenie po medinie. Z frojndem nie wolno pod żadnym pozorem
nawiązać kontaktu wzrokowego. Inaczej nie opędzimy się od niego przez minimum
60 minut. Sprawdzone osobiście. Jeśli frojnd mówi aby iść w prawo – my idziemy w lewo. Wszystkie
frojndy w danej miejscowości mają jakąś łączność telepatyczną chyba. Jak jeden
widzi, że strzępi język nadaremnie i odchodzi, w ciągu kilkudziesięciu sekund
podchodzi kolejny i zabawa zaczyna się od początku. Zasada ta obowiązuje przez
pierwsze 24 godziny. Potem tracimy widocznie w ich oczach wygląd bankomatu i w
czasie spotkania na ulicy wymieniamy już tylko grzecznościowe powitania.
Jeszcze jedno. Frojnd jest często dealerem
narkotyków, więc zachowajmy umiar.
Na moment wchodzimy do starego hotelu. Jest on chyba adoptowany z domu
arabskiego. Dziedziniec, a na piętrze pokoje.
Oj, jakież to są pokoje. Wchodzimy do takiego klasy Lux, a tu tylko dwie
leżanki. Nic więcej. Choć cena wcale nie jest wysoka – 50
dirhamów. Kolejne nowe, trudne słowo. Jest to waluta marokańska o
przeliczniku prawie 40 groszy za 1 DH.
Trzeba jeszcze wspomnieć o zapachach,
jakie towarzyszą nam w czasie spaceru po suku. Szczególnie po sukach „spożywczych”.
Są one, mówiąc delikatnie, bardzo intensywne
i niespotykane w Europie. Podobnie jak krzyki sprzedawców reklamujących swój
towar. Komu to nie odpowiada, niech udaje się lepiej wprost do Agadiru
J
Wieczorem, niespodziewanie natknąłem się na atelier jakiegoś artysty. Chętnie
pokazał mi swoje dzieła i zdjęcie z królem. Widocznie zdjęcie to spowodowało,
że rozmowę o cenach jego dzieł przyjąłem ze zrozumieniem.
Kolejny dzień, to wizyta w muzeum archeologicznym. Nie będę pisał
przewodnika. Wspomnę tylko, że po raz pierwszy zobaczyłem eksponaty z
wykopalisk w mieście Tamuda. Miasta z przed ponad 2000 lat, miasta Królestwa
Maurów.
Potem znowu medina. Znowu, bo jest olbrzymia, a cała została wpisana na
listę dziedzictwa UNESCO. Dopisuje nam szczęście. Staję, fotografuje jakiś
fragment minaretu, a ktoś mnie szarpie za łokieć i pyta, czy chcemy zobaczyć,
od środka, najstarszy dom w mieście. Ba, no oczywiście! Warunek, nie wchodzimy
dalej jak na dziedziniec. Nie przeszkadzamy mieszkańcom. Ok. Trzaskam zdjęcia
seryjnie. Chłoniemy każdy szczegół.
Nawet specyficzną budowę sufitu. Dom należy
do rodziny Ben Qarrishi i jest zamieszkały od prawie 400 lat !!!
Dzięki nieznajomy łaskawco!
Potem wspinam się do ruin hiszpańskiego pałacu (?). i oglądam stary i nowy
Tetouan.
Trzeciego dnia ruszamy dalej, w kierunku owianego nutką tajemnicy,
niebieskiego miasta
Chefchaouen.
Po
drodze mijamy Ładne krajobrazy, pojedyncze wioski, często gdzieś w oddali położone.
Jest to rejon dość nietypowy na mapie Maroka. Wiadomo, że produkcja, handel i
używanie narkotyków jest w tym kraju karane. Wiadomo jednak również, że w
górach Rif są olbrzymie plantacje marihuany, że trawkę kupimy tu „za groszę”, a
porcja haszyszu kosztuje od 5 DH czyli 2 złotych !!! Raj na ziemi. Idąc przez
miasto jesteśmy delikatnie nagabywani doi odwiedzenia małych pokoików nad
lokalami, gdzie można zapalić fajeczkę. Można zrobić sobie spacer ścieżką za
wodospadem (więcej nie powiem, dla dobra młodego pokolenia), aby zobaczyć jak
chłopi uprawiają narkotyki. Chyba, że mamy życiowego pecha. Jeśli trafimy na akcję
policji królewskiej i kupimy działkę od królewskiego prowokatora policyjnego,
to zapewne wylądujemy w królewskim więzieniu, gdzie życie wcale już nie jest
takie królewskie.

Po takich informacjach trudno się dziwić, że John przyjechał w te strony 20
lat temu z Irlandii i jak sam z uśmiechem mówi „zapomniał wrócić”.
Medina, czyli stare miasto w Chefchaouen, potrafi zrobić wrażenie. Ściany
domów, podwórka, a nawet całe chodniki, pomalowane są na wszystkie odcienie
błękitu. Sami zobaczcie, jak to wygląda.
Nocleg na campingu (jednak aura nietypowości tego regionu robi swoje) i
jedziemy w kierunku miasta Fez. Zjeżdżamy z gór i po przydrożnych punktach
handlowych widać, że zaczyna się najbardziej rolniczy region Maroka.
Fez, to kolejne z tak zwanych
królewskich miast marokańskich. To oznacza, że w przeszłości były stolicą
kraju. To oznacza, że jest tu i zamek królewski i medina i sporo innych zabytków.
Do najważniejszych, a co ważne, dostępnych do zwiedzania również dla niewiernych,
jest
Madrasa Bu Inanija. Madrasa, to
już ostatnie trudne słowo w dniu dzisiejszym
J. Oznacza szkołę
koraniczną, czyli wyznaniową.
Ta w Fez została zbudowana w 1355 roku. Posiada piękny minaret. Tylko ……………
jak te wszystkie piękne rzeczy w medinie fotografować? Wąziutkie uliczki, masa
ludzi, fatalne oświetlenie. Jeszcze nie mam na to swojego patentu.
Tu widać wnętrze madrasy, a dokładnie sala modlitwy dla studentów.
W Fezie mieliśmy również czas na włóczęgę mniej znanymi ulicami. To też jest
Fez, bez turystów, bez sprzedawców, choć ze swoimi mieszkańcami.
Tu mało znana dzielnica żydowska, czyli
milla w Fezie. Ma swój klimat i zupełnie inną
zabudowę, choć teraz Żydów prawie tu już nie ma.
No i garbarnia skór. Jednak
nie daliśmy się zapędzić trasą wycieczek zorganizowanych. Dotarliśmy do miejsca
najbardziej przygnębiającego, no może poza ubojnią, w produkcji pięknych
torebek itp. To pierwszy etap w garbarstwie, czyli oczyszczenie skór z resztek
substancji niepotrzebnych. Wrażenie surrealistyczne. Obłędny smród, koty i
szczury.
Po tych miłych
przeżyciach, jedziemy dalej.