Pandemia. Postanowiłem więc, pomiędzy pisaniem, czytaniem, montowaniem filmów, wywoływaniem (komputerowo) zdjęć - rzucić okiem na Afrykę.
Z książek Wydawnictwa Bernardinum wybrałem debiutancką (poprzednią napisał wspólnie z księciem Sapiehą) książkę Pawła Kardasza "Safari. Zapiski przewodnika karawan".
Mało jest dobrych, polskojęzycznych książek o podróży po Afryce. Kontynent ten zdominowany jest przez reportaże, zajmujące się pojedynczą tematyką. Uchodźcy, punkty zapalne, wojny. Sprawy niekoniecznie pierwszoplanowe dla osób podróżujących.
Tymczasem prym w publikowaniu książek napisanych przez podróżników, wiedzie wspomniane powyżej wydawnictwo z Pelplina, którego cykl wydawniczy z serii Biblioteka Poznaj Świat, wyznacza współczesne trendy bibliofilskie.
Od dawna bowiem wiadomo, że ciekawa, dobrze napisana książka + atrakcyjne graficznie i trwałe, w twardej okładce wydanie = ozdoba każdej domowej biblioteczki.
Książka Pawła Kardasza - Safari. Zapiski przewodnika karawan, ma wszystkie powyższe zalety.
Towar jest jeszcze ciepły, wydany w 2019 roku. Na 373 stronach zamieszczono kilkadziesiąt zdjęć autora. Niektóre z nich są naprawdę interesujące.
Książka wydrukowana jest na dobrym papierze, a kartki mają drobną, ale ciekawą ornamentykę.
Do tego, na wewnętrznych stronach okładki, umieszczone są mapy terenu, którego książka dotyczy.
Biorę więc książkę do ręki i zastanawiam się nad znaczeniem jej tytułu.
Safari - ok, kiedyś to polowanie we wschodniej Afryce było, teraz często wyprawa fotograficzna tak jest nazywane.
Tylko dlaczego "przewodnik karawan" jest w tytule?
Karawana, to raczej grupa kupców, podróżująca przez bezludne tereny.
Zobaczymy więc, co autor miał na myśli?
No, jeszcze pytanie, kim jest autor książki?
Z jakiego punktu widzenia opowiadał będzie o Afryce?
Paweł Kardasz, Polak, studiował w Warszawie. Potem chyba politycznie poróżnił się z ojczyzną i zamieszkał w Afryce.
Tam imał się różnych zawodów, ale najbardziej przylgnął do branży turystycznej, a dokładniej mówiąc - do organizacji podróży po Afryce.
Czyli do tytułowego Safari.
Siłą rzeczy, nie będzie to książka podróżnika, ale mieszkańca Afryki, który żyje w niej od ponad dwudziestu lat.
Otwieramy więc książkę.
Tu pierwszy zgrzyt, na pierwszym zdjęciu. Drogi redaktorze artystyczny, nie wiem, czy to ja mam tak wysublimowany gust, ale głupio wygląda polująca lwica, z łbem podzielonym na pół!
Potem mamy wprowadzenie, gdzie autor przedstawia się czytelnikowi:
Byłem zawsze podróżnikiem, a nigdy turystą (cyt.) i powołuje się na definicję znanego amerykańskiego pisarza Paula Bowles, który napisał, że podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci do domu i tym właśnie różni się od turysty.
Można i tak, choć ja spotkałem już co najmniej kilka definicji podróży i podróżnika, a i tak nie mam pewności, która z nich jest prawdziwa?
Zostawmy jednak te teoretyczne dywagacje na inną okazję.
Wiemy, że autor książki mieszka, żyje, pracuje w Afryce, tej poniżej równika i tam właśnie, szuka swojego miejsca na ziemi.
A co w swojej książce opisał?
Pierwsze rozdziały to teoria. Teoria Afryki i safari. Jesteśmy przez autora przygotowywani do zwiedzania Afryki, jakiej do tej pory nie znaliśmy.
Poznamy też polskiego arystokratę, księcia Sapiehę, który jak można się domyślić, dużo dla autora znaczył.
Potem już wszystko jest jasne. Jeden rozdział - jedna przygoda, albo anegdota.
Zasada jest prosta. Autor sam wszystko przeżył i na stronach swojej książki opisał. Czasami na jednej, a czasami na kilku stronach rozdziału.
Jednak w kilku miejscach Paweł Kardasz nie ustrzegł się przed demonstrowaniem swoich politycznych przekonań. Coś na wzór ośmieszanego już w Polsce "wina Tuska". Czytelnik może więc wielokrotnie przeczytać, że wszystko co złe, w tym czy innym kraju afrykańskim, to ...... wina Ruska.
Oj, gdyby to takie proste wszystko było na tym świecie. A niestety nie jest!
Ktoś może zapytać, czy wobec tego warto bliżej zapoznać się z tą książką? Czy ma ona plusy dodatnie?
Ma i to przeważającą większość. Niektóre opisy przygód są po prostu genialne.
Choć by ta z noclegiem, z lwem.
W kilku miejscach znalazłem świetne opisy życia Masajów. Nie spotkałem jeszcze tak wnikliwej analizy.
Podobnie z malarią. Ruszający po raz pierwszy do Afryki, ciągle mają wątpliwości związane z tą chorobą. Paweł Kardasz wytłumaczył wszystko, a że sam chorował, to wiadomości o malarii mamy z pierwszej ręki.
Jest jeszcze kilka pysznych kawałków. O przekraczaniu granic, albo o kontaktach z władzą i urzędnikami. Takie rzeczy są zawsze unikalne w literaturze podróżniczej.
No, ale mistrzostwem świata był jeden opis rozmowy z czarnoskórym pogranicznikiem, który nie mogąc dogadać się z autorem w temacie kadu (łapówki), aż pociemniał na twarzy (cytat). Genialne!
Zacząłem od zdjęcia, to i na zdjęciach zakończę.
Nie przypadły mi do gustu zdjęcia dzielnych myśliwych z zabitą zwierzyną. Jakieś takie, nie na czasie. Nie ma chyba teraz mody na propagowanie łowiectwa?
Albo tak mi się tylko wydaje.
Jako podsumowanie.
Książka, choć nie napisana przez podróżnika, to z podróżami ma wiele wspólnego. Warto po nią sięgnąć, przed samodzielnym wyjazdem do Afryki.
Powinien ją przeczytać każdy, kto interesuje się szeroko pojętą kulturą ludów wschodniej i południowej Afryki.
Książka jest interesująco napisana, ładnie wydana, w większości z dobrymi zdjęciami.
Polecam.
poniedziałek, 20 kwietnia 2020
piątek, 17 kwietnia 2020
Kamperem przez Świat. Kazachstan
Pierwsza połowa 2020 roku.
Turystyka zamarła.
Karawaning też.
Granice zamknięte.
Z planowanej powtórki wyjazdu na Kaukaz - w planowanym, wakacyjnym terminie - nic nie będzie.
![]() |
Nasza trasa podróży kamperem po Kazachstanie. |
Jestem pewien, że za rok, czy dwa, kampery znowu ruszą na odległe szlaki.
Teraz opowiem o naszym widzeniu Kazachstanu, choć nie tak dokładnie Kazachstanu. Raczej fragmentu tego wielkiego kraju. Pod względem powierzchni, Kazachstan zajmuje dziewiąte miejsce na świecie - czyli jest osiem raz większy od Polski. Klimat Kazachstanu jest też wymagający. Podobnie jak w Mongolii. Kontynentalny. Zimą do -45°C, a latem +40°C. Północna część kraju, to prawie Syberia. Środkowa zajmują stepy , a na południu przeważają półpustynie i pustynie. Góry Tienszan i Ałtaj spotkamy na granicy z Kirgistanem i Chinami.
![]() |
Centrum Semey. Reprezentacyjne. |
Miesiąc, to też mało czasu, ale musimy do naszego planu dodać Uzbekistan, który umożliwił wjazd bezwizowy (2018), gdy już byliśmy w drodze. Takiej okazji nie sposób pominąć.
Mieliśmy też założenie. Omijamy znane atrakcje turystyczne Kazachstanu. Te, do których namawiają przewodniki i biura podróży. Kanion Szaryński, jedno czy drugie jezioro i Nur-Sułtan (dawna Astana).
Przy tym Nur-Sułtan zatrzymam się na moment.
![]() |
Bloki w centrum Semey. |
Prezydent Kazachstanu źle się czuł w Ałmaty. Starej Stolicy Kazachstanu, która zawsze była miastem intelektualistów, artystów i naukowców. Wymyślono więc, że stolica nie może być położona zbyt blisko granicy, bo gdyby Kirgistan, albo Chiny uderzyły znienacka i z wieczora, najdalej nad ranem, zdobędą miasto.
Naród posłuchał więc swego przywódcy i wyraził aprobatę na budowę nowej stolicy. Na stepie. Na miejscu dawnej osady Akmoła, o późniejszych nazwach: Akmolińsk, Celinograd, Astana i obecne Nur-Sułtan.
![]() |
Semey. My też kupujemy sery "od baby". |
Tymczasem jak wygląda życie ludzi na prowincji?
My trochę widzieliśmy.
Jeśli dodamy jeszcze dwa mało znane fakty o Kazachstanie i Kazachach, że:
- w czasie spotkań z bywszym prezydentem Nursułtan Nazarbajewem, osoby będące blisko, doznawały jakiegoś olśnienia, dreszczy i widziały aureolę nad jego głową, a sprawa bardziej poważna, to fakt, że do 1991 roku nie było takiego państwa jak Kazachstan.
Skąd taki przydługi wstęp?
Abyśmy zrozumieli, że zwiedzanie takiego kraju jak Kazachstan, bez dobrego przygotowania, to będzie ślizganie się po temacie. Ciężko jest dotrzeć do serc Kazachów. Obawiają się inwigilacji. Potrzeba sporo czasu i szczerości w kontaktach, aby zrozumieć ich życie.
I tak oto uzbrojeni w wiadomości teoretyczne o Kazachstanie, wjeżdżamy do tego kraju, od strony północnej. Jeszcze po stronie rosyjskiej, oczekując (około 20 minut) na wpuszczenie do odprawy granicznej, zapytałem stojącego obok, kierowcę dużej kazachstańskiej ciężarówki, o stan dróg. Jego odpowiedź zaskoczyła mnie.
Droga do Ałmaty jest kiepska. Kierowcy tirów wybierają jazdę po stepie.
Jak, co? Pytam.
No normalnie, najpierw mieć jakieś tam jezioro po lewej stronie, a potem inne po prawej i po 200 km masz miasto przed sobą.
Raczej będziemy się trzymać dróg normalnych.

Tymczasem zatrzymajmy się na północy Kazachstanu i opowiedzmy co widzieliśmy i co nas tu zaskoczyło. Na pierwszy ogień idzie Semey, do niedawna zwany Semipałatyńskiem.
Gmach Akademii Medycznej w Semey (N 50.405945° E 80.244283°), gdzie z trudem odnajdujemy małe muzeum, a dokładniej mówiąc to salę, z eksponatami różnych deformacji ludzkich i płodów. Miejsce to od lat opisywane jest przez różnych wędrowców, jako przykład chorób powodowanych próbami jądrowymi, na pobliskim poligonie atomowym. Oficjalnie osoby z zewnątrz nie mają tu wstępu, ale na upartego? Jednak pracownicy wydziały, gdzie mieści się muzeum bardzo prosili, aby nie powtarzać w przyszłości bzdur, o powiązaniu eksponatów z próbami jądrowymi. Zgromadzono tu, dla potrzeb nauczania przyszłych lekarzy, przypadki wrodzonych wad ludzkich. Jacyś światli turyści, a potem publicyści różnoracy, zaczęli powtarzać wymyślone bzdury, że to Rosjanie, że to dowód na .... itd. Tu powtarzamy tylko słowa kilku pracowników dydaktycznych, którzy z nami rozmawiali.
![]() |
Najmniej drastyczne eksponaty. |
W Semey zaskoczyło nas jeszcze muzeum Fiodora Dostojewskiego (N 50.404396° E 80.251959°). Nie tyle muzeum, nie tyle eksponaty, ale obsługa!!! Były to 4 kobiety i ochroniarz. Przykładowe dialogi:
- obejrzy sobie obrazy i pójdzie dalej
- ale mnie nie interesują współczesne obrazy
- najpierw obrazy, potem 1 piętro!
Ochronnik potwierdza, tak trzeba uczynić.
Na piętrze. Sala numer 1.
- idzie w lewo, tu się zatrzyma i czyta.
- nie mogę w prawo?
- nie, trzeba w lewo i trochę szybciej trzeba
No i 10 minut później byłem już w kamperze.
Jeśli chodzi o miejsca postojowe dla kampera, to w Semey, a dokładniej mówiąc w centrum miasta, trzeba zwrócić uwagę na wiele zakazów parkowania w godzinach nocnych, a policja jest tu bardzo skrupulatna. My jedną noc spędziliśmy na spokojnym parkingu (N 50.403797° E 80.251408°), a na kolejną wyszukałem ochranianą stojankę (N 50.402723° E 80.253722°) w cenie 500 tenge. Przy sąsiednim bloku jest możliwość zatankowania wody.
Teraz czas na elementy "Czarnej turystyki". Jadąc do Kazachstanu wiedzieliśmy, że jest to raj na ziemi, dla miłośników dark tourism. Takiego skupienia miejsc związanych z najczarniejszą stroną współczesnej historii świata, testami atomowymi, testami broni kosmicznej i technik radarowych, punktów z silosami rakiet międzykontynentalnych i wielu, wielu innych - nie znajdziemy w innym kraju na świecie! Kazachstan nie zaskoczy nas przyrodą, ani wieloma zabytkami.
Więcej, większych atrakcji jest w sąsiedniej Rosji, Chinach, czy nawet Kirgistanie.
Podobnie sprawy się mają z pisaniem o jedwabnym szlaku, prowadzącym przez miasta Kazachstanu. To spora nadinterpretacja, a mówiąc dosadniej - nieprawda. Jakieś małe odnogi, prowadzące od jedwabnego szlaku na północ, okresowo były wykorzystywane, w celach handlowych. Nic poza tym.
Znamienne dla nas były też słowa Żeni, naszego dobrego znajomego z Ałmaty:
wszystko co ciekawego można zobaczyć w Kazachstanie, jest położone za rzeką. Zapomniano tylko wybudować mosty.
Jak to interpretować?

Można się powłóczyć po całym terenie. Można też spokojnie spędzić tu noc w kamperze. Budynki infrastruktury całkowicie zrujnowane. W lepszym stanie są schrony lotnicze. Fajnie jest popatrzeć z lotu ptaka (drona) na okoliczny teren. Z jedną uwagą.
Step, to dogodne miejsce do tworzenia się gwałtownych podmuchów powietrznych. Coś takiego nastąpiło, gdy spokojnie fociłem sobie z drona. Zaczęło go zwiewać w step, a trawa tam półmetrowa. Zabrakło mi kilkudziesięciu sekund, aby bezpiecznie wylądować na pasie. Upadek z ponad metra wysokości zakończył się uszkodzeniem gimbala i wymianą w Ałmaty kamerki DJI Mavic PRO. Koszt - 1200 pln.
Czyli mogę się zwać ostatnią ofiarą zimnej wojny?
Jeżdżąc rowerem po terenie lotniska, przypomniałem sobie filmy obejrzane na YT. Ze startującymi, wielkimi samolotami, z podwieszoną bronią jądrową, które dzięki tankowaniu w powietrzu, nawet przez kilkadziesiąt godzin utrzymywały się w locie.
Mało kto wie, że z chwilą gdy Amerykanie, pod koniec lat sześćdziesiątych, rozmieścili w Europie swoje Pershingi z głowicami jądrowymi, radzieckie samoloty "wisiały" wysoko na polskim niebie, w ramach odstraszania. Tak było do końca lat osiemdziesiątych. Samoloty z Szagan, nie tylko latały nad Polską. Również nad biegunem północnym, albo nad oceanami, oczekiwały na rozkaz do ataku.
Utkwił mi w pamięci jeden szczegół z tego miejsca. Stara ławeczka, ukryta między drzewami, obok budynku z instalacjami lotniczymi. To tu siedziała zapewne obsługa lotów, obserwując startujących i lądujących kolegów.
O całej historii tego miejsca, jedynej, na przestrzeni 40 lat, katastrofie lotniczej, przeczytać możemy w bogatych materiałach, w internecie. Wszystko za sprawą tak zwanych "szagańców", kiedyś młodych ludzi, którzy zamieszkiwali ze swoimi rodzinami pobliskie miasteczko wojskowe. Ich hasłem przewodnim są słowa: Część swojego życia i serca pozostawiliśmy w tym miejscu. Myślę, że i rodziny amerykańskich żołnierzy, którzy stacjonowali w różnych miejscach na świecie, mogą wypowiadać takie słowa.
Pod warunkiem, że mają podobnie sentymentalną duszę.
Wspomniałem o wojskowym mieście Chagan. Obecnie miejsce to jest bardziej znane jako ... miasto duchów (N 50.624976° E 79.245989°). W przeszłości miało ono nazwy: Moskwa-4, Moskwa-400 i jeszcze kilka innych. Położone jest 10 kilometrów na północ od lotniska, po prawej stronie drogi Semey - Kurczatow.
Kiedyś kilkunastotysięczne miasto garnizonowe. Dla żołnierzy i ich rodzin. Ze szpitalem, szkołami i domem kultury. Naoczni świadkowie zimnej wojny. W 1994 roku opuszczone przez Rosjan, a Kazachowie w kilka lat zamienili je w ruinę.
![]() |
Po prawej, za drzewami, willa komendantów. |
Miasta zamknięte, utajnione, położone na skraju atomowego poligonu. Miasto Kurczatow nazywany był przez Rosjan nazwą Semipałatyńsk-21. Teraz znajduje się tu muzeum poligonu i centrum badań jądrowych Kazachstanu. Może dlatego, było to jedyne miejsce w Kazachstanie, gdzie byliśmy zatrzymani przez radiowóz i wylegitymowani, a może to ze względu na nietypowy wygląd naszego domu na kółkach? Bo technologia jądrowa Kazachstanu, jest chyba na podobnym poziomie co i w Polsce.
W tutejszym urzędzie miasta, staramy się uzyskać zezwolenie na odwiedzenie muzeum i poligonu. Zapytano nas, przez kogo jesteśmy rekomendowani? Przez nikogo - odpowiedziałem, bo wiedząc, że w grę wchodzą setki dolarów, które powinniśmy zapłacić za zgodę, nie miałem ochoty kłamać i kombinować. Skoro trzeba czekać do 4 tygodni na uzyskanie zgody, a ponadto zapłacić spory bakszysz, dać z siebie zrobić przebranego błazna i wysłuchiwać nie zawsze prawdziwych opowiadań "przewodników" - lepiej zrobić to metodą, jaką wskazał mi holenderski znajomy.
Jednak najpierw spędzamy dwie noce w spokojnym miejscu (N 50.755661° E 78.550859°), obok willi Ławrientij Beria. Nazwa willi trochę na wyrost, gdyż Beria nigdy w niej nie mieszkał. Był w Kurczatowie tylko raz, w 1949 roku, w czasie pierwszego testu bomby atomowej. Willa była zamieszkała przez komendantów poligonu, a obecnie jest adoptowana na ..... cerkiew prawosławną. W Kurczatowie spędzamy dwa dni, stojąc prawie nad urokliwą rzeką Irtysz. Wieczory spędzamy na spacerach nad rzeką, w miejscach, gdzie być może relaksował się również ojciec sowieckiej bomby atomowej, fizyk Igor Kurczatow.
![]() |
Na poligonie dobrze się ma przyroda, konie i trzoda. |
I tu mam pewnego zgryza, czy podawać szczegóły gdzie, co i jak można, aby ułatwić ewentualnym zainteresowanym, odwiedzenie tych miejsc?
Nie, nie zrobię tego, gdyż w takim przypadku trzeba by napisać sporą broszurę, o zwiedzaniu poligonu w Semipałatyńsku. Podanie niepełnych danych, może narazić ewentualnego naśladowce na problemy prawne, czy też zdrowotne.
![]() |
Pierwsze 50 kilometrów to suchy step. |
Zrobimy więc tak, będzie trochę zdjęć z opisami, będzie kilka hasłowych danych, będzie trochę rozwinięcia śmieszności, którymi jako ludzie cywilizowani i wykształceni, jesteśmy karmieni.
![]() |
Droga gruntowa, ale toczyć się można. |
Więc zaczynamy.
Objeżdżając teren byłego (do 1991 roku) poligonu, nie widzieliśmy nigdzie jakiejkolwiek informacji lub znaku, zabraniającego dalszej jazdy.
Przez tak zwane "pole testowe" przebiega droga do ...... odkrywkowej kopalni węgla, która mieści się na terenie poligonu.
Bardzo fajne i pouczające jest wędrowanie po poligonie przy pomocy mapy Google Earth. Więc dla ułatwienia podam lokalizację miejsca pierwszego wybuchu w roku 1949 dokonanego N 50.437960° E 77.814085°.
![]() |
Dopiero na Opytnym Polu widzimy elementy betonowe |
Nie spotkałem w internecie żadnego polskiego opracowania "blogopodobnego", a nawet oficjalnych materiałów prasowych, które podają prawdziwe informację o radzieckiej atomistyce. Przecież obecnie wszystko można zweryfikować z udostępnionymi w Rosji oficjalnie, lub mniej oficjalnie różnych autorów i badaczy historii XX wieku.
Jedyna tablica ostrzegawcza, jaką spotkaliśmy, dotyczyła zakazu polowań na polu testowym, czyli w centrum przeprowadzania prób.
![]() |
Tak zwany "łabądź". Kilka wież ustawionych w odstępach kilkuset metrów, z przyrządami pomiarowymi. |
Trzeba mieć trochę informacji i wiedzieć, że najwięcej izotopów promieniotwórczych, w czasie reakcji jądrowej, powstanie w metalach wszelakich i materiałach twardych (skała, beton), ale tu już mniej.
![]() |
Przed kamperem nasyp mostu, który zniknął. |
![]() |
Jeszcze dzisiaj zbierają resztki złomu z miejsc wybuchów. |
![]() |
Drogi wokół poligonu są kiepskiej jakości. |
Teraz strona druga. Dla nas, podkreślam DLA NAS niezbyt korzystna. Lata dziewięćdziesiąte, gospodarka chińska rozwija się, produkcja dóbr konsumpcyjnych idzie pełną parą i tu pytanie. Czy komuś z nas, nie przytrafiło się zakupienie czegoś metalowego (garnek, jakaś elektronika, sztućce) Made in China? Jakie mamy szanse, że zbiegiem okoliczności, trafiliśmy na elementy przetopione ze złomu atomowego? Pewnie niewielkie i nie warto kruszyć kopii, ale głupio by było załapać jakiegoś nowotwora, nie wiedząc skąd. To takie moje przemyślenie o losach ludzkich.
Moja rozmowa z wędkarzami, znad jeziora atomowego.
![]() |
Wędkarze nad Atomowym Jeziorem. |
I nic - odpowiadają. Ojcowie łowili i my łowimy. Dorodne karpie.
Nie szkodzą? - dopytuje.
Nie, byle ości nie łykać, bo zawierają promieniotwórczy cez.
Dodają, że sporo ich sprzedają w mieście. Mam nadzieję, że nikt ości tam nie łyka.
Jako człowiek ciekawski pytam o kolejną rzecz.
Tu czasami przywożą turystów, takich całych ubranych na biało, a Wy tak sobie ....
No tak, jak widzimy taki samochód, to chowamy się za skarpę, aby nie robić siary naszym przewodnikom, bo to wiadomo. Turysta dużo płaci, to musi być trochę wystraszony.
Musi - przytakuje mu.
Trzy dni hasania po poligonie szybko minęły. Jeszcze tylko raz podkreślę: po wielokroć warto tu przyjechać - jedyne takie miejsce na ziemi (Amerykanie swojego nie udostępnili), jednak po wielokroć trzeba się do tego przygotować!!!
Albo wyłożyć te kilkaset dolarów i mieć święty spokój.
Albo namówić nas na kolejny wyjazd w tamte strony, ale to już w połączeniu ze startem rakiety z Bajkonuru. Obserwowanie startu rakiety kosmicznej jest prawdopodobnie niesamowitym przeżyciem.
Teraz słów kilka o kierowcach w Kazachstanie. Po miesięcznej obserwacji stawiamy ich na równi z .... Gruzinami. Kto był w Gruzji, ten wie o czym piszę. Wariatkowo zupełne, przepisy na bok, zarzynanie samochodów, kolizje i wypadki. Czyli zero wyobraźni i kultury na drodze. Bo o ile w kontaktach osobistych Kazachowie są przesympatyczni, to za kierownicą zmieniają się w bestie. Aby była jasność, to oczywiście nie wszyscy, ale na tyle widoczna to jest grupa, że warto uważać na wszystkich. Dla własnego bezpieczeństwa. Oto kilka przykładów.
![]() |
Wyprzedzanie poboczem? Kto dużemu zabroni? |
![]() |
Taki zestaw holowany też nas wyprzedził! |
![]() |
Nawet Merca zajechali. Teraz pchanie do miasta. |



Jeszcze kwestia psychologicznego oddziaływania służb drogowych na zdrowie kierowców. Mowa tu ciągle o tysiąckilometrowym odcinku drogi z Semey do Ałmaty. Szczególnie pierwsze kilkaset kilometrów, które są w fatalnym stanie. Co wymyślili drogowcy? Oznaczenie jak na foto, to znaczy ograniczenie do 50 i garby, nierówności, dziury. To wszystko na odcinku jednego kilometra. Pomyślisz sobie, trudno. Zdarza się. Tak, ale nie w Kazachstanie. Po kilometrze masz taki sam znak, potem znowu. Po dwudziestym kilometrze krew Cię zalewa! Czy nie mogą postawić jednego znaku z tabliczką, że najbliższe 100 czy 200 kilometrów będą do luftu? Muszą dawać nadzieję co kilometr? Głupota.
Jednak wcześniej, czy później dojedziesz do Ałmaty, gdzie główne drogi są już ok. Prawie wszystkie, bo jeśli myślisz o wizycie w Kirgistanie, nad jeziorem Issyk-kul, to za naszych czasów, droga przez Kegen była praktycznie nieprzejezdna. Trzeba było okrężnie, przez Biszkek jechać. Natomiast w drogą stronę, na zachód, droga A2 jest b.dobra, za Szymkent również, potem Aralsk i niestety Aktobe - jeżeli planujemy wjazd do Rosji. Fajnie i logicznie można by myśleć o Astrachaniu, ale po drodze jest Atyrau. Kolejny odcinek nie dla normalnych pojazdów.
![]() |
Droga do punktu 13, czyli silosów podziemnych. |
Miejscowi po takich jeżdżą, samochody naprawiają. Specjalistyczne zakłady naprawy zawieszeń, czy też amortyzatorów (są takie) mają się dobrze, a sam tego również doświadczyłem. No i zawsze są dwa wyjścia: albo drogi, albo nowa stolica. Jak się wybiera nową stolicę, to człowiek przepadł.

miejscowością Saryozek, skręcić w boczną drogę i po kilku kilometrach dojechać do punktu
Były tu ukryte, nowoczesne jak na tamte lata, rakiety balistyczne z głowicami jądrowymi R14. Dla uspokojenia dodam, że swoje cele miały głównie w Chinach, a generalnie wycelowane były w azjatycką część naszego globu.
Do podziemnej części obiektu wejście oczywiście odradzam, a sam wszedłem tylko w celu sprawdzenia, co mam odradzać innym, aby to było świadome odradzanie.
Żarty na bok. Każdy robi co uważa za stosowne. Podziemne pomieszczenia sięgają dna silosa, czyli studni kilkunastometrowej głębokości, zakrytej od góry ruchomą klapą, w której stały rakiety. Wszystkie fragmenty metalowe, zostały już dawno rozszabrowane, ale pozostałe elementy wyglądają ciągle zdrowo. Ciemno i cicho wszędzie. Tylko tablice i napisy informacyjne na ścianach, wskazują nam, gdzie się znajdujemy?
Okolica jest bardzo spokojna, wydaje się dobrym miejscem na nocleg. Nocleg z duchami sowieckich żołnierzy, zasieków, wartowników z psami i minowych pól.
Z tego miejsca mamy już bardzo blisko do Ałmaty. Tu jedna uwaga. Nie ma już nazwy miasta, często w Polsce używanej "Ałma Ata". Nie ma nazwy "Ałmata". Miasto nazywa się Ałmaty, a ja nie spotkałem jeszcze w sieci, stanowiska językoznawców, jak należy w naszym języku, odmieniać tą nazwę? Dlatego zaniechałem odmieniania. Jeszcze jedno wyjaśnienie. Słowo ałmaty, to coś pochodnego od .... jabłek.
Dlaczego jabłek?
Otóż uczeni z Oksfordu bezspornie ustalili, że wszystkie jabłka świata pochodzą z lasów owocowych, które przed wiekami rosły tylko w jednym miejscu. W rejonie gór Tienszan, na wschód od Ałmaty. W chwili obecnej, z tych pierwotnych lasów jabłoni, pozostały tylko pojedyncze skupiska drzew. Ale te nowoczesne odmiany jabłek, ciągle czują się w Kazachstanie wyśmienicie.
Sami sprawdziliśmy, to znaczy kosztowaliśmy wielokrotnie, kupując je na przydrożnych stoiskach.
W samym mieście Ałmaty, nie udało się namierzyć jakiegoś sensownego miejsca do zatrzymania się. Ale dzięki nowym znajomym, zostaliśmy "wysłani" za miasto, unikając tym samym upałów, które zagościły w metropolii. Dosłownie kilka kilometrów dalej, ale za to w dolinie górskiej, obok drogi do urokliwego jeziora Wielkie Ałmatyńskie. N 43.102083° E 76.944900° Niedaleko ujęcia wody źródlanej, a do szczęścia brakowało tylko .... zasięgu internetu.
No, ale nie przyjechaliśmy tutaj na wypoczynek.
Po dwóch dniach Żenia i Aleksander zabierają nas na paralotniowe mistrzostwa w celności lądowania, a przy okazji mamy zobaczyć Kazachstan, jakiego jeszcze nie znamy.

I tak też się stało. W gronie nowo poznanych przyjaciół, spędziliśmy kilka dni. W górach, gdzieś na pograniczu pasma Ałtaju i Tienszan. W przewodnikach i folderach zero o tym regionie. Nas szczególnie zauroczyła

W mieście Taraz poznajemy sympatyczną rodzinę o polskich korzeniach, a nas najbardziej zaskoczył fakt, że wszyscy w tej rodzinie mówią po polsku! Nie, nie. Wcale to nie jest takie oczywiste, że Polonia mówi po polsku. Nie raz już, w czasie naszych podróży, spotkaliśmy się z takimi przypadkami.
W tej części Kazachstanu warto pamiętać, o bliskości Uzbekistanu z miastami starożytnych królestw. O Aleksandrze Wielkim i Wielkich Mongołach.
Dlatego na kilka dni, wspólnie z przypadkowo poznanymi kamperowcami z Polski - Wiolą i Zenkiem, którzy kręcili się gdzieś tu niedaleko, padliśmy w ramiona historii.
Najpierw Turkiestan i jego wspaniałe zabytki (UNESCO). Trzeba tu być.
Potem ruiny starożytnego miasta Savran. Wypada tu być.
I na końcu, a i tak wszystko blisko siebie jest położone, wykopaliska Syfanak, gdzie nadmiar glinianych wyrobów, z przed setek lat, znajduje się na wysypisku. Należy tu być.
Wszystkie te trzy lokalizacje, znajdują się w pobliżu trasy jazdy i w każdym z tych miejsc możemy zatrzymać się na nocleg.
Jak mowa o noclegach, to i o tankowaniu wody w Kazachstanie, warto wspomnieć. Generalnie jest jak w całej Rosji. Pamiętajmy, że kiedyś istniał ZSRR i takie same sieci wodociągowe budowano w całym imperium. W miastach wody nie nabieraliśmy, bo to zawsze problem z zatrzymaniem się kampera. Na łonie natury, korzystaliśmy z wielu źródeł i ujęć przydrożnych, z których korzystali miejscowi. Natomiast we wioskach, często zachowała się sieć "kałonek", czyli ogólnie dostępnych hydrantów - jak na foto, po lewej.
To właśnie jeden z argumentów, że wolimy wycieczki kamperem na wschód, niż na zachód Europy. Nie ma tu tematu tankowania wody.

Ostatni punkt, na jaki chciał bym zwrócić uwagę to Bajkonur N 45.677965° E 63.318990°.
Ostatni, bo za nim zobaczyliśmy przereklamowany Aralsk i bardzo już europejskie miasto Aktobe.
O Bajkonurze mogę tylko opowiedzieć teoretycznie, gdyż pomimo różnych zabiegów, nie udało nam się wejść. Mam tu na myśli miasteczko Bajkonur. Położone po lewej stronie drogi. Bo po prawej jest kosmodrom Bajkonur, jeszcze lepiej chroniony i choć ma wiele miejsc, gdzie można wjechać, na jego teren nawet pojazdem, to może być ryzykownie, o czym przekonało się dwóch hiszpańskich motocyklistów. Chłopaki tłumaczyli się, że jechali stepem i nieumyślnie wjechali. I zapłacili grzywnę po 500 EUR, którą mogli zamienić na tjurmę.
Do miasteczka, gdzie są ciekawe pomniki i muzeum kosmonautyki, można wjechać z przepustką lub jako zorganizowana wycieczka. Niestety, czas oczekiwania na taki wjazd, posiadając pewne kontakty, udało nam się wynegocjować z 30 do 7-10 dni. Tyle czasu trwa sprawdzanie uczestników w moskiewskiej centrali.
Bo trzeba pamiętać, że miasto i kosmodrom, jest przez Rosjan wydzierżawiony do 2025 roku i podlega ich jurysdykcji.
Mieliśmy wprawdzie pewien chytry plan w zanadrzu, ale doszliśmy z Teresą do wniosku, że za stare my już na pokonywanie zasieków, pól minowych, czy innych przeszkód terenowych.
Może więc w przyszłości odrobimy te zaległości?
Jest takie marzenie.
Naszym zdaniem, Kazachstan to wymarzony kraj dla "Czarnego Turysty". Nie dla amatora gór, jezior, zabytków itp. ale zainteresowanego wszystkim, co związane jest z militarnymi pamiątkami pozostałymi po ZSRR.
My zobaczyliśmy ich zaledwie kilka.
O niektórych nawet nie wiedzieliśmy, albo dowiedzieliśmy się za późno.
Przykładowo są to:
Wszystkie te trzy lokalizacje, znajdują się w pobliżu trasy jazdy i w każdym z tych miejsc możemy zatrzymać się na nocleg.
Jak mowa o noclegach, to i o tankowaniu wody w Kazachstanie, warto wspomnieć. Generalnie jest jak w całej Rosji. Pamiętajmy, że kiedyś istniał ZSRR i takie same sieci wodociągowe budowano w całym imperium. W miastach wody nie nabieraliśmy, bo to zawsze problem z zatrzymaniem się kampera. Na łonie natury, korzystaliśmy z wielu źródeł i ujęć przydrożnych, z których korzystali miejscowi. Natomiast we wioskach, często zachowała się sieć "kałonek", czyli ogólnie dostępnych hydrantów - jak na foto, po lewej.
To właśnie jeden z argumentów, że wolimy wycieczki kamperem na wschód, niż na zachód Europy. Nie ma tu tematu tankowania wody.

Ostatni punkt, na jaki chciał bym zwrócić uwagę to Bajkonur N 45.677965° E 63.318990°.
Ostatni, bo za nim zobaczyliśmy przereklamowany Aralsk i bardzo już europejskie miasto Aktobe.
O Bajkonurze mogę tylko opowiedzieć teoretycznie, gdyż pomimo różnych zabiegów, nie udało nam się wejść. Mam tu na myśli miasteczko Bajkonur. Położone po lewej stronie drogi. Bo po prawej jest kosmodrom Bajkonur, jeszcze lepiej chroniony i choć ma wiele miejsc, gdzie można wjechać, na jego teren nawet pojazdem, to może być ryzykownie, o czym przekonało się dwóch hiszpańskich motocyklistów. Chłopaki tłumaczyli się, że jechali stepem i nieumyślnie wjechali. I zapłacili grzywnę po 500 EUR, którą mogli zamienić na tjurmę.
Do miasteczka, gdzie są ciekawe pomniki i muzeum kosmonautyki, można wjechać z przepustką lub jako zorganizowana wycieczka. Niestety, czas oczekiwania na taki wjazd, posiadając pewne kontakty, udało nam się wynegocjować z 30 do 7-10 dni. Tyle czasu trwa sprawdzanie uczestników w moskiewskiej centrali.
Bo trzeba pamiętać, że miasto i kosmodrom, jest przez Rosjan wydzierżawiony do 2025 roku i podlega ich jurysdykcji.
Mieliśmy wprawdzie pewien chytry plan w zanadrzu, ale doszliśmy z Teresą do wniosku, że za stare my już na pokonywanie zasieków, pól minowych, czy innych przeszkód terenowych.
Może więc w przyszłości odrobimy te zaległości?
Jest takie marzenie.
![]() |
Nocleg, gdzieś na kazachskim stepie. |
My zobaczyliśmy ich zaledwie kilka.
O niektórych nawet nie wiedzieliśmy, albo dowiedzieliśmy się za późno.
Przykładowo są to:
- stacje radarowe obrony kosmicznej Balkhash i Darial
- pozostałości dwóch rakietowych dywizji ze 148 (!) nowoczesnymi wyrzutniami rakiet
- miasto Emba
- Priozersk ze swoją laserową bronią
- miejscowości wokół jeziora Aralsk i biologiczne laboratoria
niedziela, 12 kwietnia 2020
Kamperem przez Świat. Kirgistan 2018 - filmoteka
Pandemia ma swoje plusy. Jednym z nich jest dużo czasu, który zamiast spędzać w podróży, możemy poświęcić na realizacje zaległych zadań. W naszym przypadku są to filmy, zdjęcia i słowo pisane, gdzie poślizgi czasowe sięgają ...... kilku lat!
Więc bez zbędnego gadania, zabieramy się do roboty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Kamperem przez świat. Irak 2021
Matko Boska! Krzyknąłem, gdy zobaczyłem swoje zaległości w prowadzeniu PPP (praktycznych porad podróżników) na naszym blogu. Gd...