wtorek, 5 lutego 2013

Maroko. Wzdłuż wybrzeża, na południe.

         Dni świąteczne w Kenitra. Wspaniałe dni. Wydaje mi się, że w Polsce zatraciliśmy wiele ze świętowania. Zakupy, prezenty, promocje, reklamy, kredyty, bieganie za i przeciw – gdzie czas na Święto? Proponujemy – choć raz w życiu wyjedźmy na okres Świąt i Nowego Roku gdzieś bardzo, bardzo daleko! Naprawdę warto.


      Skoro jesteśmy gdzieś w ciekawym kraju, to oprócz świętowania, kukamy również tu i ówdzie. Kilka kilometrów za miastem jest ciekawy z wyglądu, choć nie przeznaczony do zwiedzania, zamek Mulai Ismaila – budowniczego Meknes.


            Inna ciekawostka, która nas zaskoczyła, to kościół katolicki. Na jego wieży bociany założyły sobie gniazda. Trzeba pamiętać, że (między innymi) tutaj, ptaki te spędzają zimę. No i moim zdaniem, jednego z nich widziałem w lecie, gdzieś w rejonie Łomży. Miał taki sam czerwony dziób i biały łebek. Ale nie o bociana chciałem. Otóż w takim islamskim kraju jakim jest Maroko, szanuje się kościoły innych wyznań. Nie są burzone, a raczej chronione, jako własność państwa Watykan. Czy ktoś pamięta co się działo w Warszawie, gdy wyznawcy islamu chcieli wybudować sobie meczet? Bez komentarza.

      Na powitanie Nowego Roku jedziemy do Rabatu. To była jedna z większych naszych porażek. Daliśmy się namówić na Sylwestra w mieście. Był to samotny Sylwester, w kilkumilionowym mieście, wśród nocnych śmieci i kloszardów. Ktoś zapomniał, że muzułmanie witają nowy rok gdzieś w listopadzie, a Rabat to ……. nie Paryż.
No ale potem dwa dni mamy w końcu dla siebie.
Więc rowerem w miasto!


         Jadę pod pałac Króla. Tego prawdziwego, aktualnego Króla Maroka! Pałac zlokalizowany jest w takim mieście w mieście. Czyli część Rabatu oddzielona jest murami od pozostałej części stolicy i tam właśnie jest pałac, siedziba premiera rządu itp. Oczywiście kontrola dokumentów obowiązkowa.


                Innym ciekawym zabytkiem Rabatu jest cytadela, mieszcząca się niedaleko od królewskiej siedziby.


                            Jednak koniecznym zobaczenia w tym mieście jest kazba Al-Udaja i wieża Hasana z Mauzoleum Muhammada V (na zdjęciu).



               Wejścia do mauzoleum ojca marokańskiej demokracji strzeże straż konna, a przed każdym z czterech wejść do mauzoleum, stoi wartownik w historycznym stroju. Super oprawa tego ważnego dla Marokańczyków miejsca.

        W międzyczasie, w ciągu dwóch dni, w Ambasadzie Mauretanii w Rabacie załatwiliśmy wizy wjazdowe do Islamskiej Republiki Mauretanii. To pełna, oficjalna nazwa. Nie będę opisywał jak to wyglądało. Pełen folklor. Załatwienie w Warszawie wizy do Ameryki, to mały pikuś.

 
         Kolejny nasz etap to miasto Casablanca. Wszyscy już chyba wiedzą, że miasto to nie ma nic wspólnego ze znanym melodramatem „Casablanca” i ani jedna scena filmu nie była kręcona w tym mieście. Nas zaciekawiły dwie rzeczy.



         Drugi pod względem wielkości (po meczecie w Mekka) meczet na świecie – Meczet Hasana II. Możliwość zwiedzania poza okresami modlitwy wiernych.



           Katedra, to znaczy jej budynek. Wnętrze puste, choć pozbawione śladów wandalizmu.


        Możliwość wejścia na wieże i dach, skąd mamy wspaniałe widoki na miasto. Sama katedra była czynna w czasie okupacji francuskiej. Poza tym unikajmy spacerów po suku, starym mieście i uwaga na złodziei! Nas też próbowali pozbawić tableta metodą „na wyrwę”, z jadącego motoroweru. Znajomy stracił tu swoją komórkę, i to w czasie rozmowy telefonicznej!

          Z Casablaki niedaleko już do kolejnego, ciekawego miasta – Azemmour. Miasta starożytnego, ale znanego głównie za sprawą Portugalczyków.



                                             To oni zbudowali tu w XVI wieku fort.



                  Został on przekształcony w ciekawą, godną dłuższego spaceru, kazbę.

Jedziemy dalej na południe. Do Al-Dżadida. To kolejna pamiątka po imperialnej Portugalii.



                                                               Port rybacki.



              Jednak turyści (również z Polski) przybywają tu w ramach „wycieczek fakultatywnych”, za sprawą „portugalskiej cysterny”. W XVI wieku Portugalczycy wybudowali w medinie podziemny zbiornik na wodę – cysternę. Została ona przypadkowo odkryta w XX wieku, przez kupca, chcącego powiększyć swój sklepik. Cysterna znana jest głównie z nastrojowej gry promieni słonecznych, padających przez otwór w sklepieniu.

       Skąd wiemy o polskich turystach? Od jednego ze sprzedawców pamiątek, który nieźle mówi po polsku i sprzedaje olej arganowy z 10 krotnym przebiciem ceny.

       Teraz opuszczamy „nadmorski szlak karawaningowy” i jedziemy w środek Maroka. W kierunku Marrakeszu. Muszę tu dodać, że zostaliśmy już uświadomieni przez tubylców, czego po tym Marrakeszu możemy się spodziewać, a raczej czego oczekiwać nie powinniśmy. Mamy też swoje, kilkutygodniowe obserwacje ze zwiedzania Maroka. No, aby nikt nigdy nie powiedział nam: nie byliście, a gadacie – wybieramy kierunek wschód.


                   Po drodze czynimy „badania naukowe” – skąd i jak kamperowiec może tankować wodę? Rzecz staje się coraz bardziej istotna. Zjeżdżamy coraz niżej. Nie korzystamy jednak, wzorem Francuzów z kampingów, nie trudnimy się, wzorem tej samej narodowości, rozdawaniem pieniędzy „za nic”.


              Wiemy już gdzie zlokalizowane są ogólnodostępne studnie. Jak zachować się w czasie tankowania kampera.

   Skoro wspomnieliśmy o Francuzach, to zapewne już niedługo, przejedziemy się po kamperowcach z tego kraju, jak po rudej ………. Oj nasłuchał się człowiek, nasłuchał, a sam to i owo też już widzi J.

            Generalnie Marrakesz porównywany jest do Casablanki. Drogo, tłoczno, niebezpiecznie, a do tego ciekawych miejsc nie za wiele.
            Spędziliśmy tu dwa dni. Za miejsce postojowe zapłaciliśmy najwyższą, jak do tej pory, cenę.


           Znaleźliśmy jednak dla siebie, coś ciekawego do zobaczenia. Zawija Sidi Bu-l-Abbas to sanktuarium świętego, który żyjąc w XII wieku, poświęcił się opiece nad ślepymi.


                 Wieczorem przeszliśmy przez plac Jemaa el-Fna, aby jak to często opisują przewodniki turystyczne: „zanurzyć się w świat prawdziwego Maroka”. Zaiste, zagadkowe to stwierdzenie. Bardziej chyba marketingowe, niż mające coś wspólnego z rzeczywistością. To jest opinia rodowitych Marokańczyków! Co my zauważyliśmy? Okoliczne dachy przerobione na punkty widokowe dla turystów, którzy wiszący na balustradach niczym winorośla, strzelają z odległości kilkudziesięciu metrów lampami błyskowymi. Ceny towarów wyższe, niż w okolicznych uliczkach suku. Zaczepiają Cię co krok przebierańcy, proponują wspólne zdjęcie za opłatą. Faceci zakładający znienacka  ledwo żywe węże, na ramiona przechodzących kobiet i wyciągający ręce po zapłatę za swój czyn. Sławetny sok z pomarańczy za 4 dirhamy, gatunkowo troszkę gorszy od soku z Biedronki. Oto jak my widzieliśmy plac Jemaa el-Fna w Marrakeszu.

       Z Marrakeszu wyjeżdżamy wcześnie rano. Najpierw tankowanie gazu do butli i muszę przyznać, że choć wykonujemy już drugi raz tą czynność w Maroku, to do tej pory nie wiem, co oni nam do tej butli tankują. Jedni twierdzą, że to butan, a inni, że propan. I oczywiście każdy twierdzi, że ma rację, a tankując inny gaz, zniszczymy sobie instalację gazową w kamperze. To będzie chyba jedna z nierozwiązanych zagadek marokańskich. Jednak najważniejsze, że wszystkie nasze odbiorniki gazowe działają (odpukać!) jak na razie ok.


                       Potem pokonujemy trzecie, duże pasmo górskie w Maroko – Antyatlas.
Dalej już zaczyna się Sahara.

            Pokukaliśmy przez moment na miasto Agadir. Nie będziemy o nim pisać. Już chyba wszyscy nasi znajomi w nim byli.


                               Za Agadirem był Guelmim. Miasto z sukiem wielbłądów.


                 Kilkadziesiąt kilometrów dalej, na Plage Blanche, zatrzymujemy się na trzy dni. Jesteśmy w towarzystwie zaprzyjaźnionych kamperowców z Niemiec – Wiesi i Erwina. Poznajemy tu Guntera, który jedenasty już raz jest kamperem w Maroku. Ma za sobą zwiedzenie sporej części Afryki, a nawet wyprawy do Chin, z dwoma innymi kamperami. Chętnie dzieli się posiadanymi informacjami.

             Po tym krótkim relaksie, połączonym z pierwszym pedałowaniem po okolicznych pistach (ubite, saharyjskie drogi gruntowe), ruszamy w kierunku Sahary Zachodniej. Przed nami ponad 1000 kilometrów, a za dni kilka zaczyna się ważność naszej wizy do Maury.

Teraz też, zaczyna się ta naprawdę afrykańska część naszego wyjazdu.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Maroko. Kierunek Atlantyk.

Wystarczy korzystać z kodu html i tam wklejać swoją grafikę :-)
Znowu chciał ktoś coś ulepszyć i wyszło jak zawsze !
Wracamy więc na trasę.

      Kolejny punkt naszej wycieczki, to miasto Meknes. Trochę rywalizujące w przeszłości z Fezem. Ma swój plac, podobny do Jemaa el-Fna w Marakeszu, tylko ............ prawie bez turystów.
 
 

                      Meknes posiada fajne muzeum Dar Jamaii. Mieści się ono w XIX wiecznej rezydencji wielkiego wezyra. I dzięki temu większe wrażenie na nas zrobiły wnętrza muzealne, niż eksponaty w nich umieszczone.
 
 
 No może z wyjątkiem minbaru z XVII wieku. Jest to kazalnica z meczetu.
  
 
 
         Potem biegamy trochę po medinie. Jak każde szanujące się miasto arabskie i Meknes ma medinę i to interesującą ! Patrząc oczywiście z naszego punktu widzenia 3 medin dopiero.

 
          I znowu coś ciekawego zobaczyliśmy na stary mieście. Suk "niciarzy" (?) Jest to jedna uliczka, na której obok siebie mieści się kilkanaście sklepików tylko z nićmi. W każdym setki kolorowych szpulek, a na podwórkach kilka zakładów nawijających nici na szpulki. Jak im się to opłaca ?


                  Jeszcze jedna ciekawostka rodem z Meknes. To ten region od setek lat słynął z techniki zdobienia przedmiotów metalowych zwanej demaskinażem. Wygląda to z grubsza tak. Mamy jakiś przedmiot surowy z miekkiego metalu. Na nim wykonujemy rylcem rowki o grubości nitki. W rowkach tych umieszczamy srebrną nitkę, którą tam zaklepujemy. Proste?
 
 
        Co jeszcze ciekawego jest w tym marokańskim mieście? Może trochę kontrastu? Za widocznym w tle murem jest biedna dzielnica mieszkaniowa, taka stara medina. Tymczasem po tej stronie - królewskie pole golfowe. Ale grają tam sami początkujący, bo piłeczka przeleciała kilka metrów ode mnie.
 
 
              Po trzech dniach ruszamy bocznymi drogami, gdzieś pomiędzy Atlasem Średnim, a niziną Al-Gharb, w kierunku starożytnych ruin miasta Volubilis. Jedno nas uderzyło w czasie tej jazdy. Wydaje się, że żaden skrawek ziemi nie leży tu odłogiem.
 
 
                Po drodze zobaczyliśmy malowniczy widok. Na dwóch wzgórzach zabudowania małego miasteczka Maulaj Idris. Rzut okiem do przewodnika i ...... trzeba tu na moment się zatrzymać. Dookoła kręci się sporo pielgrzymów, a to wszystko za sprawą grobowca jaki zlokalizowany jest w tym miasteczku. Grobowiec Irdisa I. Potomka proroka Mahometa.
 
 
              Miałem ochotę zobaczyć go z bliska ale niestety. Niewiernym nie wolno przekraczać belki, za którą jest święty teren, tak zwany borm.
 
 
    Dwa kilometry za miasteczkiem, zaczynają ruiny starożytnego miasta Volubilis. Noc można spędzić nei bliżej niż 500 metrów od jego granicy. Takie policyjne przepisy. My wybraliśmy miejsce w gaju oliwnym, obok kramów miejscowego kupca, mówiącego chyba we wszystkich językach świata.
 
 
     Wieczorem mały spacer po ruinach, a następnego dnia przewodnik do ręki, do drugiej aparat foto, do trzeciej kamera i ruszamy w gruzowisko.
 
 
                   Dla mnie Volubilis to był ważny punkt w turystycznych planach. Kilka znalezionych tu, w czasie prowadzonych wykopalisk zabytków, oglądaliśmy wcześniej w muzeach. Przedmioty tu znalezione nie odbiegają kunsztem od wyrobów z czasów rzymskich, choć są od nich o setki lat starsze. Bo tak na prawdę, to Volubilis założono w okresie panowania królów mauretańskich! Czyli Maurowie, których śledem podążamy, tworzyli kiedyć całkiem potężną cywilizację.
 
 
Kolejne sto kilometrów przemierzamy niziną Al-Gharb, centrum rolnictwa marokańskiego.
 
 
          Aby w końcu wylądować na kempingu La Chenaie w nadmorskiej miejscowości Kenitra.
 
                 Tu spędzamy Święta, poznajemy szalenie miłe małżeństwo Martę i Chakiba, zwiedzamy najbliższe okolicę miasta i zgłębiamy wiele marokańskich tajemnic.
Nawet tych, które są w kręgu zainteresowań polskich służb specjalnych. Ale o tym sza !!!
 

środa, 2 stycznia 2013

Maroko. Góry Rif.

            Maroko powitało nas dokładnymi kontrolami na granicy. Wypełnianie różnych dokumentów. Na osoby, na samochód. Nadanie numerów identyfikacyjnych. Pytania o broń. Trzeba jednak przyznać, że wszystko odbywało się grzecznie i uprzejmie. Po nocy spędzonej w porcie Tanger Med. (prom dopłynął już po północy), obraliśmy kierunek odwrotny, od preferowanego przez innych kamperowców. Nie wzdłuż wybrzeża na Rabat, ale na południe, do naszego pierwszego marokańskiego miasta Tetouan.


       Od samego początku krajobrazy są zachwycające. Robimy sporo przerw, na sesje foto i video. Czasami na poboczu widzimy czarnoskórych kandydatów, do nielegalnej emigracji na stary kontynent. Generalnie drogi dobre, choć widoczna jest mniejsza ilość budowli z gatunku cywilizacyjnych.


           Z dala spoglądamy na miasto Ceuta (po marokańsku Septa). To jakaś historyczna pozostałość po układach pokojowych? Miasto należy do Hiszpanii, choć leży w Maroku.

                 W Tetouan zatrzymujemy się na 3 dni. Na parkingu zlokalizowanym za murami mediny. Medina po arabsku oznacza „miasto”, a dla turystów to stare miasto, otoczone murem, z bramami
i wieżyczkami obronnymi. Do tego plątanina wąskich uliczek.


             Pierwsze kroki skierowałem do punktu informacji turystycznej. To znaczy w Maroku nie ma punktów znanych nam z Europy. Są przedstawicielstwa ministerstwa turystyki. Jak jest ministerstwo, to musi być okazały budynek, okazałe pomieszczenie i ……. okazałe biurko, za którym siedzi urzędnik państwowy. Miejsce turysty jest na niższym stołku, w bezpiecznej odległości. Choć muszę przyznać, że urzędnik był super uprzejmy, posiadał mapy i informacje o swoim terenie. Biegle mówił po angielsku. Po francusku zapewne też.

 
     Zaopatrzeni w potrzebne informację, ruszyliśmy w medinę. Jest tu i pałac królewski. Nie zabytek, ale dokładnie pilnowany obiekt użyteczny, w którym panujący w Maroko król – obecnie jest to Muhammad VI – prawdopodobnie lubi spędzać letnie miesiące. Ciekawostka. Pałacu pilnują przynajmniej cztery (!) różne formacje mundurowe. Tylu się doliczyłem. To bardzo dobre rozwiązanie gwarantujące, że króla nie „obali” ten czy inny oponent.

 
           Potem idziemy przez suki. Nowe słowo. Jest to bazar z różnymi towarami i usługami. Na ogół towary pogrupowane są asortymentem. Jest więc suk warzywny, piekarniczy, ze słodyczami, a nawet ……. z flakami różnych zwierząt. Aby jednak zachować się jak rasowy turysta, pozwolę sobie przedstawić zdjęcia „przyzwoite” czyli: oliwki, daktyle i przyprawy.
       
             No i muszę wspomnieć kilka słów o „frojndach”. Otóż frojnd, jest to osobnik płci męskiej, który posiada dar wyłuskania zagranicznego turysty w tłumie ulicznym. Frojnd rozmawia kilkoma językami, już w pierwszym zdaniu przedstawia się jako Twój przyjaciel i proponuje oprowadzenie po mieście. Swoją ofertę zaczyna od 10 EUR, ale gotów jest zadowolić się i kwotą 2 EUR za oprowadzenie po medinie. Z frojndem nie wolno pod żadnym pozorem nawiązać kontaktu wzrokowego. Inaczej nie opędzimy się od niego przez minimum 60 minut. Sprawdzone osobiście. Jeśli frojnd mówi aby iść w prawo – my idziemy w lewo. Wszystkie frojndy w danej miejscowości mają jakąś łączność telepatyczną chyba. Jak jeden widzi, że strzępi język nadaremnie i odchodzi, w ciągu kilkudziesięciu sekund podchodzi kolejny i zabawa zaczyna się od początku. Zasada ta obowiązuje przez pierwsze 24 godziny. Potem tracimy widocznie w ich oczach wygląd bankomatu i w czasie spotkania na ulicy wymieniamy już tylko grzecznościowe powitania.  Jeszcze jedno. Frojnd jest często dealerem narkotyków, więc zachowajmy umiar.

 
         Na moment wchodzimy do starego hotelu. Jest on chyba adoptowany z domu arabskiego. Dziedziniec, a na piętrze pokoje.

 
                         Oj, jakież to są pokoje. Wchodzimy do takiego klasy Lux, a tu tylko dwie leżanki. Nic więcej. Choć cena wcale nie jest wysoka – 50 dirhamów. Kolejne nowe, trudne słowo. Jest to waluta marokańska o przeliczniku prawie 40 groszy za 1 DH.
               Trzeba jeszcze wspomnieć o zapachach, jakie towarzyszą nam w czasie spaceru po suku. Szczególnie po sukach „spożywczych”.  Są one, mówiąc delikatnie, bardzo intensywne i niespotykane w Europie. Podobnie jak krzyki sprzedawców reklamujących swój towar. Komu to nie odpowiada, niech udaje się lepiej wprost do Agadiru J

 
                Wieczorem, niespodziewanie natknąłem się na atelier jakiegoś artysty. Chętnie pokazał mi swoje dzieła i zdjęcie z królem. Widocznie zdjęcie to spowodowało, że rozmowę o cenach jego dzieł przyjąłem ze zrozumieniem.

 
     Kolejny dzień, to wizyta w muzeum archeologicznym. Nie będę pisał przewodnika. Wspomnę tylko, że po raz pierwszy zobaczyłem eksponaty z wykopalisk w mieście Tamuda. Miasta z przed ponad 2000 lat, miasta Królestwa Maurów.

 
              Potem znowu medina. Znowu, bo jest olbrzymia, a cała została wpisana na listę dziedzictwa UNESCO. Dopisuje nam szczęście. Staję, fotografuje jakiś fragment minaretu, a ktoś mnie szarpie za łokieć i pyta, czy chcemy zobaczyć, od środka, najstarszy dom w mieście. Ba, no oczywiście! Warunek, nie wchodzimy dalej jak na dziedziniec. Nie przeszkadzamy mieszkańcom. Ok. Trzaskam zdjęcia seryjnie. Chłoniemy każdy szczegół.


                 Nawet specyficzną budowę sufitu. Dom należy do rodziny Ben Qarrishi i jest zamieszkały od prawie 400 lat !!!
Dzięki nieznajomy łaskawco!

 
Potem wspinam się do ruin hiszpańskiego pałacu (?). i oglądam stary i nowy Tetouan.

 
         Trzeciego dnia ruszamy dalej, w kierunku owianego nutką tajemnicy, niebieskiego miasta Chefchaouen.

                  Po drodze mijamy Ładne krajobrazy, pojedyncze wioski, często gdzieś w oddali położone. Jest to rejon dość nietypowy na mapie Maroka. Wiadomo, że produkcja, handel i używanie narkotyków jest w tym kraju karane. Wiadomo jednak również, że w górach Rif są olbrzymie plantacje marihuany, że trawkę kupimy tu „za groszę”, a porcja haszyszu kosztuje od 5 DH czyli 2 złotych !!! Raj na ziemi. Idąc przez miasto jesteśmy delikatnie nagabywani doi odwiedzenia małych pokoików nad lokalami, gdzie można zapalić fajeczkę. Można zrobić sobie spacer ścieżką za wodospadem (więcej nie powiem, dla dobra młodego pokolenia), aby zobaczyć jak chłopi uprawiają narkotyki. Chyba, że mamy życiowego pecha. Jeśli trafimy na akcję policji królewskiej i kupimy działkę od królewskiego prowokatora policyjnego, to zapewne wylądujemy w królewskim więzieniu, gdzie życie wcale już nie jest takie królewskie.

 
            Po takich informacjach trudno się dziwić, że John przyjechał w te strony 20 lat temu z Irlandii i jak sam z uśmiechem mówi „zapomniał wrócić”.

 


         Medina, czyli stare miasto w Chefchaouen, potrafi zrobić wrażenie. Ściany domów, podwórka, a nawet całe chodniki, pomalowane są na wszystkie odcienie błękitu. Sami zobaczcie, jak to wygląda.

 
      Nocleg na campingu (jednak aura nietypowości tego regionu robi swoje) i jedziemy w kierunku miasta Fez. Zjeżdżamy z gór i po przydrożnych punktach handlowych widać, że zaczyna się najbardziej rolniczy region Maroka.


             Fez, to kolejne z tak zwanych królewskich miast marokańskich. To oznacza, że w przeszłości były stolicą kraju. To oznacza, że jest tu i zamek królewski i medina i sporo innych zabytków.
  Do najważniejszych, a co ważne, dostępnych do zwiedzania również dla niewiernych, jest Madrasa Bu Inanija. Madrasa, to już ostatnie trudne słowo w dniu dzisiejszym J. Oznacza szkołę koraniczną, czyli wyznaniową.


          Ta w Fez została zbudowana w 1355 roku. Posiada piękny minaret. Tylko …………… jak te wszystkie piękne rzeczy w medinie fotografować? Wąziutkie uliczki, masa ludzi, fatalne oświetlenie. Jeszcze nie mam na to swojego patentu.

 
Tu widać wnętrze madrasy, a dokładnie sala modlitwy dla studentów.

 
    W Fezie mieliśmy również czas na włóczęgę mniej znanymi ulicami. To też jest Fez, bez turystów, bez sprzedawców, choć ze swoimi mieszkańcami.

 
     Tu mało znana dzielnica żydowska, czyli milla w Fezie. Ma swój klimat i zupełnie inną zabudowę, choć teraz Żydów prawie tu już nie ma.


                 No i garbarnia skór. Jednak nie daliśmy się zapędzić trasą wycieczek zorganizowanych. Dotarliśmy do miejsca najbardziej przygnębiającego, no może poza ubojnią, w produkcji pięknych torebek itp. To pierwszy etap w garbarstwie, czyli oczyszczenie skór z resztek substancji niepotrzebnych. Wrażenie surrealistyczne. Obłędny smród, koty i szczury.
Po tych  miłych przeżyciach,  jedziemy dalej.

Kamperem przez świat. Irak 2021

             Matko Boska! Krzyknąłem, gdy zobaczyłem swoje zaległości w prowadzeniu PPP (praktycznych porad podróżników) na naszym blogu. Gd...