piątek, 7 grudnia 2012

Portugalia. Templariusze, konie i wielka miłość.

Dzisiaj opowiem o trzech różnych, ale jakże portugalskich klimatach.

Najpierw miejscowość Tomar i górujący nad miastem zamek i klasztor Templariuszy. Pogoda normalna, czyli pada, kropi lub na moment wyjdzie słońce. W takich oto okolicznościach przyrody zatrzymujemy się na 3 dni, pod murami tajemniczego zamku. W nocy, jak akurat nie pada, pohukują sobie sowy. Bezgłośnie (dla ludzi) latają nietoperze. Z miejsca gdzie stoimy jest wspaniała panorama na miasto i okolicę.
 
Widać na przykład Nossa Senhora da Conceicao z połowy XVI wieku. Z daleka widać, że chyba „mało uczęszczany”. Tutaj należy się mała uwaga. W Portugalii wszystkie (?) kościoły są własnością Państwa i są udostępniane czasowo (msza lub inne uroczystości religijne) parafiom lub związkom wyznaniowym. Dlatego, do wielu obiektów religijnych, wstęp jest płatny, a część z nich jest stale zamknięta.
 
Nieco dalej widać kaplicę Nossa Senhora da Piedade z XVII wieku z jakże typowym podejściem do niej. Przypomniało nam to schody do Bom Jesus. Ale deszcz nie nastraja do ich forsowania.

W dzień ruszamy za zamkową bramę. Do klasztoru i jednocześnie zamku templariuszy. Tu znowu musimy kilka słów historii (portugalskiej) wtrącić. W końcu już kilka tygodni poznajemy ten kraj. Więc, jak pierwszy (samozwańczy) król Portugalii wyzwalał swój przyszły kraj z rąk Maurów, to był trochę za słaby na taką wojaczkę. Zaprosił więc do wspólnej walki, pod hasłem rekonkwisty, czyli nawracania niewiernych na chrześcijaństwo, najbardziej wojownicze zakony. W tym i templariuszy. Po każdej zwycięskiej bitwie (wiadomo, łupy wojenne) budowano kościoły, klasztory, przyznawano zakonom ziemię. I było miło do roku 1312, w którym to papież Klemens V rozwiązał ten bogaty i wpływowy zakon. Król Portugalii nie mógł się nie liczyć ze zdaniem papieża. Zakon rozwiązał ale na jego miejsce, powołał następnego dnia Zakon Chrystusa, który odziedziczył całą własność i przywileje …… templariuszy. I kto tu był najbardziej sprytny? Papież, król czy zakonnicy? No ale dzięki tej operacji, dzisiaj mamy okazję zobaczyć, kawał historii. Zdjęcia „zewnętrzne” pokazaliśmy na fejsie, teraz trochę fotek wnętrz.
 
 
Krużganki królewskie z połowy XVI wieku.


Tak zwana nowa zakrystia.

Refektarz, czyli jadalnia.


Późnym popołudniem zjeżdżamy z zamku do miasta. Zostawiamy nasz dom na kółkach koło siedziby sądu i ruszamy w miasto.

Na pierwszy ogień poszedł stary, gotycki kościół Sao Joao Baptista. To jeszcze nic, takich kościołów w Portugalii sporo. Jednak w tym miejscu, co cztery lata, ma miejsce dziwne (nie znane w kościołach katolickich) święto dos Tabuleiros.


Procesja ubranych na biało dziewcząt, które niosą na głowie, wysokie tace z chlebem i kwiatami. Oto jedno z takich nakryć głowy, o wysokości blisko 2 metry.


Potem szybka wizyta w najstarszej (1430 rok) portugalskiej synagodze. Oj, nasłuchałem się tutaj opinii na temat inkwizycji, przymusowym chrzczeniu Żydów lub ich wysiedlaniu z Portugalii w wieku XV.


Obok starego mostu Ponte Velha (XV wiek), idziemy do muzeum zapałek.
 
Zbiór zapałek z całego świata, mieszkańca Tomaru, po jego śmierci wystawia miasto. Jest to największa kolekcja w Europie (prawie 50 tysięcy pudełek). Tylko ta nazwa jakaś dziwaczna J  : Muzeum Fosforu.
 

Chwilę spędzamy w małej fabryczce azulejos. Choć nie tylko. Są tam też wykonywane na naszych oczach, i ręcznie malowane, inne wyroby z gliny.
 

Późnym wieczorem pędzimy do miasteczka Golega. Centrum hodowli portugalskiego konia. Pierwsze dwa tygodnie listopada, to spokojne miasteczko jest gospodarzem Feira Nacional do Cavalo. Czyli setki miejscowych i przywiezionych koni. Kilka tysięcy gości. Około 100 kamperów (w tym jeden z Francji i jeden z Polski J). Od rana do nocy zawody hippiczne (mistrzostwa Portugalii), pokazy ujeżdżania na specjalnych obiektach, stukot podków na ulicach miasteczka, bryczki, policja konna, markiz i kilka hrabianek na koniach, wspaniałe stroje portugalskiej arystokracji. Można by tak wymieniać i wymieniać.
 
 
 
Dla nas piechurów, do niedawna latających co najwyżej na paralotni, otarcie się o świat miłośników konia, był rzeczą absolutnie zjawiskową. I już nikt nam w kraju nie wmówi, że koń nie zawsze potrzebuje podkowy, a w stajni musi być choć trochę brudno. Z żalem opuszczamy to ciekawe miejsce, wywożąc ze sobą setki zdjęć i sporo materiału video. No ale czeka nas teraz, prawdziwa i wielka miłość, a właściwie, to jej romantyczne (?) zakończenie. 
 

Największy w Portugalii kościół Mosteiro de Santa Maria w miejscowości Alcobaca. Wraz z królem Alfonsem I, który „gonił” Maurów z północy na południe, szli również cystersi. W 1147 roku król rozpoczął budowę dla nich tego olbrzymiego kompleksu. Zakonników przybywało. Maksymalnie było ich 999. Msze święte odprawiano przez całą dobę. Niestety kilku średniowiecznych kronikarzy opisuję coraz bardziej hulaszcze życie miejscowych zakonników.


Na zdjęciu drzwi kuchenne, przez które karmiono ubogich, tym co zostało na zakonnych stołach.


Nawa główna kościoła robi niesamowite wrażenie. To zdjęcie wykonałem w czasie niedzielnej mszy świętej.

 
 

W nawach bocznych, naprzeciw siebie, stoją dwa grobowce romantycznych kochanków. Po prawej stronie ołtarza króla Piotra I. Po stronie lewej królowej (?) Ines de Castro. Oba wspaniałe groby zwrócone są do siebie w ten sposób, aby w dzień zmartwychwstania, Piotr i Ines, mogli na siebie spojrzeć jako pierwsi. Ich tragiczną historię poznaliśmy w Coimbrze.

W dużym skrócie było to tak. Wiek XIV. Młody królewicz Piotr zmuszony jest poślubić kastylijską księżniczkę. Wraz z nią, do Portugalii przyjeżdża dama dworu – Ines de Castro. Młodzi zakochują się w sobie. Jednak ojciec młodego księcia, czyli król,  nakazuje odesłać Ines do Hiszpanii. Gdy wkrótce umiera prawowita żona Piotra, ten sprowadza Ines i oboje zamieszkują  w Coimbrze. Jednak ich szczęściem nie trwa długo. Trzej szlachcice, na rozkaz króla, z obawy o powiązania polityczne, mordują  Ines. Dwa lata później umiera król, a tron obejmuje Piotr I. Demaskuje dwóch zabójców i osobiście wyrywa im serca. Następnie nakazuje ekshumować zwłoki Ines, ubrać ją w królewskie szaty i posadzić na tronie. Cały dwór był zmuszony oddać cześć królowej (?) i całować jej dłonie.

Dalszą część już znamy. Dwa grobowce w Alcobaca.



Może dla poprawy humoru. Popatrzmy na piękne, w stylu manuelińskim obramowane, drzwi prowadzące do zakrystii kościoła  w Alcobaca.

wtorek, 27 listopada 2012

Portugalia. Batalha i okolice.

Batalha. To ważne miejsce dla Portugalczyków. Dawno, dawno temu, w roku 1385, Hiszpanie chcieli powrotu Portugalii pod ich berło. To oczywiście duże uproszczenie historii, nie mniej, gdzieś w tym rejonie stoczono wielką bitwę i w podzięce za zwycięstwo, wybudowano wielkie opactwo dominikańskie.


Kampery na tle Mosteiro de Santa Maria da Vitoria.
       W wiele lat później, Portugalczycy dobudowali miejsce postojowe dla kamperów (rzadkość, przynajmniej w północnej Portugalii), gdzie zatrzymaliśmy się, pewnego listopadowego dnia.



Kościół Świętej Marii Zwycięskiej.
Opactwo dominikańskie robi niesamowite wrażene. Widać, że łupy na Hiszpanach były całkiem nie małe. Po lewej widoczne są zabudowania klasztorne, na wprost kościół, a za nim, już poza kadrem Capelas Imperfeitas czyli niedokończone kaplice. Opactwo budowano (rozbudowywano) przez 200 lat.


Portal do kościoła.
Już samo wejście do kościoła budzi szacunek i zachwyt. Przecież te rzeźby mają ponad 500 lat.


Gotyckie wnętrze.
Musimy przyznać, że po raz pierwszy w życiu, byliśmy w tak olbrzymim kościele. Długość to 80 metrów, a wysokość ponad 30. Jeśli dodać, że wnętrze to surowy gotyk, to trzeba przyznać, że po wejściu ciarki przechodzą po plecach.


Manuelińskie krużganki.
Potem czas na część klasztorną. Wszędzie widać, ten niepowtarzalny poza Portugalią, styl manueliński w architekturze.  Coraz bardziej nam się to podoba. Jest tu i kaplica fundatora, czyli miejsce pochowania króla Jana I, jego żony i syna - Henryka Żeglarza. Tak, tego Henryka, ojca Wielkich Odkryć Geograficznych.


Polonica w klasztorze.
W części pomieszczeń klasztornych jest i Grób Nieznanego Żołnierza z wartą honorową i małe muzeum pamiątek wojskowych. W jednej z gablot, wpadł mi w oko jakiś dokument, datowany na 1925 roku, mówiący coś o polskiej armii.
W Batalha zostaliśmy 3 dni. Obok naszego miejsca postojowego był ogólniedostępny kompleks sportowy. Można było, w przerwie między opadami, trochę się poruszać. Miejscowi robili to nawet w deszczu.
Był też też targ, gdzie trochę świeżych płodów rolnych nabyliśmy - prosto od chłopa :-). Och, te oliwki !!


Zamek Maurów w Porto de Mos.
W czasie podróży karawaningowych, tak to już jest, że ciągle musisz dokonywać wyborów. Gdzie, na ile się zatrzymać i co zwiedzać. Wiadomo, że w Porcie (Portugalii) muzea i inne miejsca o podobnym charakterze, są zamknięte w poniedziałek lub wtorek. Czyli skoro w poniedziałek bylśmy w Porto de Mos, to zamek Maurów(odbudowany dopiero w 1420 roku) oglądniemy tylko z zewnątrz. Ale za to byliśmy na kilkukilometrowym spacerze, w miejscowym parku krajobrazowym, do miejsca zwanego Fornea. Jest to kilkusetmetrowe zapadlisko, przypominające krater wulkaniczny. Kapitalna sprawa. Późnym wieczorem dojechaliśmy do ........


Fatima nocą.
... Fatimy. O tym miejscu nie będę dużo pisał. Fatima, jedno z najbardzie znanych miejsc kultu religijnego na świecie. Zdjęcie z nocnego spaceru?  Tak, te dzienne i kilka kolejnych zniknęło. Pamiętajmy, aby raczej nie wyjmować z aparatu karty pamięci, a pliki lepiej kopiować przez kabelek. Innego wniosku, na chwilę obecną, nie mam. Oby to była jednorazowa przygoda.


Brama do Ourem
Potem jedziemy do pobliskiego Ourem. Ale nie do do tego nowego miasteczka, ale położonego kilka kilometrów dalej, na wzgórzu "historycznego centrum miasta". To miejsce ma turystyczny potencjał. Kamperem dojedziemy tylko do oznakowanego parkingu dla autobusów. Dalej nachylenie podjazdów przekracza miejscami 20 %.


Zamek Ourem.
Jest tutaj ciekawa twierdza Maurów. To znaczy, jak już wiemy, wybudowali ją Maurowie, zdobyli Portugalczycy itd. Obecny wygląd odrestaurowanych fragmentów, to wiek XV.


Grób księcia Afonso.
W krypcie miejscowej kolegiaty zobaczyc można bardzo ciekawy, bogato zdobiony grobiowiec z 1487 roku, księcia Afonso. Był on fundatorem miejscowego kościoła i odbudował zamek po Maurach.
Jutro będzie jeden z hitów naszej podróży po Portugalii - zamek Templariuszy w Tomar.

czwartek, 22 listopada 2012

Portugalia. Coimbra i dalej.


Coimbra. Na pierwszy rzut oka, to miasto, jakich już kilka spotkaliśmy na naszej portugalskiej drodze. Zwyczajowo już chyba, jest deszczowo. Wieczorny spacer po starówce nie zmienia naszego zdania. Dopiero kolejnego, w końcu słonecznego dnia, Coimbra odkrywa stopniowo swoje tajemnice. Najpierw spotykamy starych znajomych, to znaczy parę podróżników z Krakowa, których poznaliśmy kilka dni wcześniej w Porto. Potem ruszamy „w miasto”.

               
Plac Comercio.
        Główną ulicą starego miasta (dokładnie to zwanego Dolne Miasto) idziemy na ciekawy Plac Comercio, w którego rogu stoi stary kościół Sao Tiago. Przed kościołem, stoisko z różnymi egzotycznymi pamiątkami, prowadzi czarnoskóry sprzedawca. Krótkie zapoznanie  i po chwili wiem, że pochodzi z Senegalu, a to jeden z celów naszej podróży. Dowiadujemy się więc kilku szczegółów o przejściu granicznym i obyczajach tam panujących.


Organy i sklepienie kościoła Santa Cruz.
Potem zwiedzamy zabytkowy kościół Santa Cruz. Pochowani są tu pierwsi władcy Portugalii. Trzeba wiedzieć, że jak Portugalczycy stopniowo wypierali Maurów z północy na południe, to swoje stolice przenosili też coraz „niżej” – Guimaraes, Coimbra, Lizbona.


Katedra Stara.
W drodze na Uniwersytet, nawiasem mówiąc najstarszy w Portugalii, nie sposób przejść obojętnie obok Se Velha, czyli "starej katedry", która uważana jest za najwspanialszy zabytek romański w tym kraju. Popatrzcie na te klasyczne "rysy".


Katedra Nowa.
Po wejściu na wzgórze, najpierw docieramy do katedry Nowej (Se Nova). Tylko, że ta Nowa została założona przez Jezuitów w 1598 roku ! Więc jakoś tak dziwnie, na ponad 400 letnią budowlę mówić Nowa.


Portal budynku uniwersyteckiego w Coimbra.
Potem wchodzimy na imponujący dziedziniec Uniwersytetu. Popatrzmy na drzwi wejściowe do dość typowej budowli. Przekonujemy się też, że nie było przesady w twierdzeniu o kultywowaniu przez studentów, wielu wielowiekowych tradycji. W czarnych pelerynach wyglądają niczym nietoperze. Do strojów, których używają również na codzień, przypinają kolorowe kokardki, informujące o kierunku studiów. Jedno skrzydło zajmuje budynek z salami wykładowymi, z ciekawym portalem.


Brama wejściowa na dziedziniec uniwersytecki.
Tutaj też znajduje się Porta Ferrea (1634), brama prowadząca na dziedziniec uniwersytecki.


Budynki uczelni w Coimbra.
Kolejne skrzydło to Via Latina – kolumnowy krużganek oraz Koza. Kozą nazwali studenci dzwonnicę z XVIII wieku, której dźwięk wzywał ich na wykłady. Pogoda jest niesamowita, świeci słońce i jednocześnie pada deszcz. Zdjęcia robią wrażenie. Te jasne kreseczki, to krople padającego deszczu.


Spacer przez egzotyczny ogród.
Z Uniwersytetu schodzimy do kampera, przez największy w Portugalii ogród botaniczny Jardim Botanico. Ogród został założony, dla potrzeb studiów przyrodniczych, pod koniec XVIII wieku.
 
Koncert fado.
             Późnym popołudniem szybki obiad i prawie biegniemy na koncert, do centrum fado. Środek tygodnia, a wszystkie miejsca na sali zajęte. Trzeba wiedzieć, że Coimbra w przeciwieństwie do Lizbony, kultywuje fado w wydaniu klasycznym. Tylko w trio. Śpiew - tylko mężczyźni. Zamiast braw ........ chrząkanie. I nie ma tu miejsca na interpretacje różnych piosenek, niby w stylu fado, bo przecież fado jest tylko jedno.
             Sama muzyka przypadła nam do gustu. Po zakończeniu godzinnego koncertu, wszyscy zostali poczęstowani kieliszkiem dobrego porto.                                                        
My przed północą byliśmy już (w Portugalii dopuszczona jest jazda po wypiciu drobnej ilości alkoholu!) kilkanaście kilometrów dalej, na noclegu, pod murami starego zamku Maurów. W miejscowości Montemor-o-Velho.


Zamek Maurów w Montemor-o-Velho.
                  Rano dołączyły do nas jeszcze kamper z Niemiec. Wymieniliśmy uwagi o swoich trasach i ruszyliśmy na zwiedzanie tego ciekawego zabytku. Chodząc po murach obronnych zamczyska, można sobie wyobrazić potęgę imperium tego afrykańskiego ludu.



Raj dla surferów.
               Po południu byliśmy znowu nad Atlantykiem, w zalecanej przez przewodniki Figueira da Foz. Jest tu, położone przy samej plaży, dobre miejsce do kaperowania. Niestety twierdza jest w remoncie, a znad wielkiej wody nadchodzą kolejne deszczowe chmury. Prognoza pogody nie daje złudzeń, po noclegu, zerknięciu na surferów, którym sztormowa pogoda sprzyja – uciekamy w głąb lądu. Do miejscowości Leiria.

                         Musimy dodać, że w dotychczasowej naszej podróży kierujemy się głównie przewodnikami Wiedza i Życie wydawnictwa Hachette. Informacje w nich zawarte są (jak na razie) rzetelne, aktualne i pożyteczne. W ciągu dwóch miesięcy nie mieliśmy żadnej przysłowiowej „wtopy”, co czasami miało miejsce, gdy korzystaliśmy z różnych innych wydawnictw.                                                                                                                        Wolę informację o dniach targowych w poszczególnych miejscach, siedzibie informacji turystycznej, dniach wolnego wstępu do atrakcji turystycznej, niż bezsensowne, wielostronicowe wykazy barów czy też miejsc noclegowych, które dezaktualizują się, w dzisiejszych czasach, z miesiąca na miesiąc.                                                               Słyszeliśmy też nie jedne anegdoty o autorach piszących poradniki dla turystów, którzy nigdy w danym rejonie świata nigdy nie byli !!! Obecnie wydaje nam się, że skoro na nasze karawaningowe podróże wydajemy tysiące złotych, wydajmy jeszcze kolejne 100, (zamiast np.50 złotych) na porządny przewodnik.                      

Wróćmy jednak do Leira.
Z miejscami postojowymi dla kamperów, nie ma tutaj problemów. Jednak, aby rano nie drapać się na zamkowe wzgórze, wieczorem wjechaliśmy tam kamperem. Zapytaliśmy napotkanego policjanta, czy możemy zostać do rana, koło jakiegoś zabytkowego kompleksu. Nie ma problemów.



Dwie władze: biskup i policja w jednym stali domu.
                   Rankiem okazało się, że ten zabytek, a dokładniej Pałac Biskupi z 1546 roku, to obecnie …………….. komenda miejscowej policji!                                                                Pozwolono mi nawet wejść na dziedziniec i wykonać zdjęcia, choć z miny policjantów widziałem, że obawiają się, czy aby nie będę chciał fotografować i chodzić po wszystkich pomieszczeniach policyjnych. Zachowałem jednak umiar w swojej „dociekliwości historyka amatora”. Wystarczy mi domniemanie, że chyba byłem w najstarszym na świecie budynku policji. No i niech nasi gliniarze przestaną teraz narzekać, że pracują w starych komendach, czy innych komisariatach J. Daleko im bowiem do portugalskich kolegów. Spocznij.

 

Zamek Leiria.
      Wróćmy jednak na ciekawy zamek Leiria. Budowla Maurów, dwukrotnie odbudowywana przez Portugalczyków, w XIV i XIX wieku. Posiada piękną loggie i gotycki kościół …….. bez dachu. Jak na zdjęciu.
Potem ruszam do ………. nazwał bym to:  „złotego trójkąta” najpiękniejszych zabytków środkowej Portugalii, czyli    Alcobaca-Batalha-Tomar.   Tu nie wypada nie być !!!

niedziela, 18 listopada 2012

Portugalia - wybrzeżem na południe (część 3)

Kolejny nasz przystanek, to małe, aczkolwiek stare i ciekawe, miasteczko Aveiro. Moje zaciekawienie wzbudził szczególnie jeden fakt. Tak w skrócie powiem, że kiedyś było to bogate portowe miasto. Nadszedł rok 1575. Kilka tygodni trwający sztorm ........... odciął port od morza. Utworzona została potężna laguna i nagle .... jak tu i z czego żyć? 
Po wielu dziesiątkach lat wymyślono specjalny rodzaj łodzi żaglowych, z zagiętym, wysokim dziobem, na które zbierano z laguny wodorosty. Służyły one potem jako nawóz, dla okolicznych rolników.
Obecnie rolnicy mają inne nawozy, a tradycyjne łodzie "wodorostowe", zwane moliceira, służą do rejsów z turystami. Rejsów po kanałach, których kilka zachowało się na terenie miasta. Taka namiastka Wenecji.

Moliceiro z Aveiro.
Tak wygląda łódź, choć zamiast żagli, napędzana jest obecnie silnikiem spalinowym.
Natomiast same miasteczko jest ciekawe. Kolorowe domki, kilka ciekawych zabytków, sporo turystów - pomimo jesiennej już pory. Oto kilka fotek z rejsu a'5 EUR od osoby.




W czasie pieszych spacerów po Aveiro, spotkamy wiele małych domków rybaków.

Mała uliczka w Aveiro.
Każdy inny, każdy ma swój klimat, ale prawie wszystkie mają na ścianach, mniej lub więcej azulejos.
Jakiś mały wizerunek świętego, lub choć by numer domu na ceramicznej płytce.
Teraz już wiem, że jest to ........... spadek po Maurach, którzy przez blisko 700 lat okupowali te tereny. Portugalczycy niezbyt chętnie podkreślają, to co przejęli po najeźdźcach z Afryki.
Po dwóch dniach ruszyliśmy w stronę laguny, aby zobaczyć jak wygląda w praktyce to zjawisko.
Okazuje się, że po prawie 500 latach są tam piękne piaszczyste plaże.


Plaża w Barra.
Choć poza sezonem świecą one pustkami. Poza tym trzeba pamiętać o specyfice kąpieli oceanicznych! Jak wieje, to jest fala. Jak jest fala, to nie ma kąpieli, ale są surferzy. Woda zaś ma rześką temperaturę.


Miejsce dla kamperów w Barra.
Ten rejon Portugalii ma jeszcze niezaprzeczalne zalety, dla kamperowców. Nie ma problemów z zatrzymaniem się, czy też zaopatrzeniem kamperów we wszystko co potrzeba. Czym niżej na południe, tym będzie tylko gorzej.


Latarnia morska w Sao Jacinto.
Jeszcze tylko runda honorowa wokół latarni morskiej i żegnamy Atlantyk na wiele dni. Czas teraz na Portugalię środkową.

Kamperem przez świat. Irak 2021

             Matko Boska! Krzyknąłem, gdy zobaczyłem swoje zaległości w prowadzeniu PPP (praktycznych porad podróżników) na naszym blogu. Gd...