środa, 24 października 2012

Hiszpania. Asturia i Kantabria. Czyli góry i morze.


     Jedziemy dalej na zachód, ciągle wzdłuż wybrzeża. Kolejny punkt postoju wybieramy tuż za naskalnymi malowidłami. W miasteczku Santillana del Mar. Dla wielu fanów  Hiszpanii, jest to najładniejsze miasteczko tego kraju. Zaskoczyło nas to stwierdzenie. Chcemy osobiście się o tym przekonać. O Santillana wiemy tylko tyle, że jest to zabytkowy zespół domów z XV do XVIII wieku. Są tu dwa duże parkingi, które obsługują spore ilości samochodów i autokarów. Do zwiedzenia mamy około 10 ulic, na długości kilkuset metrów.
Ale to co jest w środku, jest czymś niespotykanym. Zachowane w czystej formie architektonicznej zabudowania, bez jakiejkolwiek naleciałości współczesnych. Do tego mieliśmy szczęście, że jesteśmy tu późnym popołudniem. Gdy światło słoneczne jest już ciepłe i plastyczne. Prawie jak w Toskanii!

Oto kilka ujęć z Santillany.
 
ESP, Santillana del Mer, mały domek.

 
Najpierw mały domek, bez stojących przed nim samochodów. To już jest dziwne, tym bardziej, że wszystkie domy są tu zamieszkałe.
 
ESP, Santillana del Mer, wejście do kolegiaty.
 

Miasto było budowane wokół dwunastowiecznej kolegiaty św. Juliany. Zauroczyły mnie drzwi wejściowe do tej świątyni.
 
ESP, Santillana del Mer, Palacio de los Velarde.
 

Jeden z pałaców w tym miasteczku – Pałac Velarde.
 
ESP, Santillana del Mer, krużganki w XII w kościele.
 

Potem zwiedzamy muzeum Kolegiaty. Dziedziniec otoczony krużgankami. Pod nimi kamienne eksponaty: sarkofagi kamienne, płyty nagrobne, krzyże marmurowe, groby dostojników kościelnych. W samym kościele jest grób miejscowej męczennicy, świętej Juliany.
 
ESP, Santillana del Mer, waska uliczka
 

I jeszcze jedna uliczka tego małego miasteczka. Zwróćmy uwagę na nawierzchnię ulicy. Partery prawie wszystkich domów wykorzystane są na sklepy z pamiątkami albo gastronomię. Ale wszystko z dużym gustem. Mamy też muzeum tortur i dwa muzea kościelne. Jednak tych nie zwiedzamy, gdyż czas znaleźć jakieś miejsce postojowe na noc.

Tak jadąc kilometrami „do przodu”, myszkując tu i tam, w poszukiwaniu miejsca na nocleg, zobaczyliśmy na plaży jakiegoś miasteczka stojące kampery. Było już szaro, więc dołączamy do tej grupy. I to był przysłowiowy strzał. Okazało się, że jesteśmy w Camillas. Mały, portowy kurort. Ładna plaża. Woda pitna do dyspozycji. Można kaperować i dni kilka. Ale gdy następnego dnia, w ramach poszukiwania pieczywa na śniadanie, odwiedziłem miejscową informację turystyczną to ………….. zostaliśmy tu jeszcze dwa kolejne dni. Okazało się bowiem, że pod koniec XIX wieku żył sobie tu markiz o nazwisku Lopez y Lopez. Ponieważ miał pieniądze spore i słabość do architektury, więc w tym małym miasteczku postawił kilkanaście niesamowitych budowli. Ale nie takich ……… nijakich. Do wszystkich bowiem zaangażował twórców z Barcelony, gdzie w tym czasie rozwinął się lokalny odłam secesji, podkreślający nacjonalizm kataloński. Czyli mówiąc inaczej, przez kilkadziesiąt lat projektowano rzeczy niespotykana gdzie indziej ! Oto tego efekty.
 
ESP, Comillas, szlakiem modernistów, brama cmentarna.
 

Wydawało by się, co można wymyśleć w temacie cmentarza? Otóż można. To brama wejściowa na cmentarz w Camillas, z 1893 roku.
 
ESP, Comillas, szlakiem modernistów, nagrobek na cmantarzu.
 

Czy nagrobek musi być byle jaki? Okazuje się, że może być prawdziwym dziełem sztuki.
 
ESP, Comillas, Palacio de Sobrellano,
czasami król Hiszpanii tu bywał.
 
 
Pałac Sobrellano z 1888 roku. Siedziba markiza. To tylko niektóre obiekty postawione przez tego człowieka. Do tego trzeba dodać pałac jego matki, siedzibę Uniwersytetu, pomniki, fontanny i ……………….. jeden cały dzień musimy przeznaczyć na zwiedzenie ich wszystkich.
 
ESP, Comillas, spacer w niedzielny poranek.
 

Tymczasem same miasteczko też nie jest pozbawione uroku. I to wszystko zobaczyliśmy po nikąd – przez przypadek.



ESP, Comillas, widok na miasto przez zatokę
 

Był nawet czas mały rajd rowerowy i spojrzenie na Comillas z innej strony. Urokliwe miejsce.
ESP, San Vicente de la Barquera, kampery w rybackim porcie.
 

Kolejne miejsce na nocleg też znajdujemy na zasadzie – bo „tu stoją kampery”. Okazało się, że jest to miasteczko o dość długiej nazwie: San Vincente de la Barquera.
 
ESP, San Vicente de la Barquera, wnętrze kościoła Iglesia
de Nuestra Senora de Los Angeles z XIII wieku
 
Rano znowu informacja turystyczna i spacer do trzynastowiecznego kościoła (wstęp płatny) Nuestra Senora de Los Angeles. Tajemnicze gotycko-romańskie wnętrze i ..........
 
ESP San Vicente de la Barquera, podłoga w kościele Senora de Los Angeles
 
Rzecz, której nie widziałem do tej pory, w takich kościołach. Drewniana podłoga !

A gdzie góry, o których wspomniałem na wstępie? Otóż towarzyszą nam od dni kilku. Cały czas widzimy je, po swojej lewej stronie. Góry wysokie jak Tatry, ale prawie nie uczęszczane przez turystów. Szkoda, że czas nas goni. Jeszcze tyle drogi przed nami !!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj na blogu