poniedziałek, 11 lutego 2013

Mauretania. Nouadhibou i okolice.

       Ten odcinek ziemi niczyjej, o szerokości 4 kilometrów pokonywaliśmy przez godzinę bo:

a)      Nie możesz zgubić drogi, gdyż masz teoretyczną szansę wylecieć na minie, która została w ziemi, po wojnie o Saharę Zachodnią, o czym lojalnie informują tablice,

b)      Masz szansę się zakopać w piasku,

c)      Szybsza jazda niż 4 km/h grozi uszkodzeniem zawieszenia lub demontażem mebli kampera.

             Od pewnego momentu musisz się wykazać pewną dozą inteligencji i „namierzyć” na horyzoncie budynki graniczne Mauretanii. Próba jazdy za innym samochodem osobowym, to tylko półśrodek.
     Gdy już dojedziesz do mauretańskiego szlabanu i pierwszy funkcyjny kiwnięciem ręki pozwoli Ci wjechać dalej, to znaczy na betonową płaszczyznę , zapewne poczujesz ulgę.
Pierwszy etap przygody za Tobą.
Po stronie mauretańskiej:

- facet w moro i owiniętą turbanem twarzą sprawdza paszporty i pyta mnie czy mam kadu. Ponieważ mówi po arabsku i francusku, z mety odpowiadam, że możemy rozmawiać po angielsku lub rosyjsku, a słowa kadu nie słyszałem w życiu! Macha ręką i zaprowadza mnie z paszportami do jakiegoś biura,

- w biurze mundurowi i ich komputery, starają się wpisać nas do jakiejś ewidencji, pytają (francuski) gdzie jedziemy, rysują palcem na mapie trasę. Pytają też o kadu. Moja zdziwiona mina znowu kończy dyskusję.

- gdy wracam z paszportami, Teresa bawi się z psem, którego na smyczy trzyma jakiś mundurowy. Mundurowy wchodzi z psem do kampera. Dowiaduje się, że to pies na narkotyki, Teresa głaszcze psa w kamperze. Pies ma w nosie szukanie narkotyków. Mundurowy zdegustowany, szybko wychodzi z kampera.

- wyjeżdżamy za pierwszy szlaban i wpadamy w objęcia jakiegoś „frojnda”. Generalnie gonimy takich pomocników, ale tym razem coś mi mówi, że może się przydać. Tak też jest. Pomocnik prowadzi mnie do jakiegoś budynku, pobiera dwa egzemplarze jakiegoś formularza, z kalką do maszynopisania. To deklaracja wwozowa samochodu. Rubryki podobne jak przy wjeździe do Maroka. Ale jest kilka sztuczek, jak na przykład sześć ostatnich cyfr numeru VIN.

- z wypełnioną ankietą wchodzę do celników, którzy najpierw pytają mnie o ……. kadu.

Ze mną na ten temat nie pogadają, więc coś mi tam wypisują i idę dalej

- w kolejnym budynku przewodnik wprowadza mnie poza kolejką do jakiegoś pomieszczenia, gdzie otrzymujemy zgodę na wjazd do Mauretanii,

- przewodnik stara się ubezpieczyć naszego kampera, odmawiam stanowczo.

- przewodnik chcę 10 EUR za swoją pracę, otrzymuje 5 EUR i jest zadowolony.

- jeszcze jakaś jedna, czy dwie kontrole i wyjeżdżamy za ostatni łańcuch.
 
                  Teraz Teresa zauważa, że na jednym celnym dokumencie jest napisane, że samochód może przebywać na terenie Mauretanii ….. 7 dni!  Kamper na pobocze, a ja biegiem na pas graniczny. Nikt nic mi nie mówi, wyglądam chyba dość wq …, zdenerwowany.  Najpierw odszukuję przewodnika i pytam go, co to ma znaczyć. Mówi, że nie ma problemów, że mogę w generalnym urzędzie celnym w stolicy przedłużyć okres pobytu. Pukam się wymownie w czoło. Idę do baraku celników. Wchodzę bez kolejki do pomieszczenia i uniesionym głosem pytam po angielsku, dlaczego wizę mam na 30 dni, a zgodę na samochód na 7? Celnik mówi, nie ma problemu, zaraz zrobię korektę i bez słowa poprawił daty na dokumencie.

Tak to dano mi do zrozumienia, do czego w Mauretanii, a raczej w całej czarnej Afryce, służy kadu.

Jeśli ktoś jeszcze nie wie co to jest kadu, to wyjaśniam – jest to po prostu prezent.

 
             Potem ruszamy do najbliższego, jednocześnie drugiego pod względem wielkości miasta Mauretanii, do Nouadhibou. Od kilku dni wieje mocny, północny wiatr. Zapylenie powietrza jest spore. Ale do otaczających nas widoków już przywykliśmy. W końcu od ładnych paru dni jedziemy ciągle przez Saharę. Różna jest ta Sahara, ale to jednak ciągle ta sama pustynia.



           Dopiero przedmieścia miasta nas zadziwiają. Ups, tu ocena niestety o dwa stopnie niżej, niż w Maroko. I wizualnie i zapachowo. Wiosek? Na pewno jesteśmy już w Afryce !!!

           Pomimo, że Nouadhibou jest stolicą przemysłową, portową, petrochemiczną, wojskową itd. itd. Mauretanii, to wcale nie przeszkadza, że niektóre hałdy plastikowych śmieci dochodzą tu do pół metra wysokości, że na ulicach widać resztki ryb, że zapach portu rybackiego przez pierwszą dobę pobytu, przyprawia o zawrót głowy.

Co dostajemy w zamian?

Uśmiechniętych, miłych, bezinteresownych ludzi. Marokańczycy niestety o klasę niżej.

Wielki port rybacki, z setkami łodzi, które łowią na najbogatszym łowisku świata.

Jest tu (niestety) największe wrakowisko okrętów na świecie.

Jest fragment parku narodowego, z największą na świecie ostoją ptactwa migrującego.

No i w końcu, to tutaj jeździ najdłuższy na świecie pociąg.

Wystarczy tych najów ? Przyznacie, że tak. Są to z pewnością argumenty, aby na kilka dni się w tym mieście zatrzymać.
Cumujemy na kempingu „Abba”. Sami. Dowiadujemy się, że kamper z Holandii pojechał przed tygodniem do Senegalu. Innych turystów odstraszyło zapewne rozpoczęte kilka dni temu, natarcie wojsk francuskich, w sąsiednim Mali.

W pierwszy dzień spacer po wieczornym mieście. Restauracja ze sporą ofertą ryb. Pychotka.
 
 
       Kolejny dzień to spacer po porcie. Ale folklor! Setki łodzi. Masa rybaków. Jedni wypływają, inni cumują, wyładunek skrzyń z rybami. Prawie sami czarni wokół. Ryby leżą na piasku, w stertach metrowej (!) wysokości.


    Wokół w zatoce, jak okiem sięgnąć, wraki statków, kutrów, łodzi. W sumie jest ich 300 !!!

Jest tylko jeden duży minus, wszystkich powyższych plusów. Z opowiadań innych, jak i własnych obserwacji wiem, że mauretańskie służby mundurowe (i ochraniarze) – patologicznie nie lubią fotografowania. I to nie tylko siebie, ale i np. wraków na morzu, czy też łodzi rybackich w porcie. Za coś takiego traci się po prostu kartę pamięci. Dlatego uważam za duży atut mojego Fuji HS30EXR – odchylany ekran i cichy tryb fotografowania. Do tak zwanych „zdjęć z przyczajki” to idealny aparat.

 
         Potem wskoczyłem na rower i pojechałem na oddalony o kilkanaście kilometrów, rezerwat Biały Przylądek. Zapowiedzianych fok ciepłolubnych, które miały się wylegiwać na plaży, niestety nie było. Za to marokański statek obstukałem dokładnie (stoi na plaży).


     Włóczę się trochę po mieście z aparatem. Zaczynam coraz bardziej sceptycznie podchodzić do internetowych sprawozdań, różnych rodzimych podróżników. W tym przypadku, do informacji, że ludzie (bez mundurów) w Afryce nie chcą być fotografowani, a dzieci domagają się za zdjęcie honorarium. Oto przykłady.


 To znane z widzenia bagietki, a chleb po mauretańsku to: mbourou
 
 
Po trzech dniach ruszamy dalej.
 
          Jadąc główną ulicą wyjazdową z miasta musimy uważać szczególnie na kozy. One pojęcia nie mają o zasadach ruchu drogowego. Podobnie jak poganiacze osłów.


       Zaraz za rogatkami, przez kilka minut jedziemy w chmurze czegoś latającego. Szarańcza to była? Ktoś podpowie?

Po 200 km zatrzymujemy się koło namiotu nomadów (pustynni pasterze), gdzie wywieszona była tablica „Camping”. Najpierw negocjacja ceny za postój. Jest 50% zniżki.
Tu mała uwaga. W krajach Afryki północnej, jeśli nie negocjujesz ceny i płacisz ile żąda sprzedający, to w jego oczach nie jesteś godny szacunku. Jesteś przysłowiowym ………. Francuzem.
 
 
       O poranku zostaliśmy zaproszeni do oglądnięcia wnętrza chai’ma, czyli ich domu-namiotu. Pierwsze nasze spotkanie z inną kulturą. Mogę zdjęcia? Proszę bardzo.
 

            No i zaczyna się jazda N4, czyli jedyną drogą w Mauretanii, która prowadzi na południe. Krajobraz zmienia się, choć to ciągle Sahara.

 
           Przybyło wielbłądów.
     

          Przybyło też ich białych kości na poboczu, leżą co kilka-kilkanaście kilometrów. Trzeba pamiętać, że muzułmanin nie spożyje mięsa tak ubitego zwierzęcia.

No i posterunki, no i fiszki.

Posterunki, a dokładniej punkty kontrolne w Mauretanii, dzielimy na:

Żandarmerii, policji, specjalnych oddziałów policji, służby celnej.
Przed wjazdem i wyjazdem z każdego miasta są wszystkie w komplecie.
Pomiędzy miastami średnio co 20-50 km. Na każdym punkcie dajemy tzw. fiszkę, czyli wydrukowane swoje pełne dane personalne. Jeśli nie, to funkcjonariusz prosi o paszport i zaczyna przepisywać nasze dane. Ponieważ nie zna łacińskiego alfabetu, trwa to kilkanaście minut.


             Zdjęcie przykładowego punktu wykonałem z narażeniem się na ........ sam nie wiem co? Proszę to docenić!

 
            Tymczasem pustynia zmieniła się z kamienistej-marokańskiej, na piaszczystą i to o złotym kolorze. Pysznie to wygląda. Strzelamy trochę fotek.
 
 
          Kamperów prawie już nie spotykamy. Wyjątkiem (miłym) był pewien Anglik, który zatrzymał się, gdy zobaczył, że stoimy na poboczu. Zapytał czy wszystko ok, podziękowałem. Pojechał dalej.

 
            W drugim, czy też trzecim dniu jazdy na południe, zboczyliśmy z asfaltu, w kierunku widocznego morza. Była tam wioska (?) rybacka. Za małe pieniądze kupiliśmy jakieś dziwne ryby. Były pyszne. Trzeba pamiętać, że ciągle poruszamy się wzdłuż najbogatszego łowiska na Atlantyku!
W kierunku stolicy kraju.

2 komentarze:

  1. na jednym wdechu. more pls! :)

    ps czy rozwazylibyscie wylaczenie obrazkow kontrolnych przy dodawaniu komentarzy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteśmy też za, a wiesz może jak to zrobić? Please!

      Usuń

Szukaj na blogu