środa, 13 lutego 2013

Mauretania. Stolica kraju - Nouakchott.


          No i w końcu dojeżdżamy do stolicy Mauretanii. Miasta Nouakchott. I znowu zdobywamy cenne doświadczenia. Na przykład to:


             W mieście jest chyba tyle samo samochodów co i zaprzęgów oślanych. Więc czasami spokojnie jedziemy za wymachującym (nigdy nie wiem czemu to robią) nogami poganiaczem.


     Budowę miasta rozpoczęto w połowie XX wieku. Słodką wodę i cement dowożono z Senegalu (200 km), piasek był na miejscu (Sahara). Tylko o kruszywie do betonu, czy asfaltu zapomniano. Więc ktoś pomyślał i ………….. miasto na muszelkach stoi. Zupełnie serio. Na foto fragment nawierzchni jezdni. Podobnie wyglądają płyty chodnikowe i mury najstarszych budynków.

 
          Ruch na ulicy nie odbiega chyba od innych afrykańskich miast. Światło czerwone na skrzyżowaniu jest ogólną wskazówką, a nie nakazem. Więc czasami skrzyżowanie się zakorkuje na kilka minut, bo wszyscy odważni spotkają się na środku, a między nimi jeszcze ze 2-3 zaprzęgi oślane.
           Kto ma pierwszeństwo na ruchu okrężnym? Na razie nie wiem. Jak wyczaję – to napiszę.
 

          Jednak w Nouakchott jest jedyne w kraju państwowe Muzeum Narodowe. Grzechem było by go nie zwiedzić.
 

           Jak na najważniejszą placówkę muzealną przystoi, w środku nie wolno fotografować ani palić. Na ścianach zawieszone kamery, z których wiszą jakieś przewody. Pewno brak funduszy itd. Na dowód braku nadzoru, przedstawiam zdjęcie skóry krokodyla saharyjskiego. Są i żyją takie gady w tym kraju.

 
              W kolejny dzień próbujemy uzupełnić zapasy żywnościowe. Plac targowy ma tysiące sprzedających. Ale nic dla nas. Sklepów wielkopowierzchnowych brak. Sklep zalicza się do dużych, jeśli posiada dwie osoby obsługi.

Potem próba skorzystania z bankomatów, które chwalą się obsługą kart Visa. Bez szans. Ciągle ten sam napis – brak kontaktu z Twoim bankiem. Szukając kolejnego bankomatu, trafiamy na wejście do Ministerstwa Finansów. Z wartowni otrzymuje informację, że za rogiem jest pomieszczenie (wszystkie bankomaty w tym kraju są w jakichś pomieszczeniach) z bankomatem na karty Visa. Już jestem szczęśliwy, no bo gdzie jak gdzie, ale koło ministerstwa miny być nie może. Spokojnie. Może, może. Nie mogę włożyć do środka swojej karty. Klnę sobie po polsku, podchodzi jakiś ładnie ubrany jegomość i w języku inglisz tłumaczy mi, że jest to bankomat dla ….. pracowników ministerstwa, na specjalny rodzaj kart Visa, które tylko Ci pracownicy otrzymali I już mi przeszedł zły humor, no bo jak tu się nie rozbawić? Po dwóch dniach dajemy za wygraną. Wymieniamy w banku „wmycone” z Europy euro.

 
       Jeszcze tylko przypadkowe spotkanie, na ulicy, z narodową grą mauretańską. Niestety jej nazwę zapomniałem. Zasady jednak takie same jak w warcabach, tylko ta plansza! To znaczy ten piach! Jakoś obco wygląda.
 
       No i w końcu trzeba podjąć decyzję – gdzie dalej. Ze stolicy prowadzą cztery drogi. Jedną przyjechaliśmy. Druga prowadzi na wschód – do Mali. Z wizami nie ma problemów, tylko, że akurat Francuzi rozpoczęli tam jakieś gry wojenne. Takie mamy informację. Więc poczekamy raczej na zwycięzcę tych zmagań.

         Na południe 200 km mamy zaplanowany Senegal. Jednak z kilku źródeł wiemy, że szkoda tam jechać naszym kamperem. Zobaczymy co najwyżej St.Louis i może odważymy się wjechać do slumsów Dakaru. Wszystko co najpiękniejsze w Senegalu (przyroda, zwierzęta) są dostępne tylko dla pojazdów 4x4. Więc chyba nie ma sensu się „napinać”, płacić po 60 EUR za wizę, dorabiać drugą wizę powrotną do Maury, a wszystko to po to, aby tylko „zaliczyć” ten kraj. No i do planowanej również Gambii, wprowadzono w międzyczasie wizy dla Polaków. Koszt jakieś 40 EUR od osoby.

           Ale aby o tym wszystkim się dowiedzieć, trzeba było wyruszyć w drogę. W internecie, czasopismach czy też przewodnikach o tym nie przeczytamy (niestety), a szkoda. Na chwilę obecną jesteśmy już wystarczająco zdegustowani (określenie delikatne) internetowym opisem wyprawy polskich  „podróżników” z 2012 roku, gdzie wyraźnie stoi, że nie ma sensu nic kupować na zapas w Maroku, bo wszystko, a nawet więcej produktów żywnościowych kupimy na terenie Sahary Zachodniej. I to o wiele taniej ! Totalne bzdury !!!

         Został nam kierunek „czwarty”. Środek Sahary. Góry Adrar. Wprawdzie polski dyplomata w Rabacie wspominał coś o kierunku ucieczek ludności Mali, ale my te informacje kilkakrotnie weryfikowaliśmy już w międzyczasie. Nie powinno być źle na Saharze.
       Czyli przed nami 500 km dobrej, asfaltowej drogi do miasta Atar.
       Kierunek północny-wschód.
       Na Algerię.

2 komentarze:

  1. Powodzenia! Trzymamy kciuki i czekamy na dalsze relacje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Remarkable! Its genuinely remarkable paragraph, I have got much clear idea on the
    topic of from this piece of writing.

    Here is my website http://www.photographers.ie/groups/the-truth-about-vaginal-yeast-infection/
    Also see my website :: oszone.Net

    OdpowiedzUsuń

Szukaj na blogu