niedziela, 10 lutego 2013

Sahara Zachodnia.


                          Najpierw znikają problem nawigacyjne. Na południe, w kierunku Sahary Zachodniej, wiedzie jedna droga N1. Jest dobrej jakości, a jej jedyną wadą jest  …… „wąskowatość”. Czyli co 15-30 minut mamy okres koncentracji i skupienia, gdy z przeciwka zbliża się autokar lub tym podobny TIR. Mamy wtedy do wyboru: albo zwolnić i zatrzymać się na poboczu (o ile są na nim wcześniejsze ślady pojazdów!) lub też dobrze wymierzyć mijanie. Niebezpieczne jest bowiem zjechanie, przy sporej prędkości, jednym kołem na skraj asfaltu. Jest on niestety często mocno poszczerbiony i z opowiadań, jak i własnych obserwacji wiemy, że często kończy się to rozerwaniem opony. Wtedy to nie ma zmiłuj! Musi boleć – jak mawia znajomy karawaningowiec. Pozostały czas spędzamy na jeździe środkiem jezdni i delektowanie się Saharą. Jest się czym delektować, co kilkadziesiąt kilometrów zmienia się krajobraz, a i trochę atrakcji też znajdujemy.


        Ot, choć by dziurę w ziemi, a w niej ……… wody Oceanu Atlantyckiego. Sporej wielkości ta dziurka i jeszcze ma połączenie z morzem.


         Miejsce tego połączenia ciężko pokazać, ale generalnie jest pod moją żoną, która stoi na skraju klifu.


          Przejeżdżamy przez kilka małych miasteczek. Nie docierają już tutaj „zorganizowane formy wypoczynku”, więc wszystko trochę senne i nie nastawione na obsługę ruchu turystycznego.

           Kiedy droga zbliża się do morza lubię, w ramach przerwy przysługującej kierowcom wielkich samochodów,  wyskoczyć na plażę. W poszukiwaniu ciekawych okazów muszli. Od czasu przejazdu przez Portugalię polubiliśmy „plażowe zbieranie konch”.


                       Czasami jednak zamiast muszelek spotkać można taki widok. Ciekawe jest jednak to, że w pobliżu, w promieniu dziesiątek kilometrów, nie ma żadnej miejscowości. Skąd więc te „plażowe różę”? Ciekawe o czym myśli człowiek, który na środku oceanu wyrzuca za burtę opakowanie plastikowe. Chyba w ogóle nie myśli.
 

         Po dojechaniu do miasteczka Tarfaya, rzuciliśmy tylko okiem na wrak promu pasażerskiego. Tylko okiem, gdyż trochę więcej chcemy pozwiedzać w drodze powrotnej. Teraz tylko rekonesans. Wracając do promu. To pływał sobie z Wysp Kanaryjskich, woził ludzi i kampery. Pewnego razu nie trafił do portu Tarfaya i wylądował na plaży.


         Trzeciego dnia przejeżdżamy przez miasteczko Tah. To umowna granica pomiędzy Marokiem, a  Saharą Zachodnią. Stoi tutaj pomnik pewnych wydarzeń z 1975 roku, zielonym marszem zwanych. I rzecz najważniejsza, od tego momentu cena paliwa spada o 25%  J. W przeliczeniu, płacimy już tylko, nieco ponad dwa i pół złotego za litr !
 
 
         Mówiąc krótko jesteśmy już na Saharze. Widać to nawet po znakach drogowych, o których mnie nawet na kursie nie uczyli. Czyli przysłowie, że człowiek uczy się przez całe życie, ma tutaj uzasadnienie.
 
 
              Mamy też dziwne spotkania. Zatrzymuje nas ekipa z Mali. Na Saharze raczej wszyscy się zatrzymują, gdy ktoś potrzebuje pomocy. Malijczycy wracają doładowani do domu, tracą oponę, a nie mają podnośnika. Nie ma sprawy, ale nie umieją obsługiwać mojego hydraulicznego. Wskakuję pod ich samochód i ustawiam go do pracy. W tym momencie Teresa wykonuje zdjęcie, którego jednak nie publikuję, ze względów rasistowskich! Biały leży pod samochodem, a trzech czarnoskórych kolegów stoi nad nim. To obecne zdjęcie jest bardziej neutralne światopoglądowo J


             Zaczynają się pierwsze problemy z wodą. Jesteśmy do tego przygotowani, ograniczamy jej zużycie i korzystamy z poideł dla wielbłądów. Są rozmieszczone co kilkadziesiąt (100) kilometrów. Tak mniej więcej wyglądają. Dowcip polega tylko na tym, aby ktoś z miejscowych był w takim miejscu i udostępnił wodę. Widoczny na foto Saharyjczyk (podkreślił, nie Marokańczyk!) na swojej Toyocie, dojeżdża po wodę codziennie 30 km.


     Takie ujęcie to nic innego jak studnia głębinowa i odpowiedni silnik do pompy.


           Spotkania z wielbłądami stają się coraz bardzie częste, a zwierzęta mają za nic zasady ruchu drogowego. W końcu to ich Sahara.

 
          Teraz coś dla malkontentów, którzy myślą, że Sahara to tylko piasek i skały. Nic bardziej mylnego. Co pewien czas spotykamy takie oto widoki, a to dopiero styczeń, czyli przedwiośnie zaledwie.

 
              Teraz coś z architektury tekstylnej. Namiot nomadów, czyli wędrownych pasterzy. Namioty takie nazywają się chai’ma.

 
                Co pewien czas tablicę informują nas o odległościach do kolejnych miast. Dakhla, to już praktycznie „koniec świata”, tego marokańskiego świata. Co będzie dalej ?


     Teraz nie ma sensu się nad tym zastanawiać.


       Jeszcze przed Dakhlą mamy takie widoki. Pobudowane osiedla, w których mieszkają tylko ….. ich ochraniarze. Ktoś je pobudował, za nie małe pieniądze i nie ma chętnych na zasiedlenie? Coś mi tu pachnie polityką, ale temat ten zgłębimy jeszcze w drodze powrotnej.


       Jedno z naszych ostatnich miejsc postojowych to …… Portorico. Tak ktoś nazwał fajne miejsce do postoju kamperów. Chyba nie wiedział jak je nazwać, więc popatrzył na mapę i wyszło mu, że na tej samej szerokości geograficznej, ale po drugiej stronie oceanu, jest Porto Rico i tak się przyjęło.


       W końcu, po kilku dniach jazdy, docieramy do granicy Maroko-Mauretania. Wieczorem stajemy pod szlabanem. Granica otwarta jest od 9.00 do godziny 18.00. Przed nami tylko jakaś misja naukowa z Francji do Senegalu. W ciągu nocy kolejka rozrosła się do kilkuset metrów. Turystów nie widzimy. Tylko „siła robocza” wraca wyładowanymi busami z Włoch, Francji, Hiszpanii do Senegalu, Mali, Ghany, Nigerii.


              Za budką policyjną otwarte jest od rana „biuro paszportów”. Za opłatą wszystko tam można załatwić. Podobnie było przed Ambasadą Mauretanii w Rabacie.

            Kilka minut przed podniesieniem szlabanu granicznego, jakiś cieć w żółtej kamizelce zbiera   haracz.   Spuszczamy go grzecznie lecz stanowczo. Pulta się koło kampera, wymachuje atrybutem, w postaci żelaznej rurki. Wjeżdżamy na granicę. Po stronie marokańskiej to wygląda tak:

- policjant na szlabanie,

- okienko gdzie oddajesz paszport i wypisany wniosek, że masz ochotę wyjechać z Maroka,

- celnik od sprawdzenia czy masz samochód, którym wjechałeś do Maroka,

- celnik w biurze potwierdza, że masz samochód ze sobą, który wcześniej sprawdził inny celnik,

- żandarm sprawdza paszporty i samochód od środka,

- policjant w drewnianej budce sprawdza, czy wszyscy wszystko sprawdzili i kieruje Cię do odpowiedniego okienka, w budynku przed szlabanem,

- w okienku otrzymujesz podpis, ale nie wiem po co i na co?

- dyżurny na szlabanie już nic nie sprawdza, bo wcześniej wszyscy, wszystko sprawdzili. Podnosi tylko szlaban i ……….

 
      Nie, nie. To jeszcze nie Mauretania. Do Mauretanii jest jeszcze 4 km, po pasie ziemi niczyjej.


       Może nie zupełnie niczyjej. Pomiędzy ostatnim szlabanem marokańskim, a pierwszym mauretańskim:

- masz oferty wymiany pieniędzy,

- masz oferty mauretańskich biur turystycznych od różnych szemranych typków,

- masz oferty przeprowadzenia Cię bezpiecznie przez te 4 km pustyni,

- widzisz dziesiątki ludzi, którym nie śpieszno ani do jednego, ani drugiego kraju,

- widzisz setki wraków samochodów,

- wraki tirów są najczęściej zamieszkałe przez osoby z dziećmi, które proszą Cię o pieniądze.

Czyli na nasz gust, Ktoś tam nad tym wszystkim panuje i zarządza. Przyroda nie znosi pustki!

5 komentarzy:

  1. Gdzie mniej więcej szukać tej dziury z widokiem na ocean ? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdzie mniej więcej szukać tej dziury z widokiem na ocean ? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdzie mniej więcej szukać tej dziury z widokiem na ocean ? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo proszę. To Sahara Zachodnia, a dokładniej: 28.107007° -12.037321° . Tak na Earth pokazuje współrzędne.

    OdpowiedzUsuń

Szukaj na blogu